1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Obywatel Jones" – nowy film Agnieszki Holland

"Obywatel Jones" – nowy film Agnieszki Holland

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Obywatel Jones" Agnieszki Holland, na zdjęciu James Norton. (Fot. Robert Pałka/Film Produkcja)
Już wkrótce na ekrany polskich kin trafi najnowszy film Agnieszki Holland zatytułowany "Obywatel Jones". To oparta na faktach, wciągająca historia o młodym, aspirującym dziennikarzu, który zrobi wszystko, aby poznać nawet najbardziej niewygodne fakty o otaczającym świecie.

Kino historyczne nigdy wcześniej nie było tak blisko współczesności. Film polskiej reżyserki jest nie tylko widowiskową biografią, ale również gorzką refleksją na temat dzisiejszych mediów i polityki. To ważny głos w dyskusji na temat kryzysu niezależnego dziennikarstwa oraz rosnącej popularności fake newsów.

Film trafi do polskich kin 25 października 2019 roku.

Plakat filmu 'Obywatel Jones'Plakat filmu "Obywatel Jones"

O czym jest film?

Młody dziennikarz Gareth Jones (James Norton) zyskał sławę, pisząc artykuł o swoim spotkaniu z Adolfem Hitlerem, zaraz po przejęciu przez niego władzy w 1933 roku. Teraz ambitny Walijczyk przymierza się do kolejnego wielkiego tematu – gwałtownej modernizacji Związku Radzieckiego. Chcąc gruntownie zbadać sprawę, reporter decyduje się na podróż do Moskwy, aby przeprowadzić wywiad ze Stalinem. Na miejscu poznaje młodą dziennikarkę Adę Brooks (Vanessa Kirby), pracującą dla Waltera Duranty’ego (Peter Sarsgaard), dzięki której odkrywa, że prawda o stalinowskim reżimie jest brutalnie tłumiona przez sowieckich cenzorów. Słysząc zatrważające plotki na temat wielkiej klęski głodowej w ZSRR, Jones udaje się w samotną podróż przez Ukrainę.

Dziennikarz staje się naocznym świadkiem tragedii Hołodomoru. Miliony ludzi umierają z głodu, podczas gdy tony zboża sprzedawane są za granicę, by sfinansować proces industrializacji radzieckiego imperium. Po powrocie do Londynu, Jones pisze artykuł ukazujący horror, którego doświadczył. Publikacja jest wyciszana, a jej autentyczność podważana przez zachodnich dziennikarzy, pozostających pod wpływem Kremla. Pomimo śmiertelnych pogróżek, Gareth nie ustaje w walce o prawdę. Swoimi odkryciami postanawia podzielić się z młodym, aspirującym pisarzem – George’em Orwellem.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Agnieszka Holland o najnowszym filmie "Szarlatan"

Agnieszka Holland:
Agnieszka Holland: "Może istnieją osoby kryształowe, nie wiem. Dla mnie największą tajemnicą jest dobro, szlachetność i odwaga, bo to o wiele trudniejsze niż konformizm". Fot. materiały prasowe
Ma intuicję. Jej filmy, także te historyczne, zawsze są trafnym komentarzem naszych czasów. Sama Agnieszka Holland przyznaje: – Robię coś nie dlatego, że uważam się za wyjątkową reżyserkę, ale dlatego, że kiedy temat mnie wybierze, traktuję cały proces jako obowiązek.

Korzystałaś kiedykolwiek z usług znachora?
Nie. Raz tylko przy dolegliwościach kręgosłupowych pomagała mi tak zwana szeptunka.

Ale najnowszy „Szarlatan” to nie pierwszy twój kontakt zawodowy z tą tematyką.
Na początku wieku zrobiłam film „Julia wraca do domu”, w którym był wątek kogoś podobnego do znanego uzdrowiciela Harrisa. Brałam też udział w projekcie Sydneya Pollacka o brazylijskim uzdrowicielu Arigó, niepiśmiennym robotniku, w którego nagle wstąpiły talenty uzdrowicielskie, co zostało sfotografowane i opisane w latach 60. Mieliśmy całkiem ciekawy scenariusz, ale w rezultacie nic z niego nie wyszło. Przy okazji Arigó zaczęłam dokumentować różne szamańskie i alternatywne metody leczenia.

Czy ten tajemniczy świat cię jakoś fascynuje?
Kiedyś mnie fascynował. W szkole filmowej zetknęłam się z parapsychologią badaną naukowo. Jeden z kolegów szykował film na ten temat, a ja mu asystowałam. Potem, gdy byłam asystentką Zanussiego przy „Iluminacji”, dokumentowałam różne zjawiska niewytłumaczalne za pomocą fizyki, które reżyser chciał wykorzystać w filmie. W związku z tym byłam w kontakcie z rosyjskimi różdżkarzami, astrologiem, chiromantką i jasnowidzem. W sowieckiej Rosji skwapliwie korzystano z badań nad ludźmi o specjalnych zdolnościach, istniał nawet w Leningradzie instytut techniczeskoj parapsychologii. Wtedy dość skrupulatnie zbadałam te irracjonalne obszary.

I co wyszło ci z tych badań?
Że w tym wszystkim jest dużo szarlatanerii i oszustwa, zwłaszcza wśród uzdrowicieli i znachorów. Ale niewątpliwie są takie zjawiska, których nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć za pomocą aktualnego stanu wiedzy, a które są faktami, można je nawet zmierzyć amperomierzami. Źródło energii jest w człowieku, jednak nie wiadomo, skąd się tam bierze. Ale to nie znaczy, że kiedyś nie zostanie to poznane. I wtedy może się okazać, że pojawią się kolejne tajemnice i kolejne. A człowiek ma taką pychę, że wszystko wie, uważa stan wiedzy, który jest w jego współczesności, za ostateczny. Tymczasem tak nie jest.

