1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Kaszuby Macieja Miecznikowskiego

Kaszuby Macieja Miecznikowskiego

Mieszkał w szkole i do dziś brakuje mu dzwonków na lekcje. „Muszę porozmawiać z żoną i dziećmi, może moglibyśmy mieć takie w domu?” – zastanawia się głośno głębokim jak niedźwiedzia paszcza basem. Ten chudzielec. Ten Leszcz.. „Na Kaszubach zawsze wypada spytać: Jak się czujesz?, a tym, którzy akurat pracują, powiedzieć: Szczęść Boże. Trudno mi się od tego odzwyczaić, więc wszędzie, gdzie jestem, wciąż zaczepiam” – śmieje się Maciej Miecznikowski.

 

 POBŁOCIE

W domu rozmawialiśmy tylko po polsku, a tym bardziej w szkole, bo komuna nie uznawała kaszubskiego. Nie wiem, dlaczego więc tak dobrze znam ten język. Ludzie gadali, a ja słuchałem – to cała moja nauka. Nawet w moim obecnym domu rodzinnym używamy niektórych kaszubskich zwrotów, jak „smaczi to?” (smakuje?), „laczki” (kapcie), a także „smechy” (to paproszki na ubraniu, takie zmechacone maleńkie kuleczki). „Sznepelnik” znaczy chusteczka do nosa (od „sznepa” – katar), a nocnik to „pisztopf”, czyli garnek do sikania. Na Kaszubach są też trzy rodzaje „łedy” (wody). Jest „łeda do mecy”, czyli do mycia, „łeda do picy”, czyli do picia, i „łeda do mecy picy”, czyli do mycia… „pici”.

W moim Pobłociu mieszkało 16 rodzin. Była tu tylko szkoła podstawowa i sklep spożywczy (czyli „skład”, bo po kaszubsku „sklep” znaczy piwnica), w którym pani Płotkowa robiła zapisy na chleb, nie chcąc zamówić go zbyt dużo, bo Kaszubi nie lubią, jak się coś marnuje. Pani Płotkowa wychowuje dziś wnuki, ale jajeczka dla mnie zawsze ma. I nie tylko. Jest też zylc (mielone wieprzowe mięso w galarecie) i nalewka kawowa własnej roboty. U nieżyjącej już pani Hassowej kupowało się masło, którego kawał kładła na starej wadze i na życzenie kroiła funt albo nawet i dwa.

Kaszubi mają mądrość na wszystko. „Dzieci jedzą, będą rosły” albo „pieniądz kosztuje”, no bo wiadomo – żeby zarobić, trzeba się postarać. Albo ulubione mojego sąsiada „gazejta pisze”, co oznacza, że to, co w gazecie, musi być prawdą. Znam dwie legendy na temat powstania Kaszub. Jedna mówi, że Bóg, tworząc świat, ze wszystkich resztek, które mu pozostały, stworzył Kaszuby, dlatego są tu i jeziora, i lasy, i góry, i łąki. Druga opowiada, że nim stworzył całą ziemię, musiał zrobić próbę generalną. Tak powstał ten piękny region.

Kaszubi są dość nieufni, ale jeśli już kogoś polubią, to na zawsze. Takich jak mój ojciec zasiedziałych przyjezdnych nazywają „Błesy Antk”, a miejskich grzybiarzy „stonka”. À propos „Antka” to uwielbiałem czytać, z literkami radziłem sobie już jako czterolatek. Mieliśmy w domu całą kolekcję książek po moim wujku, profesorze wykładającym w seminarium duchownym w Pelplinie. Z pięć razy przeczytałem „Robinsona Crusoe”, znałem całego Verne’a i Wańkowicza, uwielbiałem „Dzieci z Bullerbyn” i „Białego Kła”. Do końca życia nie zapomnę również chwili, gdy pani czytała całej klasie „Antka”. Historia Rózi była dla mnie absolutnym wstrząsem. Jak oni mogli zamknąć ją w piecu? To jakiś koszmar był! Aż spociłem się z przerażenia.

SZKOŁA/DOM

Pierwsze wspomnienie życia? Otwieram oczy, a nade mną pełno dziecięcych główek. Uczniów. Nad nimi niebo. Mam chyba ze dwa lata... Moi rodzice wymyślili sobie, że będą uczyć w małej szkole na wsi. Mama była dyrektorką szkoły i jednocześnie uczyła w niej matematyki, a ojciec uczył historii. Mało tego: nauczycielskie tradycje do dziś są podtrzymywane, bo mój starszy brat Tomasz uczy historii, a jego żona jest polonistką. Ja też miałem być nauczycielem, ale nie wyszło. Podczas studiów w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Słupsku tylko dwa dni spędziłem na szkolnych praktykach. Nie potrafiłem utrzymać dyscypliny. Umiałem tylko bawić się z dzieciakami. Nastawiałem wszystkim piątek i zrezygnowałem z pracy, a po dwóch latach zmieniłem także uczelnię.

Marzyłem o swoim pokoju. Pojawił się późno. Na strychu. Wyłudziłem od żołnierzy siatkę maskującą i pod nią miałem łóżko oraz gramofon. Na OHP-ie w NRD, gdzie przerzucałem zboże z jednej sterty na drugą, nabyłem swoje pierwsze płyty: Raya Charlesa i Erica Dolphy’ego. O tym drugim nawet nie słyszałem, ale kupowałem wszystko, co jazzowe. Ludzie pukali się w głowę, bo to rożen trzeba było przywieźć, a nie jakieś płyty. Ale na rożen także wystarczyło. Dla mamy. Tacie dałem papierosy, a sobie kupiłem flet prosty i w drodze do Polski zamknąłem się z nim w toalecie. Grałem całą drogę, czyli całą noc, a gdy wysiadałem z pociągu w Wejherowie, potrafiłem grać.

DOM PANA KALINOWSKIEGO

Jako dziecko dużo śpiewałem. Zawsze i wszędzie. I wszystko, co wpadło mi w ucho, w tym „Kocha się raz, potem drugi i trzeci, i znów”. Mama najwyraźniej strasznie się tym przejęła. W naszej okolicy żyła pewna ważna dla wszystkich postać. Grający na skrzypcach emerytowany nauczyciel pan Kalinowski, którego głównym zajęciem było szczepienie drzewek. Lokalny Einstein. Malutki, zasuszony, przemierzający Kaszuby swoim komarkiem człowiek o bardzo dobrej energii. Do sadu zapraszało się go na trzy miesiące wcześniej, tak był popularny. Z drzewami robił prawdziwe cuda. Dzięki niemu nasza jabłoń rodziła trzy rodzaje jabłek.

Dokładnie pamiętam jego służbowe mieszkanie w starej szkole. Same krzesła i siedem stołów, a na każdym pełno gratów. Pośpiewałem z nim trochę i zapadł wyrok. „Ma talent” – powiedział mamie pan Kalinowski. Miałem wtedy osiem lat, więc w szkole muzycznej trafiłem na akordeon (straszną cyję), bo na pianino byłem już za stary, a później w związku z tym, że miałem problemy z kręgosłupem, cyja, dzięki Bogu, zamieniła się w trąbkę. Pewnego dnia jakaś nasza daleka rodzina wyjechała na zawsze do Stanów. I do naszego domu przyjechało ich pianino. To był ten moment.

GÓRKA

 Byłem znany z tego, że robiłem koncerty dla całej wioski. Stawałem na górce, na której położona jest szkoła, i grałem na trąbce. Podobno dwie wioski dalej było mnie słychać. Tak mówili. Przeżywałem dźwięki. Gdy ojciec kupił mi książkę z mazurkami Chopina, siedziałem nad nią z wypiekami trzy dni z rzędu, bo ciekawiło mnie, co dalej i dalej. Nie byłem zamknięty w sobie, ale chodziłem własnymi drogami. Miałem też mile widzianą na Kaszubach umiejętność: potrafiłem grać bez nut, bo „z nutów to każdy umie”. Dorabiałem sobie, grając na trąbce, bo na Kaszubach jest taki zwyczaj, że młodą parę po kościelnej ceremonii odprowadza się do domu w otoczeniu orkiestry dętej. Potem taki zespolik dostaje w domu nowożeńców posiłek. Na Kaszubach weselny obiad to ryż z kurczakiem w białym sosie z rodzynkami. I zaczynamy ucztę na odwrót, bo od słodkiego deseru, żeby pobudzić żołądek.
 

SZKOŁA MUZYCZNA W WEJHEROWIE

Dojeżdżałem do niej autobusem cztery razy w tygodniu, 22 km w jedną stronę. W stanie wojennym miałem nawet specjalną bumagę pozwalającą mi chodzić po godzinie policyjnej. W autobusie byliśmy zawsze stłoczeni jak śledzie. Przez cztery lata może raz na tej trasie siedziałem. W piątki było najgorzej, bo wracający z pracy w stoczni ludzie zawsze już sobie zdążyli popić, a każdy przecież miał kolegów. Dochodziło do bójek, w których na szczęście nie musiałem uczestniczyć, gdyż z racji tego, że ciągle śpiewałem albo nuciłem, miałem opinię dziwaka. Nazywano mnie Moniuszek. Moniuszek miał święty spokój.

Pamiętam, że był taki jeden pan kierowca, który na gałce dźwigni biegów miał zdjęcie gołej baby. To był szok. Goła baba. I on tak przesuwał tę gałkę. Posuwał tę gołą babę – właściwie inaczej trudno to opisać.

