1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Alimenty: chłopaki nie płacą

Alimenty: chłopaki nie płacą

</a> Ilustr. Michał Stachowiak
Ilustr. Michał Stachowiak
Większość zasądzanych alimentów to kwoty bardzo niskie – do 500 złotych. Ale nawet najniższe wiążą się z wielkimi emocjami. Są sposoby, aby te emocje odsunąć na dalszy plan. A na pierwszy wysunąć dziecko.

Ilustr. Michał Stachowiak Ilustr. Michał Stachowiak

Prawda niby-oczywista, ale często traci się ją z pola widzenia: główną osobą dramatu w temacie niepłaconych alimentów jest dziecko. Lepiej widać zazwyczaj to, co wokół dziecka. Często pole walki. Po jednej stronie – dłużnik alimentacyjny. Aż w 96 procentach przypadków to ojciec. Po drugiej stronie – osoba, której po rozstaniu przydzielono opiekę nad dzieckiem. W większości przypadków – matka.

– W mediach my, walczące o pieniądze na dzieci, byłyśmy przedstawiane jako roszczeniowe. Matki, które żyją z alimentów – mówi Katarzyna Tatar, która właśnie znajduje się po tej drugiej stronie. – To wizja niespójna: jak można jednocześnie walczyć o coś, czyli tego nie dostawać, i z tego żyć? – pyta retorycznie. To paradoks, ale przekłada się on na mocny stereotyp. Tak mocny, że wciąż powszechne jest w Polsce zjawisko przyzwolenia na niepłacenie.

Typologia dłużników

– Dłużnik nigdy nie działa sam – przekonuje stanowczo Robert Damski, komornik z Lipna, który sukcesem kończy 60 procent spraw o ściągnięcie zaległych alimentów. Polska średnia to 20 procent: najgorszy wynik w Europie. – Nazwałem to zjawisko „zorganizowaną grupą wspierającą dłużnika”. Zalicza się do niej i pracodawca zatrudniający dłużnika na czarno, i rodzina pomagająca ukryć majątek, i koledzy. W badaniach sondażowych większość będzie zapewniać, że trzeba płacić na dziecko. Ale gdy sytuacja dotyczy kogoś bliskiego – ukrywają płatnika.

Więcej w wydaniu 6/ 2017, dostępnym także w wersji elektronicznej

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Muffiny z białą czekoladą i truskawkami

Fot. iStock
Fot. iStock
Sezon na truskawki trwa zdecydowanie zbyt krótko. Ledwie się rozpocznie, a już za chwilę nieubłagalnie ma się ku końcowi. Co roku uwijam się, by zdążyć zrealizować wszystkie swoje truskawkowe zachcianki i.. jeszcze nigdy mi się nie udało.

Lista ciast i deserów wciąż niebezpiecznie się rozrasta. Chciałabym to i.. to i jeszcze.. tamto. Zatem, drogą bezlitosnej selekcji trafiają dziś do was moje muffinki z białą czekoladą i truskawkami.

Składniki na 10-15 sztuk (w zależności od wielkości użytych papilotek):

  • 2-2,5 szklanki mąki pszennej
  • 0,5 szklanki cukru
  • 150g białej czekolady
  • 250 ml maślanki lub kefiru
  • 0,5 szklanki oleju rzepakowego
  • 2 jaja
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • truskawki (po 1 dorodnej sztuce na babeczkę)

Czekoladę siekamy na drobne kawałeczki. Truskawki kroimy w półplastry lub grubszą kostkę. Bierzemy 2 miski. W jednej mieszamy łyżką wszystkie mokre składniki (olej, maślankę lub kefir, jaja) a w drugiej wszystkie pozostałe czyli suche. Następnie suche przekładamy do mokrych i krótko mieszamy (tylko by się połączyły). Formę do muffinów wykładamy papilotkami, które wypełniamy ciastem do 3/4 ich wysokości. Pieczemy 20-25 min w temp. 180C.

  1. Moda i uroda

Wszystkie Zaimki Miłości – nowa równościowa kampania marki Levi’s

Kolekcja Levis’s Pride 2021, na zdjęciu m.in. kurtka Liberation Trucker Jacket z zaimkami „they/them, she/her, he/him, we”. (Fot. materiały prasowe)
Kolekcja Levis’s Pride 2021, na zdjęciu m.in. kurtka Liberation Trucker Jacket z zaimkami „they/them, she/her, he/him, we”. (Fot. materiały prasowe)
Tegoroczna kolekcja Levi's Pride podkreśla jak istotne jest stosowanie odpowiedniego zaimka wobec każdej osoby, i jak ważne jest, aby postrzegać ludzi tak, jak chcą być postrzegani.

Levi's od zawsze stawia na wartości takie jak akceptacja, inkluzywność, empatia. Od momentu powstania marki w 1853 roku, Levi Strauss & Co walczy o równość i postęp. W 1992 roku marka była pierwszą firmą z listy Fortune 500, która oferowała ubezpieczenie zdrowotne partnerom swoich pracowników niezależnie od ich płci.

Marka od dawna prowadzi realne działania na rzecz równego i sprawiedliwego traktowania osób LGBTQIA+ na całym świecie. Jest też współorganizatorem akcji sexed.pl, której celem jest edukacja seksualna młodych Polaków. To pierwszy krok do zrozumienia odmienności, akceptacji i tolerancji.

