1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. 4. Festiwal filmowy Komedy w Ostrowie Wielkopolskim

4. Festiwal filmowy Komedy w Ostrowie Wielkopolskim

4. Festiwal Filmowy im. Krzysztofa Komedy ,,Z muzyką w tle" potrwa od 19 do 26 czerwca 2015. O Grand Prix walczy 12 filmów.

W kategorii głównej znalazły się następujące filmy:

  1. Pod Mocnym Aniołem”, reż. Wojciech Smarzowski, muzyka: Mikołaj Trzaska,
  2.  „Jack Strong”, reż. Władysław Pasikowski, muzyka: Jan Duszyński,
  3. „Kamienie na szaniec”, reż. Robert Gliński, muzyka: Łukasz Targosz,
  4. „Powstanie Warszawskie”, reż. Jan Komasa, muzyka: Bartosz Chajdecki,
  5. „Bobry”, reż. Hubert Gotkowski, muzyka: Marcin Kabaj,
  6. „Miasto 44”, reż. Jan Komasa, muzyka: Antoni Łazarkiewicz,
  7. „Służby specjalne”, reż. Patryk Vega, muzyka: Łukasz Targosz,
  8. „Bogowie”, reż. Łukasz Palkowski, muzyka: Bartosz Chajdecki,
  9. „Jeziorak”, reż. Michał Otłowski, muzyka: Cezary Skubiszewski,
  10. „Zbliżenia”, reż. Magdalena Piekorz, muzyka: Adrian Konarski,
  11. „Serce, serduszko”, reż. Jan Jakub Kolski, muzyka: Dariusz Górniok,
  12. „Małe stłuczki”, reż. Aleksandra Gowin, Ireneusz Grzyb, muzyka: Enchanted Hunters.
W programie festiwalu także koncerty, wystawy oraz warsztaty filmowe i dubbingowe. Poza selekcją konkursową odbędą się projekcje filmów w kilku kategoriach m.in. Polski „musical”,  filmowa noc z muzyką oraz kino młodego widza. Wśród gośćmi festiwalu będą Robert Gonera, Tymon Tymański.

Na zakończenie tegorocznej edycji festiwalu filmowego zagra Włodek Pawlik, laureat nagrody Grammy 2014 w kategorii „Najlepszy album dużego zespołu jazzowego”, z zespołem. Trio w składzie: Włodek Pawlik – fortepian, Cezary Konrad – perkusja i Paweł Pańta – kontrabas zaprezentuje przede wszystkim muzykę filmową oraz kompozycje Krzysztofa Komedy.  Szczegóły na profilu

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Nowości książkowe – polecamy na lato

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Wakacje to dobry moment, aby odłożyć telefon na półkę i zatopić się w tradycyjnej lekturze. Polecamy książki, po które warto sięgnąć.

Dziwny ten świat

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza, s. 304.

To opowiadania dla każdego, kto choć raz poczuł, że odstaje, że nigdzie nie pasuje.

Wyrozumiała jest dla swoich bohaterów Ottessa Moshfegh, Amerykanka, córka Chorwatki i Irańczyka. A jej wyrozumiałość przejawia się w tym, że autorka, choć bywa też okrutna, oszczędza im moralizowania.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Jest tu historia nauczycielki w katolickiej szkole, która ucieka w alkohol („Około dziesiątej wieczorem przerzucałam się na wódkę i udawałam, że uszlachetniam się za pośrednictwem książki albo jakiejś muzyki, tak jakby Bóg miał wpaść i sprawdzić, co u mnie”). Jest „wiceprezeska dublerka”, reprezentująca firmę na spotkaniach, gdyż jej szef „wygląda jak pasterz kóz”. Jest para „dziwadeł”: on, niespełniony aktor, wypatrujący znaków od kosmitów, podejrzliwy i przesądny; i ona, która go nie znosi, ale i nie porzuca.

Bohaterowie są, owszem, oryginałami. Jak my wszyscy, czasem tylko bardziej, i to nam Moshfegh chce przekazać, bo: „Życie bywa czasami bardzo dziwne, a wiedza o tym nie umniejsza dziwności”.

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza. (Fot. materiały prasowe)Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza. (Fot. materiały prasowe)

Ciemno, prawie noc

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie, s. 272.

Ten debiut najpierw cieszył się ogromną popularnością w Holandii, a w zeszłym roku przyniósł Rijneveld międzynarodowego Bookera. Celowo nie piszę „autorce” czy „autorowi”, bo mówimy o osobie niebinarnej, nieidentyfikującej się z żadną z płci. To książka pisana z perspektywy dziecka, ale niezwykle mocna. Narratorką jest tu dziesięcioletnia Jas, alter ego Rijneveld. Po tragicznym wypadku jej brata Matthiesa reszta rodziny traci ze sobą łączność. Rodzice uciekają w religię, Jas dorasta samopas. „Niepokój…” jest zachętą, żeby zajrzeć w mrok, bo też bez tego nie da się go obezwładnić.

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

Po drugiej stronie

Andrzej Stasiuk „Przewóz”, Czarne, s. 400.

W „Przewozie” nie ma drogi, stałego motywu Stasiuka. Jest rzeka, która oddziela Niemców od Sowietów, stając na przeszkodzie uciekinierom. Lubko pomaga im przeprawić się na drugi brzeg. Tylko czy gdzieś dalej czeka ziemia obiecana? To opowieść wojenna, w której nie ma przegranych i zwycięzców, a ludzie strzelają bez przekonania. Wojna jest realistyczna i nie ma sensu. To pierwsza od dziesięciu lat powieść Stasiuka, wyczekiwana, o której głośno było już przed premierą. I nie zawodzi pokładanych w niej nadziei.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Dom rodzinny

Ann Patchett „Dom Holendrów”, Znak Literanova, s. 336.

Patchett, która swego czasu znalazła się na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie według „Time’a”, jak mało kto potrafi uchwycić upływ czasu. Mija półwiecze, zmieniają się ludzie, nie zmienia się tylko ten dom. Nazywany jest Domem Holendrów (jesteśmy w Ameryce) ze względu na pochodzenie pierwszych właścicieli, wciąż jakoś tutaj obecnych. Tu dorasta para bohaterów, Danny i Maeve, tu się poróżnili ich rodzice, tu tych dwoje poznało swoją przyszłą macochę. I tu Danny i Maeve po latach wracają. Jaki będzie ten powrót do korzeni?

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

„Jak wywołałem byłą żonę” z Judi Dench – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. 
(Fot. materiały prasowe M2 Films)
„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. (Fot. materiały prasowe M2 Films)
Do kina weszła właśnie najgłośniejsza komedia tego lata. Gwiazda filmu, wspaniała Judi Dench, tylko nam zdradza, dlaczego ta produkcja ma dla niej wartość sentymentalną i, opowiadając o pracy na planie, wraca do swojej młodości i dzieciństwa.

– Propozycja, żebym zagrała Madame Arcati jest w pewnym sensie spełnieniem marzeń – mówi Dench siedząc w studiu, gdzie powstawała część zdjęć do filmu „Jak wywołałem byłą żonę”. Ta przyjemna komedia jest adaptacją teatralnej farsy brytyjskiego dramaturga Noëla Cowarda (1899-1973). Zgodnie z polskim tytułem (innym niż oryginalny „Blithe spirit”, czyli dosłownie „beztroska duszyczka”, choć u nas sztuka Cowarda znana jest jako „Seans”) to opowieść o wywołanym podczas seansu spirytystycznego duchu pierwszej żony. Duch wywołany zostaje przypadkiem, kiedy niejaki Charles Condomine, pisarz w kryzysie twórczym, wraca myślami do swojej nieżyjącej małżonki, muzy, źródła natchnienia i najlepszych literackich pomysłów. Nostalgia dopada go akurat w czasie prywatnej sesji wywoływania duchów prowadzonej przez cenione medium Madame Arcati. Efekt? Arcati ściąga panią Condomine z zaświatów, a Charles odzyskuje źródło natchnienia. Problem w tym, że w posiadłości państwa Condomine’ów rezyduje już druga żona. Czy można wysłać ducha z powrotem na tamten świat? A może lepiej próbować jakoś wytrwać w tak nietypowym trójkącie? Kto na tej sytuacji zyska a kto bezpowrotnie wszystko straci?

– Nie śmiem zdradzić, co jeszcze przydarzy się bohaterom, żeby nie psuć komuś zabawy – uśmiecha się Judi Dench. Ikona kina, słynna M. z serii o Bondzie, Królowa Elżbieta z „Zakochanego Szekspira” czy Evelyn Greenslade z „Hotelu Marigold”, o swojej najnowszej roli opowiada z rozbawieniem, ale i wzruszeniem, bo właśnie ta współpraca z kilku powodów miała dla niej wartość sentymentalną.

55-letniemu reżyserowi „Jak wywołałem byłą żonę” Edwardowi Hallowi na planie Dench cały czas powtarzała, jak bardzo przypomina on swojego ojca. Bo to właśnie ojciec Eda Halla był w karierze początkującej Judi Dench postacią kluczową. Peter Hall, wizjoner brytyjskiego teatru z doskonałą intuicją do wyłuskiwania aktorskich talentów, namówił młodziutką Judi, żeby opuściła dotychczasowy zespół Old Vic i grała u niego. Miał rację, to wtedy zaczęła się jej wielka sceniczna kariera, jej głośne szekspirowskie role, do których wkrótce dołączyły role filmowe.

– Poznałam Petera w roku 1962, przekonał mnie do rozwinięcia skrzydeł. Poznałam też wtedy jego rodzinę. Ed odziedziczył po ojcu talent. To takie osobliwe, bo „Jak wywołałem byłą żonę” jest przecież filmem o duchach i ja w pewnym sensie na planie widziałam nawet więcej niż ducha Petera w Edzie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam tego doświadczyć.

(Fot. materiały prasowe M2 Films)(Fot. materiały prasowe M2 Films)

Judi Dench przyznaje również, że jest inne wydarzenie, którego nie może zapomnieć, a które przywołują pytania o najnowszy film z jej udziałem. Film, przypomnę, oparty na sztuce Noëla Cowarda, postaci na Wyspach bardzo znanej, w środowisku teatralnym wręcz legendarnej:

– Byłam wtedy bardzo młodą aktorką i kiedy akurat nie grałam spektakli w Old Vicu, znajomi pokazywali mi wszystko, co się da w Londynie. Jednego wieczoru obejrzałam w Teatrze Savoy jakąś adaptację sztuki Cowarda, być może chodziło nawet o „Seans”, tego już nie pamiętam, w każdy razie po spektaklu powiedziano mi, że muszę kogoś poznać. To był on, Coward, ujrzałam go na szczycie schodów. Podszedł do mnie, przedstawiono nas sobie, uścisnęliśmy sobie dłonie. Nigdy tego nie zapomnę, moja ręka pachniała potem jego wodą po goleniu. Chyba potem specjalnie nie myłam jej jakiś czas [śmiech]. Dla mnie to był magiczny moment.

I wreszcie, praca na planie nad filmem, którego akcja toczy się w latach 30. XX wieku była dla Dench podróżą sentymentalną aż do czasów, kiedy była dzieckiem. Kręcili we wnętrzach modernistycznej willi zbudowanej przed II wojną światową, wypełnionej meblami z tamtego okresu, imponujący jest też wybór kostiumów, z których część pochodzi z archiwalnych muzealnych zbiorów z lat 30.

