1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Ekologia
  4. >
  5. Ty też spotkałaś dzika w mieście? Ekspertki wyjaśniają, jak się wtedy zachować i dlaczego zwierzęta coraz mniej się nas boją

Ty też spotkałaś dzika w mieście? Ekspertki wyjaśniają, jak się wtedy zachować i dlaczego zwierzęta coraz mniej się nas boją

Dodaj w Google
Dodaj w Google
(Ilustracja: Joanna Gwis)
(Ilustracja: Joanna Gwis)
Są z nami od zawsze, choć nie zawsze byliśmy tego świadomi. Łosie, dziki czy lisy chodzą po miastach za dnia. Wilki i niedźwiedzie wychodzą z lasów i zbliżają się do wsi. Co je przyciąga do ludzi? I co ludzie powinni z tym zrobić?

Spis treści:

  1. Dlaczego dzikie zwierzęta pojawiają się w miastach? „Ośmieliły się, przyzwyczaiły do człowieka”
  2. Łatwy dostęp do pożywienia: główny czynnik przyciągający zwierzęta do miast
  3. Jak wpływać na zachowanie dzikich zwierząt?
  4. Co zrobić, gdy spotkasz dzika?
  5. Dlaczego nie powinno się dokarmiać dzikich zwierząt?
  6. Bliskie spotkanie z niedźwiedziem: jak się zachować?

Tekst pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 08/2026.

Dlaczego dzikie zwierzęta pojawiają się w miastach? „Ośmieliły się, przyzwyczaiły do człowieka”

Nie ma wyjścia – mówił parę miesięcy temu prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, kiedy pytano go o to, czy na pewno trzeba było zabijać dziki – w dodatku publicznie, na oczach mieszkańców, w tym dzieci. Nie ma wyjścia, bo zawsze bezpieczeństwo ludzi będzie ważniejsze niż życie zwierząt. Ale czy naprawdę bezpieczeństwo ludzi było zagrożone? I czy eksterminacja to jedyne rozwiązanie?

Dzikie zwierzęta to problem nie tylko stolicy. Towarzyszą nam od zawsze, ale jeszcze do niedawna niespecjalnie się nad tym zastanawialiśmy, bo rzadko je widywaliśmy – większość ich aktywności przypada na noc, kiedy śpimy. Dziś pojawiają się także w dzień. Ośmieliły się, przyzwyczaiły do człowieka. Nie przejmują się rowerami, samochodami, psami, naszą obecnością. To, oczywiście, nie tylko dziki. Także łosie, lisy, borsuki, jeże, a nawet bobry.

Co wywołało zmianę zachowań zwierząt? – Oczywiście my, ludzie – mówi Marta Szczepańska, radna Warszawy, członkini Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. – Odstrzały w lasach spowodowały, że zniknęły starsze osobniki, te, które bały się ludzi. A to one uczyły młodsze: człowiek to zagrożenie, nie wchodź do miasta, bądź ostrożny – tak twierdzą przyrodnicy. Kiedy zostały tylko młodsze zwierzęta, okazało się, że mają więcej fantazji, mniej się boją.

Podobne zdanie ma Agata Grzegorczyk, niedawno powołana koordynator ds. zwierząt w Gdyni: – Przyzwyczajają się do ludzi. Dobrze to widać na przykładzie pewnego bobra. Przychodzi do nas od pięciu lat. Najpierw był płochliwy, chodził obrzeżami, na plażę, w tej chwili nie boi się ludzi zupełnie. W zeszłym tygodniu pojawił się – trudno uwierzyć – na Świętojańskiej, to główna ulica, w internecie można zobaczyć filmiki, które nakręcili mieszkańcy. Zwierzę zupełnie się nie bało, co oczywiście nie jest wcale dobre. Lisów też mamy coraz więcej, to już, można powiedzieć, lisy miejskie. Często dostajemy zgłoszenia, że gdzieś pojawił się chory lis, na pewno jest wściekły. Tyle że przypadku wściekłego lisa nie mieliśmy od 30 lat.

