1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Anda Rottenberg - pojednanie bez znaku zapytania

Anda Rottenberg - pojednanie bez znaku zapytania

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow
Przygotowanie tej wystawy było dziełem równie złożonym jak polsko-niemieckie relacje. 23 września w berlińskim centrum Martin-Gropius-Bau otwarto projekt „Obok. Polska – Niemcy. 1000 lat historii w sztuce”. Wspólne dzieje dwóch narodów są pokazywane za pomocą setek obrazów, starodruków, fotografii, filmów i realizacji powstałych specjalnie z myślą o tym przedsięwzięciu. Kuratorką projektu „Obok…” jest Anda Rottenberg

– Nakreśliłaś obraz tysiąca lat relacji Polaków i Niemców. Jaka to opowieść? Czy jest to, jak przyjęło się myśleć, rzecz o wiecznym konflikcie dwóch kultur, dwóch żywiołów, dla których zawsze było za mało miejsca w tej części Europy?

– Taka jest historia. Historię opowiada się w książkach albo w filmach, tam, gdzie jest możliwość przedstawienia kolejności zdarzeń, wyjaśnienia procesów. Ja tymczasem robię wystawę, a ta pokazuje obiekty, które są tych procesów owocem – skutkiem konfliktów albo przeciwnie, rezultatem współpracy. Tysiąca lat nie da się pokazać na trzech tysiącach metrów kwadratowych, które mam do dyspozycji. Patrzę więc na historię z lotu ptaka, wybieram i oświetlam punktowo pewne momenty, obrazy, postacie. Intensywność zdarzeń historycznych jest zmienna, nierównomierna; to odbija się na przestrzeni wystawy. Pierwsze 900 lat relacji polsko-niemieckich zajmuje połowę przestrzeni – a druga połowa to wiek XX.

– Gdzie jest początek?

– Zaczynam w Gnieźnie, w symbolicznym miejscu pierwszych kontaktów polsko-niemieckich. Tam pod koniec X wieku spotkały się dwie świeże państwowości. Zapomina się bowiem, że państwo niemieckie powstało raptem trzy dekady przed naszym. Oczywiście, kulturowo, cywilizacyjnie Niemcy byli w innym miejscu, ale państwowość obydwu narodów kształtowała się w tym samym czasie, jedna obok drugiej.

Początkiem jest wizyta Ottona III w Gnieźnie, a także Wojciech, pierwszy wspólny święty, który przybył z Niemiec, choć był Czechem. Przy okazji zahaczam o postać Rychezy, siostrzenicy Ottona III i matki Kazimierza Odnowiciela, która dla Niemców jest symbolem polsko-niemieckiej przyjaźni, a w polskiej świadomości jest właściwie nieobecna. Potem podążam za biegiem historii tej specyficznej historii relacji polsko-niemieckich, w której nie mieści się przecież ogromna część polskich dziejów: stosunki ze Wschodem, z Moskwą, Kijowem, ze Szwedami, Tatarami i Turkami, prócz bitew o znaczeniu europejskim – legnickiej czy wiedeńskiej oczywiście. Wprowadzam tylko te wątki, w których pojawia się polsko-niemiecka tematyka.

– Kilka generacji Polaków, w tym moje pokolenie, zostało wychowanych w przekonaniu, że nadrzędnym sensem dziejów Polski była walka z Niemcami. Dokonujesz rewizji tego mitu?

– Jesteśmy produktem XIX-wiecznej historiozofii popartej traumatycznym XX-wiecznym doświadczeniem – stąd się wzięła ta narracja. Jeżeli jednak przyjrzeć się temu z bliska, to poza rolą, jaką w dziejach Polski odegrał zakon krzyżacki, Niemcy nie zajmowały politycznej uwagi Polaków aż tak bardzo, jak przyjęło się uważać. Polska nie pragnęła za wszelką cenę posiąść Śląska, Pomorza Zachodniego czy Prus. Pomorzem władaliśmy ledwie parę lat, a to, że rządziła tam słowiańska dynastia Gryfitów, która później się zniemczyła, to już inna historia. Zniemczyli się także Piastowie śląscy, u których w XVII i XVIII wieku pamięć o słowiańskich korzeniach była już bardzo mglista. Tymczasem od czasów Jagiellonów zajmował nas inny kierunek, wschód. W XVI byliśmy mocarstwem, największym państwem w Europie. Z punktu widzenia mocarstwa nie wydawało się, że mała połać Górnego Śląska mogłaby być ważniejsza niż na przykład cała Ukraina.

– Powiedziałaś, że oświetlasz punktowo wybrane, emblematyczne dla historii polsko-niemieckiej miejsca, zdarzenia, postaci. Na co skierowałaś swój reflektor?

– Na zjazd gnieźnieński, zakładanie miast śląskich, bo pierwsze miasta na prawie magdeburskim powstały na Dolnym Śląsku, na bitwę pod Legnicą, polsko-niemiecką świętą Jadwigę Śląską... W centrum wystawy jest sala krzyżacka. Niemcom trudno było zrozumieć, dlaczego przywiązujemy do tego tematu taką wagę, myśleli, że Krzyżacy będą jakimś niedużym epizodem z XIII wieku. Tymczasem to jest 700 lat naszego życia: najpierw z Krzyżakami, potem z Hohenzollernami, a potem z mitologią. W tej części pokazany jest również nasz patriotyczny przechył związany z bitwą pod Grunwaldem – postawa ukształtowana przez obraz Matejki, przez książkę Sienkiewicza, film Hoffmana, przez to, że każde dziecko pamięta datę 1410. Z drugiej strony – w części „krzyżackiej” pokazuję osiągnięcia cywilizacyjne, piękne księgi, dzieła sztuki. Jest na tej wystawie Kraków jako siedziba królów, czyli Wawel, i Kraków mieszczański, którego patrycjat był niemiecki, o czym mało dziś w Polsce mówimy. Jest Wit Stwosz i jest Kopernik, obydwu poświęcam dużo miejsca.

– Kopernik polski czy niemiecki?

– Kopernik, podobnie jak Wit Stwosz, był Europejczykiem. Wydzieranie sobie takich ludzi jest nadużyciem i anachronizmem. W tamtym czasie w Europie nie było ważne pochodzenie. Liczyło się, komu służymy, wobec kogo jesteśmy lojalni. Kopernik był lojalny wobec polskiego króla. Mówił zapewne po niemiecku, pisał po łacinie, a za przyjaciół miał uczonych w całej Europie.

– Polsko-niemiecka historia to także opowieść o imporcie do naszego kraju wielu cywilizacyjnych zdobyczy z Zachodu. Czy nie okaże się na koniec, że nasza kultura jest w istocie bardzo niemiecka?

– Kiedy formowała się nasza państwowość, na terenie Polski doszło do starcia między chrześcijaństwem cyrylometodiańskim, wschodnim, a chrześcijaństwem łacińskim. Pisze o tym Maria Janion. Wiadomo było, że jeżeli zwycięży to pierwsze, cywilizacyjnie zwiążemy się z Rusią Kijowską, z Bułgarią, z Bizancjum, najogólniej mówiąc ze Wschodem. Zwyciężyła jednak cywilizacja łacińska; we wczesnym średniowieczu jej model, wraz z obyczajem, czerpaliśmy z sąsiednich Niemiec, bo bezpośrednie kontakty z odległym przecież Rzymem były bardzo rzadkie.

– Mamy więc w Polsce sporo importów z Niemiec: kilku królów, ustrój prawny miast, nomenklaturę różnych rzemiosł. A ile było Polski w Niemczech?

– Przede wszystkim nie ma czegoś takiego jak „całe Niemcy”. Bawarczyk ma inną pamięć historyczną niż mieszkaniec Kolonii. Niemców łączył język i osoba cesarza, ale ich wyobraźnia historyczna jest bardzo zróżnicowana w zależności od landu. My patrzymy na Niemcy poprzez Prusy, bo z nimi sąsiadowaliśmy. Utożsamiamy poniekąd Niemców z Prusakami. Z niemieckiego punktu widzenia wygląda to jednak inaczej; stosunek mieszkańców wielu regionów wobec Prus był tradycyjnie bardzo krytyczny.

Musimy zatem spróbować spojrzeć na Niemcy, zapominając o zaszłościach, używając innej optyki, niż ta, którą narzuciło nam doświadczenie zaborów. Niemcy również muszą podjąć ten wysiłek, rozważając naszą wspólną historię. Trzeba we właściwym świetle zobaczyć Warmię czy Gdańsk, które stały się naprawdę niemieckie dopiero po zaborach, i to na skutek świadomie prowadzonej polityki Bismarcka. Należy też wyraźnie powiedzieć, że Wielkie Księstwo Poznańskie nie było niemieckie. Wbrew pozorom dla wielu Niemców to wcale nie jest takie oczywiste, bo wystarczyło 100 lat zaborów w XIX wieku, aby się przyzwyczaić do myśli, że my, Niemcy, mieszkamy na niemieckiej ziemi, w miejscowości Gniezno, która się nazywa Gnesen.

– Niemcy się poczują zapewne nieswojo na XX-wiecznej części tej wystawy.

– To mnie specjalnie nie martwi; zrobiłam wystawę z polskiego punktu widzenia. Staram się pozbawić publiczność luksusu przekonania, że jest na zewnątrz historii. Przedstawiając XX wiek, odwołuję się do artystów, którzy nie odmalowują historii, lecz odnoszą się do historycznego doświadczenia na poziomie symbolicznym. II wojna światowa pokazana będzie niemal wyłącznie poprzez sztukę i to niewielu, starannie wybranych twórców. Wierzę w siłę przekazu artystów.

– II wojna światowa nie jest jednak końcem historii. Jaki jest ciąg dalszy?

– W czasach PRL związki kulturalne z NRD były zaskakująco słabe. Za to bardzo ożywione były relacje z Niemcami Zachodnimi. Pokazuję na przykład partyturę pasji św. Łukasza napisaną przez Pendereckiego na zamówienie Westdeutsche Rundfunk. Pokazuję też artystyczne konsekwencje wojny w postaci przejęcia przez Polskę terenów niegdyś zagospodarowanych przez Niemcy, czyli tzw. Ziem Odzyskanych. Idę drogą wiodącą od Elbląga, przez Koszalin, do Wrocławia, bo w czasach PRL były to miejsca, w których władza pozwalała artystom na więcej niż gdzie indziej. To była polityka mająca na celu zaznaczenie obecności polskiej kultury na tych terenach. Pokazuję fragment wystawy Ziem Odzyskanych we Wrocławiu, pokazuję ikoniczny „Panoramiczny happening morski” zrealizowany przez Kantora w Osiekach koło Koszalina, pokazuję rzeźbę Henryka Morela, która jest wynikiem Biennale Form Przestrzennych w Elblągu, prezentuję postać Bluma-Kwiatkowskiego, człowieka dwóch tożsamości.

– Dlaczego w ogóle zdecydowałaś się zająć polsko-niemieckim tematem?

– Po wystawie „Warszawa – Moskwa” pojechałam do Berlina na rozmowy o możliwości zrobienia podobnego projektu polsko-niemieckiego. „Warszawa – Moskwa” pokazywała 100 ostatnich lat naszych związków artystycznych z Rosją. Z Niemcami nie da się jednak zrobić 100 lat; z Niemcami można tylko 1000! To skok na głęboką wodę, ale przecież nie jest sztuką robienie tego, co się już potrafi. Jako zawodowiec od sztuki współczesnej muszę spoglądać na historię z lotu ptaka; profesjonalnym historykom trudno byłoby się zdobyć na takie spojrzenie. Paradoksalnie, wiedzą zbyt dużo, aby jednym spojrzeniem ogarnąć obszar o rozmiarach tysiąca lat.

– Twoja własna tożsamość to także złożona konstrukcja; jest to tożsamość polska, ale także żydowska, rosyjska. Elementu niemieckiego w tej układance brakuje. Jaka jest twoja osobista relacja z kulturą niemiecką?

– Wychowałam się w Legnicy. Kiedy przyjechałam do Warszawy, czułam się obco, bo inny był kształt domów, inne kostki brukowe, inny układ ulic. Przestrzeń miasta, w którym dorastałam, została zdefiniowana przez kulturę niemiecką. Później w żadnym innym kraju nie bywałam tak często jak w Niemczech. Znam wszystkie niemieckie duże miasta, mam tam sporą grupę przyjaciół. Moje doświadczenie wyniesione z tych wyjazdów było niekompatybilne z nabytą wiedzą historyczną. Kiedy jednak zwiedzałam niemieckie miasta i patrzyłam na spacerujące za rączkę starsze małżeństwa, zadawałam sobie jedno i to samo pytanie: co wtedy robili? Znałam Niemców, którzy w 1968 r. byli na barykadach studenckiej rewolty w Paryżu, bo z takich kręgów rekrutowali się moi niemieccy przyjaciele, a z drugiej strony przyglądałam się społeczeństwu, którego część była dla mnie zamknięta, i nawet nie miałam ochoty w nią wnikać. Dziś zmieniły się obyczaje, pokolenie, które aktywnie brało udział w II wojnie światowej, jest na wymarciu.

– Czy pokazujesz także polsko-niemieckie „teraz”?

– Jest na wystawie sala, która nosi roboczą nazwę „Pojednanie” – na wszelki wypadek bez znaku zapytania. Wystawiane są tam rzeczy powstałe tuż po 1989 roku: to czas po upadku muru, moment budowania nowej państwowości w Polsce, ale także w nowych, jednoczących się Niemczech. Na wystawie znajdą się także dzieła dwóch artystów, polskiego i niemieckiego, które będą wskazaniem w przyszłość. Do otwarcia wystawy muszą pozostać tajemnicą.

– Powiedziałaś, że pojęcie pojednania pojawia się bez znaku zapytania. To znaczy, że jakiś znak zapytania mógłby tu wchodzić w grę?

– Nie wiem. Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta. Nasze kultury się przenikają, ale jesteśmy jednak od siebie tak różni, że trudno nam się porozumieć. To jak z budowaniem zdania: w polszczyźnie zdanie nie musi trzymać się żelaznej logiki, może być niekonkretne, niedokończone, ale wiemy, o co chodzi. A w języku niemieckim, żeby zrozumieć sens, trzeba przeczytać zdanie do końca. To dwa różne porządki. Widzę często, że się nie rozumiemy, nawet kiedy wszyscy starają się być bardzo otwarci.

Problemem jest zaakceptowanie tej nieusuwalnej inności, uszanowanie jej. Oczywiście, zdarza się, że lepiej rozumiem się z niemieckim artystą niż z polskim sąsiadem, ale mam tu na myśli całe społeczeństwa, a nie jednostki, które ten wysiłek z powodzeniem podejmują. Każdy naród, zanim zrozumie inny, musi zrozumieć sam siebie. Mam często wrażenie, że my w Polsce nie rozumiemy sami siebie. Niemcy też siebie nie rozumieją, ale przynajmniej próbują, pracują na tym od końca wojny. Przeżyli denazyfikację; co prawda byli naziści wciąż mieli świetne posady, ale proces przerabiania, przepracowywania historii trwał. Myśmy mieli łatwiej: byliśmy ofiarami. Ofiara ma syndromy, nie śpi po nocach, ale jest przynajmniej bezpieczna moralnie: to nie była nasza wina. Niemcy mieli trudniej, ale włożyli też więcej niż my pracy w rozumienie historii. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim starszych generacji, bo najmłodsze pokolenie Niemców ma to już gdzieś. Polskie zresztą też. Kiedy rozmawiam z wnukami i rzucam hasło „Berlin”, odpowiadają, że tam są fajne kluby.

– A więc będziemy spotykać się teraz z Niemcami w globalnej wiosce, w której kwestie tożsamości, granic, narodowych kultur są o wiele bardziej płynne i otwarte.

– Daj Boże! Chociaż już nieraz było tak przyjemnie, to, niestety, historia lubi się powtarzać. Nadal przecież udaje się skutecznie grać na społecznych frustracjach i kanalizować negatywne emocje, kiedy ma się odrobinę władzy i złej woli. Do dziś pozostaje otwarte pytanie, jak to się właściwie stało, że Hitler tak łatwo wziął władzę i w ogromnym stopniu zrealizował plany zawarte w „Mein Kampf”, książce wydanej w pięciu milionach egzemplarzy, a więc powszechnie dostępnej i często cytowanej. Wizja Niemców jako panów świata musiała się podobać, prawda? Dlatego musimy tworzyć mechanizmy uniemożliwiające powtórzenie się historii. Lecz aby je tworzyć, trzeba tę historię rozumieć.

Anda Rottenberg historyczka sztuki, krytyczka, jedna z najwybitniejszych i najbardziej uznanych międzynarodowo polskich kuratorek. W latach 1993–2000 kierowała Narodową Galerią Sztuki Zachęta. Współtworzyła idę budowy w Warszawie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, do 2007 roku była przewodniczącą jego rady programowej. Obecnie jest niezależną kuratorką, pisarką i publicystką.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe

  1. Kultura

"Boginie" – premiera w Teatrze Słowackiego w Krakowie

Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Fot. Bartek Barczyk/materiały prasowe Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie
Teatr Słowackiego w Krakowie zaprasza na kolejną premierę, tym razem spektaklu "Boginie" opartego na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory. – Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia reżyser Jan Jeliński.

„Boginie” to spektakl oparty na mitach Orfeusza i Eurydyki oraz Demeter i Kory, które łączy motyw wędrówki między światami żywych i umarłych. Moment przejścia oraz liczne w kulturze przedstawienia Hadesu zainspirowały twórców do postawienia pytania o kondycję bogów i bogiń. To opowieść o cielesności, bólu, chorobie, ale również o poszukiwaniu tożsamości, wracaniu do zdrowia i nauce rozumienia własnego ciała. Czym jest Hades dla Demeter, bogini urodzaju i opiekunki pięknych narodzin? Czym jest Hades dla jej córki Kory, jedynej żywej wśród umarłych? Czym jest Hades dla Eurydyki nieustannie wyciąganej z zaświatów? Czym jest Hades dla Orfea, w mitologii sławnego poety i argonauty? Czym jest Hades dla Karen Carpenter? Czym i kim jest Hades współcześnie?

– Wybrałem temat czerpiący ze świata mitycznego, ponieważ interesuje mnie badanie kondycji bóstw w kontekście współczesności. Archetypiczna energia mitów greckich, stwarza przestrzeń do poszukiwań wspólnych płaszczyzn dla antyku i świata dzisiejszego, co wydaje mi się szczególnie fascynujące – wyjaśnia Jan Jeliński, reżyser spektaklu, student V roku Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza, laureat nagrody głównej Ministra Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podczas 10. Forum Młodej Reżyserii za wrażliwość i autorską drogę w rozczytywaniu i redefiniowaniu archetypów kultury za reżyserię spektaklu „Nimfy 2.0” wyreżyserowanym w Starym Teatrze.

Obsada:
Natalia Strzelecka
Alina Szczegielniak
Magdalena Osińska
Karol Kubasiewicz
Rafał Szumera

Pozostali twórcy:
reżyseria: Jan Jeliński
tekst i dramaturgia: Alicja Kobielerz
scenografia i kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Filip Grzeszczuk
wideo: Adam Zduńczyk
projekty multimedialne: Tomasz Gawroński
inspicjent: Bartłomiej Oskarbski
producentka: Oliwia Kuc

Premierowy set: 4,5,6 czerwca
Spektakle w lipcu: 1,2,3,4 lipca

Bilety i więcej informacji na www.teatrwkrakowie.pl.

  1. Kultura

Nowy dokument z udziałem Davida Attenborougha już niedługo trafi na Netflix

Kadr z filmu dokumentalnego
Kadr z filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". (Fot. materiały prasowe Netflix)
"To właśnie teraz jest dekada decydująca o przyszłości ludzkości na Ziemi" - słyszymy w zwiastunie filmu dokumentalnego "Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców". David Attenborough i naukowiec Johan Rockström badają w nim degradację bioróżnorodności Ziemi i sprawdzają, czy możemy jeszcze zapobiec kryzysowi.

„Świat na granicy” opowiada o ustaleniach naukowych profesora Johana Rockströma, który cieszy się uznaniem na całym świecie. To historia o najważniejszym odkryciu naukowym naszych czasów — o tym, że ludzkość maksymalnie przesunęła granice zapewniające stabilność życia na Ziemi przez 10 000 lat, od zarania cywilizacji.

Podczas 75 minut filmu wybierzemy się w podróż, podczas której dowiemy się, jakich granic absolutnie nie wolno nam przekroczyć, nie tylko ze względu na stabilność naszej planety, ale przede wszystkich z uwagi na przyszłość ludzkości. Poznamy rozwiązania, które możemy i musimy wdrożyć już teraz, jeżeli chcemy chronić mechanizmy utrzymujące życie na Ziemi.

Narratorem filmu dokumentalnego „Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” jest sir David Attenborough. Za produkcję odpowiada uhonorowany wieloma nagrodami zespół z wytwórni Silverback Films, która stworzyła przełomowy serial „Nasza planeta” oraz dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie”. Film przedstawia podstawy naukowe obu tych wpływowych produkcji.

„Świat na granicy: Nasza planeta oczami naukowców” będzie można obejrzeć od 4. czerwca na platformie Netflix.

(Fot. materiały prasowe Netflix)(Fot. materiały prasowe Netflix)
  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.