fbpx

Warto być egoistą

Z pustego i Salomon nie naleje. Jeżeli nie dbam o siebie, nie sprawiam sobie przyjemności, nie mam dobrego mniemania o sobie, to strasznie trudno będzie mi coś dać partnerowi – mówi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski.
Małe przyjemności przegrywają w małżeństwie z obowiązkiem. Może rzeczywiście nie są tak istotne?

Moja żona nauczyła mnie, że małe wzajemne podarunki budują przyjaźń. I ja głęboko wierzę, że tak jest: gdy ludzie o siebie dbają i sobie sprawiają drobne prezenty, to lepiej im się żyje. A te drobne prezenty to niekoniecznie muszą być rzeczy. Mogą to być różnego rodzaju gesty i komunikaty. Mam wrażenie, że to, czego ludziom przychodzącym do mnie na terapię brakuje, to pozytywne informacje zwrotne. Przestają mówić na przykład: „Cieszę się, że coś zrobiłeś, kupiłeś, że o czymś pamiętałeś”.

Mówimy to na początku, potem raczej wytykamy błędy.

Gdy rośnie poziom naszej frustracji, zamykamy się we własnej krzywdzie, w tym, że partner nas nie lubi, nie ceni, nie kocha. A im bardziej się zamykamy, tym bardziej zapominamy o takich niby-drobiazgach, jak mówienie i robienie czegoś miłego. A według mnie to strasznie ważne. Dla osób, które przychodzą do mnie, dużym odkryciem jest to, że można do siebie ciepło się odnosić. Na początku wydaje im się to dziwnie nienaturalne, dopiero po jakimś czasie zaczynają dostrzegać, że fajnie jest zaprosić gdzieś partnera, pamiętać o jego urodzinach, powiedzieć mu coś miłego. To niezwykle ważne komunikaty, które sygnalizują, że ta druga osoba jest w kręgu naszej uwagi, że jest dla nas ważna.

John Gray, specjalista od związków, autor książek o Marsjanach i Wenusjankach, twierdzi, że 90 procent satysfakcji w związku każdy musi dostarczyć sobie sam. Tylko 10 procent zapewnia nam partner.

W tym twierdzeniu jest dużo prawdy. Podobnie jak prawdziwe jest powiedzenie Seneki: Ludzie są nieszczęśliwi na tyle, na ile się za nieszczęśliwych uważają. W wielu przypadkach my tę nieszczęśliwość tworzymy sami. Myślimy poza tym, że jak on mnie kocha, to odgadnie, co mi potrzebne. Oczywiście, zdarza się, że kochający, atrakcyjni dla siebie ludzie podejmują dużo takich aktywności, które polegają na zgadywaniu, uprzedzaniu życzeń partnera, ale potem takie zachowania zanikają. Myślę, że dużą umiejętnością jest otwarte mówienie partnerowi: „Posiedź ze mną, przytul mnie, porozmawiaj”.

Kobiety mają problem z tym, żeby zadbać o swoje potrzeby.

Nie wdając się w szczegóły, kobiety przez całe wieki wychowywane były na masochistycznym wzorcu poświęcania się. Wartością było robienie przyjemności innym, nie sobie. Ale to bardzo się dzisiaj zmienia. Kobiety są dyrektorkami banków, pełnią ważne funkcje w życiu społecznym i coraz częściej uważają, że im się należy coś od swoich partnerów i od siebie. I słusznie, że potrafią o siebie dbać, że przedkładają swój dobrostan nad dobrostan dzieci czy partnera. To duża umiejętność, ja ją nazywam zdrowym egoizmem. Bo – jak w tym powiedzeniu, że z pustego i Salomon nie naleje – jeżeli nie dbam o siebie, nie sprawiam sobie samej przyjemności, nie mam dobrego mniemania o sobie, to strasznie trudno będzie mi coś dać komuś innemu.

Ten egoizm działa i w drugą stronę: skoro ja dbam o siebie, daję też takie samo prawo drugiej osobie.

Oczywiście. Bardzo często w trakcie terapii małżeńskiej takim niezwykle leczącym czynnikiem jest doświadczenie przyjemności z tego, że partner przeżywa jakąś radość. Bo przeważnie w skonfliktowanych parach istnieje rodzaj zawiści: jemu dobrze, a ja cierpię. Jeśli ludzie potrafią to pokonać i cieszą się, że ich partner jest zadowolony, to duże osiągniecie.

Przyjemnie jest coś robić razem, a my nie mamy na to czasu.

To nie jest prawda. Bo nie trzeba robić jakichś strasznie wielkich rzeczy. Czasami wystarczy sobie posiedzieć razem, poczytać gazetę albo porozmawiać o czymś ciekawym. Uważam, że to taka wymówka, że nie mamy czasu na kontakty z dziećmi, z partnerem. Oczywiście, dużo pracujemy, czas jest ograniczony, ale tak naprawdę nie liczy się ilość, tylko jakość. Można siedzieć godzinami w jednym pomieszczeniu, nudzić się śmiertelnie i marzyć tylko o tym, żeby się rozstać. A można chwilkę, blisko siebie, pomilczeć.

Co robić, żeby to bycie razem było przyjemne?

Wystarczy otworzyć pierwszą z brzegu gazetę, gdzie kawa na ławę wyłożone jest, co może być przyjemnością, począwszy od jedzenia, poprzez kino, teatr. Są adresy, telefony. Problem polega na tym, czy ta przyjemność, którą nam oferują, płynie też z naszego wewnętrznego zapotrzebowania. Bo może jest kwestią mody: wszyscy jeżdżą do spa, to ja też. Chodzi o zajrzenie w głąb siebie – czego chcę, potrzebuję, co sprawia mi radość. Czasami przyjemnością może być spacer po lesie, pobieganie, poczytanie, mała rzecz.

Sprawiać przyjemność partnerowi, nawet gdy nam to nie pasuje?

Gdy ludzie są zakochani, to sprawianie radości ukochanej osobie jest bardzo przyjemne. Nawet gdy nie mamy na coś ochoty, to robimy coś dla niej i to jest bardzo miłe. Przyjemność niekoniecznie musi polegać na tym, że się coś dostaje, tylko że się daje. Wielu mądrych ludzi uważa, że dawanie jest przyjemniejsze od brania. Przyjemnością może być także konfrontowanie się ze swoim partnerem, obrona własnego, innego zdania, jeśli oczywiście nie zaburza to mojego poczucia wartości. Bo przyjemne jest wszystko to, co w parze emocjonalnie żywe, co wynika z zaangażowania, z chęci budowania bliskości. Uważam, że w ogóle życie jest przyjemne, zwłaszcza w swojej zmienności i trudach.

Andrzej Wiśniewski, psychoterapeuta z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie,
kierownik Studium Terapii Rodzin, superwizor treningu psychologicznego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Doktor filozofii.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze