fbpx

Julia Child – pierwsza na świecie gwiazda kulinarnego show telewizyjnego

Julia Child - pierwsza na świecie gwiazda kulinarnego show telewizyjnego
Julia Child w swoim programie „French Chef”. (Fot. Forum)

Kuchnia jest dla nas duszą domu – mówiła kuratorom Instytutu Smithsona w 2001 roku. Całą jej kuchnię z domu w Cambridge dokładnie odtworzono w Muzeum Narodowym Historii Amerykańskiej jako skarb narodowy USA.

Zanim poznała Paula, nie miała drygu do gotowania. Nie musiała – pochodziła z bardzo zamożnej rodziny w kalifornijskiej Pasadenie. Jej rodzice Julia Carolyn i John McWilliamsowie – dziedziczka wielopokoleniowej fortuny i wiceszef jednej z największych amerykańskich firm produkujących żywność – zatrudniali nie tylko kucharza, ale też ogrodników, pokojówki i nianię. I tu zaskoczenie, bo w konserwatywnym domu McWilliamsów nie jadało się wykwintnie: na stole królowały tłuste kurczaki, tłuczone ziemniaki, szpinak w sosie śmietanowym i biszkopty.

„Jako nastolatka nie wykazywałam żadnego zainteresowania kuchnią. Zawsze miałam zdrowy apetyt, ale nikt nie zachęcał mnie do gotowania, a sama tym bardziej nie widziałam w tej czynności sensu” – napisze Julia po latach w „Moim życiu we Francji”. Dziewczynki z bogatych domów raczej nie uczyły się przygotowywać posiłków, a już z pewnością nie zajmowały się tym zawodowo. Gdybym nie zaczęła gotować, pewnie poślubiłabym jakiegoś bankiera i została alkoholiczką. Kobiety z klasy średniej nie robiły wtedy kariery – opowiadała w wywiadach.

Pięć i pół metra dzieci

Julia chciała czegoś więcej. Po skończeniu anglistyki na Smith College postanowiła, że będzie pisać. Pojechała do Nowego Jorku, licząc na pracę w „Newsweeku” albo „New Yorkerze”. Posady tam nie dostała, ale zatrudniła ją agencja PR pewnej fabryki meblowej. Zarabiała 18 dolarów tygodniowo, ale jakie wtedy były ceny! Za 50 centów na lunch można było zjeść zupę, rybę i deser. Do głowy jej nie przyszło, żeby gotować.

Kiedy zachorowała jej matka, panna McWilliams wróciła do Pasadeny. Śmiertelnie się tam nudziła. W 1941 roku, kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, Julia zobaczyła szansę na wyrwanie się z domu. Chciała zaciągnąć się do wojska, ale nie przyjęto jej ze względu na… wzrost. Miała 187 cm, rozmiar buta 44 i była równie postawna jak dwójka jej młodszego rodzeństwa.

Wychowałam pięć i pół metra dzieci – mawiała ich matka. Julia dostała w zamian pracę sekretarki w Biurze Służb Strategicznych, które po wojnie zmieniło nazwę na CIA. Marzyła, żeby zostać szpiegiem, ale za bardzo rzucała się w oczy, więc musiała się zadowolić pracą papierkową. Zdolna i błyskotliwa, szybko awansowała. W końcu trafiła do placówki na Cejlonie, gdzie segregowała tajne dokumenty i prowadziła korespondencję. To właśnie tam poznała o dziesięć lat starszego i kilkanaście centymetrów niższego Paula Childa – światowca, malarza, fotografa, poetę i kartografa, który rysował mapy sztabowe.

Po wojnie ona wraca do Kalifornii, on pracuje w Waszyngtonie. Pisze do niego stęskniona: „Czuję, że żyję tylko wtedy, gdy cię widzę, przytulam i zjadam”. Z kolei Paul przekonuje ją, by przeprowadziła się do niego i zaczęła mu gotować, bo wtedy „będą mogli jeść siebie nawzajem”. Pobierają się w 1946 roku.

Stali się nierozłączni na prawie pół wieku. Mąż był jej najlepszym przyjacielem, agentem, wspólnikiem biznesowym, krytykiem kulinarnym i pierwszym czytelnikiem jej książek. Wspierał ją, gdy pod koniec lat 60. zachorowała na raka piersi i przeszła podwójną mastektomię. To on zaprojektował dla niej kuchnię – tę, którą dziś można oglądać w Smithsonian – z podwyższonymi stosownie do jej wzrostu blatami, haczykami na ulubione rondle, patelnie i chochle, z magnetycznymi listwami na jej liczne noże.

