1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Startuje Festiwal WATCH DOCS 2019. Prawa człowieka w filmie

Startuje Festiwal WATCH DOCS 2019. Prawa człowieka w filmie

Jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznego festiwalu WATCH DOCS będzie pokaz filmu “Zatoka cieni”, wyprodukowanego przez Leonarda DiCaprio. (Fot. materiały prasowe)
Jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznego festiwalu WATCH DOCS będzie pokaz filmu “Zatoka cieni”, wyprodukowanego przez Leonarda DiCaprio. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Międzynarodowy Festiwal Filmowy WATCH DOCS to jeden z największych na świecie festiwali filmowych poświęconych podstawowym prawom jednostki. Tegoroczna edycja pod hasłem "Prawa człowieka w filmie" rusza już 5 grudnia. 

Międzynarodowy Festiwal Filmowy WATCH DOCS to jeden z największych na świecie festiwali filmowych poświęconych podstawowym prawom jednostki. Tegoroczna edycja pod hasłem "Prawa człowieka w filmie" rusza już 5 grudnia. 

Oprócz stałych sekcji, podczas festiwalu nie zabraknie nowych filmów polskich oraz krótkich metraży. Poza tym przygotowano sekcje, które poruszają najważniejsze współczesne tematy oraz cały wachlarz wydarzeń specjalnych: dyskusji, debat, spotkań z naszymi gośćmi oraz spektakl Teatru.doc z Moskwy.

Pokazy odbywają się w CSW Zamek Ujazdowski, kinie Muranów oraz Kinotece. Bilety na wszystkie pokazy są darmowe, ale trzeba je wcześniej odebrać w kasach kin.
Wyjątkowym wydarzeniem będzie wieczór otwarcia festiwalu 5 grudnia, na którym zaprezentujemy premierowo film Wojtka Jankowskiego „Punkt zapalny”. To filmowa opowieść o tęczy, niezapomnianej instalacji artystycznej na Placu Zbawiciela w Warszawie autorska Julity Wójcik. Jednoznacznie skojarzona z ruchem LGBT tęcza w Warszawie płonęła siedem razy. Tym bardziej pokochali ją ci, którzy nie chcieli godzić się z symboliczną przemocą.

Jednym z wydarzeń tegorocznego festiwalu będzie pokaz filmu “Zatoka cieni”, wyprodukowanego przez Leonarda DiCaprio i nagrodzonego przez publiczność festiwalu Sundance. To dokumentalny thriller – dramatyczne świadectwo nierównej walki o ocalenie ostatnich przedstawicieli najmniejszego delfina na świecie – morświna kalifornijskiego. W swoim spektakularnym filmie Richard Ladkani śledzi wysiłki grupy wybitnych naukowców, ekologów i aktywistów, którzy w obliczu indolencji i przypadków korupcji ze strony władz muszą przeciwstawić się meksykańskim kartelom kontrolującym rynek nielegalnych połowów w Zatoce Kalifornijskiej. Udział słynących z okrucieństwa przestępców w tym procederze nie jest przypadkowy. Główny cel kłusowników to pęcherze pławne totoaby – podobnie jak morświn kalifornijski gatunku krytycznie zagrożonego. Nazywane morską kokainą na czarnym rynku osiągają cenę nawet stu tysięcy dolarów za sztukę. Po pokazie filmu 6 grudnia porozmawiamy z Rafałem Jankowskim z WWF Polska, koordynatorem Błękitnego Patrolu WWF, zajmującym się tematami bałtyckich fok i morświnów.

'Zatoka cieni' (Fot. materiały prasowe) "Zatoka cieni" (Fot. materiały prasowe)

Kolejnym pokazem specjalnym połączonym z dyskusją będzie projekcja filmu „Wyzwolenie”. To opowieść o weteranach amerykańskiej armii, którzy nie mogą poradzić sobie z syndromem stresu pourazowego. Wybawieniem okazują się dla nich ceremonie ajałaski, czyli napoju pochodzącego z Ameryki Południowej, który ma właściwości psychoaktywne. Do Warszawy na festiwal WATCH DOCS przyjadą producenci i jeden z bohaterów filmu, naszym gościem będzie też Katarzyna Malinowska-Sempruch Dyrektor Międzynarodowego Programu Polityki Narkotykowej.

Po raz pierwszy w historii nagrodę Marka Nowickiego otrzyma cały kolektyw twórców: amerykańska grupa Field of Vision, założona przez dokumentalistkę, laureatkę Oscara i nagrody Pulitzera Laurę Poitras. Field of Vision zajmuje się produkcją krótko i długometrażowych filmów dokumentalnych, które poruszają najważniejsze tematy współczesnego świata: od łamania praw człowieka, przez ekologię po migracje. Reżyserzy i filmy wyprodukowane przez kolektyw zdobywają najważniejsze nagrody na festiwalach filmowych na całym świecie. Jednym z najsłynniejszych tytułów zrealizowanych przez Poitras jest „Citizenfour”, który odkrył przed światem tajemnice Edwarda Snowdena. Field of Vision to też platforma dla twórców, która pozwala im na spotkanie i wspólną pracę, łączy m.in. dziennikarzy z filmowcami. Podczas festiwalu WATCH DOCS zostanie zaprezentowania retrospektywa filmów kolektywu.

Czym jest ekstremizm, skąd się bierze i dokąd prowadzi? Dokumentaliści zajmujący się prawami człowieka już od jakiegoś czasu z uwagą obserwują nasilanie się postaw rasistowskich i nacjonalistycznych w społeczeństwie. W tym roku przyglądamy się temu zjawisku nieco dokładniej. W programie retrospektywy „Zwyczajny ekstremizm” znalazły się głośne filmy:

  • Władca smartfonów” - reż. Pablo Ben Yakov. Film w zeszłym roku otrzymał nagrodę dla najlepszego niemieckiego pełnometrażowego filmu dokumentalnego na prestiżowym festiwalu DOK Leipzig. Twórcy towarzyszą z kamerą grupie przyjaciół z Drezna, znanej setkom tysięcy internautów ze swojego kanału na YouTube. Młodzi ludzie nagrywają krótkie filmiki, poświęcone głównie piciu alkoholu i niewybrednym żartom, nie szczędząc przy tym rasistowskich aluzji, obelg i przekleństw. Autorzy filmu otwierają dyskusję na temat patostreamingu i jego wpływu na współczesną młodzież. Reżyser Pablo Ben Yakov i operator André Krummel będą gośćmi WATCH DOCS.
  • „Szwajcar. Historia najemnika” - reż. Anja Kofmel. Obsypany nagrodami film, który miał swoją premierę na zeszłorocznym festiwalu w Cannes, nareszcie trafia do warszawskiej widowni. Anja Kofmel opowiada osobistą historię kuzyna -szwajcarskiego dziennikarza, który w 1992 roku wstąpił do oddziału skrajnie prawicowych najemników w byłej Jugosławii. Poruszająca historia opowiedziana jest w ciekawy formalnie sposób, łączący unikalne archiwalia i animację.
  • „EXIT” - reż. Karen Winther. Niezwykle szczera opowieść byłych członków grup ekstremistycznych, którzy rozliczają się z własną przeszłością. Reżyserka, która sama należała do takiego środowiska, łączy osobistą historię z doświadczeniami innych: co skłoniło ich do wstąpienia w szeregi ekstremistów i dlaczego później zdecydowali się je porzucić?
'Władca smartfonów' (Fot. materiały prasowe) "Władca smartfonów" (Fot. materiały prasowe)

Podczas tegorocznej edycji festiwalu WATCH DOCS zapraszamy widzów również do teatru. Wydarzeniem specjalnym będzie spektakl „Obrońcy Praw Człowieka” przygotowany przez Teatr.doc. To jedna z najsłynniejszych scen niezależnych w Moskwie. Teatr.doc zawsze podejmuje ważne tematy, nie boi się mocnych spektakli politycznych. Tym razem artyści opowiadają o sytuacji obrońców praw człowieka w Rosji, którzy mimo prześladowań ze strony władz podejmują się pracy nad ekstremalnie trudnymi sprawami.

Festiwal WATCH DOCS będzie trwał od 5 do 12 grudnia 2019 roku. 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Frida Kahlo - o życiu, obrazach i twórczości meksykańskiej malarki

Frida Kahlo (fot. Getty Images) i jej „Autoportret z cierniowym
naszyjnikiem i kolibrem” (fot. Bew Photo).
Frida Kahlo (fot. Getty Images) i jej „Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (fot. Bew Photo).
Zobacz galerię 10 Zdjęć
„Niech żyje życie” – te słowa, dopisane tuż przed śmiercią na obrazie przedstawiającym arbuzy, uważa się za ostatnie przesłanie artystki. O tyle zaskakujące, że 47-letnie życie Fridy Kahlo w równej mierze naznaczone było blaskiem, co bólem. Zdradzana przez męża i cierpiąca katusze fizyczne, odnalazła ukojenie w malarstwie, siebie samą czyniąc dziełem sztuki.

Trudno powiedzieć, gdzie kończy się Frida Kahlo, a zaczyna jej sztuka. I to nie tylko dlatego, że jedną trzecią spośród wszystkich jej obrazów stanowią autoportrety. Jak sama przyznała, malowała siebie, bo „siebie znała najlepiej”. Jej sztukę można by spokojnie nazwać ekshibicjonistyczną – pełno w niej odniesień do życia osobistego i dramatycznych doświadczeń, które na zawsze naznaczyły jej życie: poronień, wypadku czy poznania słynnego muralisty Diega Rivery. Można też nazwać ją symboliczną czy naiwną – twórczo czerpała z motywów charakterystycznych dla religii chrześcijańskiej czy sztuki prekolumbijskiej.

André Breton, żyjący na początku XX wieku krytyk sztuki i poeta, ochrzcił ją mianem „naturalnej surrealistki”; zachwycony był zwłaszcza jej „Autoportretem, który dała mi woda”. „Frida w swej sztuce nie była zainteresowana zewnętrznym światem, lecz introspekcją, warząc z tego – przy użyciu kilku kropli okrucieństwa i humoru – typowy meksykański czarodziejski napój” – czytamy w tekście  kuratorskim do wystawy „Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst” w Centrum Kultury Zamek w Poznaniu. Sama artystka pisała tak:

„Nie jestem surrealistką. Nigdy nie malowałam snów, jedynie swoją rzeczywistość”
Zawsze była wierna swojemu stylowi, początkowo inspirowanemu przez styl Diega. To dzięki niemu wprowadziła do swoich obrazów, ale i do życia, kojarzący się silnie z Meksykiem kult barwy. Siebie samą też traktowała jak kanwę obrazu. Podkreślała swoją androniczną urodę – mocne, zrastające się u nasady nosa brwi oraz delikatny wąsik – a jednocześnie ukrywała defekty. Długie spódnice maskowały krótszą prawą nogę, a liczne ozdoby, kwiaty we włosach oraz warkocze czyniły z niej barwnego ptaka i nadawały niepowtarzalny wyraz.

Frida w 1937 roku, kolorowe stroje były jednym z jej znaków rozpoznawczych. (Fot. Bew Photo) Frida w 1937 roku, kolorowe stroje były jednym z jej znaków rozpoznawczych. (Fot. Bew Photo)

W stroju stawiała na ludowość i elementy ubioru indiańskiego, wzorując się na wyglądzie kobiet z regionu Tehuantepec (Oaxaca), mającego sławę „społeczeństwa matriarchalnego”. Stworzyła Fridę-Tehuanę, ikonę, do dziś kopiowaną przez świat mody i designu, multiplikowaną na wszystkich możliwych przedmiotach użytkowych – kubkach, koszulkach, magnesach na lodówkę. Czy więcej było w tym kreacji czy naturalności – też trudno powiedzieć. Jak napisał we wspomnieniach jej pierwszy chłopak, szkolna miłość Alejandro Gómez Arias, „istniało wiele wersji Fridy, być może żadna z nich nie była tą, którą naprawdę chciała być”.

Tym, co ją wyróżniało, był wielki apetyt na życie i równie wielki głód miłości. Jak zauważają jej biografowie, od pierwszych chwil musiała radzić sobie z odrzuceniem. Niespełna rok po jej narodzinach na świat przyszła jej siostra Cristina; matka nie miała wystarczająco pokarmu, by starczyło dla obu dziewczynek, małą Fridę oddała więc mamce. Dorosła Frida namaluje potem siebie jako Dzieciątko ssące pierś ogromnej kobiety z maską na twarzy, uosabiającej ziemię meksykańską (obraz „Moja niania i ja”). A ta sama Cristina, którą zwykła nazywać swoją bliźniaczą siostrą, będzie miała romans z jej mężem. „Zawsze musiałam dzielić się miłością” – napisze artystka. W jej życiu szczęście od początku było zaprawione bólem. Biografka Fridy, Hayden Herrera podejrzewała u niej nawet syndrom Münchhausena, komentując około 35 operacji, którym była poddana podczas swojego krótkiego życia. Zdaniem Herrery większość z tych przeprowadzonych w późniejszym okresie było niczym innym jak wołaniem o miłość i uwagę. Być może tym samym była jej sztuka.

Frida Kahlo (fot. Getty Images) Frida Kahlo (fot. Getty Images)

Strzaskana kolumna

„Na rogu ulic Allende i Londres, w mieście Meksyk, stoi kobaltowy do . Codziennie ustawia się przed nim długa kolejka zwiedzających. 6 lipca 1907 roku urodziła się tu Magdalena Carmen Frida Kahlo y Calderón, kobieta, która oddała się trzem życiowym pasjom: malarstwu, polityce, a przede wszystkim Diegowi Riverze” – pisze w swojej książce „Frida Kahlo prywatnie” Suzanne Barbezat (wyd. Marginesy).

Dom nosi nazwę Casa Azul, dziś mieści się w nim muzeum artystki, w rzeczywistości to jej dom rodzinny – przyszła w nim na świat jako trzecia z czterech sióstr. (sama lubiła podawać jako swoją datę urodzenia 7 lipca 1910 roku – chciała być rówieśniczką meksykańskiej rewolucji). Jej ojciec, Guillermo Kahlo, był niemieckim emigrantem o żydowskich korzeniach, matka Matilde Calderón y Gonzalez – gorliwą katoliczką z korzeniami indiańskimi i hiszpańskimi. Frida, która początkowo pisała swoje imię z niemiecka – Frieda, była oczkiem w głowie ojca. Guillermo interesował się malarstwem, a zawodowo zajmował się fotografią. Zdaniem biografów artystki to dzięki temu, że od najmłodszych lat ustawiał córkę do zdjęć, nauczyła się pozować. Na jej obrazach możemy zaobserwować właściwie to samo, nieznacznie modyfikowane ustawienie. Poważna mina, lekki profil i przeszywające widza spojrzenie. Co ciekawe, eksperci są zdania, że słynne autoportrety Frida malowała właśnie na podstawie zdjęć, a nie jak się uważa – odbicia w lustrze.

Dzieciństwo i młodość artystki naznaczyły dwa wydarzenia. Jako sześciolatka zachorowała na polio, czyli paraliż dziecięcy – bolesne schorzenie, którego pozostałością stała się krótsza i chudsza prawa noga. Prawdopodobnie pod wpływem tamtych przeżyć zapragnęła zostać lekarką. Niestety, jej plany na przyszłość przekreślił tragiczny wypadek. W 1925 roku w towarzystwie ówczesnego chłopaka Alejandra wracała ze szkoły medycznej. W autobus, którym jechali, uderzył wykolejony trolejbus. Frida ledwo uszła z życiem, doznała jednak bardzo poważnych obrażeń: złamania kręgosłupa, złamania obojczyka, połamania żeber, złamania miednicy, 11 złamań prawej nogi, złamania i zwichnięcia prawej stopy, a także zwichnięcia ramienia. Do tego stalowy uchwyt poręczy autobusu przebił jej podbrzusze i macicę, co jak się okazało później, przekreśliło jej szanse na macierzyństwo. Przez trzy miesiące po wypadku leżała w odlewie gipsowym, którym unieruchomiono jej ciało. W tym czasie zaczęła malować. Ojciec pożyczył jej pędzle i farby, przekazał podstawy techniki i przygotowania podobrazia, chłopak przyniósł książkę o włoskim renesansie. I tak malarstwo uratowało jej życie po raz pierwszy.

12-letnia Frida na zdjęciu swojego ojca, Guillermo Kahlo, 1919 rok. (Fot. Bew Photo) 12-letnia Frida na zdjęciu swojego ojca, Guillermo Kahlo, 1919 rok. (Fot. Bew Photo)

Z tygodnia na tydzień doskonaliła warsztat, portretując najpierw członków najbliższej rodziny, potem także siebie. (Podczas pracy najczęściej przyjmowała pozycję leżącą, dlatego też większość jej obrazów ma niewielkie wymiary.) Kiedy rodzina Alejandra, w obawie, że do końca życia będzie skazany na opiekę nad żoną kaleką, wysłała go do Niemiec, Frida w akcie zemsty na niewiernym kochanku namalowała inspirowany Boticellim „Autoportret w aksamitnej sukni”, uznawany za pierwszą ważną pracę w jej karierze. To ten obraz pokazała najsłynniejszemu wtedy meksykańskiemu artyście i czołowemu komuniście Diegowi Riverze, prosząc go o ocenę jej umiejętności. Orzekł, że zostanie artystką.

W świetnym filmie dokumentalnym „Frida Kahlo” z cyklu „Malarstwo na ekranie” w reż. Alego Raya widzimy studium jej obrazu o sugestywnym tytule „Strzaskana kolumna”. Frida ma na nim rozpuszczone włosy, a po twarzy ciekną jej łzy. Jej ciało wciśnięte jest w metalowy gorset ortopedyczny, niczym w klatkę, i pęknięte wzdłuż kręgosłupa, który ma kształt antycznej kolumny, podtrzymującej podbródek i strzaskanej na całej długości. Na twarzy, ciele, a nawet na fragmencie materiału osłaniającego dół sylwetki widzimy wbite niewielkie gwoździe, symbolizujące nieprzemijający ból. Jednocześnie spojrzenie ma harde i odważne, głowę uniesioną. Choć trudno sobie wyobrazić, jakiego cierpienia przysparzało malarce zgruchotane ciało, znosiła je dumnie. Skutki wypadku z młodości dawały bowiem o sobie znać do końca życia. Najciężej przeżyła poronienia, które też były jego konsekwencją. To, które zdarzyło się podczas pobytu w Stanach Zjednocznonych, uwieczniła na jednej z najbardziej przejmujących swoich prac: „Szpitalu Henry’ego Forda”. Było to pierwsze w historii dzieło sztuki, w którym narodziny zostały przedstawione jako pełna bólu, łez i krwi opowieść o utracie. „Straciłam troje dzieci. Zastąpiły je obrazy” – napisała potem.

Pierwsze płótno Fridy Kahlo zostało pokazane w 1931 roku w USA. (Fot. Getty Images) Pierwsze płótno Fridy Kahlo zostało pokazane w 1931 roku w USA. (Fot. Getty Images)

Poddawana rozlicznym operacjom oraz rehabilitacji (najpierw w postaci drewnianego, potem stalowego gorsetu), pod koniec życia uzależniła się od morfiny. Ostatecznie krótsza prawa noga, ta sama, która w wypadku uległa wielokrotnemu złamaniu, musiała zostać amputowana. Frida sprawiła sobie wtedy protezę, którą ubierała w przepiękne, misternie wykonane buty. Do dziś można ją ogladać w muzeum w Casa Azul.

„Jestem kaleką, ale zamierzam być kaleką produktywną” – mówi ustami aktorki Salmy Hayek w jednej ze scen filmu biograficznego„Frida” z 2002 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=-CTM7FcY1LE

Nigdy nie pozwoliła, by choroba odebrała jej radość z życia. Nawet gdy fizycznie nie dawała już rady. Na swój pożegnalny wernisaż w Meksyku (i drugą indywidualną wystawę w życiu) została wniesiona na łóżku, które potem postawiono pod baldachimem na środku sali. Leżała otoczona przez wielbicieli, fotografów i dziennikarzy. Niczym bogini przyjmująca wyznawców swojego kultu.

Słoń i gołębica

„Po co mi nogi, skoro mam skrzydła” – napisała kiedyś w pamiętniku będącym zapisem jej doświadczeń, myśli, politycznych przekonań i szkiców do kolejnych obrazów. Tymi skrzydłami był Diego Rivera. Starszy o 20 lat, potężnej budowy, dyskusyjnej urody malarz, ateista i kobieciarz. Zobaczyła go pierwszy raz jako kilkunastoletnia dziewczyna, gdy pracował nad muralem w Szkole Przygotowawczej. Podobno wówczas postanowiła, iż zostanie malarką, aby zbliżyć się do niego, po czym zostanie jego żoną i urodzi mu małego Dieguito. Dwa pierwsze punkty z tej listy udało jej się wypełnić. Ślub wzięli w 1929 roku – cywilny, bo Diego miał nadal ważny ślub kościelny z poprzednią żoną Lupe. Matka Fridy, przeciwna temu związkowi, nazwała ich małżeństwem słonia i gołębicy – rzeczywiście, przy mierzącej ledwie półtora metra, drobnej dziewczynie Diego wyglądał jak monstrum. Ona jednak promieniała. Był jej mentorem i przyjacielem, łączyły ich przekonania polityczne i miłość do wszystkiego, co meksykańskie. Zamieszkali w modernistycznym domu-pracowni, zaprojektowanym przez słynnego architekta Juana O’Gormana. Składały się na niego dwa budynki: jeden Fridy, drugi Diega, połączone mostem. Już sama ta konstrukcja wskazywała na to, że Diego od małżeństwa oczekuje głównie wolności.

21 sierpnia 1929 roku Frida i Diego wzięli ślub cywilny - ona miała 22 lata, on - 42. Na zdjęciu w Meksyku w 1939 roku. (Fot. Getty Images) 21 sierpnia 1929 roku Frida i Diego wzięli ślub cywilny - ona miała 22 lata, on - 42. Na zdjęciu w Meksyku w 1939 roku. (Fot. Getty Images)

Frida nie umiała poradzić sobie z tabunem kochanek męża, do tego − jak pisze Suzanne Barbezat − Diego nigdy nie okazywał zachwytu jej urodą, jak czynił to w przypadku Lupe i kilku innych modelek. Pewnego razu, gdy ją malował, stwierdził podobno: „Z twarzy przypominasz psa”. Odrzekła niewzruszona: „A ty żabę”. Jako typowy macho nie znosił jednak męskiej konkurencji (choć nie miał nic przeciwko jej flirtom z kobietami). Kiedy dowiedział się, że Frida miała romans z Lwem Trockim, któremu udzielała gościny, wystąpił o rozwód. To był dla niej cios. Z rozpaczy obcięła włosy i zaczęła nosić męskie ubrania. Piła na umór i romansowała, i z mężczyznami, i z kobietami. Wiele z tych przygód przeradzało się potem w przyjaźnie, jak kilkuletni związek z fotografem Nickolasem Murayem, któremu zawdzięczamy unikalne kolorowe fotografie artystki. A jednak Diego nie opuszczał jej myśli ani jej obrazów, w tym jednego z najsłynniejszych „Dwie Fridy”, uznawanego za najważniejszy meksykański obraz XX wieku. „Miałam w życiu dwa tragiczne wypadki. Pierwszy – autobus. Drugi – Diego” – mówi w jednej ze scen w filmie „Frida”. I to ten drugi przysporzył jej więcej cierpienia. Jednak po roku małżonkowie pogodzili się i zawarli ponowne małżeństwo, tym razem z założenia „otwarte”. Zamieszkali w Casa Azul, który stał się kulturalnym centrum Meksyku. Gościli w nim artystów, wyprawiali niekończące się przyjęcia i już oficjalnie romansowali. „Gdyby nie ból fizyczny, czułabym się teraz naprawdę szczęśliwa” – pisała Frida w liście. Po jej śmierci 13 lipca 1954 roku Diego podobno pogrążył się w głębokiej żałobie. Co nie przeszkodziło mu rok później znów się ożenić.

„Żyła tak, jak chciała, i nikogo nie zamierzała za to przepraszać” – mówi o Fridzie Salma Hayek, prywatnie jej wielka fanka i kolekcjonerka jej sztuki (druga najbardziej znana po Madonnie). Jak wyznała dziennikarzowi „The Guardian”: „Nigdy nie postrzegałam jej jako ofiary. Spójrz na to zdjęcie, od miesięcy jest przykuta do łóżka, a ma pomalowane paznokcie, zrobioną fryzurę. Ona codziennie budziła się i zmieniała siebie samą w dzieło sztuki, uwielbiała to. A poza tym, czy ktoś schorowany, zgnębiony, w depresji – na krótko przed śmiercią tytułuje swój ostatni obraz »Niech żyje życie«?”.

„Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (1940). Obraz wyraża cierpnie (ciernie), ale i nadzieję na odzyskanie utraconej miłości (martwy koliber). (Fot. Bew Photo) „Autoportret z cierniowym naszyjnikiem i kolibrem” (1940). Obraz wyraża cierpnie (ciernie), ale i nadzieję na odzyskanie utraconej miłości (martwy koliber). (Fot. Bew Photo)

Dokument „Frida Kahlo” z cyklu „Malarstwo na ekranie” w reż. Alego Raya będzie można zobaczyć tej jesieni m.in. w warszawskim kinie Muranów, www.kinomuranow.pl. Film „Frida” w reż. Julie Taymor jest dostępny na platformie HBO GO. Wirtualnie można obejrzeć wystawę "Twarze Fridy" na platfromie Google Arts & Culture, artsandculture.google.com.  Dla internautów swoje podwoje otworzył też słynny Casa Azul, dom, w którym mieści się jej muzeum, www.recorridos-virtuales.com.

  1. Kultura

Joanna Okuniewska, czyli dziewczyna, której podcasty biją rekordy popularności

Joanna Okuniewska - im więcej mówi się o tym, że coś nas gryzie, czegoś się wstydzimy, tym bardziej inni też mają odwagę o tym mówić. (Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer)
Joanna Okuniewska - im więcej mówi się o tym, że coś nas gryzie, czegoś się wstydzimy, tym bardziej inni też mają odwagę o tym mówić. (Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Postawiła wszystko na jedną kartę - odeszła ze stabilnej pracy w korporacji, by pośród islandzkich białych nocy, zórz polarnych i kąpieli w gorących źródłach odnaleźć spokój. A w momencie życiowego dołka zaczęła nagrywać podcasty, które teraz biją rekordy popularności. Joanna Okuniewska - o szczerości, blaskach i cieniach tworzenia w Internecie oraz pisaniu swojej pierwszej książki. 

Lubisz mówić o sobie? Cały mój pierwszy podcast to mówienie o sobie, więc gdybym teraz powiedziała, że nie lubię, to zabrzmiałoby to głupio. Natomiast lubię mieć kontrolę nad tym co mówię - zwłaszcza w podcastach, bo mimo tego, że mówię o moich bliskich, przyjaciołach, rodzinie, to wiem, gdzie postawić granicę. Mam jednak wielki problem z mówieniem o rzeczach, które mi wychodzą, bo dorastałam w przekonaniu, że mi się po prostu nic nie udaje i się z tym pogodziłam. I teraz, kiedy moje podcasty osiągnęły popularność i ludziom się podobają, to jest to dla mnie coś zupełnie nowego. Jak ktoś mówi mi, że moje podcasty osiągnęły ogromny sukces, czy nazywa mnie „królową polskich podcastów”, to ja się nie umiem z tym pogodzić.

Gdy zaczęłam nagrywać podcasty miałam 25 lat, teraz mam 27 i jakoś nadal nie mogę uwierzyć w to, że robię to od dwóch lat - mam wrażenie, że od miesiąca. A prowadziłam już trzy podcasty, dwa swoje i jeden we współpracy z Showroom – takie luźne rozmowy z dziewczynami. Mój rozwój życiowy odbywa się teraz w kategorii podcastów i gadania.

Skąd zrodził się w tobie pomysł na pierwszy podcast, „Tu Okuniewska”, w którym z niezwykłą wnikliwością opowiadasz o tym, co siedzi głęboko w twojej głowie? Podcast „Tu Okuniewska” powstał, gdy miałam depresję. W momencie, gdy przez dwa miesiące w ogólnie nie wychodziłam z domu, nie rozmawiałam z ludźmi. Chciałam wtedy uporządkować moje myśli, wyrzucić coś z siebie i potrzebowałam znaleźć sobie miejsce, w którym mogłabym to wszystko ulokować. Padło na podcast.

„Tu Okuniewska” to po prostu zbiór moich przemyśleń. Od początku traktowałam go jak pamiętnik i narzędzie terapeutyczne. Mówię w nim o sobie, o moich przeróżnych przemyśleniach, związanych przykładowo z posiadaniem beznadziejnej intuicji. Przytaczam w nim też pozytywne aspekty mojego życia, śmieszne historie, bo bardzo zależało mi na tym, żeby to wszystko udokumentować.

https://open.spotify.com/show/0kLHKpB3Zilm5YFIjh4J6t?si=77Kv1wUoTPCd2oJp2ZP35A

Dlaczego wybrałaś właśnie formę podcastu? Sama nie słuchałam podcastów i to był także taki czas, gdy w Polsce nie było w ogóle podcastów lifestylowych. Jedna z moich znajomych obsesyjnie słuchała amerykańskich słuchowisk i próbowała mnie do nich zachęcić. Ja w ogóle nie rozumiałam ich fenomenu, ale spodobała mi się forma i dostępność. Zawsze lubiłam pisać, ale jednak wypowiedzenie moich myśli na głos dawało mi więcej. Gdy już postanowiłam, że będę nagrywać podcast, odkryłam jego kolejny plus – przy tworzeniu nie było żadnych zasad, nie musiałam się do niczego dostosowywać i mogłam go stworzyć według swoich przekonań, od początku do końca. Z racji tego, że to nie był najszczęśliwszy okres mojego życia, nie chciałam się także pokazywać. Dlatego siedzenie w domu, w dresach i mówienie do mikrofonu to było coś, dzięki czemu nie musiałam wychodzić ze swojej strefy komfortu.

I zaczęłaś opowiadać do mikrofonu historie ze swojego życia, bez zbędnego koloryzowania. Wynikało to również z tego, że leżał mi na sercu fakt, że bardzo mało osób mówi w Internecie o tym, jak wygląda prawdziwe życie. Gdy siedziałam sama w domu i wydawało mi się, że jestem najsamotniejszą osobą we wszechświecie, w pełni zobaczyłam sztuczność w Internecie. Byłam wtedy przekonana, że nikt nie ma takich problemów i przemyśleń jak ja. A gdy to zwerbalizowałam w formie podcastu  okazało się, że jest zupełnie inaczej. Mnóstwo osób myśli jak ja, ma dokładnie tak samo i czuje to samo. Założenie tego podcastu wynikało również z mojej potrzeby racjonalizowania rzeczywistości. Chyba także sama potrzebowałam tej racjonalizacji, żeby ludzie mi powiedzieli: „zgadzam się, mam podobnie”.

Prawdziwy sukces przyniósł ci drugi podcast, „Ja i moje przyjaciółki idiotki”. To pomysł, który bardzo długo we mnie dojrzewał. Chciałam stworzyć coś dla osób, które się nieszczęśliwie zakochały i choć bardzo wierzyły w happy end, okazało się, że przyszło z tego tylko rozczarowanie i łzy. Kto z nas nie ma za sobą takiej historii? Pragnęłam wymyślić coś, co będzie można wysłać przyjaciółce zmagającej się z rozstaniem, czy toksycznym związkiem, dzięki któremu będzie mogła poczuć się ze swoim stanem normalnie. Narzędzie racjonalizujące uczucia. Szukałam potwierdzenia w świecie, że wszyscy tak naprawdę mamy podobne historie i cierpimy z podobnych powodów. A każdemu z nas zależy na tym samym – żeby ktoś nas lubił, akceptował, wspierał i żebyśmy mieli osobę, na której możemy polegać i którą możemy kochać. I rzeczywiście, słuchacze zaczęli to między sobą podawać, aż urosło to do skali ruchu, zjawiska, o którym po cichu marzyłam, ale jednak w ogóle się nie spodziewałam, że to osiągnie aż taką skalę, że ludzie na podstawie tych podcastów będą pisali prace doktorskie.

https://open.spotify.com/show/3cY0d4zhf76UzaA7vKnMGJ?si=2d2jwjeaSkG4NJHBf-Q3FA

Drugi podcast, chociaż zupełnie inny, ale nadal opierający się o ten sam schemat – mówienie o życiu dokładnie tak, jakim jest. Czym, oprócz tej prawdziwości, kierujesz się tworząc podcasty? Staram się przede wszystkim nikogo nie oceniać. Chcę, żeby moje podcasty były jak najbardziej inkluzywne, dostępne dla wszystkich. Bardzo cieszę się, że nie ma w nich żadnego progu wstępu, że musisz osiągnąć jakiś wiek, żeby się z tym utożsamiać – słuchają mnie zarówno 16-latki, jak i 65-latki.

Czy zgodzisz się moją z tezą, że po przeczytaniu tej rozmowy każdy rodzic nastolatka powinien zachęcić go do słuchania twoich podcastów? Byłoby fajnie, choć nie wiem jaki jest do tego odpowiedni wiek, ponieważ zdarza mi się czasem przeklinać. Ale nie nadużywam takiego języka, staram się mówić poprawną polszczyzną i robię wszystko, żeby tworzyć przekaz dla inteligentnych ludzi. Faktycznie sądzę, że gdybym usłyszała niektóre rzeczy zawarte w tym podcaście będąc nastolatką, to być może łatwiej byłoby mi zrozumieć drugiego człowieka i miałabym potwierdzenie tego, że problemy, z którymi się mierzę, nie są tylko moimi problemami. To jednoczy i pokazuje pewien horyzont tego, że to co teraz wydaje się być końcem świata w perspektywie kilku lat jest śmieszną anegdotą. I żeby było jasne, ten podcast to nie jest poważny podcast psychologiczny, a raczej storytellingowy, składający się właśnie z anegdot pokazujących, że pewne uczucia przemijają.

Jednak niektórzy traktują cię jak terapeutkę. Bardzo nie lubię tego określenia, bo uważam, że bycie terapeutą to jest ogromna odpowiedzialność, której ja nigdy nie chciałabym nieść. Nie mogę dawać rad, bo to przecież nie są moje kompetencje. Sama komuś płacę, żeby mnie terapeutyzował.

(Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer) (Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer)

Co w tworzeniu podcastów sprawia ci najwięcej frajdy? Przede wszystkim lubię rzeczy, które od razu dają efekt. Dlatego nie lubiłam pracy w reklamie, bo tam bardzo długo się na ten efekt czekało. Poświęcało się godziny, czasem nawet miesiące, na wymyślanie jakichś konceptów, później sprzedawanie ich klientom, oni po negocjacjach się na to zgadzali, a potem raptownie wycofywali budżet – ja po tych miesiącach czekania miałam poczucie zmarnowania swojej pracy. A tworzenie podcastów to błyskawiczna gratyfikacja, bo po reakcji słuchaczy od razu można poznać, czy to co zrobiłam jest fajne, czy nie. Teraz, przez to że zrobiłam tych podcastów godziny, nie cieszy mnie już sama praca nad nimi, przygotowywanie ich - bo to jednak jest sporo roboty, nagranie jednego odcinka wymaga ode mnie wielu przygotowań i to nie jest tak, że po prostu siadam przed mikrofonem i gadam. Natomiast cieszy mnie, że ja to po prostu kontynuuję, że tego nie porzuciłam i to sprawia mi dużą przyjemność. Zazwyczaj porzucałam swoje projekty, zainteresowania i pasje, bo bardzo szybko się nudzę.

Nie mam też w sobie pogoni za lajkami. Na Spotify nie ma możliwości zamieszczania komentarzy, na swoich portalach także wyłączyłam funkcję komentowania, nie czytam wiadomości prywatnych. To dla mojego zdrowia psychicznego. Można mi jedynie wysłać maila. Ale gdy docierają do mnie nawet te pojedyncze komentarze, że to co zrobiłam jest fajne, podoba się, pomaga albo przynajmniej poprawia humor – to ma dla mnie dużą wartość.

A co cię niepokoi? Przede wszystkim to, że narzucam na siebie pewien rygor systematyczności, z którym bardzo ciężko mi jest się czasem zmierzyć. Niepokoi mnie też dodatkowe zainteresowanie ludzi moją osobą prywatnie. Rozumiem to, jestem w stanie sobie wytłumaczyć, że tak się dzieje w momencie, gdy jest się autorem czegoś. Natomiast zawsze wolę czytać o tym co robię, niż o prywatnych opiniach ludzi na mój temat.

https://www.instagram.com/p/B9Z3PRWHbGM/?utm_source=ig_web_copy_link

Role w twoim życiu się nieco odwróciły – z osoby, która kreowała treści reklamowe stałaś się tą, która może je reklamować. Jaki masz stosunek do współprac w Internecie? Uważam, że każde działanie w Internecie niesie za sobą ogromną odpowiedzialność – za to, co komunikujesz, jakie wzorce pielęgnujesz, jakie wspierasz wartości. Dla mnie niedopuszczalne byłoby przyjąć współpracę z firmą, której nie lubię, której nie znam, nie sprawdziłam. Dlatego 98 proc. współprac odrzucam, bo czuję ogromną własność do tego co robię i wiem, że sygnuję to swoim nazwiskiem. Bałabym się usłyszeć, że podcasty przestały się dla mnie liczyć jako forma przekazu, a zaczęły być tylko formą zarabiania pieniędzy.

Mam też bardzo ścisłe reguły przyjmowania współprac, chodzi na przykład o nietestowanie na zwierzętach, wykorzystywanie jak najmniej plastiku, dobre traktowanie swoich pracowników. W ciągu ponad dwóch lat nagrywania zdarzyły mi się więc jedynie pojedyncze współprace, co kilka odcinków. Z mojej strony zawsze staram się, żeby jakość treści była wysoka, żeby reklama, do której się zobowiązałam, wymagała ode mnie pracy intelektualnej, czyli przygotowania ciekawego odcinka. Odrzucam wszystkie współprace opierające się jedynie o Instagram, bo czuję dużą wewnętrzną niezgodę, gdy widzę, że ludzie na Instagramie, wstawiając po prostu zdjęcia jakichś produktów, zarabiają więcej niż nauczyciele, czy lekarze. Nie mieści mi się to w głowie, uważam, że to jest nieuczciwe i nie chcę wspierać takiego świata. Jestem wierna tym zasadom od początku istnienia podcastów.

Twoje współprace są spójne z tobą i z tym, co robisz. Jesteś przykładem tego, że reklamę w Internecie można wykorzystać w sposób, z którego ludzie faktycznie dowiedzą się o istnieniu potrzebnych marek i produktów, coś z niej wyniosą. Bardzo staram się to robić właśnie w taki sposób, chociaż dochodzą do mnie fale uczucia bycia frajerem. To jak walka serca z rozumiem. Czasem kusi mnie nawiązanie jakiejś współpracy, bo mogłabym się przecież łatwo wzbogacić. Ale wtedy chyba bym płakała codziennie przed lustrem, utrzymanie zaufania ludzi jest dla mnie bezcenne. Dlatego odrzucam prawie wszystkie propozycje.

I straciłabyś to, co w tobie najcenniejsze – autentyczność. Nie byłoby w Internecie tej Okuniewskiej, która jest teraz. Tak, i wtedy też nikt by nie myślał, że Okuniewska jest po prostu spoko. Ja sama szukam autentyczności w Internecie i to jest coś, co chciałabym wspierać i pokazywać całą sobą, również w tej kwestii – że da się reklamować coś fajnego i robić to etycznie.

Myślisz, że ludzie szukają autentyczności w Internecie? Że powoli kończy się era idealnego życia rodem z Instagrama? Niestety ta era się jeszcze nie skończyła i być może szybko się nie skończy. Wynika to z tego, że każdy z nas szuka zupełnie innych rzeczy w Internecie. Część ludzi szuka autentyczności i zwykłego życia, inni po prostu kontaktu z ludźmi, a część lubi oglądać ładne obrazki, na przykład ładnych elementów położonych na łóżku – książka i kubek herbaty – gdzie ja mam wrażenie, że lada chwila wskoczy kot i tę herbatę wyleje.

Z twojej autentyczności wynika również fakt, że odbiorcy traktują cię po prostu jak kumpelę. Bo kiedy zaczyna się być szczerym, to inni ludzie też zaczynają być szczerzy. Im więcej mówi się o tym, że coś nas gryzie, czegoś się wstydzimy, tym bardziej inni też mają odwagę o tym mówić, bo nie są tymi jedynymi w sali, którzy przyznają, że siedzą na niewygodnym krześle. Bardzo męczące jest dzisiejszych czasach to, w jak wielu dziedzinach my musimy coś udawać.

Ja gdy nie mam nic do powiedzenia to nie nagrywam odcinka „zapchaj dziurę”. A mogłabym robić je codziennie, ale wtedy byłyby o niczym. I to też wynika z tej szczerości, bo gdy wprost mówisz, że dziś jesteś do dupy, to wtedy nikt od ciebie nic nie oczekuje. Bo dajesz ludziom sygnał, że jesteś taka jak oni i oni to w pełni rozumieją.

(Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer) (Fot. Michalina Okręglicka, Instagram: @reykjavikphotographer)

Teraz tę swoją szczerość planujesz wydać w formie książki. Tak, to jest teraz mój największy projekt, nad którym intensywnie pracuję. Mimo wielu propozycji wydawniczych postanowiłam wydać ją sama – zatrudniłam jedynie kilku zdolnych freelancerów, którzy pomagają mi złożyć wszystko do kupy. Okładkę do mojej książki zaprojektuje Gosia Bieroza, która zaprojektowała również okładki moich podcastów. Planuję także wydać jej audiobooka.

I to będzie kawał książki, bo już teraz czyta się ją cztery godziny, a jestem dopiero w jednej trzeciej pisania. W dobie książek, w których bardziej liczą obrazki niż treść, jestem bardzo dumna z tego, że tego tekstu będzie dużo. To będzie jak 12 godzinny podcast!

Czego w książce będzie więcej, treści inspirowanych podcastem „Ja i moje przyjaciółki idiotki” czy „Tu Okuniewska”? To będzie książka „idiotkowa”, taki „elementarz idiotkowania”. Jest podzielona na trzy części. Pierwsza dotyczy okresu zanim wejdziemy w związek, czyli na przykład szukanie kogoś, kto naklei nam plasterek na złamane serce, albo godzenie się na randki poniżej naszych oczekiwań tylko po to, żeby znaleźć miłość. To będą te wszystkie zjawiska, które są za krótkie na osobny podcast, ale są ciekawe w tym naszym „idiotkowym” świecie. Druga część to etap kiedy wchodzimy w związek, otwiera się przed nami rajski ogród i jesteśmy niesieni skrzydłami miłości. Natomiast trzecia część będzie mówiła o rozstaniach, czyli powyciągam wszystkie trupy z szafy, zdrady i różne inne dramaty. To będzie część z jednej strony bardzo humorystyczna, w stylu podcastu „Ja i moje przyjaciółki idiotki”, ale także poradnikowa. I tutaj pomoże mi współpraca z psychologami, bo udało mi się zachęcić do współpracy przy tej książce dwie świetne osoby – psycholożkę i edukatorkę seksualną, które pomogą mi odpowiedzialnie ugryźć temat seksu i zgody na niego oraz tego, jak mądrze wspierać bliską osobę, mierzącą się z rozstaniem. Bardzo cieszy mnie fakt, że udało mi się zagospodarować w książce przestrzeń na wiedzę ekspercką.

Czym kierujesz się podczas pisania książki? Chcę napisać książkę, którą sama chciałabym dostać na takie momenty rozterek. Książkę, którą będzie można podarować komuś, kto ma za sobą trudny czas i nie mówić nic. Na takie momenty, gdy nie potrafimy wesprzeć drugiej osoby, chociaż bardzo byśmy chcieli, a jest nam ciężko przyjąć te jej trudne uczucia. Takie jakościowe wsparcie, które będzie można ofiarować swojej córce, przyjaciółce, dorastającemu synowi. Powiedzieć za pomocą tej książki: „myślę o tobie, wiem, że mierzysz się z czymś bardzo trudnym, a to jest coś, co może pomóc, albo przynajmniej poprawi ci humor”. Zupełnie tak jak moje podcasty.