– Pamiętam te czasy. Urodziłam się przecież w 1934 roku – dodaje aktorka – Mój ojciec był lekarzem, z moją mamą, Dublinianką, mieszkali w Yorku. Najpierw urodzili się moi bracia, potem ja. Dużą popularnością cieszyło się wtedy pewne medium, kobieta nawiązująca kontakt z duchami. Mój ojciec ją osobiście poznał, nie wiem, czy jako lekarz czy to on przyszedł do niej. To był dzień po moich narodzinach. Wiem, że owa kobieta powiedziała mu „Bardzo miło mi słyszeć o twojej córce Judith”. Ojciec nie wiedział jeszcze, jak będę miała na imię. I tak właśnie zostałam Judith [śmiech].

Na pytanie, czy wierzy w życie pozagrobowe, Dench odpowiada, że ciężko jest stwierdzić, że po drugiej stronie niczego nie ma, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre rzeczy, które jej się przydarzyły: – Uważam, że jest cały świat zjawisk, o którego istnieniu nie wiemy.

Dodaje też, że właśnie teraz jest idealny moment na historie takie, jak ta z filmu. O duchach, o miłości aż po grób. Zaadaptowaną na potrzeby kina, ale i naszych czasów, bo twórcy filmu postarali się, żeby wątek rywalizacji między dwoma żonami miał pro kobiece przesłanie. O zmianach względem oryginału Dench mówi z szelmowskim uśmieszkiem: – Ktoś je pokocha, kto inny uzna ją za zbrodnię na oryginale.

Ważne, jak podkreśla, że widzowie mają szansę zapomnieć. O czym?

– O słowie na sześć liter – Judi Dench najpierw zniża głos, po czym zaczyna bezgłośnie sylabizować „c-o-r-o-n-a” – Którego specjalnie nie wypowiem na głos.

I trudno nie przyznać jej racji. „Jak wywołałem byłą żonę” to film skutecznie poprawiający humor. Angielskie niebo wygląda tu jak niebo nad Toskanią, do tego dochodzą intensywnie kolorowe stroje, wnętrza i pocztówkowe krajobrazy, na czele z nieziemsko Białymi Klifami z Dover. Dzieje się dużo i szybko, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a w finale sprawiedliwości staje się zadość. Przyłączam się do rekomendacji Judi Dench: skoro mamy lato, niech więc będzie lekko i przyjemnie.

  1. Retro

Walerian Borowczyk – reżyser, który zapoczątkował rewolucję seksualną w kinie lat 70-tych

Walerian Borowczyk wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich polskich korzeniach. (Fot. materiały prasowe HBO)
Walerian Borowczyk wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich polskich korzeniach. (Fot. materiały prasowe HBO)
Do czerpania inspiracji z jego filmów przyznają się Peter Greenaway, David Lynch, bracia Quay. U nas Walerian Borowczyk to postać ciągle budząca kontrowersje i nieco zapomniana, choć kilka lat temu na platformę HBO trafił film dokumentalny "Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka" poświęcony jego twórczości. Nadal jednak ciągnie się za nim fama libertyna, który lubił świntuszyć na ekranie.

Dokument „Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka” w reżyserii Kuby Mikurdy, przybliżający twórczość Borowczyka, można obejrzeć na platformie HBO.

Ktoś kiedyś nazwał Borowczyka „wizjonerem kina erotyzmu”. On sam nie znosił tego typu etykietek. Jak tylko mógł, bronił się przed przyprawianiem mu gęby filmowego speca od „tych rzeczy”, a także przed upychaniem jego fabuł jak leci w szufladce z napisem soft porno albo porno de luxe. Tłumaczył, że w sztuce trzeba umieć odróżniać temat od anegdoty i że pornografią w gruncie rzeczy może być wszystko, bo to kwestia spojrzenia i kontekstu. Przestrzegał przed dosłownym odczytywaniem jego filmów, dając tym samym do zrozumienia, że naga dusza interesuje go wcale nie mniej niż nagie ciało. Tym, którzy zarzucali mu nadmierne epatowanie seksem, Borowczyk w wywiadzie dla „Kina” odpowiadał: „Erotyka nie zabija, nie unicestwia, nie nakłania do zła, nie prowadzi do popełnienia przestępstwa. Wręcz przeciwnie, łagodzi obyczaje, przynosi radość, daje spełnienie, sprawia bezinteresowną przyjemność”.

Ani słowa o mojej matce

Znamienne, że jako dziecko lubił urządzać dla najbliższych przedstawienia kukiełkowe. Sam robił lalki, sam układał fabuły, no i sam je, oczywiście, reżyserował. To autorskie podejście do sztuki miało mu pozostać na zawsze. Jako dojrzały twórca czuł się odpowiedzialny za każdy detal swojego dzieła. W wypadku filmów był nie tylko ich reżyserem i scenarzystą, ale często także autorem scenografii oraz zdjęć, zdarzało mu się też osobiście podkładać pod postaci głosy.

Wspomnienie o kukiełkach jest tym cenniejsze, że Walerian Borowczyk był nie tylko artystą osobnym, ale i jako człowiek trzymał się na osobności. Bardzo starannie strzegł swojej prywatności, więc i z tego powodu nie wiadomo o nim zbyt wiele. Zwłaszcza że czasem wręcz zacierał za sobą ślady i mylił tropy. Na przykład w nocie do polskiego wydania zbioru swoich opowiadań „Anatomia diabła” (1992) twierdził, że przyszedł na świat w Wojnowicach w 1932 roku. Tak naprawdę urodził się 2 września 1923 roku w Kwilczu w Poznańskiem. Jego ojciec Wawrzyniec był inspektorem kolejowym, ale też malarzem. Dziś powiedzielibyśmy malarzem amatorem, jednak sam Borowczyk jego akwarele stawiał w tym samym rzędzie co dzieła największych francuskich impresjonistów. „On był powodem wyboru mojej drogi życiowej” – powie po latach. Charakterystyczne, że we wspomnieniach reżysera w ogóle nie pojawia się matka. Kiedyś przyznał, że nie ma nawet jej zdjęcia.

Uczył się w poznańskim Gimnazjum im. Ignacego Jana Paderewskiego, podczas wojny jako robotnik przymusowy trafił do podpoznańskiego Lubonia, gdzie pracował w zakładach przetwórstwa ziemniaczanego. Tylko dlaczego we wspomnieniach napisał, że kopał doły pod mostowe fundamenty?

Po wojnie w trybie przyspieszonym zrobił maturę i postanowił iść na studia. Myślał o polonistyce na poznańskim uniwersytecie, ale zanim złożył papiery, pojechał do Krakowa zdawać egzaminy do tamtejszej ASP. Kiedy się dowiedział, że został przyjęty do akademii, o żadnej polonistyce nie było już mowy. Studia zaczął w 1946 roku w pracowni malarstwa Zbigniewa Pronaszki. Był w jednej grupie z Janem Tarasinem i Jerzym Tchórzewskim, przyjaźnili się potem przez całe życie. Innym przyjacielem Borowczyka z lat studiów, takim na dobre i złe, był też (młodszy o kilka lat) Franciszek Starowieyski.

Co z innym kolegą z akademii Andrzejem Wajdą? Wstąpili na uczelnię w tym samym roku, ale stosunki między panami nie ułożyły się najlepiej. W każdym razie Borowczyk nawet po latach, gdzie tylko mógł, dawał wyraz swojej niechęci do reżysera „Popiołów”. Napisze po latach: „Mój kontakt z […] Wajdą był współżyciem przymusowym”. Doda jeszcze, że wykreślił go ze zbiorowej fotografii, którą zrobiono im po ukończeniu pierwszego roku ASP. Ktoś powie, że za niechęcią stała zwykła zawodowa zawiść. Mogły też wchodzić w grę względy osobiste. Na przykład zazdrość o kobietę. Wajda ożenił się z Gabrielą Obrembą, jedną z najatrakcyjniejszych studentek akademii, która zresztą jeszcze pojawi się w tej historii.

Był sobie raz...

Już podczas studiów zajmował się projektowaniem plakatów teatralnych i kinowych, publikował w gazetach swoje rysunki satyryczne. Rodziły się jego pierwsze filmowe fascynacje: swoją kamerą 8 mm kręcił krótkie dokumenty, własnoręcznie przygotowywał też przezrocza, malując obrazki bezpośrednio na taśmie fotograficznej. Niedługo te „dziecinne” zabawy miały się zmienić w całkiem dorosłą pasję.

W 1956 roku poznaje Jana Lenicę, ówczesnego dyrektora artystycznego pisma „Szpilki”. Borowczyk miał parę pomysłów na filmy animowane, które postanowili zrobić razem. Żaden z nich nie przypuszczał, że ta decyzja zupełnie odmieni ich życie.

Premiera ich pierwszej wspólnej animacji „Był sobie raz…” odbyła się w 1957 roku. To był szok. Okazało się nagle, że film animowany nie musi się wcale trzymać ideowych wytycznych towarzysza Żdanowa ani estetycznych kanonów narzuconych światu przez Disneya. Ba, może nawet nie mieć fabuły, być żartobliwą grą plam, kresek, figur geometrycznych i detali wyciętych ze starego pisma. Słowem – może być czystą igraszką, a przy tym reprezentować tzw. sztukę wysoką. Na ekrany polskich kin wchodził akurat „Kanał” Andrzeja Wajdy, który dał początek Polskiej Szkole Filmowej. Borowczyk z Lenicą niejako równolegle otwierali Polską Szkołę Animacji. Otwierali też nowy rozdział w animacji światowej. Marcin Giżycki, wytrawny znawca awangardy filmowej, napisał po latach w miesięczniku „Kino”, że w filmie animowanym istniały dwie epoki: „przed i po Janie Lenicy i Walerianie Borowczyku”.

Obaj zrobili razem jeszcze kilka filmów, m.in. „Dom”, który w 1958 roku zdobył Grand Prix na konkursie kina eksperymentalnego podczas wystawy światowej w Brukseli, co Borowczykowi i Lenicy otworzyło drogę do międzynarodowej kariery. Nagroda miała zresztą nie tylko honorowy wymiar, towarzyszyła jej także niebagatelna wówczas suma 10 tysięcy dolarów. Pieniądze się przydały. Zaraz po sukcesie „Domu” Borowczyk wyjechał na stałe do Francji.

Miłość francuska

Podpisuje pięcioletni kontrakt ze studiem Le Cinéastes Associés. Nadal kręci filmy animowane. I to znakomite. Borowczyk realizuje pierwszą we francuskiej kinematografii animację długometrażową – „Teatr państwa Kabal”, a za całokształt twórczości w dziedzinie filmu animowanego (zrobił ich w sumie ok. 50) dostaje prestiżową Nagrodę Maxa Ernsta.

Za granicą jest znany jako Boro. Twórca nie tylko animacji. Mówił: „Dwie różne techniki, lecz myśl jedna”. Pierwszym jego filmem aktorskim była nakręcona na kanwie noweli de Maupassanta krótkometrażówka „Rozalia” (1966), która zdobyła m.in. Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Zdobyła w dużej mierze dzięki Ligii Branice, żonie reżysera, grającej w filmie tytułową rolę. Nie sposób mówić zresztą o fabularnej twórczości Borowczyka, nie wspominając o Ligii.

Poznali się jeszcze w Krakowie. Wspominał: „Ożeniłem się z [...] najpiękniejszą i najinteligentniejszą, wszechstronnie uzdolnioną uczennicą Gimnazjum im. Józefa Hoene-Wrońskiego w Krakowie. W dniu ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego podarowałem Ligii tomik poezji Tadeusza Różewicza zatytułowany »Czerwona rękawiczka« i opuściliśmy Kraków. Zamieszkaliśmy w Warszawie”.

Był rok 1956, Borowczykowie dostali mieszkanie na osiedlu Praga II, takim praskim MDM-ie. Często odwiedzali ich znajomi z Krakowa, był wśród nich i Sławomir Mrożek, który właśnie tutaj poznał swoją pierwszą żonę Marię – jak napisze potem Borowczyk, równie piękną (!) jak jej siostra… Gabriela Obremba.

Ligia w Warszawie przez półtora roku studiowała aktorstwo w wyższej szkole teatralnej, potem przeniosła się na wydział aktorski łódzkiej filmówki, studiów tych jednak nie ukończyła, wyjechała z mężem do Paryża. W Polsce zagrała jeszcze parę epizodów w kinie. W późniejszych filmach męża będzie występować wyłącznie jako Ligia Branice. Tak było choćby w pełnometrażowym debiucie Borowczyka „Goto, wyspa miłości” (1968), kafkowskiej z ducha przypowieści o totalitaryzmie i miłości totalnej. Branice zagrała tu żonę tyrana (w tej roli Pierre Brasseur wystylizowany na Józefa Stalina) władającego skrawkiem oderwanego od lądu i rzeczywistości świata. W „Blanche” (1971), swobodnej adaptacji „Mazepy” Juliusza Słowackiego, aktorka, grając u boku Michela Simona, wcieliła się w macochę zakochaną w swoim pasierbie.

Ostatnim obrazem Borowczyka, w jakim pojawiła się Ligia, był „Za murami klasztoru” (1977). Odważnie prezentuje tu swoją nagość, Borowczyk zaś bez oporów nagość żony filmuje. Najlepszy dowód na to, że reżyser traktował ciało kobiety jak dzieło sztuki. Choć zapewne tak jak i dla Buñuela było ono też dlań „mrocznym przedmiotem pożądania”.

Filmy „Goto…” i „Blanche” Borowczyk uznawał za najlepsze w całej swojej twórczości. A jednak światowy rozgłos i komercyjny sukces przyniosły mu tytuły zupełnie inne. „Opowieści niemoralne” (1974), „Bestia” (1975), „Ulicznica” (1976) czy „Heroiny zła” (1979), które Borowczyka postawiły – obok Pasoliniego i Bertolucciego – w rzędzie najważniejszych animatorów rewolucji seksualnej w kinie lat 70. Jean-Paul Sartre o „Bestii” mówił jako o „wielkiej epopei podświadomości”, a Alberto Moravia przy okazji „Za murami klasztoru” porównywał Borowczyka do Boccaccia. Cenzura obyczajowa w różnych krajach miała w tym względzie trochę inne zdanie. Na przykład we Francji „Opowieści niemoralne” początkowo były objęte zakazem dystrybucji.

I nic dziwnego. Fellatio na początek, potem samogwałt w wykonaniu bogobojnej panienki przy użyciu ogórka, sceny z życia „wampirzycy z Siedmiogrodu”, księżnej Elżbiety Batory (w tej roli Paloma Picasso, córka wielkiego malarza), a na koniec zmysłowe karesy Lukrecji Borgii z ojcem papieżem i bratem kardynałem. Tak w największym skrócie można by streścić wątki kolejnych „niemoralnych” nowelek pomieszczonych w filmie. To było naprawdę mocne uderzenie, nawet jak na ojczyznę markiza de Sade. I to pomimo że Borowczyk w swoim filmie więcej sugerował, niż pokazywał. Za to w „Bestii” widać właściwie już wszystko, łącznie z gigantycznym penisem kudłatego monstrum uwiedzionego (ba, zamęczonego w seksualnym uniesieniu) przez Piękną.

Bezwzględny histeryk

„Chciał mnie rozbierać w scenach, które wcale do tego nie upoważniały. Nie potrafił zapanować nad swoimi emocjami” – powie po latach w wywiadzie Grażyna Długołęcka, która zagrała u Borowczyka w „Dziejach grzechu” (1975) według powieści Stefana Żeromskiego. To jedyna fabuła zrealizowana przez reżysera w Polsce, cieszyła się zresztą u nas ogromnym powodzeniem – zobaczyło ją ponad osiem milionów widzów. Długołęcka, wówczas jeszcze studentka, zagrała Ewę Pobratyńską, o której miłości i moralnym upadku film opowiada. Na łamach „Przeglądu Tygodniowego” aktorka pracę na planie wspominała jako jeden wielki koszmar. Borowczyk w wydanej we Francji publikacji „Moje polskie lata” wszystkie zarzuty Długołęckiej z pasją odpierał, nazywając aktorkę mitomanką i kobietą bezradną wobec swego nienormalnie rozbudzonego libido.

Ostro? Niby tak, ale reżyser z zasady nie bawił się w wersal. Poza tym nigdy niczego nie zapominał ani niczego nie wybaczał. Zwłaszcza najmniejszego słowa krytyki. A czytał wszystko, co się w kraju ukazywało na jego temat. Często zresztą bywał w Polsce, miał mieszkanie w Warszawie (na stałe Borowczykowie zamieszkiwali w pięknym domu w Le Vésinet pod Paryżem, mieli też dom w Rzymie, który reżyser kupił, co lubił podkreślać, za honorarium otrzymane za reżyserię „Emmanuelle V”). O tym, że bardzo emocjonalnie podchodził do drukowanych o nim opinii, świadczy choćby napisana przez niego rok przed śmiercią książka „Co myślę, patrząc na rozebraną Polkę”. To jedna wielka filipika wymierzona w tych wszystkich, których reżyser uznawał za swoich wrogów. A zaliczał do nich głównie polskich krytyków filmowych, którzy według niego robili wszystko, by go w kraju zdyskredytować i pokazać jako zboczeńca. W książce padają konkretne nazwiska, a najczęściej towarzyszącym im epitetem jest słowo „idiota”. Darowane zostaje tylko Zygmuntowi Kałużyńskiemu i Bolesławowi Michałkowi, którzy Borowczyka raczej dowartościowywali.

Z Kałużyńskim akurat szczerze się przyjaźnił, nie miał mu więc za złe, gdy ten nazywał go „bezwzględnym histerykiem”. Niebezpodstawnie. Na festiwalu w Mannheim Borowczyk jako przewodniczący jury potrafił w trakcie projekcji chodzić po sali kinowej i wymyślać tym widzom, którzy jedli cukierki i szeleścili papierkami. Podczas pokazu prasowego „Dziejów grzechu” skrzyczał szacownego doktora Płażewskiego, który zamiast patrzeć na ekran, coś tam skrzętnie notował w swoim słynnym kajecie. Czy Walerian Borowczyk nie miał dystansu do siebie? Wygląda na to, że nie. Co jest o tyle dziwne, że był jednocześnie człowiekiem o niezwykłym zmyśle ironii i niesamowitym poczuciu humoru. W końcu tzw. „momenty” w jego filmach z założenia na ogół mają nie tylko bulwersować, ale i bawić. Na tym właśnie polega przewrotność jego reżyserskich prowokacji.

Znowu w Polsce

Wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach. Pewnie dlatego tak mu zależało, żeby nad Wisłą zaistnieć w podobnym stopniu jak nad Sekwaną, gdzie przez lata uchodził za twórcę nie tylko kontrowersyjnego, ale i błyskotliwego. We Francji Boro to była marka. W Polsce Borowczyk czuł się przemilczany i odrzucony przez swoich. To go bolało i wściekało zarazem, ale był bezradny, tym bardziej że przez ostatnich kilkanaście lat życia nie kręcił już filmów, jego awantury o „stare kino” musiały wydawać się więc niektórym zupełnie bez sensu. A już zwłaszcza „urodzonym romantykom” (a tylko tacy wszak pomieszkują między Odrą a Bugiem), którzy tematy dotyczące cielesności i seksualności z zasady uznają za niegodne sztuki.

I świat, i czasy, i nasz kraj się zmieniają. Może zatem czas Borowczyka, artysty niepokornego i przekornego, dopiero nadchodzi?

Korzystałem m.in. z książek: Waleriana Borowczyka „Co myślę, patrząc na rozebraną Polkę”, Oficyna Wydawnicza Rytm; Stanisława Różewicza „Było, minęło…”, wydawnictwo Iskry.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy i seriale na weekend – poleca Joanna Olekszyk

Kadr z filmu „Francuskie wyjście” w reżyserii Azazela Jacobsa (dostępny przez serwis Premiery CANAL+). (Fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu „Francuskie wyjście” w reżyserii Azazela Jacobsa (dostępny przez serwis Premiery CANAL+). (Fot. materiały prasowe)
Szukacie rozrywki na weekend? Zapraszamy przed ekran! Redaktor naczelna miesięczników "Zwierciadło" i "Sens" Joanna Olekszyk poleca filmy i seriale, które obejrzycie zarówno w kinie, jak i w domu. Gwarantujemy, że każdy znajdzie coś dla siebie.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Żenia ma dar. Dzięki jego masażom zestresowane i nieszczęśliwe mieszkanki pewnego zamkniętego osiedla pod Warszawą mogą zaznać chwili wytchnienia. Ale to dzięki jego spokojowi, umiejętności słuchania innych oraz… hipnozy – mogą zrozumieć, czego naprawdę potrzebują. Kim naprawdę jest Żenia? Jaką tajemnicę z przeszłości ukrywa? I jakie tajemnice mieszkańców ujawni? Świetne aktorstwo, zwłaszcza Aleca Utgoffa i Agaty Kuleszy.

Film „Śniegu już nigdy nie będzie” (reż. Małgorzata Szumowska, Michał Englert), w kinach. (Fot. materiały prasowe)Film „Śniegu już nigdy nie będzie” (reż. Małgorzata Szumowska, Michał Englert), w kinach. (Fot. materiały prasowe)

„Oslo”

można spojrzeć na ten film jako na opowieść o niemożności rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego albo zobaczyć w nim przebłysk nadziei. Zrealizowany trochę jak sztuka teatralna, a trochę jak dokument, pokazuje historię tajnych negocjacji między Izraelczykami i Palestyńczykami, które doprowadziły do porozumień z Oslo w 1993 roku. Ich cichymi bohaterami byli Mona Juul z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Norwegii i jej mąż Terje Rød-Larsen, socjolog. Choć rozejm wkrótce zerwano, pamięć o nim pozwala wierzyć, że dobra facylitacja czyni cuda.

Film „Oslo” (reż. Bartlett Sher), dostępny na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)Film „Oslo” (reż. Bartlett Sher), dostępny na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

„Francuskie wyjście”

Stolica Francji ma długą historię bycia filmowym ratunkiem dla zagubionych amerykanów. Nie inaczej jest tym razem. W rejs z Nowego Jorku do Paryża wyruszają matka (świetna Michelle Pfeiffer) i syn. Ona nie przepracowała w życiu ani godziny, on też nie kwapi się do stabilizacji, a w zaniepokojenie jest go w stanie wprawić jedynie brak szampana w lodówce. Próżniaczy styl życia ma jednak swoją cenę – kompletne oderwanie od rzeczywistości i utrata więzi. Widmo rychłego bankructwa może być więc dla nich ratunkiem.

Film „Francuskie wyjście” (reż. Azazel Jacobs), dostępny przez serwis Premiery CANAL+. (Fot. materiały prasowe)Film „Francuskie wyjście” (reż. Azazel Jacobs), dostępny przez serwis Premiery CANAL+. (Fot. materiały prasowe)

„Pogoń za miłością”

Brawurowa ekranizacja powieści nancy mitford jest bardzo na czasie. W końcu już księżna Diana mówiła, że największą współczesną chorobą jest poczucie bycia niekochanym. Lindzie, bohaterce „Pogoni za miłością”, jak każdej panience z dobrego angielskiego domu w latach 20. doskwiera nie tylko brak rodzinnego ciepła, ale też przemożna nuda. W romansach upatruje jedynej radości życia. Nadmiernie uczuciowa, spontaniczna i niewykształcona… napyta tym sobie trochę biedy.

Serial „Pogoń za miłością” (reż. Emily Mortimer), dostępny na BBC Prime. (Fot. materiały prasowe)Serial „Pogoń za miłością” (reż. Emily Mortimer), dostępny na BBC Prime. (Fot. materiały prasowe)

„Dochodzenie”

O śmierci szwedzkiej dziennikarki kim wall, która przeprowadzała wywiad z wizjonerem i biznesmenem na jego łodzi podwodnej, było głośno kilka lat temu. Film pokazuje dochodzenie, jakie rozpoczęła kopenhaska policja po zgłoszeniu jej zaginięcia. Tym, co odróżnia ten serial od wielu podobnych, jest jego niezwykła ascetyczność i kameralność. A także szacunek wobec ofiary i jej bliskich oraz brak niezdrowej fascynacji jej mordercą.

Serial „Dochodzenie” (reż. Tobias Lindholm), dostępny przez serwis Premiery CANAL+. (Fot. materiały prasowe)Serial „Dochodzenie” (reż. Tobias Lindholm), dostępny przez serwis Premiery CANAL+. (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

„Supernova” – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

– Dobrze, by „Supernovę” zobaczył każdy, kto żywi jakiekolwiek uprzedzenia do związków nieheteronormatywnych – mówi psycholożka Martyna Harland. (Fot. materiały prasowe)
– Dobrze, by „Supernovę” zobaczył każdy, kto żywi jakiekolwiek uprzedzenia do związków nieheteronormatywnych – mówi psycholożka Martyna Harland. (Fot. materiały prasowe)
Czy w wieloletnim związku mamy prawo samodzielnie decydować o swoim zdrowiu i życiu? A może to już przestrzeń wspólna? O filmie „Supernova” rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Uważam, że dobrze, by „Supernovę” Harry’ego Macqueena zobaczył każdy, kto żywi jakiekolwiek uprzedzenia do związków nieheteronormatywnych. Colin Firth (Sam) i Stanley Tucci (Tusker) grają tu parę z długim stażem, którą może rozdzielić choroba jednego z nich. To prawdziwa filmoterapia, bo czułość tej opowieści przekona każdego.
Grażyna Torbicka: Tym bardziej że w tym filmie spotykamy mężczyzn dojrzałych, którzy przeżyli razem 20 lat. Zwykle kiedy obserwujemy takie związki na ekranie, na przykład u Xaviera Dolana czy François Ozona, to widzimy je na początkowym etapie – bohaterowie na naszych oczach odkrywają swoją seksualność i w rezultacie dokonują coming outu. Tym razem nie wiemy, jak wyglądała faza zakochania w relacji Sama i Tuskera. Czy mieli pełną akceptację ze strony rodziny?

Pomyślałam sobie, że „Supernova” mogłaby być prequelem do filmu „Samotny mężczyzna” Toma Forda, w którym również występuje Colin Firth. Moim zdaniem właśnie tak mógł wyglądać związek George’a Falconera, profesora uniwersytetu, który przeżywa żałobę po niedawno zmarłym partnerze.

Mnie ten seans nasunął kilka uniwersalnych pytań. Czy mamy prawo ingerować w decyzje partnera, jeśli mają też wpływ na nas? Jak wiele można zrobić dla kogoś, kogo kochamy? Jakie są granice wolności w związku?
To są pytania stawiane w sytuacji ekstremalnej. Tuskera dotknęła choroba – wczesne stadium demencji, która za jakiś czas sprawi, że mężczyzna nie będzie w stanie decydować o sobie. Zapomni o tym, kim jest, przestanie panować nad swoim ciałem, rozumem, a do tego będzie wymagał całodobowej opieki. Właśnie przed taką przyszłością staje filmowa para. A my, przyglądając się tej sytuacji, nie widzimy dwóch gejów, tylko dwie osoby, które kochają się i muszą zmierzyć z tym, co przyniosło im życie. Moim zdaniem podstawowe pytanie, jakie stawia „Supernova”, brzmi: czy można traktować partnera jako część siebie, a nawet swoją własność?

Jeśli kochasz, pozwalasz odejść. Ale czy to, co robi chory Tusker, nie jest trochę egoistyczne?
Mam wrażenie, że Tusker uwzględnia w tej sytuacji nie tylko siebie. Przekonuje mnie o tym fakt, że organizuje spotkanie w domu rodzinnym Sama. Tak jakby chciał upewnić się, że siostra, szwagier i przyjaciele zajmą się jego partnerem i będą w stanie mu pomóc, gdy jego już nie będzie. Doskonale rozumiem, że Tusker nie chce stracić kontroli nad swoim życiem. Dla mnie większym egoistą jest już Sam, bo nie potrafi wejść w skórę chorego partnera i postawić się w jego sytuacji. Ale tak naprawdę nikt nie jest w stanie tego zrobić, dopóki go to nie spotka. Sam za wszelką cenę pragnie odwieść Tuskera od pewnej decyzji, co można by uznać za przejaw egoizmu. Mówi: „Zastanawiałem się nad tym, czy starczy mi siły, ale nie oddam cię nigdzie, będę się tobą opiekował, pielęgnował cię do ostatniego momentu”. To jest bardzo trudna i otwarta sytuacja, dlatego nie jestem wcale pewna, czy słowo „egoizm” ma tu zastosowanie.

Poza tym to, co mówi Sam: „Będę walczył, damy radę”, jest mocno deklaratywne, czas pokaże, jak będzie...
Jednak już sam fakt, że Sam mówi to wszystko, patrząc prosto w oczy partnerowi, jest wspaniałe, bo on naprawdę w to wierzy. Jest gotowy, żeby walczyć, bo ukochany stanowi część jego świata. Wystarczy mu, że Tusker żyje, że może go dotknąć i poczuć jego ciepło.

Bardzo podobało mi się to, co powiedział Tusker: „Siedzisz tu i nic nie robisz, a przytrzymujesz cały świat”.
To zdanie również mocno mnie poruszyło. Ukochana osoba jest dla nas całym światem i nie jest ważne, że w tym momencie Sam nie realizuje siebie, że nie jedzie w trasę koncertową czy nie zajmuje się swoimi sprawami. To, że znajduje się przy Tuskerze, jest dla niego wystarczające.

Tusker jest nadal w dość dobrej formie. Choć to choroba nieuleczalna, ale można przecież spowolnić proces rozwoju demencji...
Jednym z nas chce się żyć pomimo wszystko, a drugim nie. Być może zależy to od tego, na ile dany człowiek ma poczucie, że panuje nad swoim życiem. Jeśli wcześniej czuł, że ma nad nim kontrolę, przypuszczalnie nadal chce ją mieć. Ludzie różnie podchodzą do kwestii choroby i związanych z nią ograniczeń. Niektórym odpowiada to, że będą pielęgnowani i ktoś będzie się nimi opiekował. Są też i tacy, którzy nie mogą tego znieść, i Tusker jest właśnie taką osobą.

W filmie „Supernova” mówimy o niezwykle dramatycznej sytuacji, jednak w życiu przeżywamy mnóstwo mniejszych lub większych strat. Nie lubimy czuć smutku, uciekamy od tego. Tusker uświadamia Samowi, że jeśli utraciłeś coś i jesteś z tego powodu smutny – to znaczy, że to coś było dla ciebie piękne. A w związku z tym zamiast opłakiwać stratę, możesz pielęgnować dobre wspomnienia.

Ale masz rację, łatwo powiedzieć: „będę przy tobie zawsze”, trudniej dotrzymać obietnicy. Dlatego emocjonalnie trudno oglądało mi się ten film, bo jednak od samego początku mówi on o odchodzeniu...

Widzę, że cię poruszył…
Jeśli mamy w życiu osobę, którą kochamy, to wiemy, że prędzej czy później przyjdzie nam się rozstać. Nie ma od tego ucieczki. Cały czas zastanawiałam się, czy Tusker i Sam nie za dużo o tym wszystkim mówią. Może powinni po prostu płynąć z życiem? Zresztą chyba nawet próbują to zrobić, gdy mówią „żyjmy tak jak wcześniej”. Tusker nie bierze lekarstw, bo nie chce czuć się chory. Niestety, tak to nie działa, choroba o sobie przypomina. Ten film zadaje jeszcze jedno, równie fundamentalne pytanie: czy jesteśmy właścicielami swojej duszy i ciała? Czy tylko od nas zależy, co zrobimy ze swoim życiem?

Mnie bardzo poruszyła scena z pożegnalną kasetą, którą zostawia Tusker. Sam znajduje ją i zmusza partnera do konfrontacji. Po czym mówi: „Udawajmy, że nic się nie stało, zjedzmy kolację”. Co wtedy czułaś?
Byłam zła na to, że Sam rozegrał to w ten sposób. Moim zdaniem nie powinien się tak zachować. Zajrzał do osobistej szkatułki partnera, co nigdy nie kończy się dobrze. Zresztą rozmawiałyśmy o tym przy okazji filmu „Dobrze się kłamie w dobrym towarzystwie” Paola Genovese.

Czułam też smutek, że nie mówi mu wprost o tym, co odkrył, tylko zaskakuje Tuskera, ale także mnie jako widza, w tak nieprzyjemny sposób. Myślę, że z jego strony to była czysta złość, nad którą nie zapanował, bo poczuł się oszukany. A przecież jego partner miał prawo mieć swoje pudełko i swój intymny świat, swoje tajemnice, którymi nie chciał się z nim dzielić. Każdy z nas ma takie prawo.

Ja pomyślałam w tej scenie o „Miłości” Michaela Haneke. Bohaterka tego filmu, tak jak Tusker, przywiązywała wielką wagę do godności, do tego, żeby nie być ciężarem dla drugiej osoby. Można zachować godność w chorobie?
Nie wiem. Sytuacja Tuskera jest jeszcze bardziej złożona, bo w demencji do kwestii braku panowania nad ciałem dochodzi też utrata kontroli nad umysłem.

A jak ty definiujesz poczucie godności? Czy warto zachować je w związku, a może powinniśmy ją sobie darować?
Uważam, że poczucie godności jest w związku bardzo ważne. Oczywiście można je różnie definiować. Dla mnie jest to zachowanie klasy, tego, że na co dzień nie schodzimy poniżej pewnego poziomu i nie obnażamy się całkowicie przed partnerką czy partnerem.

Dla mnie godność to szacunek do siebie i poczucie własnej wartości. Bycie sobą, niepoddawanie się, nieuleganie zewnętrznym okolicznościom.
To prawda, z jednej strony godność oznacza to, że chcesz zachować w związku siebie i swoje zdanie, być sobą, dokonywać własnych wyborów. Jednak czasem trzeba też umieć zrezygnować z czegoś, nawet jeśli to dla nas ważne. Wtedy być może ta druga strona również będzie do tego zdolna? To buduje podstawy solidnej i głębokiej przyjaźni. A związek w tym filmie właśnie na tej przyjaźni się opiera.

Co więcej, aktorzy faktycznie są przyjaciółmi w prawdziwym życiu, znają się od wielu lat i tę przyjaźń mocno czuć w filmie.
Na pewno emocji związanych z życiem erotycznym jest w relacji tej pary znacznie mniej. Zdecydowanie ważniejsza jest tu sfera dotyku i uczucie ciepła, które daje nam bliskość z ukochaną osobą.

A co najbardziej zapamiętasz po tym filmie?
Najważniejsze było dla mnie to, że obaj bohaterowie potrafili ostatecznie spotkać się i zrozumieć w sytuacji niemal bez wyjścia. Bo kiedy nie jesteś w stanie zmienić tego, co przynosi ci życie, wtedy musisz znaleźć sposób na to, żeby się z tym pogodzić i właśnie tak jak mówisz, zrobić to z godnością.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.