Kiedyś jeśli lis podchodził do ludzi, to oznaczało, że coś z nim jest nie tak. Teraz oznacza to tylko, że przyzwyczaił się do ludzi. Nie mieliśmy pewnie takich intencji, ale oswoiliśmy dzikie zwierzęta.

Łatwy dostęp do pożywienia: główny czynnik przyciągający zwierzęta do miast

W październiku 2024 roku prezydent Gdyni Aleksandra Kosiorek powołała Zespół ds. dzikich zwierząt (w maju podobny zespół powstał także w Warszawie). Przeanalizował on sytuację i wypracował rekomendacje dla władz miasta, niedawno ukazał się raport. – Podeszliśmy do tematu kompleksowo – mówi Agata Grzegorczyk. – Nie zachęcać zwierząt, żeby przychodziły do miast, to jeden kierunek. Drugi – zachęcać je, żeby zostały w lesie, a przynajmniej ich z tego lasu nie wyrzucać. Nie chcemy oczywiście mówić mieszkańcom, żeby nie wchodzili do lasu, jednak warto ruch ludzi w lesie „skanalizować”, ograniczyć do określonych miejsc, dbając o to, by trasy spacerowe były odpowiednio atrakcyjne. I kolejna ważna sprawa: nie spuszczać w lesie psów ze smyczy.

Mamy badania mówiące o tym, że zwierzęta wychodzą z lasu i wybierają do życia pas przy drodze, bo tam, mimo ruchu samochodowego, czują się bezpieczniej. Wolą to niż las, bo w lesie są myśliwi i są ludzie z psami, często szczekającymi i biegającymi luzem. W miastach zwykle wyprowadzamy psa na krótki spacer na smyczy, a w lesie go spuszczamy, „niech się wybiega”.

Ale głównym czynnikiem przyciągającym zwierzęta do miast jest łatwy dostęp do pożywienia. Gdynia postanowiła go ograniczyć. – Zadbamy o to, by śmietniki znajdowały się w zamkniętych wiatach, to się już w sporej części spółdzielni czy wspólnot dzieje – mówi Agata Grzegorczyk. – Dzik tego ogrodzenia nie pokona, nie wejdzie, nie przewróci śmietnika, nie zrobi bałaganu, a tego też przecież nie lubimy. Mamy w miastach zjawisko dokarmiania celowego i dokarmiania nieumyślnego. Śmietniki należą do drugiej grupy. Tak jak dokarmianie kotów, ptaków, jeży. Dziki to zwierzęta inteligentne, szybko orientują się, gdzie ludzie zostawiają pokarm – i się nim częstują. Opracowujemy więc teraz tak zwane standardy niedostępności, by to kocie jedzenie dzików nie wabiło. Niestety, zdarza się też, rzadko, ale jednak, celowe dokarmianie dzików.

Marta Szczepańska potwierdza, że dostęp do pożywienia to podstawowy problem. – Śmieci w wystawianych na noc przed posesjami workach działają na dziki jak magnes. Frakcje bio kuszą, bo pachną intensywnie, pachną też puszki po karmie dla kota czy psa. Tymczasem na komisji ochrony środowiska słyszę, że nie ma pojemników na śmieci, których dziki nie byłyby w stanie sforsować, myślę więc, że sporo jeszcze przed nami. Bo jakoś nie wydaje mi się, żeby takich kontenerów nie dało się skonstruować.

Jak wpływać na zachowanie dzikich zwierząt?

Gdyńskie rekomendacje mówią też m.in. o zieleni miejskiej. O tym, jak odpowiednie jej projektowanie może wpływać na zachowanie zwierząt, przede wszystkim dzików. – Sprawdziłam we własnym ogródku – uśmiecha się Agata Grzegorczyk. – Posadziłam krokusy i już wieczorem ich nie było, a ogródek miałam zryty. Potem posadziłam żonkile i hiacynty – było to kilka lat temu, rosną do dziś, dziki po nie nie przyszły, nigdy więcej już nie miałam zrytego trawnika.

To działa, stosujemy to w mieście – w tych miejscach, o których wiemy, że są chętnie odwiedzane przez dziki, rosną hiacynty i żonkile, a nie tulipany, bo dziki je lubią. Nasz ogrodnik tak projektuje tereny zielone, żeby nie były atrakcyjne dla dzików. Oczywiście to zwierząt z miasta nie wypłoszy, ale rycie trawników mocno ogranicza.