KOŚCIÓŁ

Foto: Łukasz Gawroński

Byłem ministrantem w parafii. Ale nie takim zwykłym, tylko lepszym. Bo lepsi co robią? Podają szatę księdzu? Nie, to robi trzecia liga. Opłatek? Nic z tego. Elita nie obsługuje, tylko czyta Pismo Święte w czasie mszy. Czy to było czytanie ze zrozumieniem? Nie wiem. Moim zadaniem było przekazać tekst bez jakichkolwiek własnych emocji – nie wolno interpretować Pisma Świętego. Zaszczytu czytania dostąpiłem już po mutacji. Wcześniej byłem pięknym sopranikiem, chodziłem na gorzkie żale i bardzo je przeżywałem. Śpiewałem 30 zwrotek i chciałem jeszcze. Gorzkie żale są wzruszające, mistyczne i piękne. A my o nich wcale nie pamiętamy i wolimy zachwycać się gospelem. Ludzie, to jest nasz gospel!

Marzyłem zawsze, by dorwać się do kościelnych organów, i raz mi się udało. Była noc, deszcz bębnił o dach, a ja grałem. Jezu, jakie to było przeżycie.

PUSTE NOCE

Gdy umiera mieszkaniec wioski, odbywają się tzw. puste noce. Kiedyś były trzy, teraz pozostała już tylko jedna – nieboszczyk w otwartej trumnie leży w swoim pokoju, a wszyscy mieszkańcy się nad nim modlą. Przychodzą też śpiewacy, i to oni śpiewają te dziwne pieśni, których nigdy i nigdzie indziej nie usłyszysz. Wiele godzin. Ten tembr, trudne do opisania zawodzenie, niczym wycie wilków, które ciągnie za wszystkie trzewia. Nawet teraz mnie ciary przechodzą. No bo na Kaszubach śmierć jest częścią życia. Ktoś leży w trumnie, jest blisko i można go złapać za rękę, my też tacy będziemy i tak właśnie nas położą.

Przez kilka dni po śmierci nie wolno ruszać rzeczy nieboszczyka, bo on gdzieś tam krąży, i wszystkie lustra są szczelnie zakryte. Potem idzie się piechotą za jadącą na konnym wozie trumną na cmentarz do sąsiedniej wioski. Kilka kilometrów. Tu śmierć jest ważna. Widzę, jak bardzo teraz nie chcemy już dać zmarłym naszego czasu, wolimy nie pamiętać, że śmierć jest nieodwołalna. Kiedyś to rodzina myła i ubierała zmarłego do pogrzebu. Jak człowieka.

ŁĄKI

Dzikie piękno natury i przyrodnicze anomalie. Pamiętam taki rok, że w dzień było aż ciemno od milionów bąków. I to bzyczenie pamiętam. Był też rok ptaków, które oblepiły drzewa jak liście. I pamiętam kilka razy dziennie kąpiele w jeziorze, z którym graniczył dom mojej babci. Babci Broni, która zmarła w zeszłym roku w wieku 92 lat.

Znam wszystkie przedwojenne piosenki, które przepięknie śpiewała. Nauczyła mnie też zbierania grzybów, na które chodziła jeszcze pod koniec życia, kiedy już niemal nie widziała. Twierdziła, że to modlitwa do świętego Antoniego pozwala jej odnaleźć to, czego szuka. Mnie także wspierała modlitwą i wierzę, że pomogła mi się odnaleźć. No i dawała skarpetki co święta na drutach robione ze sprutych starych swetrów, bo u babci nic się nie marnowało. Dzięki niej zacząłem zbierać nasionka buku, które za komuny skupowała za kupę forsy firma Las. Babcia wierzyła, że jeśli ktoś umie handlować, nigdy nie zginie z głodu. Co dwa tygodnie jeździła na targ i sprzedawała na nim jajka. Kiedyś zabrała tam i mnie z kolekcją „Tygrysów”. Ależ była dumna, gdy jednego dnia sprzedałem wszystko.

JEZIORO LUBOGOŚĆ

Jedziesz główną drogą, a potem musisz z niej zjechać w polną drogę. Często jest nieprzejezdna, więc idziesz piechotą, idziesz, idziesz, śliwki sobie zrywasz albo jabłka, psy cię obszczekują, idziesz dalej i schodzisz w las. I nagle pojawia się zapach mięty, cudowny, i coraz go więcej. Otwierasz oczy: a tu piękne jezioro ukryte w lesie, z taką ciemną wodą. Rezerwat przyrody w bukowym lesie. Bajka.

BOISKO

Zaraz, zaraz. Byłem też człowiekiem sportu: mistrzem szkoły w ping-pongu, świetnie grałem w piłkę nożną i trzymałem tylko z najlepszymi, czyli Marysiem Laskowskim, Markiem Brzozowskim i Zbyszkiem Kobielą. Byłem oczywiście napastnikiem, bo na Kaszubach wszyscy są napastnikami. Kiedyś tak bardzo kiwałem się ze starszym kolegą, że aż ręka mu się złamała. Była nawet karetka i afera… Teraz mój brat zbudował w Pobłociu wielkie boisko. Stadion niemalże. Zapoczątkował ruch i ma własną drużynę.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze