fbpx

Pułapka małżeństwa – czyli rozmowy Tomasza Jastruna i Wojciecha Eichelbergera

Pułapka małżeństwa - czyli rozmowy Tomasza Jastruna i Wojciecha Eichelbergera

Tomasz Jastrun: Życie człowieka jest rozdarte między potrzebą zmiany, ryzyka, przygody, doświadczenia nowego a wielką potrzebą bezpieczeństwa, stabilizacji. U mężczyzn zwykle ta pierwsza tendencja jest silniejsza. Dlatego właśnie kobiety narzekają, że tak trudno im znaleźć partnera do stałego związku. To nie jest urojony problem. Nie mam wątpliwości, że więcej jest kobiet niż mężczyzn, które są ładną całościową kompozycją. Jak już kobieta znajdzie ciekawego faceta, to ten właśnie zapuszcza brzuch lub pije. Wielu mężczyzn boi się stałych związków. Nie przypadkiem tak wiele krąży dowcipów o męskim lęku przed małżeństwem, tyle jest żartów z tych „nieszczęśników”, którzy dali się złapać „w pułapkę”.

Wojciech Eichelberger: Stracił wolność, wpadł, przepadł, poszedł w bambosze, żonkoś, klamka zapadła itd. Wedle męskiego kulturowego stereotypu małżeństwo jest upadkiem, czymś, co mężczyznę w znacznej mierze unieważnia. O dziwo, wiele kobiet też tak w głębi duszy uważa, choć rzadko się do tego przyznają. Dlatego tak często po pobraniu się z naszą wybranką zaskoczeni konstatujemy, że straciliśmy w jej oczach, że staliśmy się czymś w rodzaju myśliwskiego trofeum, pamiątką z udanych łowów. Mimo to zamążpójście w odczuciu ogromnej większości kobiet ciągle jest czymś upragnionym i właściwym. Ba – jest nobilitacją. I nic na to nie pomaga pamięć o małżeńskich cierpieniach ich matek, babć i prababek.

Tomasz: Temat jest dla mnie gorący, aż parzy, bo właśnie powtórnie się żenię. Część kolegów odruchowo pół żartem, pół serio wyraża ubolewanie, że padłem ofiarą. Jest tka, jak mówisz. Mówią: „Wpadłeś!? Ty?! Nie do wiary!”. A ja kupuję tę grę i odpowiadam według stereotypu: „Patrzcie, co się porobiło. Może to jakoś przeżyję?”. „Trzymaj się” – współczują mi.

Kiedy sporo lat temu po raz pierwszy się żeniłem, miałem przekonanie, że chociaż wpadłem, to jednak się nie dam. Zawsze buntowałem się przeciw ograniczeniom, nigdy nie byłem w żadnej organizacji itp. Postanowiłem wiec, że w małżeństwie też będę wolny. I byłem wolny, ale kosztem mojej ówczesnej żony – taka wolność nie jest prawdziwa i nigdy nie kończy się dobrze. Teraz jestem chyba mądrzejszy i zamierzam akceptować ograniczenia, jakie narzuca związek, i szukać w nim form wolności, które daje miłość, czułość i stabilizacja. Jest mi łatwiej, gdyż jestem starszy, mądrzejszy, a też pewnie słabszy. Nie odrzucałbym tego ostatniego czynnika.

Wojciech: Przecież nikt Cię do tego nie zmuszał. Ciężko nam na ogół uznać ożenienie się (to nawet fatalnie brzmi i kojarzy się z jakąś formą okaleczenia) za przejaw naszej wolności i odwagi. Bo wedle uświęconej tradycji, która wyryta jest głęboko w umyśle, niemal każdego chłopca, mężczyzna nade wszystko powinien być wolny i dyspozycyjny, tak aby w każdej chwili mógł zaciągnąć się do jakiejś armii, wziąć udział w jakiejś wyprawie czy powstaniu w imię jakiejś niewątpliwie słusznej sprawy. Albo zamknąć się w jakimś klasztorze lub w niedostępnych górach, oddawać się ascezie albo polec na polu chwały, nie pozostawiając za sobą płaczących wdów i dzieci. Zapadnięcie się w domowe pielesze i przywiązanie do wygodnego małżeńskiego łoża to cezura, która nieodwołalnie oznacza kres młodości, wolności i męskiego, rycerskiego etosu. Taki facet już nie wsiądzie na żaglowiec ani na wielbłąda, by wyruszyć na ryzykowną wyprawę w poszukiwaniu skarbu albo prawdy. Nie odda życia w imię jakiejś kolejnej „najlepszej ideologii”. Bo żonkoś traci jaja – zarówno w przenośnym, jak i dosłownym sensie. Czyż nie taki jest przekaz, którym nasiąkamy?

Tomasz: Napisałem kiedyś wiersz „Lekcja historii narodowej” właśnie o tym. Mój bohater, jak to u nas bywało, dostaje wezwanie na kolejne powstanie. W puencie są takie słowa: „Otrzymał znak,/ Trzeba zawiązać kilka rzeczy,/ Pozbierać rozbiegane myśli,/ Pożegnać się,/Żona chwyci go za rękaw/ Nie idź, to nie ma sensu,/ Pomyśli – ona ma rację,/ Pomyśli – trzeba iść, już czas”.

Idąc dalej w przeszłość, widać, że kiedyś związki zawierano z pominięciem woli kobiety, woli mężczyzny, czasem też to był układ handlowy. Za czasów naszej młodości ludzie dobierali się już zgodnie z wolną wolą, ale o konieczności zawarcia związku często decydowała przypadkowa ciąża. Swoboda obyczajowa była już duża, a środki antykoncepcyjne marne – najlepszą metodą była skrobanka, tak łatwo dostępna. Byłem w szoku, gdy moja partnerka zaszła w ciąże, gdyż okazało się, że między seksem a prokreacją istnieje jednak zależność. Przyszedł zaś taki czas, że usunięcie ciąży nie wchodziło w grę. Bardzo wielu mężczyzn w taki to właśnie sposób dowiaduje się, że klamka zapadła. A najchętniej hamletyzowaliby jeszcze kilka lat.

Więcej w książce „Męskie pół świata” Wojciecha Eichelbergera i Tomasza Jastruna, Wydawnictwo Zwierciadło.

Męskie pół świata
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>