– Trzeba dziki poznać – dodaje Marta Szczepańska. – Wiedzieć, jak migrują, co lubią, czego nie, wtedy łatwiej znaleźć rozwiązania, kształtować przestrzeń, tworzyć korytarze ekologiczne, w pewnych miejscach sadzić odpowiednie rośliny, gdzie indziej eliminować połacie dużych trawników, bo są atrakcyjne dla dzików. No i mocniej dbać o to, żeby w lesie czuły się bezpieczne, miały co jeść i co pić, zwłaszcza w dobie suszy, która będzie narastać.

Co zrobić, gdy spotkasz dzika?

A co powinniśmy robić, kiedy dojdzie do spotkania człowieka i dzika? – Przede wszystkim pamiętać, że to nie są takie same dziki jak te, które 15 lat temu spotykaliśmy w lesie, które nie znały ludzi, bały się ich i mogły się poczuć zagrożone samą naszą obecnością – mówi Marta Szczepańska. – Oczywiście nie podchodzimy, nie drażnimy. Jeśli nie zwracamy na zwierzę uwagi, ono nie będzie chciało wchodzić z nami w konflikt.

W niedzielę wielkanocną na warszawskim Mokotowie uśmiercono rodzinę dzików. Nic więc dziwnego, że później przyrodnicy, nie tylko zresztą oni, przestrzegali przed zgłaszaniem straży miejskiej czy Ekopatrolowi informacji o obecności zwierząt w przestrzeni miejskiej, mówiąc: wydajecie na nie wyrok śmierci.

Dzik nie czeka, by nas zaatakować. Jednak gdy w pobliżu placu zabaw dla dzieci kręci się locha z młodymi, można się zaniepokoić. – Oczywiście nigdy do końca nie wiadomo, co się stanie. Nie wiemy, co te zwierzęta danego dnia spotkało, może ktoś je przestraszył, może chciał je przepędzić, to element nieprzewidywalny – mówi Marta Szczepańska.

Agata Grzegorczyk też uważa, że obecność dzików, zwłaszcza w pobliżu placu zabaw czy szkoły, powinna zostać zgłoszona służbom. – To jednak dzikie zwierzę. Nie wolno się zbliżać, spuszczać psa, trzeba pilnować dzieci, żeby nie krzyczały, nie machały rękami, żeby zwierząt nie płoszyć, nie denerwować. I powinno się wezwać Ekopatrol, oni przyjadą i wyprowadzą dziki. Najchętniej wywieźlibyśmy je do lasu, ze względu na ASF tego zrobić nie możemy, ale strażnicy potrafią przeprowadzić dziki bezpiecznie na dalsze tereny. Nie ma oczywiście gwarancji, że nie wrócą, ale jak nie będą miały czego szukać w tym miejscu, to być może przeniosą się gdzie indziej.

Dlaczego nie powinno się dokarmiać dzikich zwierząt?

Najgorszym z pomysłów jest dokarmianie zwierząt i oswajanie ich. Odwrotnie, egzamin zdają metody, śmiało można powiedzieć, okrutne. Miasto Churchill w Kanadzie nazywane jest światową stolicą niedźwiedzi polarnych. Kiedy te, zgłodniałe, podchodzą za blisko ludzkich siedzib, służby wyłapują je i… zamykają w specjalnie dla nich stworzonym więzieniu. Przetrzymują je tam, głodząc, dając jedynie minimalną ilość pożywienia i wody, a jesienią, gdy Zatoka Hudsona zamarza, usypiają je i wywożą na lód, by mogły polować. W ten sposób człowiek kojarzy im się jak najgorzej, a skoro tak, będą go unikać.