Bohater twojego nowego filmu, Jan Mikolášek, nie jest uzurpatorem, on naprawdę zna się na tym, co robi.
To, co on robi, nie jest szamaństwem, ale swego rodzaju talentem, który opiera się na dwóch umiejętnościach. Na diagnozowaniu chorób na podstawie oglądu moczu – analiza moczu wspomaga diagnozę także w dzisiejszych czasach, ale on diagnozował, po prostu patrząc. Przeszedł różne próby, które udowodniły, że jego diagnozy były w 90 proc. trafne. Drugą umiejętność – być może jako syn ogrodnika – miał od dziecka, a potem rozwinął ją podczas I wojny światowej, gdy próbował wykorzystywać zioła w leczeniu ran. Potem dało mu to odwagę, by leczyć siostrę. Uratował ją przed amputacją.

Prawdziwy Mikolášek żył i uzdrawiał w ubiegłym wieku w Czechach. Nadal żywa jest tam jego legenda?
Częściowo. Korzystałam z konsultacji u najlepszych czeskich zielarzy i oni mówili, że stosują do dzisiaj recepty Mikoláška, że on jest dla nich wzorem. Był wybitnym zielarzem i diagnostą, miał spektakularne efekty i to zbudowało jego popularność.

Dlaczego więc w tytule nazywasz go szarlatanem? To określenie ma jednoznacznie negatywne konotacje.
Szarlatanem nazywała go propaganda komunistyczna po śmierci jego protektora politycznego, premiera, a później prezydenta Czech, Zápotockiego. Zápotocký był w obozie koncentracyjnym, wyszedł z niego w strasznym stanie, groziła mu amputacja i Mikolášek go z tego wyciągnął. Dopóki więc żył prezydent, to Mikolášek miał parasol ochronny.

Ivan Trojan i Juraj Loj w 'szarlatanie'. (Fot. materiały prasowe) Ivan Trojan i Juraj Loj w "szarlatanie". (Fot. materiały prasowe)

Człowiek w szponach systemu to twój ulubiony temat. Dlatego zajęłaś się tą historią?
Zajęłam się nią dlatego, że jest gęsta od wątków. Reżim czecho­słowacki nie mógł znieść kogoś, kto się nie mieścił w jego klatce. Im bardziej osobowość była wybitna, niepodległa, niezależna – tym silniej ją miażdżono. Można to zresztą powiedzieć o każdym systemie totalitarnym. Drugi wątek, który mnie zainteresował, to cena, jaką człowiek płaci za swój wyjątkowy talent, czyli to, do jakiego stopnia staje się on więźniem tego daru, do jakiego stopnia daje mu to poczucie bezkarności, boskości i rodzi myślenie typu: „Skoro potrafię coś wielkiego, to zwykła moralność mnie nie obowiązuje”. Kolejny wątek to bardziej uniwersalne pytania o walkę między dobrem i złem, między talentem a pychą. Ciekawe, że pycha może zmusić człowieka do wyparcia swojej tożsamości seksualnej. I kolejne pytanie tego filmu: jak wielką moc ma natura, kiedy się do niej podłączamy?

Na Mikolášku wielkie piętno odciska jego geniusz. Ten bohater budzi sympatię, ale krystaliczny nie jest.
Urzekła mnie w tym scenariuszu właśnie ta niejednoznaczność bohatera. O ile w przypadku „Obywatela Jonesa” czy „Gorejącego krzewu”, mimo że niektóre postaci w tych filmach są ambiwalentne, wiadomo, gdzie jest dobro, a gdzie zło, to tutaj wszystko jest znacznie bardziej poplątane, bohaterem targają sprzeczności. I właśnie ta jego walka o to, żeby nakarmić swoje superego, wydawała mi się ciekawa.

Robiłaś już filmy o geniuszach: Rimbaudzie, Verlainie, Beethovenie. Co takiego cię w nich pociąga?
Bo to wielcy artyści, ale też postaci pełne sprzeczności: gwałtowności i słabości, wrażliwości i bezwzględności. Talent to dar, ale i ogromny ciężar, z którym człowiek w swojej słabości i kruchości trudno sobie radzi. Zawsze interesowała mnie cena, jaką się płaci za bycie geniuszem. Inni moi bohaterowie, jak Palach czy Jones, płacili jeszcze za odwagę.

Mikolášek płaci też za inność, jest gejem.
Każda inność, wielkość, czyli skrajność, jest pewnego rodzaju lustrem, w którym się oglądamy, które zmusza nas do stawiania sobie różnych pytań. A niektóre pytania na własny temat są bardzo niewygodne. To prosta weryfikacja tego, co jest dla nas ważne, a co nieważne.

Ten film jest pełen pytań, a nie ma w nim odpowiedzi. Nie wiemy nawet, jak się kończy. Czy to znaczy, że jesteś w takim momencie życia, w którym masz coraz więcej wątpliwości niż pewności?
I tak, i nie. Wydaje mi się, że moje poczucie tego, co jest dobre, a co złe – albo przynajmniej co jest dążeniem do dobra – nie zmieniło się od mojej młodości. Podobnie jeśli chodzi o konformizm, podłość, prześladowania słabszych – tu moja busola jest niezmienna. Zawsze bardziej interesowały mnie komplikacje niż uproszczenia. A żyjemy w takiej epoce, która wszystko upraszcza, akurat ostatnie dziesięciolecie przoduje w upraszczaniu ludzkich historii, motywacji i charakterów. Uproszczenia są wygodne, nawet u tych, których zawodem powinna być komplikacja; myślę tu o myślicielach, komentatorach, dziennikarzach, artystach – o politykach nawet nie wspomnę. Nie czuję się z tym komfortowo, bo sama wpadam w pewien rodzaj manicheizmu. Ludzie nie chcą komplikacji, wybierają to medium, które odpowiada ich tożsamościowym poglądom. I w związku z tym zniknęła agora, na której spotykałyby się różne poglądy i opinie. Wszystko jest interpretacją, fake news ma taką samą wagę jak zweryfikowany fakt. To bardzo niebezpieczne, oznacza koniec demokracji.

Przyzwyczaiłaś widzów do tego, że swoimi filmami komentujesz to, co się dzieje w Polsce, na świecie. A na festiwalu w Berlinie powiedziałaś wprost, że „Szarlatan” jest bezinteresowny, że nie ma w nim żadnych politycznych konotacji. A jednak są. Homoseksualizm to ostatnio jeden z głównych tematów politycznych.
Kiedy pięć lat temu Marek Epstein przysłał mi ten scenariusz, nie przypuszczałam, że w Polsce nastąpi odgórna i zmasowana nagonka na osoby homoseksualne, nawet mi się to nie śniło. Wydawało się, że wszystko idzie na świecie w kierunku włączania mniejszości w system praw, którymi cieszy się większość. Prawdopodobnie jednak mam jakąś intuicję [śmiech].

To też studium psychologiczne bohatera, który w młodości został zmuszony do zastrzelenia człowieka. Zło rodzi zło?
Myślę, że zło rodzi się często z lęku przed śmiercią i bezradnością w obliczu śmierci. W filmie jest scena, której nie chcę zdradzać, ale która dobitnie to pokazuje. Mikolášek zawsze w obliczu śmierci – czyli na przykład wtedy, gdy nie umiał pomóc, a wiedział, że ktoś zaraz umrze – wpadał w furię, wściekłość. To kolejny wątek filmu – lęk przed śmiercią, nad którym bohater całe życie chciał zapanować.

Mikolášek pomaga, ale jest też bezwzględny. Idzie pod prąd, ale jest konformistą. Każdy z nas nosi w sobie jakiś cień?
Może istnieją osoby kryształowe, nie wiem. Dla mnie największą tajemnicą jest dobro, szlachetność i odwaga, bo to o wiele trudniejsze niż konformizm, układanie się z życiem na swoich warunkach. Ci, którzy wybierają dobro, są dla ludzi jakoś podejrzani. Podejrzany jest altruizm, podejrzana jest odwaga. Czy dobro podszyte jest jakimś cieniem? Myślę, że tak, ale mnie zawsze fascynowały postaci, w których gen odwagi i szlachetności zwycięża. Bo to wcale niełatwe, po drodze jest bardzo dużo różnych pułapek. Generalnie człowiek jest kruchym bytem, zostało to opisane w literaturze, uczy tego choćby psychoanaliza.

Dla wielu możliwość wyboru to najcięższa kara. Na ogół wolimy, żeby ktoś decydował za nas.
W ostatnim czasie to postawa powszechna, taka frommowska ucieczka od wolności. To znaczy od własnego osądu i wyborów. W momencie, kiedy świat się bardzo komplikuje, kiedy coraz więcej w nim zagrożeń i wyzwań zmuszających nas do trudnych wyborów, chętnie składamy te decyzje na ręce kościołów, władców, szczególnie takich, którzy mówią, że mają receptę na lęki.

Musimy w coś wierzyć, żeby żyć?
Bardzo trudno żyć bez poczucia sensu. Zupełny nihilizm prowadzi, myślę, do głębokiego smutku. A jeśli chodzi o leczenie, to uważa się, że wysoki poziom wiary w to, że uda się przezwyciężyć chorobę, jest pomocny. Ale z drugiej strony wiemy dobrze, że są choroby, przy których nawet największy optymizm nie pomaga wygrać z losem. Więc prosta naiwna wiara w to, że nasza wola może zmienić rzeczywistość, jest zwyczajną ułudą.

A wiara, czy raczej przekonanie, że to, co robisz, na przykład film, jest dobre, pomaga?
Mam conradowskie podejście do swoich projektów. To znaczy robię coś nie dlatego, że to wyjdzie albo że uważam się za wyjątkową reżyserkę, tylko dlatego, że kiedy jakiś temat mnie wybierze, traktuję cały proces jako rodzaj obowiązku. Kiedy zaczynam jakąś działalność, czy to artystyczną, czy społeczną, zdaję sobie sprawę z tego, jak to jest niepewne i jak w gruncie rzeczy łatwo jest to zniszczyć, przegrać w boju ze złymi siłami, które się przeciwko temu sprzęgły. Ale nawet wiedząc, że wygrana jest mało prawdopodobna, uważam, że powinnam iść do końca.

Romantycy przedkładali „czucie” nad „mędrca szkiełko i oko”. A tobie co jest bliższe?
Według mnie dobra i zdrowa jest równowaga między elementami racjonalnym i irracjonalnym, wiedzą i intuicją, doświadczeniem weryfikowalnym i takim ze sfery wyobrażeń. Teraz obserwujemy przechył w stronę irracjonalizmu. Ludzie łatwo podważają autorytety naukowców, kwestionują ewidentne wynalazki ludzkości, jak szczepionki, fakt przestaje być faktem, a staje się opinią. To taki ciemny romantyzm naszych czasów, w którym odchodzimy od rozumu. Absolutnie tego nie popieram, bo może być groźne. Ale z kolei racjonalizm, który wyklucza sferę duchową i tajemnicę, też wydaje mi się głupi.

Sięgniesz jeszcze po taki temat? Polecam ci książkę „Boginie z Žítkovej”, obsypaną nagrodami i opartą na faktach powieść Czeszki Kateřiny Tučkovej, opowiadającą o zielarkach niszczonych przez system. Byłyby tam same kobiece role!
Rzeczywiście muszę teraz pomyśleć o filmie z kobietą w roli głównej. A takie tematy? Nie stanę się nagle mistyczką. One trochę mnie znajdują, bo okazuje się, że oto mam gotowość się nimi zająć. W tym też tkwi jakaś tajemnica.

Wróciłaś już na dobre do pracy?
Miałam teraz kręcić dla Apple’a serial w Paryżu, ale odwołali z powodu koronawirusa. Od początku lockdownu jestem w Bretanii, piszę, staram się myśleć, czytam, chodzę na plażę. Miło jest nie pracować bez przerwy, tak intensywnie jak przez ostatnie lata, i mieć niespodziewane wakacje.

Agnieszka Holland rocznik 1948. Wybitna polska reżyserka, nagrodzona Złotym Globem (za film „Europa, Europa”), Złotymi Lwami w Gdyni (za „Gorączkę”, „Kobietę samotną”, „W ciemności”, „Obywatela Jonesa”), Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie (za „Pokot”), nominowana do Oscara za film „W ciemności”. Najnowszy „Szarlatan” wszedł do kin 9 października.

  1. Kultura

"Szarlatan" Agnieszki Holland czeskim kandydatem do Oscara

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oparty na faktach "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland został wybrany jako czeski kandydat do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. O statuetkę powalczy m.in. z obrazem "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta.

We wtorek 13 października, Czeska Akademia Filmu i Telewizji wybrała swojego kandydata do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. Reprezentantem Czech został dramat "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland. Obraz polskiej reżyserki zadebiutował podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie, gdzie uznano go za jeden z najlepszych tytułów tegorocznej edycji, a od 9 października film można również oglądać na ekranach polskich kin. To czwarta, po "Gorzkich żniwach" (1985), "Europa, Europa" (1990) i "W ciemności" (2011), szansa Agnieszki Holland na Oscara.

"Szarlatan" to znakomita, nieszablonowa i niesłychanie zmysłowa opowieść o mężczyźnie, który zapragnął okiełznać naturę. Twórczyni „Obywatela Jonesa” i „Pokotu” gromadzi tu najważniejsze wątki swojej twórczości: bierze na warsztat postać geniusza, obserwuje relacje człowieka z przyrodą, przygląda się wierze, która czyni cuda i po raz kolejny jest naszą przewodniczką po paradoksach XX wieku. A kreśląc zaskakującą love story, przypomina, jak łatwo miłość może zmienić się we własne przeciwieństwo.

Choć rozgrywa się w przeszłości, „Szarlatan” jest filmem jak najbardziej współczesnym – podobnie jak jego bohater, zielarz Jan Mikolášek, dla którego remedium na ludzkie cierpienie jest natura. Jej potężne moce zdolne są uzdrowić ciało, ale w filmie Holland to także przestrzeń prawdziwej wolności dla ducha. Tylko w łączności z nią możemy zrozumieć i zaakceptować to, kim naprawdę jesteśmy. Alchemiczna niemal wiedza o właściwościach ziół, jaką posiadł Mikolášek, i jego zdumiewający dar przenikania do ludzkiego wnętrza sprawiają, że do jego kliniki ciągną tysiące potrzebujących. Ale ten dar ma także swoją ciemną stronę.

Przywołując legendarną postać czeskiego zielarza, reżyserka wydobywa na światło dzienne jego tajemnice, emocje i pragnienia, na które jedynym lekarstwem jest fanatyczne oddanie pracy. „Szarlatan” pokazuje, że talent bywa przekleństwem, a władza zawsze łączy się z pychą. Tworząc fascynującą, pełną sprzeczności postać uzdrowiciela, Agnieszka Holland ucieka od odpowiedzi na pytanie, czy był ludowym lekarzem czy zwykłym oszustem. Prawda, która ją interesuje, dotyczy naszej wiary w cuda, tęsknoty za autorytetem, pragnienia, by żyć w zgodzie z naturą – także naszą własną.

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

W walce o statuetkę Akademii Filmowej "Szarlatan" zmierzy się m.in. z polskim kandydatem, czyli "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta. 93. ceremonia wręczenia Oscarów zaplanowana jest na 25 kwietnia 2021 roku. Nominowanych poznamy natomiast 15 marca.

  1. Styl Życia

Tam, gdzie pieprz rośnie - o podróży szlakiem króla przypraw opowiada Anna Janowska

Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl.

Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl. Co skłoniło ją do podróży szlakiem pieprzu i napisania o nim książki "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar"? Anna Janowska opowiada nam o wyprawie przez Keralę, Oman i Zanzibar.

Artykuł archiwalny, książka "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar" została wydana w 2016 roku.

Wybrałaś się w podróż, której motywem przewodnim, a wręcz kompasem był pieprz. W swojej książce odkrywasz jego historię, kulturę z nim związaną. Jak zaczęła się twoja fascynacja tą drobną rośliną, którą większość z nas traktuje jedynie jako pospolitą przyprawę?
Zaintrygowało mnie, że pieprz, coś dziś tak codziennego i mało istotnego, kiedyś był niezwykle cenny i ważny. Sprawiał, że ludzie wsiadali na statki, przepływali oceany, walczyli z piratami, ruszali w nieznane, przemierzali pustynie. Był niesamowicie interesującym wyzwaniem. Europa długo nie wiedziała, gdzie i jak on rośnie. Marco Polo pisał, że pochodzi z wysp, których jest dokładnie 7444. Starożytni wierzyli, że rośnie na drzewach strzeżonych przez jadowite węże. A jedyny sposób, by go zebrać, to podpalić ten las i wygonić gady. Długi czas monopol na handel tą przyprawą mieli kupcy arabscy, a także ci z republiki Genui i Wenecji. Neron tak uwielbiał pieprz, że jako przysmak jadał posypaną nim pajdę chleba z... miodem. Cała masa fenomenalnych historii powstała tylko dlatego, że Europa rozsmakowała się w pieprzu. Lubię wydarzenia i rzeczy z pozoru mało ważne, ale po bliższym przyjrzeniu kryjące w sobie wiele ciekawostek. Dlatego ruszyłam śladem pieprzu, przez Keralę w Indiach, Oman i Zanzibar.

Od czego zaczęłaś zgłębianie jego tajemnic?
Od plantacji pieprzu. Już sam proces uprawy jest niezwykle ciekawy. Pieprz jest pnączem. Dobrym towarzyszem plantacji kawy i herbaty. Gdy pojechałam do Kerali, okazało się, że panuje tam kryzys pieprzowy. Uprawy z nieznanych przyczyn umierały. Trafiłam w sam środek dramatu. Ludzie, którzy trudnili się uprawą pieprzu od pokoleń, nagle musieli zmagać się z jego zanikaniem. Pieprz usycha, bo monsun przynosi coraz mniej opadów. A to efekt zbyt wielu upraw, wycięcia dżungli i ocieplenia klimatu, więc można powiedzieć, że sam człowiek do tego doprowadził.

Czyli już na początku temat okazał się bardziej złożony, niż można by przypuszczać. Jak to jest brać udział w wędrówce, która ma swój temat przewodni? Bardziej cię to ograniczało, czy wręcz przeciwnie – wciąż otwierało na nowe?
W takiej podróży historie same pączkują, a szlaki się rozgałęziają. Łapiąc jakiś wątek, nie wiesz, do czego cię doprowadzi. Na przykład temat zdrowotnych właściwości pieprzu i innych przypraw, ich zastosowania w medycynie ajurwedyjskiej – tradycyjnej, hinduskiej wiedzy opartej na ziołach i roślinach, doprowadził mnie do szpitala ajurwedycznego w Kerali. Inny wątek zawiódł mnie do Omanu – na początku wcale nie planowałam tam jechać. Ale im więcej dowiadywałam się o tym kraju, tym bardziej byłam przekonana, że jeśli tam nie pojadę, to ta opowieść i podróż będzie niepełna. To nie była moja pierwsza wyprawa, ale przyznam, zaczęło mnie już trochę nudzić podróżowanie bez celu. Kiedy interesujesz się wszystkim, to tak naprawdę nie poznajesz nic. Wracasz z głową pełną wszystkiego i niczego jednocześnie. Odkryłam, że dużo bardziej fascynujące są wyprawy po coś. Bo wtedy możesz się skupić na tej rzeczy. Paradoksalnie to ułatwia wyjazd, bo go porządkuje. Nie miotam się bez sensu, dużo więcej poznaję i głębiej przeżywam.

Cel pozwala lepiej sfokusować się na tym, co najważniejsze?
Właśnie. Podążasz drogą, w której odkrywasz, że temat ma drugie i trzecie dno. Na przykład dzięki temu podejściu trafiłam w mieście Sur na samym krańcu Omanu, na czubku Półwyspu Arabskiego, do ostatniego zakładu szkutniczego. Przekazywany z ojca na syna działał tu od pokoleń. Ich statki pływały do Chin, Ameryki, przez ocean. Dziś robią dwie łodzie dhow w ciągu roku dla bogatych szejków. Tradycyjnymi metodami. W Indiach też buduje się dhow. Drewniane, z trójkątnym żaglem wykorzystującym monsunowe wiatry. Tradycyjną metodą, bez gwoździ – elementy łączy się tylko kołkami. Szkutnicy pracują bez planów, szkiców, projektów. Ci ludzie mają ten fach we krwi. Konstruktor, którego poznałam w Kerali, nigdy żadnej łodzi nie narysował. Wszystko miał w głowie. Gdy tam byłam, czułam, że może właśnie obserwuję ostatnich przedstawicieli zawodu, który odchodzi do lamusa.

Jakie jeszcze perełki odkryłaś po drodze?
Na każdym kroku fascynował mnie zamrożony świat przeszłości. Oman był dla mnie wielką niespodzianką. Trochę obawiałam się tam jechać sama, a niepotrzebnie. Spotkała mnie niesamowita gościnność i serdeczność. W najlepszym wydaniu. Ujmująco ciepli i przyjaźni ludzie. Podążając starożytnym szlakiem w Omanie, ciągle czułam zapach rodem z katolickiego kościoła. W kraju muzułmańskim? Dziwne. Okazało się, że to tam rosną... kadzidłowce, których żywica wydziela woń znaną nam z kościołów w Polsce. Oman od dawien dawna handlował kadzidłem. Same kadzidłowce też są niezwykle interesujące. Poskręcane, rachityczne, rosną tam, gdzie już nic nie ma – na pustyni. Cierpią. Krzyczą. I płaczą żywicą.

W życiu Omańczyków kadziło jest obecne cały czas – zawsze gdzieś się tli. Gdy do domu przychodzą goście, gospodarze wrzucają na palące się drewno kilka grudek żywicy. Dymem z kadzidła perfumują sobie ubrania, na jego bazie komponują też niezwykłe pachnidła. Żują żywicę z kadzidłowca, gdy boli ich gardło, stosują też jako remedium na stawy i żołądek. Z każdym nowym wątkiem pojawiał się cały ocean zależności i powiązań.

Skąd to zamiłowanie do grzebania w historii?
Właściwie nigdy nie przepadałam za historią – wydawała mi się śmiertelnie nudna i na dodatek podbijana trudnymi do zapamiętania datami. Ale swojej książki nie mogłam stworzyć bez niej. Musiałam zdobyć wiedzę, przefiltrować ją i tak odkryłam w sobie... pasję historyczną. Można znaleźć sposób na ciekawe opowiedzenie przeszłości, na przykład przez jej uczłowieczanie. O Vasco da Gamie pisałam nie jako o wielkim odkrywcy, ale jako o człowieku ze wszystkimi jego słabostkami. Zdarzało mu się być okrutnikiem, ignorantem, ale i tak go polubiłam. Cieszyły mnie ciekawostki historyczne, do których udało mi się dotrzeć.

Zaciekawiło mnie, że podczas pobytu w Indiach przeszłaś terapię ajurwedyczną. Jak wspominasz to doświadczenie?
Do szpitala ajurwedycznego Kalari Kovilakom, a de facto ekskluzywnego hotelu, trafiłam na tydzień. Cały swój świat trzeba zostawić za drzwiami. I to dosłownie. Nie możesz nawet nosić swoich ubrań. Dostajesz białe szaty. Pozbawiają cię też twojej codziennej rutyny – i tworzą nową, na którą składają się medytacja, joga, zabiegi ajurwedyczne, a wieczorami wykłady albo pokazy tańca czy tradycyjnej muzyki. Zostajesz wyrwana ze swoich kolein i oddajesz zdrowie i swoje problemy w ręce lekarzy, którzy przeprowadzają panczakarmę, rytuał oczyszczania. To najwyraźniej działa, bo niektórzy wracają tam regularnie. Ja też po ajurwedycznej terapii czułam się świetnie. Dobrze rozumiem chęć powrotu do tego miejsca. Gdy zdarza mi się, że padam ze zmęczenia i piętrzą mi się problemy, to tęsknię za tym, jak się czułam po tygodniu pobytu w tym szpitalu.

Spotkałam tam wielu Europejczyków, którzy szukali uspokojenia po problemach z alkoholem, terapii onkologicznej czy poważnych operacjach. A niektórzy chcieli po prostu schudnąć albo znaleźć czas dla siebie. Przeróżni ludzie, których przywiodło na południe Indii nie tyle poszukiwanie taniej duchowości, co próba zadbania o siebie. Oraz znalezienia tego, czego nie ma w medycynie europejskiej, a jest w ajurwedzie – holistycznego spojrzenia na człowieka. Dusza, ciało, głowa, mózg i emocje – to wszystko jest w niej jednością. Nawet gdy boli cię kolano, to ajurweda i tak zaczyna od głowy.

Czy podróż śladami pieprzu spowodowała w tobie jakieś zmiany, pozostawiła trwały ślad?
Podróż zawsze na nas wpływa. Gdy jesteś w drodze, więcej się dzieje. Jeden dzień jest niepodobny do drugiego, nie ma rutyny, a czas w magiczny sposób się rozciąga. Niekiedy, wracając do domu po miesięcznej wyprawie, mam wrażenie, że trwała ona rok. Każda podróż to też eksperyment na własnym organizmie. Bo jesteś nagle sam. Musisz zmagać się ze sobą i ze swoimi problemami. Radzić sobie w nowych sytuacjach.

Ja sobie nie wyobrażam życia bez wędrówki po świecie. Dzięki niej wiele się dowiedziałam nie tylko o innych, ale przede wszystkim o sobie samej. Nie miałabym tej wiedzy, gdybym została w domu. Może to zabrzmieć banalnie, ale w moim odczuciu każda wyprawa zdejmuje z oczu jakieś klapki i poszerza horyzonty. Otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. Ci, którzy nie podróżują, bardzo dużo tracą. Tak wiele, że moim zdaniem zajęcia z globtroterki powinny być obowiązkowe w szkole podstawowej.

  1. Kultura

Tilda Swinton nagrodzona Złotym Lwem za całokształt twórczości

Tilda Swinton, 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji (Fot. Yara Nardi/Forum)
Tilda Swinton, 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji (Fot. Yara Nardi/Forum)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
"Kino to moje szczęśliwe miejsce, moja prawdziwa ojczyzna", powiedziała Tilda Swinton odbierając Złotego Lwa za całokształt twórczości podczas uroczystej ceremonii otwarcia tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. 

Trwa 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji. Podczas uroczystej ceremonii otwarcia, Złotego Lwa za całokształt twórczości otrzymała aktorka Tilda Swinton. Statuetkę odebrała z rąk Cate Blanchett, przewodniczącej jury, a następnie z dumą uniosła ją w górę wykrzykując "Viva Venezia. Kino, kino, kino... Wakanda Forever. Tylko miłość!". Swoimi słowami uczciła pamięć zmarłego niedawno Chadwicka Bosemana, aktora znanego m.in. z "Czarnej Pantery".

"Zawsze grasz samego siebie. Każdą postać musisz przepuścić przez swoje doświadczenia, a przez pryzmat każdej roli patrzysz też na swoje życie" - tak Tilda Swinton mówi o swoim zawodzie. Dziś przypominamy jej najważniejsze kreacje filmowe i odkrywamy, czego możemy się od nich nauczyć.

Wybór i opracowanie: Joanna Olekszyk

„Orlando”

Dla wielu osób film kultowy. Opowiada o podróży młodego szlachcica Orlando, który na przestrzeni wieków szuka swojej tożsamości, stopniowo zmieniając się w kobietę i ostatecznie odkrywając, że płeć to tylko rola, jaką mamy do odegrania.

Kadr z filmu 'Orlando' (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Orlando" (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

„Musimy porozmawiać o Kevinie”

Historia nieperfekcyjnej matki, która nie radzi sobie z wychowaniem syna. Film porusza jeden z tematów tabu w naszej kulturze i zadaje odważne pytanie: Czy matka może nie kochać swojego dziecka? Dla Tildy była to próba zmierzenia się z największym lękiem, jaki przeżywa kobieta w ciąży – że nie uda jej się nawiązać kontaktu ze swoim jeszcze nienarodzonym dzieckiem.

Kadr z filmu 'Musimy porozmawiać o Kevinie' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Musimy porozmawiać o Kevinie" (Fot. BEW Photo)

„Michael Clayton”

– Kiedyś zapytano mnie, co było największym wyzwaniem w moim życiu. Odpowiedziałam: zagranie bezwzględnej prawniczki wielkiej korporacji – wyznała Tilda. – Karen to samuraj, którego cesarzem jest firma, jest jak żołnierz gotowy do wykonania każdego rozkazu. Bezwzględna i bezbłędna, a ponieważ zajmuje wysokie stanowisko i jest kobietą, musi przebić „szklany sufit” i udowodnić wszystkim, że zasługuje na duże pieniądze, jakie jej płaci firma. To jedna z najbardziej przerażających i odhumanizowanych kreacji w karierze aktorki, uhonorowana Oscarem.

Kadr z filmu 'Michael Clayton' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Michael Clayton" (Fot. NG Collection/Forum)

„Tylko kochankowie przeżyją”

Lekcja na temat tego, jak trwać długo w udanym związku. Eve i Adam, małżeństwo wampirów, są ze sobą całą wieczność, mają różne charaktery, ale też różne przyzwyczajenia i pasje, na dodatek mieszkają osobno, na dwóch przeciwległych krańcach świata. A mimo to łączy ich silna więź, wręcz telepatyczna, tak jakby byli dwoma różnymi kawałkami jednej całości.

Kadr z filmu 'Tylko kochankowie przeżyją' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Tylko kochankowie przeżyją" (Fot. BEW Photo)

„Jestem miłością”

Bohaterka grana przez Tildę jest rosyjską arystokratką, żoną majętnego Włocha, osamotnioną zarówno w Mediolanie, jak i w małżeństwie, tęskniącą za miłością, którą niespodziewanie zaczyna czuć do przyjaciela swojego syna. To opowieść o tym, czy siła uczucia jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody.

Kadr z filmu 'Jestem miłością' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Jestem miłością" (Fot. NG Collection/Forum)

„Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa”

Biała Czarownica w wydaniu Tildy jest zła w najbardziej przerażający sposób, bo opierający się na emocjonalnej niestabilności. Tworząc tę postać, aktorka opierała się na doświadczeniach z własnego dzieciństwa i tym, czego najbardziej się bała – wcale nie krzyku czy groźby, ale chłodnej grzeczności przechodzącej w okrucieństwo.

Kadr z filmu 'Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa" (Fot. BEW Photo)

„Nienasyceni”

Początkowo Tilda nie chciała zagrać w tym filmie ani w żadnym innym z powodu cierpienia po śmierci matki. Ostatecznie przyjęła tę rolę, ale ponieważ prywatnie ciężko było jej wydobyć z siebie głos, zaproponowała, by jej postać – piosenkarka rockowa - również była (na skutek operacji) bez głosu. Jej milczenie jest tu przeciwieństwem hałasu, jaki robią inni ludzie dookoła niej, i konsekwencją chaosu z jej przeszłości, który czasem ma wpływ na jej teraźniejszość.

Kadr z filmu 'Nienasyceni' (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Nienasyceni" (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

  1. Kultura

Stanley Kubrick - wizjoner i obsesyjny geniusz kina. Sylwetka i przegląd twórczości

Stanley Kubrick na planie
Stanley Kubrick na planie "Mechanicznej pomarańczy" (1981 rok), fot. BEW PHOTO
Był niewątpliwie jednym z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych twórców w historii światowego kina XX wieku. Stanley Kubrick – obsesyjny geniusz i ekscentryczny wizjoner. 26 lipca skończyłby 92 lata. W czym tkwi jego fenomen?

Wirtuoz reżyserii, scenarzysta, montażysta, producent filmowy i fotograf. Dbał o każdy szczegół swojej twórczości, a jego filmy to doprowadzone niemalże do całkowitej perfekcji dzieła. Z okazji rocznicy urodzin słynnego twórcy, przypominamy najważniejsze produkcje, które wyniosły go na szczyt.

Od fotografa do twórcy kina

Pierwszą i prawdopodobnie największą pasją Kubricka była fotografia. Gdy miał 13 lat otrzymał od ojca swój pierwszy aparat fotograficzny. Jego talent szybko został zauważony i doceniony przez amerykański magazyn „The Look”. W wieku 16 lat udało mu się sprzedać pierwsze zdjęcie, które przedstawiało zasmuconego sklepikarza, a rok później rozpoczął pracę już jako profesjonalny fotograf, najmłodszy w historii wspomnianego wcześniej pisma. Przez kilka lat współpracował z magazynem, jednak pociąg do świata kina okazał się silniejszy. Jako młody reżyser nie miał zbyt wielu dochodów. Zapożyczając się u rodziny i znajomych, zaczął tworzyć niezwykłe filmy, które balansowały na granicy świata realnego i nadprzyrodzonego.

Doktor Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę (1963)

Kubrick wielokrotnie podkreślał, że jego pierwszym w pełni udanym filmem jest "Doktor Stangelove" z 1963 roku. Nakręcił go pod wpływem fascynacji światową obawą przed wojną atomową. Według pierwotnych założeń film miał być projekcją w stylu „co by było, gdyby…”. W efekcie dramatyczny scenariusz przerodził się jednak w przezabawną satyrę. Film przyjęto niezwykle entuzjastycznie. Został też doceniony przez krytyków filmowych. Pierwszy pokaz miał odbyć się 22 listopada. Kubrick jednak przesunął premierę ze względu na wydarzenia w Dallas związane z zamachem na prezydenta Johna Kennedy’ego.

2001: Odyseja kosmiczna (1968)

Po ogromnym sukcesie filmu "Doktor Strangelove", Kubrick postanowił nakręcić wysokobudżetowe, ambitne kino science fiction. "Odyseja kosmiczna" to historia o człowieku w kosmosie rozpoczynająca się zaskakującym prologiem w czasach prehistorycznych, kiedy to nastąpił przełom w ewolucji rodzaju ludzkiego. Film powstał na podstawie opowiadania Arthura C. Clarke’a, lecz nie jest on wiernym odzwierciedleniem książki. W filmowej wersji "Odysei kosmicznej" reżyser zadaje pytanie gdzie jest miejsce ludzi w świecie inteligentnych maszyn oraz przedstawia swoją teorię na temat istnienia pozaziemskich cywilizacji i dalszej ewolucji człowieka. Film robi niesamowite wrażenie i jest prawdopodobnie jednym z najwybitniejszych dzieł Stanleya Kubricka.

Napoleon (lata 70)

Na przełomie lat 60. i 70., po głośnej "Odysei kosmicznej" Kubrick chciał przystąpić do wymarzonego dzieła o życiu Napoleona. Zaplanowano gigantyczne przedsięwzięcie: Jack Nicholson w roli głównej, 35 tysięcy statystów, 4 tysiące specjalnie szytych kostiumów... Gotowy był już nawet szczegółowy spin scen. Nie dziwi więc, że filmowa biografia Napoleona to najważniejszy z niezrealizowanych projektów reżysera. Kubrick miał obsesję na punkcie „cesarza Francuzów” i przeczytał na jego temat niezliczoną ilość książek. W obsadzie, oprócz Jacka Nicholsona mieliśmy zobaczyć Audrey Hepburn oraz znanego z „Powiększenia” Davida Hemmingsa. Projekt porzucono jednak ze względu na kłopoty finansowe, kryzys panujący w wytwórni MGM oraz niepowodzenie innego filmu o Napoleonie, brytyjskiego „Waterloo” w reżyserii Siergieja Bondarczuka.

Mechaniczna pomarańcza (1971)

Po przeczytaniu „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgess’a, Kubrick miał już materiał na kolejny film. Historia młodego chuligana Alexa to utopijna wizja przyszłości, która obraca się wokół pytania czy człowiek pozbawiony możliwości wyboru jest jeszcze człowiekiem. Główny bohater zostaje przyłapany na zbrodni i trafia do więzienia, gdzie decyduje się na niekonwencjonalne metody resocjalizacji, które mają wyplenić z niego całe zło. Podobnie jak w przypadku "Odysei kosmicznej", ekscentryczny reżyser zdecydował się po swojemu zinterpretować treść książki Burgess’a. "Mechaniczna pomarańcza" to surrealistyczna wizja świata, określana przez znawców kina jako swoisty retro futuryzm. Film pojawił się w kinach w 1971 roku i był wyjątkowo brutalny jak na tamte czasy. Sceny przemocy i gwałtu sprawiły, że dzieło spotkało się z ostrą krytyką, a sam reżyser i jego rodzina zaczęli otrzymywać nawet groźby śmierci.

Barry Lyndon (1975)

Inspiracją do powstania filmu była powieść o niejakim Barrym Lyndonie. Jest to niezbyt znana, jednak ciekawa historia, która w doskonały sposób ukazuje piękno tragizmu filmów Kubricka. Widać tu pieczołowitą dbałość o najmniejsze szczegóły scenograficzne, dekoracyjne i kostiumowe, które budują wrażenie obcowania z prawdziwym światem arystokratów. Aby oddać realia epoki, Kubrick zrezygnował z oświetlenia lamp na rzecz świec (w zrealizowaniu tego pomysłu pomogła mu ekipa NASA). Jest to zdecydowanie najsmutniejszy ze wszystkich filmów reżysera, ale też najbardziej dojrzały. "Barry Lyndon" to bowiem historia o człowieku zdominowanym przez siły zupełnie od niego niezależne. Co ciekawe, film zawiera również wątki komediowe. Narrator, który opowiada historię głównego bohatera często ironizuje, przez co film staje się jeszcze ciekawszy.

Lśnienie (1980)

Nad przestrzeni lat Kubrick eksperymentował z różnymi gatunkami filmowymi. Pod koniec lat 70. postanowił więc nakręcić horror będący ekranizacją słynnej powieści Stevena Kinga. Reżyser jednak ponownie bardzo luźno potraktował oryginał. Odrzucił wiele (jego zdaniem) zbędnych elementów i zostawił sam trzon, co nie spodobało się autorowi pierwowzoru. "Lśnienie" ignoruje wszystkie wartości, którymi oznaczają się horrory. Całość nakręcono wyłącznie w jasnych pomieszczeniach, ponadto wykorzystano symbolizm kolorów i zrezygnowano z duchów i zjaw wyskakujących z szaf. Mamy za to skrajny niepokój i tajemniczy świat, który rządzi się własnymi prawami. Warto też wspomnieć, że najsłynniejsza scena z "Lśnienia" została… całkowicie zaimprowizowana. Kultowe już „Here’s Johnny!” nigdy nie znajdowało się w scenariuszu, a w filmie znalazło się wyłącznie dzięki genialnemu Jackowi Nicholsonowi.

Niedoceniony

Kubrick zmarł w 1999 roku i, co ciekawe, nigdy nie udało mu się zdobyć Oscara dla najlepszego reżysera, mimo, że wielokrotnie był nominowany. Czym dziś są dla nas jego filmy? Przede wszystkim pretekstem do refleksji nad sensem ludzkiego istnienia oraz niepowtarzalną okazją do obcowania ze sztuką w najlepszym tego słowa znaczeniu. Produkcje takie jak "Lśnienie", "2001: Odyseja kosmiczna", czy "Mechaniczna Pomarańcza" to kino, które nikogo nie pozostawi obojętnym.