 

  1. Kultura

Barbara Krafftówna: "Uśmiech pomaga mi w wielu sytuacjach"

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Legendarna aktorka. Laureatka tegorocznej nagrody specjalnej przyznawanej co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu. Zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny.

Barbara Krafftówna obchodzi dziś 91 urodziny. Ta legendarna aktorka stworzyła role, które zachwycają całe pokolenia widzów. Zawsze wierna aktorstwu najwyższej próby. Nigdy nie poddawała się życiowym trudnościom. Jest przykładem, jak mocować się z przeciwnościami losu i akceptować upływ czasu.

Aktorka zapisała się w pamięci widzów rolami w Kabarecie Starszych Panów, serialu „Czterej pancerni i pies” oraz arcydziele filmowym „Jak być kochaną”. W tym roku została uhonorowana nagrodą specjalną Kryształowych Zwierciadeł, wyróżnień przyznawanych co roku przez miesięcznik "Zwierciadło". Barbara Krafftówna nie mogła odebrać jej osobiście, a swoje podziękowania przekazała czytelnikom w formie pięknego nagrania.

https://www.youtube.com/watch?v=0fxvT2G0qow

Z okazji urodzin Barbary Krafftówny przypominamy wywiad, który przeprowadził z aktorką Remigiusz Grzela, opublikowany w "Zwierciadle" w styczniu 2018 roku.

Widzę po uśmiechu, że miała pani wielką frajdę z grania. Lubi pani wracać do Gombrowicza? Ubóstwiam! Cała jestem z Gombrowicza i Witkacego, ich postrzegania rzeczywistości w deformacji, przesadzie. Granie Gombrowicza jest jak lot w kosmos. Grałam przed laty hrabinę Kotłubaj, teraz Starą Markizę. Te próby i nagrania były jak za dawnych lat, kiedy cała ekipa, również techniczna, była absolutnie skupiona na współpracy.

Kiedy myślę o pokoleniu wspaniałych artystów, choćby z Kabaretu Starszych Panów, widzę same osobowości. Trzeba było mieć coś poza talentem. Nie było między wami zazdrości? Mogła być o rolę, ale nie o osobowość. Kalina Jędrusik, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski… Myśmy byli siebie ciekawi. Na scenie byliśmy partnerami, a zderzenie osobowości musiało eksplodować.

Naprawdę bez zazdrości? Pamiętam taką sytuację. Przerwa w nagraniu telewizyjnym. Ktoś mówi, że w bufecie jest ta zjawiskowa dziewczyna z burzą loków, lwica o niezwykłym sopranie. Biegniemy ją wszyscy obejrzeć. Ma welon włosów, niskie czoło, gęstą grzywę. To Violetta Villas. Przyjechała ustrojona według własnego gustu – koronki, falbanki. Miała mieć próbę generalną przed wywiadem u Ireny Dziedzic. Telewizja szła na żywo, a Dziedzic chciała mieć pewność, że nie wydarzy się w czasie emisji coś nadzwyczajnego. Kiedy zobaczyła Villas, nie zgodziła się ani na jej fryzurę, ani na ubranie. Elżbieta Czyżewska pobiegła po taksówkę, złapała Violettę za mankiet i zawiozła do siebie. Zgoliła jej grzywę, odsłoniło się czoło. Zrobiła przedziałek. Dała jej swoją bluzkę. Słowem, zmieniła ją w elegancką młodą kobietę. Takie wspólne bufetowe akcje były naturalne. Poza tym myśmy naprawdę lubili ze sobą przebywać.

Pani nie musiała wybierać zawodu. Starsza siostra zabierała panią na zajęcia teatralne do Iwona Galla, dzięki któremu stała się pani aktorką. To szczęśliwy układ. Ale ważne są okoliczności. Zaczynałam w czasie wojny, w zakonspirowanym mieszkaniu przy ulicy Tamka w Warszawie, gdzie na tajnych kompletach Iwo Gall uczył nas zawodu. Naprzeciwko była siedziba niemieckiej organizacji Todt. Wchodziliśmy dla bezpieczeństwa w odstępach czasu. Dozorca był nam przychylny. Słyszeliśmy wrzeszczących Niemców: Halt! Raus!, biegali po schodach, w górę, w dół, tłukli w drzwi, robili przeszukania… Uczyłam się zawodu w przestrzeni, w której musiało się przetrwać. A przetrwanie to istnienie, codzienność. Nie jest łatwo przetrwać. Ale tego też można się nauczyć. I tego nauczyłam się także w domu.

Co pomaga przetrwać? Uważność, obowiązkowość, reżim. Byłam mu poddana, odkąd pamiętam. Miałam cztery lata i byłam ubrana jak lalka w fantazyjne kompozycje kolorystyczne. Matka chciała złagodzić wygląd, nad którym dominowały rude włosy i piegi. Bardzo dbała o mój ruch. Chodziłam w szytych na zamówienie trzewiczkach na cienkiej podeszwie, sznurowanych do kostek, by nauczyć się baletowego stawiania stóp. Byłam tresowana w wielu kierunkach, a wówczas zwracano uwagę na to, jak się siedzi, jak się chodzi, jak się mówi. „Nie marszcz czoła, bo będziesz miała zmarszczki” – powtarzała mama. Ale miała hiszpański temperament, tańczyła kankana na stole. Opowiadała, że w sylwestra panowie pili szampana z jej trzewiczków. Miała słuch i pięknie grała na skrzypcach, na pianinie. Miała męskie uderzenie, męską ekspresję gry.

A ojciec? Był architektem, skrupulatnym analitykiem, bardzo łagodnym – kołki można było mu ciosać na głowie. Nigdy nie wybuchał.

Mamie się zdarzało? W domu tak. Ale nie na zewnątrz. Reżim obejmował też emocje. Smutki, nerwy, nieporozumienia, ba, tragedie zostają w domu. Wychodzę, zamykam drzwi i nikogo już nie obchodzi, że jest mi źle. Nie dzielę się tym.

Jak się żyje w takim reżimie? On się utrwala w charakterze. Nie czuje się go.

Dlatego widzimy panią zawsze uśmiechniętą, pełną energii? Różne stany można maskować wdziękiem. Pomaga mi w wielu sytuacjach. Jestem dość mendliwa dla reżyserów, mam zawsze masę propozycji, pytań, niuansików, z którymi przychodzę, ale używam też wdzięku, który ich rozbraja.

Sam często dostaję od pani różne rady i lekcje. Choćby lekcja o podeszwach… Bo zobaczyłam, że będąc na scenie, pokazuje pan widowni podeszwy butów. Powiedziałam, że trzeba tak siedzieć, aby publiczność ich nie widziała. To, co na scenie, nie może być przypadkowe. Wszystko musi mieć swoją formę, kompozycję, obraz.

Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE Barbara Krafftówna w sesji dla Zwierciadła, fot. Adam Pluciński / MOVE

Kiedy wyszła nasza książka „Krafftówna w krainie czarów”, przez ponad rok jeździliśmy razem na spotkania z czytelnikami. Podziwiałem pani siłę. Czy zawsze chce się pani wyjść z domu? O, nawet niech pan o to nie pyta. Najczęściej się nie chce.

Widząc panią na scenie, zawsze widzę żywioł. Przecież jestem dla publiczności. W finale pana monodramu „Błękitny diabeł” o ostatnich latach Marleny Dietrich parafrazowałam jej piosenkę: „Bo ja też jestem tylko po to, aby kochać mnie, i to się o mnie wie, i nic więcej”.

Trochę opowiedziała mi pani o sobie w naszej książce. A jest pan pewien?

Nie do końca. Hanna Krall po jej lekturze, a zna panią rodzinnie, powiedziała: „Ładnie Basia panu zagrała Krafftównę w tej książce”. Zagrała mi pani Krafftównę? Na to właśnie panu nie odpowiem. Poza tym kobieta zmienną jest i raz mogę panu powiedzieć jedno, a innym razem…

Jak wyglądają te dni, kiedy pani gra? W życiu? Czy w teatrze? Są wielkim technicznym przygotowaniem. Muszę mieć cały egzemplarz sztuki przeczytany na głos, a najlepiej powiedziany z pamięci. Pamięć wzrokowa jest silnym atutem, daje spokój na scenie. Zawsze proszę, aby w egzemplarzu teksty partnerów były oddzielone, czyli mój tekst – pauza – następna kwestia. Pamiętam każdą stronę, a zwłaszcza tę, na którą mucha nasrała. Więc ten dzień spektaklu, a nawet dwa dni przed, to skupienie. Mobilizuję się: „Odłóż wszystko inne, zrobisz to już po spektaklu”.

Nie boi się pani, że któregoś dnia przyjdzie do teatru i nie będzie pamiętała tekstu? Jeszcze nie i spokojnie uczę się swojej sklerozy.

Co to znaczy? To proste. Biorę trzy rodzaje pigułek. Bywało, że nie wiedziałam: „Wzięłam już?”. Wymyśliłam metodę. Najpierw pigułki leżą z prawej strony, a te opakowania, z których biorę, od razu kładę po lewej. Jeśli leżą po lewej, znaczy wzięłam.

Tak pani opracowuje codzienność? To konieczność. Samoobrona.

Co czuje pani, stojąc w kulisie, czekając na wejście na scenę? Gram w Och-Teatrze Krystyny Jandy „Trzeba zabić starszą panią”. Trochę w tym spektaklu biegam, więc płuca i mięśnie muszą mi pracować. Zanim wybiegnę na scenę, już biegnę w miejscu. Ćwiczę oddech i mięśnie.

A astma? Na co dzień używa pani inhalatora, który nazywa „dymadełkiem”. Ten wysiłek jest bolesny. Ale koledzy za kulisami dbają, abym miała jak najmniejszy trud fizyczny. Przeprowadzają mnie sprawnie w ciemności. Kiedy zbiegam ze sceny, widzę białe przedramię, ktoś świeci latarką, chwytam się tego przedramienia jak drążka. Kolega mnie przytrzymuje. Ktoś mi podaje wodę. Chwytam łyka przed wejściem do kolejnej sceny. Poprawiam usta, bo mam tak zjedzoną szminkę, jakbym nic nie mówiła, tylko ją jadła. Garderobiane mnie przebierają. Jestem całkowicie zaopiekowana, więc w tym miejscu chciałabym publicznie kolegom podziękować za czułość, za ich pomoc. Koledzy śmieją się ze mnie, że po ukłonach najszybciej zbiegam za kulisy, wyprzedzając innych, mówią, że jestem Emil Zátopek, słynny biegacz. W garderobie bardzo długą chwilę nie mogę nic powiedzieć. Czasami już zaczynam zdzierać z siebie kostium, bo czuję ból w przeponie i jakby mnie żebra rozsadzały. Uspokajam się. Głos wraca. Oj, ciekawe jest to nasze zakulisowego życie jak z „Garderobianego”…

…który pokazuje też, jak nie mając siły, postawić siebie do pionu, wejść na scenę i zwyciężyć po raz kolejny. Niedawno dostała pani propozycję od wybitnego rosyjskiego reżysera Iwana Wyrypajewa. Chciał obsadzić panią w sztuce Czechowa. Była pani taka szczęśliwa, a jednak odmówiła. Nie bała się pani, że podobna propozycja może się nie powtórzyć? Póki jestem na chodzie, mam jeszcze tyle pomysłów na siebie samą… Bez takiego czy innego spektaklu. W ogóle się tym nie martwię, idę. Zawsze wyzwania same do mnie przychodziły, i, jak pan widzi, przychodzą, a ja idę za nimi. Ucieszyłam się z samego faktu, że to się zdarzyło. Spotkaliśmy się, były długie rozmowy. Poprosiłam o czas do namysłu. Zważyłam siły, PESEL. Nie mogę być nieobecna na próbach. Mało tego, nie chcę. Chcę być w tym zamieszaniu, wejść w ten krwiobieg. A żyję w wielkiej obsesji braku czasu. Chcąc podjąć się tej współpracy, musiałabym oddać wszystkie siły. A tego się bałam. Jako aktorka i człowiek jestem ciągle nienasycona, bez opamiętania wpadam w nowe. Jednak nie wiem, co będzie jutro, za miesiąc... Nie chciałam ryzykować ze względu na kolegów z obsady, na reżysera.

Ile kosztuje taka decyzja? Dużo. Podejmowałam ją z żalem, ale kiedy ją podjęłam, żal minął.

Widziałem na Facebooku zdjęcie, jakie zrobiła sobie z panią młoda aktorka i wokalistka Natalia Sikora. Młode aktorki chcą się od pani uczyć warsztatu? Może ja dla nich jestem eksponat?

Eksponat?! Pani łamie schematy. Pamiętam panią ze spektakli Pawła Miśkiewicza, pani aktorstwo było przekorne, młode.

A jest pan pewien tego, co mówi? Jeśli tak, to bardzo dziękuję. Sama powiedziałabym, że są w moim aktorstwie poszukiwanie i precyzja. Tak długo będę dłubała, przyglądała się, próbowała, aż znajdę. Nie sięgam do tego, co wyuczone, zastane. Dostaję nową rolę i jakbym zaczynała od zera.

Felicja w filmowym arcydziele „Jak być kochaną” działa w przekorze, jakby się odcięła od logiki, od własnych emocji. Zagrała pani postać, którą trudno zracjonalizować. Cały czas się wymyka. Mnie uderza zawsze scena gwałtu, choć przecież nie jest pokazana. Ale wszystko możemy przeczytać na twarzy Felicji, kiedy już jest po. Do tej sceny zdjęłam pantofle. A mam fobię bosych stóp. Zawsze muszę coś mieć na stopach, nawet na plaży. W tej scenie chodziłam boso po zimnej i brudnej posadzce planu filmowego. Widać przymus, wstręt… Bywa, że aktor musi coś intymnego obnażyć. Ale to on podejmuje decyzję. Był pomysł, abym w „Biesiadzie u hrabiny Kotłubaj” tańczyła z Bohdanem Łazuką do nagrania naszej piosenki „Przeklnę cię” z Kabaretu Starszych Panów. Stoczyłam wojnę, bo pomijając, że ta piosenka nie jest „z Gombrowicza”, to byłoby niezdrowym odcinaniem kuponów od przeszłości. A we wszystko wchodzę od zera. Zanim coś zrobię, muszę mieć stuprocentowe przekonanie, że to właściwe. Zawsze grałam w perukach, by nie być na scenie prywatnie. Dałam się „rozdziewiczyć” tylko raz, w „Alicji” Pawła Miśkiewicza w Teatrze Dramatycznym. U Roberta Glińskiego poprosiłam o perukę. Pani fryzjerka szykowała mnie do jej założenia. Spinała mi włosy, żeby przylegały do głowy, i nagle zobaczyłam w lustrze taką gładką głowę, włosy ni to przylizane, ni to mokre. Już nie chciałam peruki. To było to! Stara Markiza z Gombrowicza. Reżyser zgodził się bez słowa… Dzięki Bogu! Na każdą rolę składają się setki drobiazgów, które muszę odnaleźć, czasem przenosząc je z życia, z obserwacji. Ale na życie też składają się drobiazgi i trzeba poświęcić im uwagę.

Pamiętam z podróży, że w jednej z pani toreb brzęczało szkło. Zapytałem, co pani wiezie. A to były słoiczki z pestkami awokado, zanurzonymi w wodzie, które postanowiłam wyhodować. Pestka to życie. Kiedy po śmierci ojca na Wołyniu zostałyśmy z mamą same, a wojna była i głód był, zdobyła trochę ziemniaków, niedużo. Kroiła je w tych miejscach, gdzie były kiełki. Wsadzałyśmy do ziemi. I już miałyśmy na chwilę zapewniony byt. Niedawno znalazłam w lodówce ziemniaki, o których zapomniałam. Puściły pędy. Zapakowałam je i zawiozłam do koleżanki, jeszcze z Wołynia, bo ma ogródek. Wiedziałam, że zrozumie.

Zdarza się pani jeszcze nocą wychodzić na lody? Zlikwidowali mi McDonalda. Noce zawsze mam bezsenne. Ostatnio nocami dobra jest maca. Ba, genialna [śmiech]. Nie mylić z macaniem!

Co powiedziałaby pani sobie młodej? Ależ ja się charakterologicznie nie zmieniłam. Wiek się zmienił, z nim szczegóły, ale w głowie mam to samo, co miałam. Nadal potrafię się histerycznie śmiać, bez opanowania. Nadal mam tę samą ciekawość. Wokół zrobiło się pusto, tamten świat mojej młodości zupełnie znika. A ja idę. Czy to nie jest szczęście? I jakbym miała umrzeć, to poproszę na scenie. W takim biegu jak w spektaklu w Och-Teatrze. Na razie nie planuję, chcę dożyć trzech kaktusów, czyli 111 lat! Dopóki czuję się młoda, żadnych planów nie zmieniam! Kraina czarów, panie Grzemiku, wsysa mnie, oj, wsysa [śmiech].

  1. Kultura

Jodie Foster - po drugiej stronie lustra

Jodie Foster, fot. BEW PHOTO
Jodie Foster, fot. BEW PHOTO
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
"Jako aktorka się starzeję, jako reżyserka jestem młoda" – mówi Jodie Foster i dodaje "wśród rzeczy, którymi chcę się podzielić ze światem, większość wybrzmi lepiej w ustach Jodie reżyserki". Z okazji urodzin aktorki, przypominamy wywiad jakiego udzieliła nam w styczniu 2018 roku. 

Biała, zamożna, znana, wykształcona. Przedstawicielka mniejszości seksualnej, matka. Aktorka, reżyserka. A jak pani sama o sobie myśli? Jak określiłaby pani swoją tożsamość? Żyjemy w epoce, która podkreśla wagę poszukiwania tożsamości. Pomysł, że należy się zidentyfikować z jakąś jedną, wydaje mi się przebrzmiały. Mam wiele tożsamości. Jestem matką, jestem córką. Dorastałam we Francji i w USA, stworzyły mnie zatem dwie kultury. Czasami w snach wrzeszczę na ludzi po francusku, i to tak na całe gardło, ze świństwami włącznie. Nie wiem, co to o mnie mówi… Moją amerykańskość potwierdza niewątpliwie sympatia do hokeja, ale lubię także narciarstwo. Pochodzę z Los Angeles, ale świetnie umiem wyobrazić sobie, jak czuje się ktoś żyjący w małym miasteczku. Chciałabym, żebyśmy jako ludzie tworzący kulturę byli coraz bardziej zróżnicowani.

Pięknie to brzmi, ale zdaje się, że aktualna sytuacja polityczna w USA nie bardzo wspiera taką wizję świata. Nigdy nie czułam się komfortowo, mówiąc o polityce, bo znam się na niej jedynie jako obywatel. Ale niewątpliwie żyjemy w interesujących czasach. Nasza świadomość jest wyższa niż kiedykolwiek, mamy taką wiedzę na temat ludzkiej natury, zachowań, relacji, jaką nie dysponowały poprzednie pokolenia. A jednocześnie społeczna ignorancja osiąga niespotykany do tej pory poziom. I te dwie tendencje występują w tej samej erze, dekadzie, ba, one mieszkają na tej samej ulicy! Tymi dwiema odnogami świadomości manipuluje się tak, by napuszczać na siebie ludzi. Ta taktyka zbiera żniwo. Według mnie jej efektem musi być kolejny konflikt, to tylko kwestia czasu.

Mroczna wizja… Podobnie jak w serialu „Czarne lustro”. Jak doszło do współpracy z Netflixem? Nie znałam wcześniej „Czarnego lustra”. Spotkałam się na lunchu z producentami z platformy. Gadaliśmy o branży, marudziłam na temat mojej niespełnionej potrzeby robienia kina opartego na historii, zamkniętego w ramach półtoragodzinnej projekcji. Bo przecież są opowieści, których nie starcza na dziesięcioodcinkową serię, i nie każda historia może posłużyć jako materiał dla dziesięciu sezonów serialu, prawda? Niektóre mają początek, środek i koniec, nie da się ich rozciągnąć. Uwielbiam takie ograniczenia. W odpowiedzi na te narzekania Cindy Holland uśmiechnęła się i powiedziała: „No, to mamy coś w sam raz dla ciebie”. To, o czym opowiadała, od razu skojarzyło mi się ze „Strefą mroku” [kultowym serialem telewizyjnym z przełomu lat 50. i 60., łączącym dramat, horror i s.f.], który pochłaniałam jako dziecko. Połknęłam haczyk. A potem poznałam scenarzystę „Czarnego lustra” Charliego Brookera. To magnetyczna osobowość i wielki talent. Zaproponował mi jeden konkretny odcinek i to był strzał w dziesiątkę. Mogłam wnieść kilka poprawek, dodać od siebie parę pomysłów. Powstała produkcja łącząca horror i s.f. z satyrą społeczną. A tak naprawdę to kino w stylu Bergmana – skromne, pełne detali, skupione, mające korzenie we wrażliwości amerykańskiego kina niezależnego.

Czy miało dla pani znaczenie, że ekranowa historia jest bliska pani sercu? Oczywiście. Tak jak bohaterka ja także dorastałam w domu bez ojca. Z mamą, która wychowała samodzielnie mnie i trójkę mojego rodzeństwa, mam relację bliższą niż z większością ludzi, których spotkałam potem na swojej drodze. Drogę od narodzin po rozstanie znam z obu stron – córki i matki.

To droga, której towarzyszy nieustanny lęk? Lęk to jedna z podstawowych emocji z rodzicielskiego repertuaru, a potrzeba chronienia potomstwa zapisana jest w kodzie DNA. Tego m.in. dotyczyły „Plan lotu” czy „Azyl”, w których występowałam. Moje doświadczenia wytworzyły we mnie przekonanie, że strach jest sercem każdej podejmowanej przez nas decyzji. Być może pani wie, że moja mama Evelyn ma demencję. Od lat obserwuję, jak choroba powoli odziera ją z kolejnych warstw, które wytworzyło wokół niej doświadczenie życia w społeczeństwie, socjalizacja. To, co wygląda spod tej nadbudowy, to zbudowany z lęku rdzeń. Wszystko, co zostało, jest jednym wielkim lękiem. Dla mnie to doświadczenie konfrontacji z czymś tak pierwotnym, zwierzęcym w kochanym człowieku było wstrząsające.

„Czarne lustro” pokazuje, co dzieje się, kiedy lęk rodzica napotyka największego sprzymierzeńca – lub wroga – technologię. To w dzisiejszych czasach częsta sytuacja. Pamiętajmy, że technologia obecna dziś w naszym domu, sypialni, kieszeni i samochodzie nie jest czymś namacalnym. Nie ma emocji, pasji, opinii. Spełnia jedynie nasze rozkazy i pragnienia, tym samym stając się naszym odbiciem. Takim właśnie czarnym lustrem, bo odbicie naszej duszy, które tworzy, przeważnie nie jest takie, jak byśmy chcieli. Jestem głęboko przekonana, że nasza psychika nie jest przygotowana, by z etycznego punktu widzenia pojmować wagę i naturę tych składanych technologii próśb. Często dociera do nas, co robimy, gdy jest już za późno.

Myśli pani, że świadomość ciągłej obserwacji kaleczy naszą psychikę? Permanentna inwigilacja, odebranie prywatności – w tym wszystkim chodzi o kontrolę nad ludzkimi doświadczeniami, zdobycie możliwości ich kształtowania. To ma ogromny wpływ na naszą kulturę, codziennie jesteśmy tego świadkami.

Bohaterką filmu jest dziewczynka. Czy ta opowieść wyglądałaby inaczej, gdyby w jej centrum był chłopiec? Myślę, że zestaw rodzicielskich obaw i paranoi różni się ze względu na płeć dziecka, bo w zależności od niej społeczeństwo inaczej traktuje dzieci. Miłość łącząca matkę z synem ma w sobie coś z partnerskiej relacji, podczas gdy relacja z córką to raczej symbioza. Mówię to jako mama dwóch chłopców. W wychowywaniu syna jest coś niemal… romantycznego. Towarzyszymy we wzrastaniu dziecku, które kiedyś wstąpi w szereg najbardziej wpływowych ludzi na świecie – mężczyzn. A my odpowiadamy za to, kim będzie, i to od pierwszego dnia. Naszym zadaniem jest z zachwytem odkrywać ich wyjątkowość, która wyraża się na wielu rozmaitych polach.

Wychowując naszych synów inaczej, niż wychowywano naszych ojców, zmieniamy świat, którego współczesny kształt tak bardzo nas rozczarowuje? Dokładnie o tym opowiadałam w moim fabularnym debiucie reżyserskim „Tate, mały geniusz”. O wychowywaniu herolda następnego pokolenia. Bo kim jest geniusz, jeśli nie nowym posłańcem dla przyszłości? Wychowywanie dziecka to kształtowanie kogoś powstałego z naszego kobiecego cierpienia, skonfundowania, przynajmniej czasowego poświęcenia własnego egoizmu. To owoc tego wszystkiego. Jeśli jest chłopcem, naszym zadaniem powinno być takie działanie, by jako przedstawiciel uprzywilejowanej płci nigdy, przenigdy tej pozycji nie wykorzystywał źle.

Ostatnie wydarzenia w Hollywood ujawniły cały zastęp takich mężczyzn. Harvey Weinstein i jemu podobni przez kilka dekad byli chronieni przez siłę strachu. Nie mogę wypowiadać się o Harveyu Weinsteinie, bo nigdy z nim nie pracowałam ani nie miałam z nim w ogóle żadnej styczności. Jeśli chodzi o strach w branży filmowej, to nie jestem przekonana, czy jest on większy niż ten, który odczuwają ludzie pracujący na giełdzie, sędziowie Sądu Najwyższego, prezydent… albo nawet pracownik sklepu z obuwiem. Przemysł filmowy nie wymyślił przecież zjawiska molestowania seksualnego i nadużywania swojej pozycji w celu zdobycia korzyści. Ale akurat w naszej branży zmieniło się coś, co być może w tych innych jeszcze nie zaszło. Pojawiła się przestrzeń do komunikowania takich sytuacji i dyskutowania o nich.

Jedną z najsilniejszych platform tej komunikacji jest Internet. Myśli pani, że akcje takie jak #metoo mogą mieć rzeczywisty wpływ na nasze życie? Facebook zapoczątkował rewolucję w Tunezji, więc… Mówiłyśmy wiele o mrocznych stronach technologii. Jednak bądźmy uczciwi i przyznajmy, że ma w sobie również wspaniały potencjał i piękno. Nie chodzi tylko o tę konkretną platformę, mówię ogólnie. Dzięki niej ktoś, kto mieszka na Alasce w miasteczku z 200 mieszkańcami, wie, że LGBTQ to nie jest jakiś wymysł, tylko określenie dla grupy ludzi z krwi, kości i serca. Albo że istnieje coś takiego jak telefoniczna linia alarmowa, na którą może zadzwonić ofiara gwałtu. Prawnik z Arkansas ma moc, żeby poważnie nabruździć prezydentowi USA. To nie są drobiazgi. Pojawiło się sporo głosów w stylu „Dlaczego tyle czekali, żeby to ujawnić”… To nie przypadek, że ludzie – na całym świecie – którym odmawiano sprawiedliwości, decydują się zabrać głos właśnie teraz. Jeszcze dziesięć lat temu nie było takiej możliwości. Nigdy wcześniej w historii ludzkości jej nie było! Podkreślam raz jeszcze: technologia bywa koszmarem. Sama jestem w stanie z biegu wymienić co najmniej kilka przykładów na to, że negatywnie wpływa ona na moje życie… Ale ma także moc niesienia światła i społecznej sprawiedliwości.

Na pani życie rzeczywiście wpływa głównie negatywnie? Niestety. Jedyne plusy wynikają z tego, że jestem uprzywilejowaną ekonomicznie osobą, a takim ludziom technologia przyniosła wiele codziennych udogodnień i ułatwień. Tylko czy moje życie było o wiele gorsze, kiedy musiałam otwierać okno rękami, a nie pilotem? Pikające co pięć minut na komórce przypomnienia to wątpliwe źródło komfortu… Moje życie jest szybsze, ale czy lepsze niż w latach 80. czy 70.? Mam 55 lat i takie rozważania naprawdę są u mnie na porządku dziennym. Nie sądzę, żebyśmy my, ludzie, byli dzięki technologii szczęśliwsi.

Mam wrażenie, że gra pani coraz mniej. Dwa Oscary wystarczą? Aktorstwo przestało panią uszczęśliwiać? Akurat niedawno skończyłam zdjęcia do thrillera „Hotel Artemis”. Ale docelowo będę grać coraz mniej, tak to widzę. Jestem aktorką od 52 lat! To naprawdę długo jak na robienie jednej rzeczy. Chwilowo aktorstwo nie wydaje mi się zbytnio atrakcyjne, tym bardziej że – nie boję się tego powiedzieć – dziś dostaję znacznie słabsze propozycje, niż kiedy byłam młodsza. Nie ma w obiegu zbyt wielu porywających historii o 55-latkach. Co innego za 15 lat! Jestem ciekawa 70-letniej siebie w oku kamery. Inna sprawa to poczucie spełnienia. Poprzez filmy wyrzuciłam już z siebie wiele historii, do których nie mam potrzeby wracać. Pewien rodzaj ról już mnie nie interesuje. Na przykład taka jak w „Oskarżonych” [gdzie Judie Foster grała ofiarę zbiorowego gwałtu] – raz wystarczy. Aktorzy pokonują w swojej pracy pewne kamienie milowe. Potem muszą się zastanowić: „Co dalej? Co teraz chcę powiedzieć?”. I wreszcie – naprawdę nie tęsknię za życiem skoncentrowanym na staraniu się o to, by nie spaść ze szczytu. To tryb, w którym człowiek skazany jest na wypalenie, pytanie nie brzmi „czy?”, ale „kiedy?”.

Wypisała się pani z tej gonitwy już jakiś czas temu, choć akurat bez strat dla swojej pozycji w branży. Przez ostatnie 20 lat priorytetem było dla mnie macierzyństwo. Wszystko inne utykałam gdzieś pomiędzy chwile z synami. Może dlatego mimo miłości dla reżyserii dziś jestem w zabawnej sytuacji: jako aktorka się starzeję, ale jako reżyserka jestem młoda. Mam na koncie dopiero cztery produkcje. Czuję, że jeszcze wiele mogę się nauczyć, i cieszy mnie to. Jestem przekonana, że spośród rzeczy, którymi ja chciałabym się dzielić jeszcze ze światem, większość wybrzmi lepiej w ustach Jodie reżyserki niż aktorki.

 

 

  1. Kultura

„Irlandczyk” - najnowszy film Martina Scorsese

Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Martin Scorsese (fot. BEW PHOTO)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Martin Scorsese właśnie skończył 77 lat. Obchodzone 17 listopada urodziny poprzedzają o kilka dni kinową premierę jego najnowszego genialnego filmu „Irlandczyk”. Krótko po tym produkcja trafia także do sieci – od 27 listopada można ją oglądać na portalu Netflix. 

Do tego, dlaczego twórca zdecydował się na taką kolej rzeczy, jeszcze wrócimy, tymczasem o „Irlandczyku” już teraz mówi się, że to jedno z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejsze, dzieło w dorobku reżysera. Mocne słowa zważywszy na liczbę i jakość tytułów wyreżyserowanych przez Scorsese. Chodzi w końcu o twórcę mającego na koncie – nie licząc krótkiego metrażu, dokumentów i seriali – 26 pełnometrażowych filmów fabularnych, wśród których są tak znaczące tytuły jak „Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Chłopcy z ferajny”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, „Aviator” czy „Wilk z Wall Street”. Najnowszy „Irlandczyk” to zresztą nie tylko wybitne kino, ale też obraz mówiący wiele o autorze. Znajdziecie w nim wszystko to, za co widzowie na całym świecie kochają Martina Scorsese. A jeśli przyjrzeć się jeszcze uważniej – sporo bardzo osobistych tropów.

Piękny, młody, szalony

O czym jest „Irlandczyk”? To gangsterska saga, kilkadziesiąt lat z życia głównego bohatera, płatnego mordercy Franka Sheerana. A jednocześnie fikcja ocierająca się o prawdziwe wydarzenie: tajemnicze zaginięcie legendarnego przywódcy amerykańskich związków zawodowych Jimmy’ego Hoffy, jedną z największych zagadek kryminalnych w historii USA.

Włoscy gangsterzy u Scorsese nikogo nie powinni dziwić. To motyw, który przewija się w jego twórczości od samego początku. A znając biografię reżysera nietrudno domyślić się, skąd się wziął. Dzieciństwo i młodość upłynęła mu pod znakiem włoskiej mafii rządzącej w całej okolicy. Nowojorczyk sycylijskiego pochodzenia wychował się w Hell's Kitchen [Przedsionku Piekła], dzielnicy cieszącej się fatalną sławą. Niektóre wątki z jego filmów to historie żywcem wyjęte z opowieści bliskich. I tu ciekawostka, bo Martin miał też w zwyczaju obsadzać w drobnych rolach swoich, pamiętających lata świetności Ala Capone, rodziców.

W „Irlandczyku” filmowy Frank Sheeran brata się i z włoską mafią i ze wspomnianym Jimmym Hoffą, który część swego politycznego potencjału zawdzięczał nie do końca, delikatnie mówiąc, legalnym powiązaniom i interesom.

Franka gra tu Robert De Niro. I choć ta historia obejmuje kilka dekad, aktor (od Scorsese młodszy zaledwie o rok) gra także dużo młodszą wersję siebie. To nie pierwszy raz, kiedy użyto zaawansowanych technik komputerowych, żeby odjąć filmowym bohaterom kilkadziesiąt lat. A jednak, trzeba przyznać, Scorsese idzie tu na całość. Przez połowę filmu oglądamy De Niro z wyczyszczonymi zmarszczkami, a przede wszystkim odmłodzonym owalem twarzy. Efekt tych zabiegów nie zawsze jest idealny, ale widz szybko się przyzwyczaja i przestaje zwracać na niedoskonałości uwagę.

Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie 'Irlandczyk' (fot. materiały prasowe Netflix) Robert DeNiro i Joe Pesci w filmie "Irlandczyk" (fot. materiały prasowe Netflix)

Dlaczego reżyser nie zdecydował się obsadzić kogoś z młodszych aktorskich roczników? Odpowiedź wydaje się oczywista. Ten film to hołd złożony swoim aktorom. Swoim, bo występuje tu nie tylko De Niro, który grał u Scorsese najlepsze, nazywane dziś bez cienia przesady kultowymi, role. Ale partnerują mu też Al Pacino (filmowy Jimmy Hoffa) i Joe Pesci. Ten ostatni zasługuje na szczególną uwagę, bo choć wystąpił u Scorsese po raz enty, to w pewnym sensie debiutuje. Jest niemal tak ważną postacią jak tytułowy Irlandczyk Frank. A tym samym, wreszcie, w wieku 76 lat pozbywa się etykietki aktora drugoplanowego. Jest też szansa, że po tak rewelacyjnej i znaczącej roli, na jego widok ludzie wreszcie przestaną mówić: „Pesci? Ten niski wredny z „Kevina samego w domu”?”.

Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu 'Chłopcy z ferajny' z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO) Duet Joe Pesci i Robert DeNiro a między nimi matka reżysera Catherine Scorsese, którą Martine Scorsese lubi obsadzać w swoich produkcjach. Kadr z filmu "Chłopcy z ferajny" z 1990 roku. (fot. BEW PHOTO)

Przy okazji miłośnicy kina, uwiedzeni przez „Irlandczyka”, mogą sobie zrobić scorsesowską powtórkę z duetu: De Niro-Pesci. We „Wściekłym byku” czy „Chłopcach z ferajny” są piękni i młodzi bez efektów specjalnych. A także groźni. Tacy, jakimi chciał widzieć swoich bohaterów Scorsese. Sam, jako dzieciak i młodzieniec, był słaby i chorowity. Może i nawet fantazjował, żeby być gangsterem, ponoć rozważał przystąpienie do mafii, tyle że z powodu ciężkiego stadium astmy był w szkole zwolniony z wuefu i w ogóle z wysiłku fizycznego. Lekarz zabraniał mu właściwie wszystkiego. Wyjątkiem były – szczęśliwie – seanse w kinie.

Gdzie te kobiety?!

Peanom na temat nowego filmu towarzyszą kontrowersje. Nietrudne do przewidzenia w dobie ruchu #Metoo i masowej rewizji kina pod kątem równości płci. Na konferencji prasowej podczas festiwalu w Rzymie włoska dziennikarka wypomniała Scorsese znaczącą dysproporcję między mężczyznami i kobietami w jego filmach. Reżyser bez sukcesów próbował wybrnąć z tematu, pogrążając się jeszcze bardziej, aż głos zabrała producentka „Irlandczyka”, wykazując się, trzeba przyznać, niezłym refleksem. Przypomniała dziennikarzom zgromadzonym na konferencji, a przy okazji widzom na całym świecie, że Scorsese w 1974 roku wyreżyserował film „Alicja już tutaj nie mieszka”. Przejmującą opowieść o marzącej o karierze muzycznej Alice, za którą to rolę aktorka Ellen Burstyn dostała zresztą Oscara. To także nie kto inny tylko Scorsese nakręcił tak romantyczny jak to tylko możliwe „Wiek niewinności” z miłosnym trójkątem odegranym przez Michelle Pfeiffer, Winonę Ryder i Daniela Day-Lewisa. I wreszcie, to Martinowi Scorsese zawdzięcza jedną z najciekawszych w swoim dorobku aktorską kreację Sharon Stone. Kto widział ją w „Kasynie”, ten wie, o czym mówię.

Argument, że reżyser kręci tylko męskie kino jest takim samym nadużyciem jak ten, że kręci tylko filmy gangsterskie. Skoro tak, to co w jego dorobku robią wymienione właśnie filmy, ale też świetne muzyczne dokumenty, m.in. o Bobie Dylanie czy familijna produkcja „Hugo i jego wynalazek” nagrodzona 5 Oscarami?

Sharon Stone w filmie 'Kasyno' z 1995 roku (fot. BEW PHOTO) Sharon Stone w filmie "Kasyno" z 1995 roku (fot. BEW PHOTO)

Fakty pozostają jednak faktami. I jeśli chodzi o proporcje, to prawda, że Martin Scorsese, w życiu prywatnym otoczony kobietami (pięciokrotnie żonaty jest ojcem trzech córek), na ekranie woli męskie historie i męskich bohaterów. Ktoś przytomnie policzył, że w „Irlandczyku” najważniejsza postać kobieca, córka Franka – Peggy – wypowiada w sumie… sześć słów. A jednak, paradoksalnie, to postać kluczowa. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, podpowiem, że to właśnie ona, jako jedyna, ma odwagę sprzeciwić się złu, nawet jeśli jest to bierny opór. To właśnie ta młoda kobieta jest sumieniem wszystkich tych, którzy sumienia nie mają.

Jak nie zostałem księdzem

Wina i kara, sumienie, grzech. To zawsze były jego tematy. Sam planował zostać księdzem, poszedł nawet do seminarium, zanim uznał, że miłość do kina jest znacznie silniejsza niż duchowe powołanie. Ale nigdy nie przestał sobie zadawać ważnych, ostatecznych pytań. Stąd też inne filmy, które wymykają się „gangsterskiemu nurtowi”. „Ostatnie kuszenie Chrystusa” uznane swego czasu za film wybitnie antykościelny, a dziś rozpatrywany jako kino głęboko religijne. Stąd też „Kundun – Życie Dalajlamy” i wreszcie: najnowsze z tej trójki „Milczenie”. Ta ekranizacja powieści jednego z najważniejszych japońskich pisarzy Endō Shūsaku, opowieść o prześladowaniach jezuitów i zjawisku „ukrytych chrześcijan” w dawnej Japonii, zaprowadziła Scorsese do samego papieża. Film miał swoją prapremierę w Watykanie, a Scorsese miał u papieża Franciszka osobistą audiencję.

Willem Dafoe w filmie 'Ostatnie kuszenie Chrystusa' z 1988 roku (fot. BEW PHOTO) Willem Dafoe w filmie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" z 1988 roku (fot. BEW PHOTO)

I jeszcze jeden wielki temat, który Scorsese porusza w „Irlandczyku”. Przemijanie. Chyba po raz pierwszy reżyser poświęca mu tyle uwagi. Widmo śmierci – tej typowej dla półświatka, czyli równie nagłej co drastycznej, ale też tej naturalnej, z choroby i starości – wisi nad bohaterami od pierwszego kadru. Aż do samego końca, bo gangsterska saga opowiadana jest z perspektywy pensjonariusza domu spokojnej starości. Który nie tylko wspomina i rozlicza się z własną przeszłością, ale i próbuje się dobrze przygotować do spraw najbardziej ostatecznych (genialna scena w domu pogrzebowym, gdzie Frank sam wybiera sobie trumnę). Scorsese pokazuje przemijanie i starość bez lukru i większej nostalgii. Oglądając te sceny trudno się nie zastanawiać, ile w nich obaw i lęków samego reżysera.

Uczyłem się od Polaków

Metryka to jedno, ale Martina Scorsese po prostu nie da się postrzegać w kategoriach seniora kina. Nie tylko nadal trzyma rękę na pulsie i potrafi wyczuć gusta publiczności, ale też nie boi się zmian, jakie nieuchronnie następują w światowej kinematografii. Już produkując i maczając palce w reżyserii świetnego, osadzonego w czasach prohibicji serialu HBO „Zakazanego imperium” udowodnił, że jest równie skuteczny na małym co dużym i ekranie. Teraz idzie o krok dalej. Trwającego 3 i pół godziny (które, choć może niektórym trudno w to uwierzyć, zupełnie się nie dłużą) „Irlandczyka” z jego zawrotnym budżetem ponad 150 mln dolarów finansowała platforma Netflix. Oznacza to, że film jest przeznaczony przede wszystkim do oglądania na tej platformie, w domu. To, że pojawia się 5 dni wcześniej w naszych kinach, jest podyktowane głównie tym, że, aby ubiegać się o Oscara, musi być na całym świecie, choćby przez chwilę, także w dystrybucji kinowej. Podobnie jest na przykład z inną wyczekiwaną produkcją Netflixa – „Historią małżeńską” ze Scarlett Johansson i Adamem Driverem w rolach głównych. Jesteśmy oto świadkami dużej zmiany. Zmiany, która jeszcze dwa lata temu na festiwalu w Cannes wywołała tak gwałtowne emocje, że wydawało się, że między telewizją nowej generacji a kinem nastąpi nieodwracalny rozłam. Tymczasem „Irlandczyk” jest równie gorąco oczekiwany przez publiczność kinową (bilety na pokazy przedpremierowe rozeszły się błyskawicznie) co użytkowników Netflixa, raczej łącząc niż kogokolwiek dzieląc. Zobaczymy, czy ten trend się utrzyma, tak czy inaczej 77-letni Martin Scorsese jest siłą rzeczy twarzą rewolucji, jaka właśnie zachodzi w kinematografii.

Al Pacino i Robert DeNiro w filmie 'Irlandczyk', (fot. materiały prasowe Netflix) Al Pacino i Robert DeNiro w filmie "Irlandczyk", (fot. materiały prasowe Netflix)

I gdyby ktoś do tego momentu jeszcze go nie pokochał, przypomnę na koniec jego miłość do polskiego kina.

Bo to Scorsese z pełnym zaangażowaniem poleca za oceanem nasze rodzime filmy. Parę lat temu odebrał doktorat honoris causa w łódzkiej Filmówce, stworzył również specjalny cykl „Mistrzowie polskiego kina”, a o Wajdzie, Holland, Konwickim czy Kawalerowiczu mówi w imieniu swoim i kolegów po fachu, że „to kino, od którego wszyscy się uczyliśmy”.