Wszystko jest tutaj na swoim miejscu, tylko podłoga wygląda na czystszą niż u mnie w domu – powiedziała podczas otwarcia wystawy.

Julia proszona na wizję

Na pierwszą małżeńską kolację przyrządziła obrzydliwy móżdżek w winie, Childowie musieli więc pójść do restauracji. Wtedy Julia postanowiła nauczyć się dobrze gotować. Okazja nadarzyła się już wkrótce, gdy Paula wysłano na placówkę do Francji, a żona pojechała z nim. Pierwszy francuski posiłek zjedli w Rouen, gdzie zamówili wino, ostrygi i sole meunière – solę w sosie maślanym. Od tej chwili Julia miała już trzy miłości: Paula, jedzenie i Francję. „Przymknęłam oczy i wciągnęłam wonie unoszące się nad talerzem. Potem nabiłam kawałeczek ryby na widelec, uniosłam go do ust i spróbowałam. Przeżuwałam wolno: mięso było delikatne i miało lekki, lecz wyraźny posmak oceanu, który wspaniale komponował się z przyrumienionym masłem. Połknęłam pierwszy kęs. Istna rozkosz” – opisuje to doświadczenie Julia Child w książce „Moje życie we Francji”.

Childowie zamieszkali w centrum Paryża. On pracował jako attaché kulturalny w ambasadzie, ona z pasją uczyła się francuskiego, robiła zakupy na bazarach, poznawała miejscowych sklepikarzy, a przede wszystkim – lokalne smaki.

„W Paryżu, a potem w Marsylii miałam pod ręką najlepsze na świecie jedzenie i entuzjastyczną publiczność w osobie mojego męża, więc wydawało się logiczne, że powinnam się nauczyć la cuisine bourgeoise – dobrej, tradycyjnej, francuskiej kuchni domowej” – pisze Julia w „Moim życiu…”. Postanowiła zapisać się do jednej z najlepszych szkół kulinarnych na świecie – Cordon Bleu. Fundusze na naukę zapewniła jej amerykańska ustawa G.I. Bill, dzięki której weterani drugiej wojny światowej mogli liczyć na edukację. – Zaczęłam gotować, gdy skończyłam 32 lata, wcześniej tylko jadłam – powie już jako kulinarna gwiazda. Była jedną z niewielu kobiet w szkole i jedyną Amerykanką. Właścicielka Cordon Bleu szczerze jej nie znosiła, ale Julia się nie zrażała. Ukończyła najtrudniejszy kurs – dla szefów kuchni.

„Nauczyli mnie tam gotować wszystko: od ślimaków po dziczyznę. Wreszcie znalazłam prawdziwe i satysfakcjonujące zajęcie”. Niedługo później w klubie kulinarnym Cercle des Gourmettes poznała Simone Beck i Louisette Bertholle, Francuzki z mozołem – bo nie znały dobrze angielskiego – piszące książkę kucharską dla Amerykanów. Wkrótce już we trzy pracowały nad książką i otworzyły L’Ecole des Trois Gourmandes: szkołę, w której mieszkające chwilowo w Paryżu Amerykanki uczyły się gotować „po francusku”.

W 1961 roku Paul przechodzi na emeryturę i Childowie wracają do Stanów Zjednoczonych. Zamieszkali w małym domku w Cambridge pod Bostonem.

– Będziemy musieli żyć skromnie, ale jeśli poprowadzę dwie lekcje gotowania tygodniowo, znacząco zasilę domowy budżet – mówiła Julia. Zostawało dość czasu na dokończenie pracy z Simone i Louisette. W końcu, po ośmiu latach, ich wspólne dzieło było gotowe i liczyło prawie 800 stron.

Tyle że wydawnictwo, które upatrzyły sobie autorki, uznało opasły tom bez ilustracji (na dodatek oferujący francuską kuchnię narodowi, który żywił się głównie fast foodami i mrożonkami) za mało atrakcyjny. Zainteresowała się nim dopiero Judith Jones, redaktorka z wydawnictwa Alfreda A. Knopfa. Spodobała jej się książka z przystępnymi instrukcjami „dla amerykańskich kucharzy i kucharek, którzy nie mają służby”. Właściciel oficyny twierdził jednak, że zje swój kapelusz, jeśli książka pod tytułem „Mastering the Art of French Cooking” [Doskonalenie się w sztuce francuskiego gotowania] się sprzeda.

Pierwsze wydanie w 1961 roku rozeszło się błyskawicznie: książkę wznawiano 47 razy, przetłumaczono na kilkanaście języków i do dziś sprzedano ponad 2,5 miliona egzemplarzy. Dzięki honorariom za książki, a potem programy telewizyjne Childowie kupili okazałą posiadłość w Cambridge i dom w ich ukochanej Prowansji.

– Alfred musiał zjeść dużo kapeluszy – śmiała się Jones.

Jak zaczęła się przygoda z telewizją? Cztery miesiące po premierze „Mastering the Art…” publiczna bostońska WGBH zaprosiła Julię do 30-minutowego programu o książkach. Child przyjechała do studia uzbrojona w gigantyczną trzepaczkę, miedzianą misę, patelnię, tuzin jaj, pieczarki i małą kuchenkę elektryczną. Po krótkiej rozmowie z prowadzącymi duża kobieta z loczkami z werwą ubiła jajka, pokroiła grzyby i błyskawicznie zrobiła francuski omlet. Widzowie oszaleli na jej punkcie. Po programie stacja dostała kilkadziesiąt listów, których autorzy domagali się natychmiastowego powrotu Julii Child na wizję. Podpisała więc ze stacją umowę na 27 odcinków własnego programu. Za każdy z nich miała dostawać 50 dolarów.

Spokojnie, nikt was nie widzi

Tak narodził się „French Chef” – „Francuski szef kuchni”, a wraz z nim pierwsza na świecie gwiazda kulinarnego show telewizyjnego. W niskobudżetowym programie początkowo naczynia zmywali wolontariusze, a gotowe potrawy po programie licytowano, by choć w części pokryć koszty wyszukanych czasami składników.

„Okazało się, że nie mam wyczucia czasu, jedna minuta niczym się dla mnie nie różni od pięciu, co, ku mojemu przygnębieniu, wyszło na jaw już w drugim programie, kiedy po raz pierwszy przyrządzałam zupę cebulową. Musiałam zademonstrować, jak profesjonalnie i szybko sieka się cebulę, potem ją zeszklić i zrumienić, a następnie pokazać kilka sposobów podania zupy, przypiec grzanki, posypać je tartym serem i zapiec. Wykonałam te czynności w szaleńczym tempie i udało mi się wszystko pomieścić, kiedy jednak niosłam gotową zupę do jadalni, okazało się, że mamy osiem minut w zapasie. Tragedia. Musiałam więc usiąść i przez cały ten czas mówić do kamery” – napisała Child we wstępie do książki „Francuski szef kuchni”, która jest swoistą kroniką jej kulinarnego serialu.

Nikt się nie spodziewał, że program utrzyma się na antenie przez dziesięć lat i będzie liczył 119 odcinków. Julia była zabawna i energiczna, nie miała w sobie nic z tajemniczej kulinarnej bogini w stylu Nigelli Lawson. W prostych koszulowych bluzkach, z nieodłączną ścierką za paskiem, wciąż tak samo uczesana, mówiąca specyficznym dyszkantem i nadmiernie gestykulująca pani Child podbiła serca widzów. Być może pokochali ją właśnie za tę bezpretensjonalność? Pokazywała, jak wykonać podstawowe czynności: obrać pomidor, zrumienić mięso, przygotować zaczyn do ciasta drożdżowego.

– Zwyczajne składniki kupione w każdym sklepie mogą zamienić się w prawdziwe dania kuchni francuskiej – mawiała. – Potrzeba tylko dwóch szczególnych przypraw: czasu i miłości – do ludzi i do gotowania.

Jej potrawy z pewnością nie były niskokaloryczne. Używała ogromnych ilości masła i uważała, że bez niego w kuchni nie można się obejść.

– Jeśli boicie się masła, dodajcie śmietanę – mówiła do kamery. – Dietetyczną żywność można jeść tylko wtedy, kiedy czekasz, aż stek będzie gotowy.

Nie udawała, że wszystko zawsze jej wychodzi, nie peszyła się wpadkami, śmiała się ze swoich błędów. Zdarzało jej się zapodziać łyżkę, zrzucić ze stołu garnek albo wstawić mięso do lodówki zamiast do piekarnika. – Zdecydowanie wolę, kiedy wszystko dzieje się w sposób naturalny, jak wtedy, gdy mus nie chce opuścić formy, ziemniaki kleją się do patelni, a szarlotka powoli się zapada. Jednym z sekretów gotowania jest uświadomienie sobie, że trzeba wprowadzać poprawki, jeśli się da, lub pogodzić się z sytuacją, kiedy nie można nic zrobić.

W jednym z programów na oczach widzów (a w okresie największej popularności „Francuskiego szefa kuchni” oglądało 50 milionów Amerykanów) upuściła…

No właśnie, co? Wokół tego wydarzenia narosły legendy. Według jednych Julii Child miał wyślizgnąć się z rąk natarty przyprawami kurczak, inni zarzekali się, że widzieli, jak na podłogę upada udziec jagnięcy. W rzeczywistości był to placek ziemniaczany, który wylądował na blacie i rozpadł się na kawałki. Niewzruszona kucharka pozbierała je, wrzuciła na patelnię i powiedziała do kamery: – Pamiętajcie, że jesteście w kuchni sami, nikt was nie widzi. Nieważne, co się stało, nigdy nie przepraszajcie.

Madonna od warząchwi

Prawdę mówiąc, wielu widzów podejrzewało, że Julia, która chętnie dodawała wina do potraw, hołduje zasadzie: szklaneczka do garnka, szklaneczka dla kucharki.

– Program miał tak ograniczony budżet, że wystarczało tylko na odrobinę burgunda do potrawy. Swój kieliszek Julia napełniała wodą z rozpuszczalnym bulionem wołowym. Zmiany nadeszły dopiero, gdy program stał się popularny, a telewizja wprowadziła kolor śmiał się Paul Child. Po „Francuskim szefie kuchni” jego żona prowadziła kolejne programy, m.in.: „Obiad z Julią” [„Dinner with Julia”] i „ Julia i Jacques gotują w domu” [„Julia and Jacques Cooking at Home”]. Za swój pierwszy show dostała telewizyjnego Oscara – nagrodę Emmy. Odznaczono ją amerykańskim Prezydenckim Medalem Wolności i francuską Legią Honorową. Na swój sposób hołd oddawali jej też niezliczeni parodyści. W roli żywiołowej kucharki najlepiej sprawdził się Dan Aykroyd: w 1978 roku w programie „Saturday Night Live” przebrany za kobietę obcinał sobie palec podczas patroszenia kurczaka, wykrwawiał się i umierał.

– Ocalcie wątrobę! – krzyczał, wydając ostatnie tchnienie, a Julia zaśmiewała się przy tej scence. Jej przezabawne wpadki na wizji zainspirowały też podobno twórców Muppetów do stworzenia postaci szalonego szwedzkiego kucharza. „Madonna od warząchwi”, jak nazwał ją magazyn „Times”, do tej pory inspiruje też rysowników. Kilka lat temu w cyklu „Kobieca siła” wydawnictwa Bluewater Productions ukazała się komiksowa kronika jej życia. Tak naprawdę Child nie lubiła zamieszania wokół siebie. Nie występowała w reklamach, odmawiała firmowania własnym nazwiskiem garnków i akcesoriów kuchennych. Nie zamierzała stać się celebrytką, chciała tylko gotować i zarażać swoją pasją innych. Co roku przed Świętem Dziękczynienia telefon w domu Childów się urywał (do lat 90. numer Julii był w książce telefonicznej), a ona cierpliwie udzielała obcym ludziom rad, jak upiec idealnego indyka. Kiedy kilku ogrodników z Kalifornii chciało nadać jej imię róży w żółtym jak jej ulubione masło kolorze, nie zgodziła się. Ale kwiat i tak nazwano Julią Child. Meryl Streep, która brawurowo zagrała tę ekscentryczną mistrzynię kuchni w filmie „Julie i Julia” z 2009 roku, mówiła w jednym z wywiadów: – Julia nie tylko kochała męża i gotowanie, ona kochała życie.

Zmarła na niewydolność nerek w sierpniu 2004 roku, na dwa dni przed 92. urodzinami. Jej ostatnim posiłkiem była francuska zupa cebulowa. Taka sama jak ta, którą ponad 40 lat wcześniej przyrządziła we „Francuskim szefie kuchni”.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  • Polecane