Tegoroczna kolekcja Levi’s Pride 2021 to tradycyjny już ukłon w stronę społeczności LGBTQIA+ oraz zwrócenie uwagi na ich prawa. Linia zawiera uniseksowe klasyki i akcesoria Levi’s ozdobione tęczową grafiką. Levi’s kontynuuje trwająca już trzy lata współpracę z OutRight Action International - organizacją, której działania mają na celu promowanie praw społeczności LGBTQIA+ na całym świecie. 100 proc. zysku z kolekcji Levi's Pride 2021 zostanie przekazane na rzecz organizacji.

Kolekcja Levis’s Pride 2021. (Fot. materiały prasowe)Kolekcja Levis’s Pride 2021. (Fot. materiały prasowe)

W Polsce Levi's stworzył lokalną kampanię Pride 2021. Bierze w niej udział pięć osób reprezentujących społeczność LGBTQIA+, pochodzących z różnych środowisk a inspiracją do jej stworzenia była trwająca obecnie społeczna dyskusja dotycząca użycia zaimków związanych z płcią. Marka od trzech lat współpracuje też z Fundacją Wolontariat Równości, organizatorką Parady Równości w Warszawie czy poznańską Grupą Stonewall, i chętnie włącza się do dyskusji na temat tolerancji i akceptacji inności. Cel jest jeden - aby wszyscy, niezależnie od tego, gdzie mieszkają, kim są i kogo kochają, mieli prawo oraz nieskrępowanej możliwość do bycia osobą dumną, wolną i widoczną. Do bycia sobą na własnych zasadach.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.

  1. Retro

Krystyna Skarbek – zbuntowana arystokratka i agentka służb specjalnych

Krystyna Skarbek - ur. 1 maja 1908 w Warszawie, zm. 15 czerwca 1952 w Londynie. Polska agentka brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), wywiadowca Secret Intelligence Service (SIS). (Fot. Forum)
Krystyna Skarbek - ur. 1 maja 1908 w Warszawie, zm. 15 czerwca 1952 w Londynie. Polska agentka brytyjskiej tajnej służby Kierownictwa Operacji Specjalnych (SOE), wywiadowca Secret Intelligence Service (SIS). (Fot. Forum)
W 1930 roku prawie zdobyła koronę Miss Polonia. Przegrała o włos – krótki, bo w młodości ścinała się na chłopczycę. Później Krystyna Skarbek o włos uniknęła śmierci z rąk gestapo, gdy jako szpieg tajnej armii Churchilla organizowała dywersję na terenach okupowanych przez III Rzeszę. Zginęła siedem lat po wojnie z ręki kochanka. Podobno miała „fatalny dar wzbudzania miłości”.

Nie broniła się, choć przetrwania uczyli ją najlepsi. Umiała ściąć człowieka drutem ukrytym w sznurowadle, który odpowiednio użyty działa jak piłka Gigliego (do przecinania kości w chirurgii). Była prymuską na zajęciach z uderzeń kończących się zmiażdżeniem jabłka Adama, a poprzedzonych kopniakiem w kolano. Tym razem te umiejętności zdały się na nic. Nóż wszedł w pierś tak głęboko, że ludzie, którzy obezwładnili napastnika, nie zauważyli zbrodni. Myśleli, że zemdlała. Leżała na wiktoriańskich kafelkach przed drzwiami do pokoju, który wynajmowała w tanim londyńskim hotelu, założonym przez Polskie Towarzystwo Pomocy. Portier z kucharką oparli ją o ścianę w pozycji siedzącej, a zarządca cucił wodą. Woda wylała jej się z ust, coś było nie tak. Dopiero przybyły chwilę później kierownik hotelu wymacał trzonek noża, wyjął go odruchowo i upuścił. Kochanek-zabójca nie uciekał, a później nie prosił o złagodzenie wyroku. Skazany na karę śmierci, w ostatnich słowach przed powieszeniem wyznał: „Zabić to ostatecznie posiąść”.

Gwiazdeczka

Wspomniany rok 1930. Wicemiss z krótkimi włosami, do tego prawie nieumalowana, za to obdarzona sporym temperamentem (co z pewnością spodobało się przewodniczącej wyłącznie żeńskiego jury Zofii Nałkowskiej). Krystyna miała wtedy niecałe 22 lata i coś więcej niż niezaprzeczalną urodę.

Była „córeczką tatusia”, co akurat niekoniecznie jej się przysłużyło. Jej wywodzący się ze znakomitego rodu ojciec Jerzy Skarbek miał reputację uwodziciela, choć byli i tacy, co mieli go za chama i bufona. Tonął w długach, gdy ożenił się z córką żydowskiego bankiera,  świeżo ochrzczoną Stefanią Goldfeder. Cała Warszawa plotkowała, że Jerzy poślubił pieniądze, a Stefania szlacheckie nazwisko. W tym związku najpierw urodził się Andrzej, za którym Jerzy nie przepadał (twierdził, że syn „kurczowo trzyma się maminej spódnicy”), a osiem lat później – Krystyna. Nazywał ją Vesperale – Gwiazdeczką (od łacińskiej nazwy Wenus, gwiazdy wieczornej). Gwiazdeczka jeszcze nie nauczyła się chodzić, a już dzieliła z tatą pasję do koni. Sadzał niemowlę na kuca i uczył jeździć po męsku – okrakiem. Kiedy Krysia podrośnie, na każdym kroku będzie się starała zaimponować ojcu, np. dosiadając narowistego ogiera. Nauczyła się posługiwać nożem myśliwskim i strzelbą.

Jest rok 1921. Polska podpisała właśnie traktat pokojowy z Rosją i Ukrainą, a rodzice Krysi wysyłają ją na Kresy do cenionej szkoły klasztornej z internatem. Wyleci z niej za podpalenie sutanny księdza odprawiającego codzienną poranną mszę (użyła trzymanej w ręku świecy). Nie do końca rozumiała tę decyzję, przecież pomogła też gasić, a wielebny śmiał się z tego razem z nią. Wróci do rodziców, ale już nigdy nie będzie tak samo. Ojciec, który zaczął chorować na gruźlicę, regularnie jeździ do sanatoriów. W czasie jednego z takich wyjazdów zwiąże się z inną kobietą i porzuci rodzinę. Krystyna nie zamierza się nad sobą użalać. Znajduje pracę w biurze salonu Fiata, a wśród jego najlepszych klientów – kandydata na męża.

Pauline

Upatrzyła sobie dyrektora fabryki firanek. Ma 22 lata, gdy bierze z nim ślub. Kilka miesięcy później jest już rozwódką z comiesięczną rentą wypłacaną przez jej eks. Ewidentnie do siebie nie pasowali. Jej zdaniem mąż był „opętany pracą” i nie dbał o przyjemności, jego zdaniem ona nie nadawała się na elegancką gospodynię domową, która zabawia gości – także dlatego, że w domu w ogóle rzadko bywała.

Wybór kolejnego męża był już bardziej… może nie przemyślany, ale z pewnością bardziej dopasowany do jej wizji życia jako ciągu ekscytujących wydarzeń. Jerzego Giżyckiego, podróżnika i dyplomatę, poznała w Zakopanem, gdzie odpoczywał po dłuższym powrocie z Afryki. Opisał ją jako „nieustraszoną”, bo na ciężkich drewnianych nartach jeździła lepiej niż większość mężczyzn. Krótko po ślubie, pod koniec 1938 roku, wyjechała z nim do Kenii, gdzie objął stanowisko starszego dyplomaty przy nowo utworzonym polskim konsulacie. Gdy wybuchła wojna, podróżowali akurat przez Afrykę samochodem, a że MSZ nie przysłało wskazówek, jak się w tej sytuacji zachować, postanowili, że wracają do Europy na własną rękę. Jerzy chciał się zaciągnąć do polskiej formacji zbrojnej we Francji, ale z powodu wieku (był o 20 lat starszy od Krystyny) i złego stanu zdrowia nie przyjęto go. Już w drodze do Europy podczas kilkutygodniowego rejsu strasznie się kłócili. Na miejscu podjęli decyzję o rozstaniu.

I tu zaczyna się właściwa opowieść o pięknej Polce, agentce brytyjskiego wywiadu. Jeszcze u boku męża Krystyna przez jakiś czas pracowała jako dziennikarka. Dlatego po powrocie z Afryki, znowu wolna, znowu bez konkretnych planów, skontaktowała się z redaktorem „Manchester Guardian”, który – jak się okazało – był współpracownikiem brytyjskiego wywiadu. To on skierował ją do szefa siatki wywiadowczej przy brytyjskim MSZ. Skarbek miała plan szmuglowania z Węgier do Polski ludzi oraz informacji wywiadowczych. Przez góry, na nartach (wcześniej w Zakopanem dla zabawy bawiła się w przemyt papierosów). Trafiła w idealnym momencie – premier Winston Churchill powołał Kierownictwo Operacji Specjalnych (SOE), tajną organizację, której celem było werbowanie cywili mówiących w obcych językach i przeszkolenie ich do dywersji na ziemiach okupowanych przez nazistów.

Grupę wybranych osób, w tym Krystynę, szkolono w sabotażu. Ułaskawiony z 20-letniej odsiadki kasiarz uczył ją, jak otworzyć każdy europejski zamek. Dowiedziała się, jak zmienić wygląd w pół minuty (wata w usta, popiół z papierosa na twarz podkreśli zmarszczki i worki po oczami). Dowiedziała się, jak rozpoznawać, że jest śledzona, i jak przetrwać tortury. Niech wytrzyma 48 godzin, żeby wywiad zdążył ostrzec lub ewakuować tych, których szpieg może „sypnąć”. Pomoże liczenie lub literowanie alfabetu – żeby nie skupiać się na bólu. Pomoże też wiedza, że po długotrwałym odczuwaniu bólu człowiek doświadcza dziwnej przyjemności, a w efekcie ekstazy. Strach może nawet zmienić się w zauroczenie. Ważne wtedy, by ten stan ukryć przed oprawcami, bo przerwą i pozwolą ciału powrócić do pierwotnej wrażliwości. Gdy była już gotowa do walki, przyjęła tożsamość Christine Granville, pseudonim „Pauline”.

Akt łaski

Jej pierwsza misja: ma przedostać się do Budapesztu i zorganizować przerzut tajnych informacji do Generalnej Guberni. Opracowała trasę przez słowackie Tatry. Zima była tak ostra, że „ptaki przymarzały do drzew”, ale Polka zadanie wykonała mimo strat w ludziach. W Budapeszcie Krystyna funkcjonowała pod przykrywką francuskiej korespondentki zatrudnionej w firmie podlegającej brytyjskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych. W pierwszych miesiącach wojny Węgry, ciągle wolne, roiły się od zagranicznych dziennikarzy, którzy stąd obserwowali przebieg działań wojennych, więc Krystyna łatwo wtopiła się w to towarzystwo. W relacjach świadków, agentów, z którymi się kontaktowała, była szczęśliwa. Paradoksalnie wojna uwolniła ją od nudy i monotonii, od przewidywalnej przyszłości. Kolejne kursy przez zieloną granicę – mimo pościgów i ucieczek, zupełnie jak z filmów akcji – kończyły się dobrze. Wracała poobijana, pokaleczona, wyziębiona, ale wracała, mimo że na polskich stacjach kolejowych wisiały plakaty z jej podobizną i informacją o nagrodzie: „Za żywą lub martwą”.

Wpadła w Budapeszcie. Właśnie wróciła z kolejnej trasy, wyczerpana i zagrypiona.

Pod koniec stycznia 1941 roku o czwartej rano budzi ją walenie w drzwi. Przesłuchiwana przez rezydujące w Budapeszcie gestapo zagryza język i plując krwią, wmawia Niemcom, że choruje na gruźlicę. Była bezczelna. Gdy pokazano jej fałszywy dokument, którym posługiwała się w Polsce, odparła, że dziewczyna na zdjęciu nie może być nią, ponieważ tamta jest znacznie ładniejsza. Chorobliwa bladość, kaszel po niedoleczonej grypie plus krew w ślinie sprawiły, że wezwany lekarz najpierw zarządził prześwietlenie, a później zalecił zwolnienie jej ze względów humanitarnych. Wypuszczono ją, co paradoksalnie wzbudziło nieufność własnego wywiadu. Przecież gestapo nie wypuszcza. Całkiem możliwe, że dała się Niemcom zwerbować i została podwójnym agentem. Jej przeżycia w tym okresie są dość zagmatwane. Sama zmieniała ich wersje, co miało ją chronić przed przypadkowym rozpoznaniem. Nie do końca wiadomo, jak na przykład było z próbą uwolnienia matki z getta. Podobno tak: Krystyna zaczepia na ulicy niemieckiego oficera, proponując mu wprost łapówkę za wydostanie z getta starszej pani Skarbek. Oficer prowadzi piękną nieznajomą z walizką z pieniędzmi do swojego mieszkania, żąda seksu. W zamian obiecuje, że pomoże. Obietnicy nigdy nie dotrzyma. Matka Krystyny nie przeżyje getta.

Krótko przed inwazją na Normandię agentka Christine wraca do czynnej służby wywiadowczej Jego Królewskiej Mości. Zrzucona na tyły wroga Skarbek miała wspierać aliancką grupę dywersyjną. Wylądowała w momencie, gdy aresztowano jej szefa. Tak jak stała, poszła na niemiecki posterunek. Bez broni. Wóz albo przewóz. Tym razem pomogła obietnica ogromnej łapówki i sprytny blef. Krystyna przedstawiła się jako żona aresztowanego, a przy tym siostrzenica marszałka Montgomery’ego, i przekonała strażników, że tylko akt łaski wobec więźnia pomoże im ocalić skórę, gdy za miesiąc alianci dotrą w to miejsce.

Za tę akcję tuż po wojnie premier Wielkiej Brytanii nagrodzi ją Orderem Imperium Brytyjskiego. Z jego ręki agentka otrzyma też nagrodę pieniężną – sto funtów. To tyle, bo obywatelstwa jej odmówiono (ponoć w obawie przed możliwością zwerbowania przez komunistów). Do Polski wrócić, oczywiście, nie może, po raz kolejny musi sobie radzić sama. Z trudem udaje jej się uzyskać zgodę na pracę na Wyspach. Pracujew sklepie, w kawiarni, gdzie się da.

Ordery do fartuszka

Próbowała zaczepić się jako stewardesa w liniach lotniczych. Nie pomogła protekcja wiceprezesa, którego znała z czasów Bitwy o Anglię. Miała o osiem lat za dużo jak na standardy linii pasażerskich. Udało się w żegludze. Jej pierwszy przydział, czteropokładowy transatlantyk „Ruahine”, zabierał ponad 300 pasażerów, których obsługiwała 200-osobowa załoga. Armator szczycił się, że zatrudnia byłych żołnierzy, umieścił ten atut w prospekcie reklamowym. Weterani mieli frontowymi opowieściami umilać podróż pasażerom klasy wyższej. Do podstawowych obowiązków Krystyny należało jednak sprzątanie kajut drugiej klasy. Robiła to w jasnobłękitnym kostiumie z kloszową spódnicą, w białym fartuszku i czepku. Do tego stroju, zgodnie z regulaminem obowiązującym personel, przypięła odznaczenia otrzymane na wojnie.

W trakcie pierwszego rejsu do Nowej Zelandii pozna swojego przyszłego zabójcę– Dennisa Muldowneya. On też pracuje jako steward. Ma wobec niego dług wdzięczności,to on wziął „nową” w obronę, gdy podpadła współpracownikom. Była cudzoziemką na statku, którym – jak głosiły plotki – uciekinierzy z Polski za pieniądze brytyjskich podatników ekskluzywnie „wozili się” po świecie, a do tego gwiazdorzyła. Faktycznie, historie, które opowiadała pasażerom, czyniły z niej główną atrakcję rejsu. Dennis pływał już drugi rok, pozował na wygę i nie opuszczał Krystyny na krok. Uczył ją noszenia kilku tac z herbatą jednocześnie, błyskawicznego słania łóżek, często też, po odbębnieniu swoich obowiązków, pomagał jej w szorowaniu toalet. Był prostym, bezpośrednim chłopakiem, który rzucił szkołę w wieku 14 lat. Ona, zbuntowana arystokratka, czuła się przy nim swobodnie i bezpiecznie, zwierzała mu się, płakała w rękaw. Próbowała go nawet wprowadzić w swoje emigracyjne towarzystwo. Bez sukcesu. Uważali go za prostaczka i kpili z niego. Zauważyli też, że jest w niej „wściekle zakochany”, że chodzi za nią krok w krok. W pewnym momencie Krystyna ma tego dość, stara się przerwać ten dziwny układ. Na oczach Muldowneya całuje się z innymi. W końcu mówi mu, że zamierza związać się z przyjacielem z dzieciństwa i na stałe wyjechać z Anglii. To wtedy Dennis po raz ostatni zaczaił się przed jej drzwiami.

Och, James, nie ściemniaj

Wokół jej życia narosły legendy. Jedna łączy ją z Ianem Flemingiem, twórcą przygód Jamesa Bonda. Poszlak jest sporo. Fleming, były oficer wywiadu marynarki wojennej, wysoki, jasnowłosy i niebieskooki przedstawiciel klasy wyższej, był zdecydowanie w typie Krystyny. A ona doskonale pasowała do ideału kobiety Fleminga – trzydziestokilkuletniej Żydówki, „towarzyszki, która nie potrzebuje edukacji w sztuce miłości”. Takiej, jak późniejsza Vesper Lynd, dziewczyna Bonda, pojawiająca się w pierwszej powieści Fleminga „Casino Royale”. Jest zatem bondowska Vesper i jest Vesperiale (Krystyna w opowieściach lubiła wracać do tego, jak w dzieciństwie nazywał ją tata). A w książce, gdy Bond pyta Vesper o imię, dodaje: „Czy mogę je pożyczyć?”.

Istnieje też teoria o romansie z Ianem Flemingiem, który za swoją odprawę po zwolnieniu ze służby wywiadowczej kupił na Jamajce willę Goldeneye (tam pisał swoje książki o Bondzie), rozpoczętym właśnie na pokładzie statku, gdzie Krystyna pracowała jako stewardesa. Fleming podróżował wtedy po świecie częściowo dla przyjemności, a częściowo zawodowo – jako dziennikarz.

Mogło być też mniej romantycznie. Ian i Krystyna poznają się na lunchu przy Charlotte Street dwa lata po zakończeniu wojny. Kontaktują się, owszem, ale tylko w sprawie pracy. Fleming jako dziennikarz pisze o byłej agentce, która coraz bardziej go fascynuje. Być może nawet staje się pierwowzorem samego Jamesa Bonda? Wiadomo na pewno, że się znali i że Krystyna wywarła na Flemingu duże wrażenie.

Jej przygody z pewnością starczyłyby mu na całą książkę. I to niekoniecznie śmiertelnie poważną. Czy zdążyła opowiedzieć Ianowi o zakochanym w niej na zabój asie polskiego wywiadu, który tak źle zniósł odrzucenie, że w jej mieszkaniu wyjął pistolet i zagroził, że postrzeli się w jądra? Ręka mu drgnęła i przestrzelił stopę. Gdy ją wyleczył, rzucił się z mostu. Rzeka była na wpół zamarznięta, więc tylko złamał drugą nogę.

Podobno kilku mężczyzn swego czasu w niej mocno zakochanych zawiązało klub. Zobowiązali się, że nie dopuszczą do publikacji co bardziej intymnych i wstydliwych epizodów z jej życia. W akcie zgonu Skarbek wydrukowanym na egzemplarzu Urzędu Stanu Cywilnego Royal Borough w Kensington zapisano: „Christine Granville, zawód: była żona, lat 37”. Z tej pierwszej wzmianki nie byłaby pewnie zadowolona, ale może chociaż z drugiej? W momencie śmierci miała przecież 44 lata.

  1. Retro

Doris Lessing – małżeństwa bez miłości, liczne romanse i Nagroda Nobla

Doris Lessing - angielska pisarka, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (2007). (Fot. Forum/Anita Schiffer-Fuchs)
Doris Lessing - angielska pisarka, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (2007). (Fot. Forum/Anita Schiffer-Fuchs)
W młodości pisarka Doris Lessing  zarzekała się, że nie wyjdzie za mąż i nie będzie mieć dzieci. „Nie będę taka, nie będę” – powtarzała w mściwym zapamiętaniu, patrząc na małżeństwo własnych rodziców. Nie dotrzymała słowa. A może w pewnym sensie dotrzymała?

„Małżeństwo z troski”. Ojciec i matka poznali się w trakcie pierwszej wojny światowej w londyńskim szpitalu, gdzie panna Emily Maude pracowała jako pielęgniarka. Oboje zdruzgotani – ją załamała utrata ukochanego na froncie, on musiał pogodzić się z drewnianym kikutem w miejscu amputowanej nogi. Po wojnie Alfred Cook Tayler miał cierpieć na nerwicę frontową i z czasem stał się niespełnionym uczuciowo marzycielem. Jego żona – wcześniej dowcipna i energiczna – wraz z założeniem rodziny miała przemienić się w zimną, sentymentalną i hołubiącą atrybuty klasy średniej gospodynię. Po ich wyjeździe do Persji (Alfred skusi się na posadę w tamtejszym banku) 22 października 1919 roku w Kermanszah rodzi się Doris May Tayler, a dwa i pół roku później – syn Harry.

Musisz je kochać

Sposób, w jaki matka próbuje przechytrzyć małą Doris, żeby wzbudzić jej miłość do brata, określi ich niełatwe relacje. „To twoje dziecko, musisz je kochać”, powie, pochylając się z noworodkiem nad córką.

Dziewczynka wie, że to kłamstwo, wybieg „mający oszukać zazdrość” i wyraźnie czuje, że to Harry’ego darzy się bezwarunkową miłością. I choć sama pokocha brata, nie wyleczy się z nienawiści do matki („Przez lata nieustannie ją oskarżałam – najpierw gorąco, potem zimno i twardo”). Przy ojcu czuje się bezpieczniej, ale tak naprawdę największą miłością jej dzieciństwa stanie się kot przybłęda, z którym nie rozstanie się aż do wyjazdu rodziny do Afryki w roku 1924 (tym razem państwo Tayler liczą na szybkie wzbogacenie się na prowadzeniu farmy w brytyjskiej kolonii). Odtąd śmierć każdego kota, którego przygarnie Doris, będzie wpędzać ją w rozpacz nieporównywalną z niczym. Nawet z żałobą po rodzicach.

Własny pokój

Życie na farmie w Rodezji Południowej (obecnie Zimbabwe) będzie wyzwaniem dla obojga rodziców (zwłaszcza dla ojca inwalidy), ale dla dzieci busz okaże się azylem, do którego Doris będzie pędzić raz ze strzelbą, innym razem boso, głucha na ostrzeżenia matki przed wężami. Od wczesnych lat umie m.in. prowadzić wóz, polować, szyć i gotować. Wołają na nią „Tygrysek”, od postaci z „Kubusia Puchatka” Milne’a.

Cztery lata w prowadzonej przez katolickie zakonnice szkole z internatem, gdzie w klasie na ścianach wiszą obrazy „feerii tortur i krwi”, a bibliotekę zapełniają książki o szatanie, to wieczność dla stęsknionego za domem dorastającego Tygryska. Z gimnazjum, do którego potem trafi, wyłga się w wieku 13 lat zapaleniem spojówek. To będzie koniec jej szkolnej edukacji i początek walki z matką, która nie ustaje w wysiłkach wychowania „porządnej, dobrze ułożonej córki”. W dzieciństwie obowiązywał harmonogram posiłków i wypróżnień, teraz matka chce przejąć kontrolę nad jej dojrzewającym ciałem (od ubioru, przez miesiączki, skończywszy na jedzeniu). Jedynym sposobem na otrzymanie matczynej czułości jest choroba, co uczy Doris manipulacji. Robi wszystko, byle zaszyć się w łóżku z książką.

Już niebawem jednak odnajdzie swoją przestrzeń, Woolfowski „własny pokój” i zacznie drukować pierwsze opowiadania w czasopismach. W wieku 14 lat rozpoczyna pracę jako opiekunka do dziecka, a chwilę później wyrwie się z domu na dobre. W jednej z rodzin, dla których pracuje, przejdzie coś w rodzaju inicjacji, bo gospodarz podsunie jej książki o polityce i socjologii, a jego dwudziestoparoletni szwagier zacznie ją niewprawnie pieścić, budząc w niej erotyczne tęsknoty i niedosyt. Odkryje, że jest łakoma zarówno życia erotycznego, jak i intelektualnego. W jednym i drugim przypadku wykaże z czasem samodzielność i odwagę, a swoimi lekturami już teraz wkracza na drogę intelektualistki samouka.

W ’37 roku w Salisbury [dawna nazwa stolicy Harare – przyp. red.] dostaje posadę maszynistki. Tymczasem w tutejszym klubie Doris poznaje rozkosze „ostrej podniecającej muzyki”, pitego na potęgę alkoholu i tańca. Efektem nowych znajomości będzie związek z dziesięć lat starszym urzędnikiem Frankiem Wisdomem, którego 19-latka przedstawi swoim zdumionym rodzicom. Mężczyzna jest już zaręczony z dziewczyną z Wielkiej Brytanii. W dodatku nie jest zakochany w Doris ani ona w nim, chociaż osoba mająca tak wiele uzależnień jak ona mogła sobie łatwo coś takiego wmówić. Według niej opanowała ją „fundamentalna bezwzględność kobieca”, z jaką odbiła mężczyznę innej. Niedługo potem zawarli „pozbawiony uroku ślub”.

Skuto mi ręce i nogi

Z początku wydawać by się mogło, że nie są źle dobrani – zarówno pod względem seksualnym, jak i sympatii lewackich. To w Salisbury Doris dołącza do lewicującej grupy, która zaspokaja jej głód koleżeństwa, a także ma podobne odczucia w podzielonym rasistowskim społeczeństwie. Doris dość wcześnie zadaje sobie pytanie, jak to jest, że 100 tys. białych zamieniło w niewolników pół miliona czarnych. Ostatecznie przejdzie na komunizm po słynnej bitwie stalingradzkiej, wbijając się w rytm zebrań, goszczenia u siebie „towarzyszy” i rozprowadzania „Guardiana”. Po latach, wspominając okres aktywności komunistycznej (z przekonaniem działała w latach 1942–44, formalnie wypisała się z partii w 1951 roku), z niesmakiem odsłoni niemal religijny zapał i głupotę swoją – towarzyszki Tygrysek – i reszty jej kolegów usprawiedliwiających ZSRR, „dzielnego sojusznika” w wojnie.

Na razie zachodzi w ciążę. Oboje małżonkowie zgadzają się, że powinna ją usunąć. Po trzech próbach znalezienia bezpiecznego gabinetu lekarz odmówi jej zabiegu, twierdząc, że jest za późno. Mimo to Doris wróci do domu zadowolona. W ’39 przychodzi na świat John, który okaże się nadpobudliwy i niechętny przytulaniu. Zacznie się czas wewnętrznej walki: „Nie ma większej nudy niż ta, jaką czuje inteligentna kobieta zmuszona do spędzenia całego dnia z malutkim dzieckiem”. Ale tak naprawdę dopiero w roku ’43, z urodzeniem „ślicznej, stworzonej do przytulania” córki Jean, w Doris coś pęka. Kiedy Frank chce poszukać dla nich własnego domu, młoda matka czuje, że „skuto jej ręce i nogi kajdanami”. Potem dochodzi wyczerpanie i podejrzenie anemii. Nie upija się jak kiedyś („ani razu nie przyszło mi do głowy, by odstawić alkohol czy rzucić palenie, miałam do tego prawo”), a mimo to kilka razy mdleje. Jest rozdarta. Stara się „być dobrą matką dla obojga dzieci”, ale jej czułość do córki podszyta jest poczuciem winy. To przypomina o nienawiści maskowanej uprzejmością w jej relacjach z własną matką i powtarzany niegdyś refren: „Nie będę taka, nie będę!”. Coraz częściej mówi i w domu, i ze znajomymi o tym, że powinna odejść. Z jednej strony marzy o nowym, wolnym od rasowych uprzedzeń świecie dla swoich dzieci, z drugiej – przyznaje: „[...] Nosiłam przeznaczenie, które – gdybym została – może kiedyś usidliłoby dzieci, tak jak usidliło mnie”. Frank się wścieka. Zachowuje się jak wariat, wynajmuje nawet detektywa, który za nią chodzi. Mówiło się o romansie Doris z sierżantem RAF-u.

W końcu zostawi dzieci – jak twierdzi – z mnóstwem kochających je w domu osób. Są tacy, którzy po tym kroku mieszają ją z błotem. Ale niektóre kobiety zazdroszczą jej odwagi. Ona sama swoje poczucie winy na przemian wypiera albo się z nim utożsamia.

Małżeństwo polityczne

Frank żeni się po raz drugi – z koleżanką z pracy. W tym czasie Doris poświęca czas towarzyszom partyjnym, co przypłaca brakiem snu i złym odżywianiem. Kiedy dopada ją choroba i musi zostać w łóżku (co kiedyś było przecież warunkiem matczynej czułości), opiekę nad nią roztacza lider ich grupy, budzący lęk „150-procentowy komunista” Gottfried Lessing. Nie kocha tego „zimnego milczącego” mężczyzny, zresztą z wzajemnością, bo on z kolei nie może zapomnieć kobiety, z którą musiał się pożegnać, wyjeżdżając z Anglii. A jednak stają się sobie z Doris bliscy i jego częste odwiedziny kończą się ślubem. Jest to, jak twierdzi ona, małżeństwo „polityczne”, zawarte w celu ochrony Lessinga jako Niemca przed powrotem do obozu internowanych. „Po wojnie weźmiemy rozwód”, mówią sobie od początku. I słusznie, bo seks w wydaniu Gottfrieda jest smutny. Niezwykły świat wyobraźni Doris świeżo upieczony małżonek kwituje cytatem z Lenina: „Głupota życia na wsi”, a o jej pisaniu mawia, że to burżuazyjny przeżytek. W międzyczasie ona zakochuje się jeszcze dwa razy, ale w ciążę zachodzi z Gottfriedem. Pragnienie dziecka tłumaczy obawami, że wkrótce będzie już na to za późno (ma 27 lat), zewem matki natury i wreszcie tym, że zwyczajnie marzy, żeby spróbować raz jeszcze.

Można by uznać, że to wtedy dojrzała do rodzicielstwa, chociaż ambiwalencja na stałe była wpisana w jej macierzyństwo. Kiedy krótko po radosnej nowinie jedzie do Kapsztadu i przeżywa gorący romans z pewnym artystą, nachodzi ją pewna myśl: „Jak głupio być znowu w ciąży, skoro nie muszę”. Romans z trzaskającym jej akty malarzem (którego stała dziewczyna również spodziewa się dziecka) okazuje się powiewem świeżego powietrza po pełnym zahamowań Lessingu. Doris ma obsesję na punkcie seksu, jeśli nie czerpie z niego satysfakcji („Kiedy tylko pojawiało się uziemienie w postaci mężczyzny, z którym seks był udany, natychmiast opowiadałam się za moralnością i monogamią – co wynikało z zaspokojonego apetytu”).

Na przekór oskarżeniom matki i racjonalnym pytaniom ojca: „Zostawiłaś dwójkę dzieci, po co ci jeszcze jedno?”, zakochuje się w swoim trzecim potomku – Peterze. Nie przypuszcza, że już niedługo zacznie się okres aranżowanych pikników, na których będzie spotykać się jej nowa rodzina z dwójką porzuconych dzieci, Frankiem i jego nową żoną. Atmosfera jest koszmarna. Krótko po tym Doris przejdzie zabieg podwiązania jajowodów. Uzna, że to jedna z najlepszych podjętych przez nią życiowych decyzji.

Alfred i Emily

W roku 1949 definitywnie wyjeżdża do Anglii, zabierając ze sobą małego Petera i świeżo napisany debiut „Trawa śpiewa”. Londyn zaskoczy ją powojenną nędzą i chłodem nieogrzewanych mieszkań. Dopiero po dziewięciu latach od przyjazdu zarabiać będzie na pisaniu tyle co średnio opłacany robotnik. Gottfried do niej dołączy, rozwiodą się zgodnie z planem i choć mają wspólnie wychowywać syna, on nie znajdzie odpowiedniej pracy i wyjedzie do NRD. Próbuje ją tam zaciągnąć, ale Doris czuje się oszukana. Zwłaszcza kiedy ich łączność się urwie, bo Gottfried będzie miał zakaz kontaktów z Zachodem. Doris wyjedzie do Berlina, żeby się o tym przekonać, i będzie to ostatni raz, kiedy zobaczy Gottfrieda. Przy pierwszym akcie nieposłuszeństwa partia pozbędzie się go w „wypadku” w Ugandzie.

Nie znajdzie potem w żadnym z kochanków zastępczego ojca dla Petera. Obojętność w tym względzie okaże się bolesna zwłaszcza ze strony miłości jej życia – poranionego przez wojnę lekarza. Zwiąże się z nim po trzydziestce. Nie zdradzi nigdy jego tożsamości, ujawni jedynie, że był Czechem i komunistą, którego liczna rodzina zginęła w obozach koncentracyjnych, podczas gdy grono jego przyjaciół komunistów powieszono z przykazu Stalina. Odejście tego mężczyzny po czterech latach miłości, która dla niej będzie mieć wymiar małżeństwa, okaże się ciosem. Od tej pory nie podda się bezkrytycznie żadnemu z romansów, chociaż w jej życiu będą jeszcze mężczyźni, np. młodszy od niej amerykański pisarz Clancy Sigal. Najważniejsi pozostaną dla Doris syn i pisanie, a rozkwitowi jej talentu towarzyszyć będzie literacka płodność, której mogłoby jej pozazdrościć wielu wolnych od obowiązków rodzinnych kolegów. Odżegna się od feminizmu, kiedy pewne feministki będą próbowały ją zawłaszczyć po sukcesie „Złotego notesu” w 1962 roku. Z drugiej strony – jej otwarte mówienie o kobiecej agresji i wrogości spotka się z zarzutami bycia niekobiecą. „Najwyraźniej to, co wiele kobiet myśli, czuje i czego doświadcza, okazuje się zaskoczeniem” – odpowie.

Z matką nie naprawi relacji, nawet kiedy ta zostanie wdową. Jej przyjazd do Londynu po śmierci męża tylko przypomni dawne próby kontrolowania córki. Pisarka odmówi, kiedy matka będzie chciała z nią zamieszkać, a jej śmierć w 1957 roku wpędzi Doris w stan „zmrożonego smutku”. Z czasem na nowo nawiąże kontakt ze swoimi porzuconymi dziećmi i choć przekona się, że wysyłane im listy i książki były wstrzymywane przez Franka, swoją relację z Johnem określi jako przyjacielską.

Umiera w roku 2013, przeżywszy swoich dwóch synów. Stało się to sześć lat po przyznanej jej Nagrodzie Nobla i cztery lata po wydaniu ostatniej powieści „Alfred i Emily” – o rodzicach, których losu tak bardzo nie chciała powtórzyć.

Korzystałam m.in. z książek: Doris Lessing „Pod skórą” i „Spacer w cieniu”, J.M. Coetzee „Dziwniejsze brzegi. Eseje literackie 1986–1999”, a także ze strony www.dorislessing.org.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".