Są oczywiście ludzie, nie tylko myśliwi, którzy opowiadają się za odstrzałem dzików. Albo za odłowem z odstrzałem. Rzeczywiście wydawać by się mogło, że zabicie zwierząt problem rozwiąże. Jednak nauka i doświadczenie pokazują coś całkiem innego. – Dzików przybędzie zamiast ubywać, bo w obliczu zagrożenia gatunek uruchamia plan awaryjny – żebyśmy przetrwali, musi nas być więcej. Czują, że jest niebezpiecznie, więc następuje częstszy rozród. W mieście dobrze się rozmnażają, poza tym wybicie starszych okazów powoduje, że młodsze szybciej dojrzewają płciowo i mają większe mioty, tak mówią eksperci – tłumaczy Marta Szczepańska. – Takie doświadczenia mają Niemcy i Francja, warto więc nie powielać ich błędów.

Podobna historia wydarzyła się w 1961 roku w szwajcarskiej Bazylei z gołębiami. Uznano, że jest ich za dużo, brudzą, roznoszą choroby, trzeba je wybić. Tyle że choć zabijano nawet 100 tysięcy ptaków rocznie, liczba gołębi w mieście wcale się nie zmniejszała. Właśnie dlatego, że w obliczu zagrożenia gatunek, by ocaleć, rozmnaża się szybciej.

W końcu postawiono na edukację mieszkańców, przekonano ich, by nie dokarmiali gołębi, dodatkowo instalowano specjalne gołębniki, z których usuwano jaja – i zmniejszono populację ptaków o 50 procent.

Podobny problem jak kiedyś Bazylea dziś ma Kraków. Chcą ograniczyć liczbę gołębi, ale zabierają się do tego w zdecydowanie mniej brutalny sposób. Do wyznaczonych karmników trafią ziarna kukurydzy nasączone środkiem antykoncepcyjnym.

Bliskie spotkanie z niedźwiedziem: jak się zachować?

W kwietniu w Bieszczadach doszło do tragedii. W wyniku ataku niedźwiedzia zginęła kobieta, zbieraczka poroży. – To pierwszy taki przypadek od 100 lat – mówi Katarzyna Wiekiera z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot. – Są lata, kiedy nie ma żadnego ataku, są lata, kiedy jest jeden, dwa, góra kilka rocznie.

Większość przypadków ataków dotyczy właśnie zbieraczy poroży. – To zazwyczaj ludzie doświadczeni, znający las – tłumaczy Katarzyna Wiekiera – ale ponieważ poroża najłatwiej znaleźć w miejscach, gdzie są drapieżniki, zbieracze podejmują ryzyko, schodzą ze szlaków, wchodzą w mateczniki. W Bieszczadach miejsca, gdzie żyją niedźwiedzie, są dość dobrze oznakowane, więc zachowanie podstaw bezpieczeństwa nie jest trudne. Trzeba trzymać się szlaku, jeśli idziemy w grupie, to głośno rozmawiamy, jeśli samotnie, robimy hałas.

Bo kiedy dochodzi do niebezpiecznych sytuacji? Kiedy zarówno człowiek, jak i zwierzę są zaskoczeni. Czasem wiatr wieje tak, że niedźwiedź nas nie wyczuwa, dlatego trzeba dawać znać o naszej obecności.

Ale jest i inny problem: fotoczatownie. Co to takiego? Pomysł na biznes. Miejsca, w których potencjalny fotograf siedzi w cieple i czeka na zwierzęta, a te wabione są wykładaną przed budynkiem żywnością. Kusi ona te największe drapieżniki: wilki i niedźwiedzie. – To nieetyczne i niebezpieczne praktyki, choć trudno z tym walczyć, jak z kłusownictwem – mówi Katarzyna Wiekiera.

Gdzie tu niebezpieczeństwo? Zwierzęta wyczuwają obecność człowieka, choć ten siedzi w czatowni, i zaczynają kojarzyć go z pożywieniem. Nie będą więc unikać ludzi, zaczną się zbliżać do gospodarstw, zagryzać psy i zwierzęta gospodarskie. Z czasem może dojść nawet do ataków na człowieka.

Wilcze mamy przyprowadzają pod czatownie dzieci, a te od małego uczą się równania: człowiek, czyli jedzenie. Nie mówiąc już o tym, że wykładane mięso to mięso hodowlane, z hormonami i antybiotykami, co zdrowiu drapieżników nie służy.

Lucyna Beata Pściuk, przewodniczka turystyczna w Bieszczadach, opisała na Facebooku historię niedźwiedzicy: „Oto Hania, oficjalnie osobnik numer 3 odpowiedzialny za mniej więcej 40% zdarzeń z udziałem niedźwiedzia na styku człowiek–dzika przyroda w gminie Solina. Proces jej synantropizacji, czyli demoralizacji przez człowieka, rozpoczął się w 2018 roku, kiedy to po raz pierwszy stwierdzono, że na resztkach żarcia wyrzucanego z restauracji w Wołkowyi i na śmieciach żywią się niedźwiedzie. (…) Hania podobnie jak jej matka została wychowana już na obrzeżu wsi. Matka jej pokazała, gdzie są najlepsze miejsca żerowania, gdzie można dostać pyszne wysokokaloryczne ludzkie jedzenie. (…)

Hania była fotografowana, jak sobie leży na stole w czasie grillowania, dostawała pyszne grillowane kawałki kiełbasy i chleb. Dorastała, dwukrotnie została odłowiona i wywieziona, dwukrotnie wróciła. Została matką, w ubiegłym roku wybiła ze swoimi dziećmi stado kóz w zagrodzie. Potem były ataki na kurniki i na króliki. To był ostatni etap nauki jej dzieciaków, po prostu nauczyła je zabijać. (…) Odrzucone przez Hanię młode były dokarmiane przez ludzi, podawali im kanapki z ręki”.

W ten sposób zmieniamy, jak mówi Katarzyna Wiekiera, zachowania gatunku. – Proszę, przykład z parku Yellowstone. Tam w latach 60. ubiegłego wieku mieli atrakcję dla turystów: można było z oddalenia obserwować karmienie niedźwiedzi. Później dochodziło do tylu niebezpiecznych sytuacji, że przez kolejne 40 lat trzeba było zwierzęta oduczać zachowań, których je za sprawą kontaktu z człowiekiem nauczono…

Katarzyna opowiada, że na początku lat 90. w Tatrzańskim Parku Narodowym także był problem z niedźwiedziami – ściągały plecaki turystom, ci z kolei karmili mlekiem małe niedźwiadki. – W parku było czysto, ale żeby mogło być czysto, ustawiano w widocznych miejscach śmietniki, a te przyciągały niedźwiedzie, co stwarzało niebezpieczeństwo. Oczywiście były prośby o odstrzały – jeden niedźwiedź został zabity, jedną niedźwiedzicę przewieziono do zoo, gdzie zmarła – chyba z rozpaczy.

W końcu zmieniono podejście. Park narodowy nadal jest domem dla niedźwiedzi, jest też miejscem, które odwiedza pięć milionów turystów rocznie i nie dochodzi do żadnych sytuacji konfliktowych. Śmieci są doskonale zabezpieczone, nie ma nigdzie odpadów, w parku prowadzone są działania edukacyjne, żeby turyści nie zostawiali odpadków.

Jeśli gdzieś są kompostowniki, to odgrodzone elektrycznymi pastuchami. Niedźwiedzie, o których pracownicy parku wiedzą, że się za bardzo zbliżają do ludzi, mają obroże telemetryczne, są więc pod stałą obserwacją – kiedy pojawia się podejrzenie, że zwierzę idzie w złą stronę, przepłasza się je gumowymi kulami.

Taką samą politykę próbuje się teraz wdrożyć na terenie Bieszczad, to jednak dużo większy obszar. Właśnie zmieniane są przepisy, by zwiększyć uprawnienia samorządów do płoszenia niedźwiedzi i dać gminom więcej pieniędzy na zabezpieczanie odpadów. Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska prowadzi także rekrutację do dwóch całodobowych grup interwencyjnych, przeszkolonych do płoszenia niedźwiedzi. Trwa też proces zakładania zwierzętom obroży telemetrycznych.

Ale najważniejsza jest wiedza. Wiedza, jak powinniśmy się zachować, jak reagować na zachowanie zwierząt. Bez wiedzy nie uda nam się dzielić wspólnej przestrzeni – czy w miastach, czy poza nimi. A przecież dzielić ją musimy.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE