fbpx

2012: Piotr Orzechowski – Laureat „Kryształków Zwierciadła”

2012: Piotr Orzechowski – Laureat „Kryształków Zwierciadła”

Piotr Orzechowski robi z jazzem rzeczy, których nie robi nikt inny. To dlatego przyjęła się jego ksywka „Piano Hooligan”. I dlatego, mimo tak młodego wieku, zdobył nagrodę, o której przez dekady polscy jazzmani tylko 
marzyli. Nagrodzony za niepokorne podejście do muzyki, docenione przez mistrzów.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

Rocznik 1990. Wśród nagród, które zdobył, najważniejszą jest wygrana na Festiwalu w Montreaux, imprezie, która przez prawie pięć dekad istnienia gościła takie sławy, jak Nina Simone czy Ella Fitzgerald. Piotrek ma też na koncie m.in. pierwsze miejsce w kategorii: Debiut Roku 2011 w rankingu portalu Jazzarium.pl

W lipcu 2011 roku Piotrek jako pierwszy Polak w historii wygrał konkurs dla pianistów jazzowych na festiwalu w Montreux. Był najmłodszym ze startujących z różnych części świata muzyków. Już po ogłoszeniu werdyktu Tommy LiPuma, przewodniczący jury i legendarny amerykański producent płyt Milesa Davisa czy Diany Krall, podszedł do Piotrka i powiedział: „Pamiętaj, nie oglądaj się na nic. Cokolwiek by się działo, idź dokładnie tą ścieżką”.

Samowolka przy pianinie

Pierwsze wrażenie na jego koncertach? Zaskoczenie. Na scenę wchodzi chłopak w ciasnej koszulce i punkowych spodniach. Siada za fortepianem, w zasięgu ręki ma elektroniczną klawiaturę. Razem z zespołem grają tak, że chwilami trudno się połapać, czy to jeszcze jazz. Ostro albo delikatniej – kto będzie chciał, dosłucha się Bacha. Piotrek mówi, że pianistę jazzowego postanowił zrobić z niego tata. Mama ciągnęła go raczej w stronę muzyki klasycznej. Wyszło tak, że dziś stara się połączyć te dwa kierunki. W naprawdę zaskakujący sposób.
Właściwie to nie miał szans, żeby nie zostać muzykiem. Oboje rodzice po akademii, starsza siostra kończyła szkołę muzyczną. W ich mieszkaniu w krakowskiej kamienicy bez przerwy odbywały się jakieś próby. W salonie stał fortepian, w innym pokoju pianino, do tego jeszcze jakieś keyboardy, wiolonczela ojca. Piotrkowi muzyczne frazy wbijały się w głowę. Nie jest w stanie powiedzieć, kiedy po raz pierwszy zagrał coś sam. Musiał być bardzo mały, bo nie dosięgał do klawiszy, któryś z dorosłych sadzał go na stołku. Pamięta, jak w przedszkolu samowolnie i nielegalnie dorwał się do pianina. Inne dzieciaki były zachwycone, przedszkolanki – niekoniecznie. Kiedy trafił do muzycznej podstawówki, większość przerabianego materiału miał już opanowaną. Jako siedmiolatek wygrał Festiwal Instrumentalistów i Multiinstrumentalistów w Krakowie, na który zjeżdżały dzieci i młodzież z całej Polski. Rok później to samo. Od początku grał na konkursach własne utwory jazzowe. Ojciec zaraził go mistrzami, takimi jak Herbie Hancock czy Keith Jarrett, ale on sam poszedł jeszcze dalej. Mówi, że przełomem był dla niego rok 2008. Prześladowało go poczucie, że to, co robi, nie ma odpowiedniej głębi. Że podąża za mistrzami, gra jak oni, a chce po swojemu.

Bez przymusu

Według niego skupianie się wyłącznie na muzyce zabija kreatywność. Twierdzi tak człowiek, który non stop ma słuchawki na uszach. Jego iPod ma maksymalny zasób pamięci, 160 gigabajtów. Piotrek zgrywa albumy jazzowe sprzed roku ’50, od pewnego czasu nie interesuje go nic późniejszego. Ostro zwrócił się też w stronę klasycznych kompozytorów: w muzyce poważnej harmonia jest o wiele bardziej rozbudowana, on chce ten sam efekt osiągnąć w jazzie. Co z pozamuzycznymi inspiracjami? W Krakowie dopiero co odbywał się festiwal Off Camera, Piotrek codziennie był w kinie. Sam też kręci, głównie krótkie etiudy, które wrzuca potem do Internetu, ma nawet na koncie filmową nagrodę, z przyjaciółmi nakręcili własną współczesną wersję „Ziemi obiecanej”, wygrali dzięki niej konkurs Andrzeja Wajdy w 2009 roku.
Sporo czyta, w ogólniaku nie cierpiał lektur szkolnych, wolał odkrywać pisarzy na własną rękę, bez przymusu. W ogóle czuł się mało komfortowo w szkole, chodził swoimi drogami. Zawsze miał wąskie grono przyjaciół. Wśród ludzi, którzy go dobrze nie znają, uchodzi za kogoś, kto przez cały wieczór potrafi nie odezwać się ani słowem.

W Krakowie studiuje na Wydziale Instrumentalnym, w Katedrze Jazzu i Muzyki Współczesnej, ale w samym budynku akademii pojawia się rzadko. Ma indywidualny tok nauczania, egzaminy zdaje eksternistycznie. Śmieje się, że od kiedy ministerstwo kultury sfinansowało mu fortepian Yamahy ze świetnym brzmieniem, w ogóle mógłby nie wychodzić z domu.

Koncert wytrych

Festiwal w Montreux był jak wytrych. Dzięki niemu zaczęli zapraszać go na koncerty muzycy, o graniu z którymi mógł wcześniej tylko pomarzyć. Tacy jak choćby Dorota Miśkiewicz albo Adrian Utley z zespołu Portishead, z którym Orzechowski zagrał na festiwalu Sacrum Profanum.
Zaraz po ogłoszeniu werdyktu z Montreux wszystkie serwisy w naszym kraju pisały o jego wygranej. Kiedy wrócił do domu, do Krakowa, zaczęły się telefony. Śmieszne, bo wcześniej Piotrek założył sobie, że spełnieniem jego marzeń jest w ogóle wystąpić w Szwajcarii. Znaleźć się w dziesiątce finalistów na tej kultowej imprezie. Prawdę mówiąc, spodziewał się, że go odrzucą już na wstępie, w końcu jego wersje utworów odbiegają daleko nie tylko od klasycznego, ale nawet od nowoczesnego, swingującego jazzu. W środowisku szybko przyjęła się ksywka Piotrka „Piano Hooligan”. Tak nazwał kiedyś swoje pierwsze demo.

Nie zapomni przedostatniego etapu festiwalu w Montreux, kiedy miał ze zdenerwowania zimne ręce. Prestiż wydarzenia zrobił na nim ogromne wrażenie, poddał się stresowi. Złe emocje to złe granie. Uważał, że schrzanił występ. Poczuł nawet przez chwilę irracjonalną ulgę, że to już koniec, że może pochodzić sobie spokojnie po ślicznym szwajcarskim miasteczku w środku lata. Dopiero później dowiedział się, że już wtedy jury wybrało zwyciezcę. Najbardziej dumny jest jednak z tego, że nie stchórzył i zagrał całkowicie po swojemu.

Z pasją, bez zegarka

Zaraz znowu jedzie do Szwajcarii. Nagrywać swoją pierwszą płytę. To jedna z nagród za wygraną w Montreux. Obok dziesięciu tysięcy franków i zegarka sponsorującej imprezę firmy Parmigiani, który sam w sobie jest sporo wart, ale Piotrek go nie nosi. Za duży, za ciężki, stylistycznie też mu nie pasuje.

Spotykamy się tuż przed koncertem w warszawskim Tygmoncie. Z zespołem High Definition Piotrek jeździ nie tylko po Polsce, pokonują potężne odległości należącym do jednego z chłopaków kombi. Stawki są niewysokie, ale zbierają doświadczenia. Są kluby nieprzygotowane do ich koncertów, ale bywa, że atmosfera jest świetna, a sale pełne. O Piotrku sporo ostatnio słychać. Chciałby mile ludzi zaskoczyć. Mówi, że daje z siebie coś bardzo osobistego. Ma nadzieję, że to się czuje.

Nie rozstaje się ze słuchawkami. Grzebie godzinami w Internecie, wyszukuje albumy jazzowe sprzed roku ’50, potem ręcznie na swoim iPodzie dopisuje składy muzyków i datę nagrania.

Artykuł pochodzi z numeru 6/2012

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze