1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Obywatel Jones”: o swojej roli i współpracy z Agnieszką Holland opowiada James Norton

„Obywatel Jones”: o swojej roli i współpracy z Agnieszką Holland opowiada James Norton

Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za chwilę będzie o nim głośno, i nie tylko z powodu „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland, który zdobył w Gdyni Złote Lwy i w którym James Norton gra pierwszą w karierze główną rolę w filmie pełnometrażowym.

Ty, Anglik, znałeś wcześniej postać Garetha Jonesa, którego zagrałeś u Agnieszki Holland?
Prawdę mówiąc, kiedy scenariusz wylądował na moim biurku, o młodym dziennikarzu nazwiskiem Gareth Jones nie wiedziałem nic. Zresztą niewiele wiedziałem też o Hołodomorze, czyli Wielkim Głodzie na Ukrainie. To były dla mnie ważne odkrycia.

A sama Holland? Dobrze znałeś jej kino?
Dla mnie najważniejsza w tym projekcie była Agnieszka, to nie żadna kurtuazja. Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon, byłem strasznie onieśmielony. Miałem szczęście, tę rolę traktuję jak dar opatrzności. Popełniłem ten błąd, że jej filmy obejrzałem krótko przed naszą rozmową, odkrywając, że wiele z nich to klasyki światowego kina, więc jedyne, co miałem przed oczami, to te niezapomniane obrazy. Nie mogłem wydusić słowa!

Długo trwałeś w tym onieśmieleniu?
Myślałem, że Agnieszka jest surowa jako reżyser i jako człowiek. Szybko okazało się jednak, że jest inaczej. Każdego dnia przychodziła na plan uśmiechnięta, optymistyczna, przytulała nas, krzycząc od progu na cały głos: „Dzień dobry!”. Kiedy byliśmy na Ukrainie, było naprawdę zimno, szkoda było nam tracić energię, więc między ujęciami siedzieliśmy zazwyczaj cicho. Tymczasem kiedy obok zjawiała się Agnieszka, dość często zaczynała po prostu śpiewać polskie piosenki. Cała reszta polskiej ekipy momentalnie podłapywała rytm i po chwili wszyscy głośno śpiewali niezależnie od tego, czy znali słowa, czy nie! [Śmiech]. Agnieszka prowadziła też z nami inspirujące rozmowy o Europie, brexicie, Trumpie, populizmie. Ktoś zawsze wtedy wyciągał butelkę wódki, mnóstwo śledzi i mogliśmy tak siedzieć godzinami.

Nic dziwnego, że rozmawialiście na takie tematy. „Obywatel Jones” to opowieść o wielkiej polityce, kłamstwie i skromnych bohaterach takich jak Jones. Twój bohater jest młodym idealistą, dziennikarzem, który w 1933 roku wyjechał do stalinowskiego ZSRR, po czym udało mu się wyrwać spod nadzoru tajniaka i na własne oczy zobaczył głodującą Ukrainę. Wymarłe wioski, kanibalizm, przemoc. Świat zachodni dowiedział się o Hołodomorze dzięki niemu.
Dużo czasu na planie poświęciliśmy dyskusji, czy są jeszcze jacyś naiwni, którzy uważają, że nie powtórzą się wydarzenia z lat 30. Agnieszka jest w tej kwestii pesymistką. Uważa, że nasze czasy są równie mroczne jak te na chwilę przed wybuchem wojny. Może i hasła się trochę zmieniły, ale nadal żyjemy w świecie totalitarnych reżimów, skorumpowanych rządów, które wykorzystują chaos i zamieszanie do realizacji własnych celów.

Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)

Ten film otworzył ci oczy?
Przez całą awanturę z brexitem, która jest najbliższa mojemu sercu, nie miałem dokładnej wiedzy o tym, co się dzieje na Węgrzech, w Polsce czy na Ukrainie. Po raz pierwszy, właśnie podczas pobytu na Ukrainie, byłem w kraju, w którym toczy się wojna. Chodziłem po ulicach Kijowa i na własne oczy widziałem mężczyzn pozbawionych kończyn. Ukraińscy znajomi tłumaczyli, że to żołnierze, którzy wrócili z frontu. To był dla mnie moment otrzeźwienia. Warto wyjść czasem poza problemy własnego podwórka.

Które miejsca w Polsce zrobiły na tobie największe wrażenie?
Bardzo podobały mi się Katowice. I to mimo tego,  że przestrzegano mnie, że bywają przygnębiające. Mieszkałem w hotelu Monopol, dokładnie naprzeciwko Jazz Baru. Kiedy nie mogłem spać albo potrzebowałem się zrelaksować, schodziłem na dół i wtapiałem się w tłum gości.

Oczywiście, Warszawa zrobiła na mnie też ogromne wrażenie, ale przede wszystkim ze względu na Agnieszkę, popularność i szacunek, jakimi się tam cieszy. Przechadzając się z nią po Warszawie, żartowałem, że powinna kandydować na prezydenta!

Trudno było kręcić na Ukrainie zimą?
Bardzo wcześnie na etapie przygotowań zdałem sobie sprawę, że Gareth to ktoś przebywający w ciągłym ruchu. Jest jak chłopczyk, jak szczeniak, który musi się cały czas ruszać, żeby czuć, że żyje. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie siedzi w miejscu. W tym filmie naprawdę biegałem po szyję w gęstym śniegu. Generalnie staram się regularnie ćwiczyć i dbać o siebie, ale zdjęcia rzeczywiście były momentami ekstremalne. Po dwóch minutach biegu byłem kompletnie wykończony [śmiech].

Opowiesz coś więcej o tych trudnych warunkach?
Poza temperaturami, do których nie jestem przyzwyczajony, nosiliśmy ubrania z epoki, właściwe temu regionowi, a więc płaszcze z relatywnie cienkich skór owczych. Nie mieliśmy rękawic. Agnieszce i całej ekipie zależało, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej wiarygodnie i prawdziwie. Oczywiście, wszyscy zapewniali nam wszelkie możliwe wygody, ale i tak zdarzały się momenty, kiedy było naprawdę zimno.

Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe) Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe)

Sporo cię łączy z prawdziwym Garethem Jonesem. Jesteście w podobnym wieku, obaj wykształceni w Cambridge [Norton skończył tam teologię – przyp. red.]. Czułeś więź z tym bohaterem?
Na pewno dzielę z Garethem potrzebę ruchu i wolności. Moja rodzina i przyjaciele się zgodzą, że trudno mi usiedzieć w miejscu. Niestety, nie jestem nawet w ułamku tak odważny i bezkompromisowy jak on. Nie wiem, czy umiałbym dla prawdy położyć na szali swoje życie, czy byłbym gotów na takie poświęcenie.

Gdybyś miał okazję, o co byś go spytał?
Wiemy sporo o jego podróżach, o tym, kogo spotkał, jakich wydarzeń był świadkiem. Ale bardzo niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. Gdybym mógł mu zadać tylko jedno pytanie, to chyba chciałbym się dowiedzieć, czy był kiedykolwiek zakochany. Obawiam się, że odpowiedź mogłaby być negatywna. We wszystkich książkach i artykułach, które przeczytałem, znalazłem tylko jedną jedyną wzmiankę o potencjalnej miłości, o pewnej wyjątkowej dziewczynie. Nic więcej. Czy jej szukał, czy w ogóle o niej myślał? Dla mnie znalezienie życiowej partnerki jest bardzo ważne. Jestem rodzinnym typem. Moi rodzice i siostra bardzo mnie wspierają, dzięki nim mam poczucie przynależności. Budowanie gniazda traktuję jako priorytet. Kariera też jest ważna, ale myśl o spędzeniu samotnego życia mnie przeraża. Gareth był raczej samotnikiem. Nigdy chyba nie czuł mocnych więzi z nikim szczególnym.

A jak to się stało, że chciałeś w ogóle zostać aktorem?
Pociąg do aktorstwa zaczął się w moim przypadku dość wcześnie, jeszcze w podstawówce. Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy, próbowałem ich zmusić, żeby grali w pisanych przeze mnie sztukach. Miałem prawdziwą obsesję! Oni przychodzili grać w piłkę czy wspinać się po drzewach, a ja za każdym razem miałem dla nich gotowy nowy tekst. Wkrótce przestali przychodzić, a ja zmuszałem moich rodziców, żeby bawili się w widownię [śmiech]! Myślę jednak, że się opłaciło.

Cały czas piszesz? Masz zamiar coś wydać?
Aktor przez większość czasu odsłania się, pokazuje swoje emocje i lęki obcym ludziom. Dla mnie jednak to pisanie jest ostatecznym wystawianiem swojej wrażliwości na surową ocenę innych. W kinie albo w teatrze mam swoją postać, za którą mogę się bezpiecznie schować. Pisząc, nie mam nikogo. Chyba jeszcze nie znalazłem w swoim pisaniu azylu, który pozwoliłby mi z uniesioną wysoko głową zmierzyć się z krytyką.

Niebawem zobaczymy cię w wyczekiwanej adaptacji „Małych kobietek” w reżyserii Grety Gerwig. Obsada naprawdę gwiazdorska – Meryl Streep, Laura Dern, Emma Watson, Timothée Chalamet. I ty.
Cały czas w to nie wierzę. To dla mnie ogromna przygoda.

Czy to znaczy, że z aktora brytyjskiego zmienisz się w aktora hollywoodzkiego ?
Na razie nie myślę o przeprowadzce do Hollywood. Za dużo marzeń, za dużo pokus. W „Małych kobietkach” gram Johna Brooke’a, który spotyka się z jedną z sióstr graną przez Emmę Watson. Na planie tego filmu spędziłem cudowne kilka miesięcy, to było niesamowite doświadczenie być wśród tak mądrych, utalentowanych, wyjątkowych kobiet. Pierwszy raz miałem do czynienia z tak dużym i ważnym projektem, z tak ogromnym budżetem. Ale ostatecznie to przecież tylko praca. Od moich innych projektów różniła się wyłącznie tym, że czasem przysiadałem sobie w kącie i pisałem SMS do mamy, że Meryl Streep jest w tym samym pomieszczeniu co ja albo że ze mną rozmawiała! [Śmiech].

Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe) Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)

Jakie wrażenie na tobie wywarła?
Było podobnie jak z Agnieszką Holland. Myślałem, że Meryl może być wyniosła, nawet trochę groźna. A okazało się, że jest zupełnym przeciwieństwem tego wyobrażenia. Można z nią rozmawiać absolutnie o wszystkim, jest otwarta i ciepła. Wydaje mi się zresztą, że wszyscy, którzy zaszli daleko, mają stabilną sytuację zawodową i są w tej branży wystarczająco długo, doskonale wiedzą, że szczyt zarezerwowany jest tylko dla tych, którzy dają coś od siebie. Dla ludzi, którzy potrafią być dla innych wsparciem i służą radą. Taka jest Meryl, taka jest Agnieszka.

Niedawno miałem też rozmowę przez Skype’a ze Stevenem Spielbergiem, do której przygotowywałem się, jakbym szedł na wojnę. Milion razy sprawdzałem połączenie, praktycznie zabroniłem wszystkim oddychać, przyniosłem sobie soki, wodę. I kiedy nadeszła rozmowa, Steven od razu z uśmiechem zapytał, jak się mam, czy wszystko w porządku, rozmawialiśmy, jakbyśmy się już doskonale znali. Momentalnie skrócił dystans. Jestem przekonany, że to dlatego odniósł taki sukces.

James Norton:
urodzony w 1985 roku angielski aktor, znany z ról w serialach: „McMafia”, „Grantchester” i „Wojna i pokój”, a także w filmach: „Wyścig” Rona Howarda, „Pan Turner” Mike’a Leigh. Niedawno wystąpił także w „Małych kobietkach” w reżyserii Grety Gerwig, których polska premiera planowana jest na początek przyszłego roku. Studiował teologię w Cambridge, odebrał też klasyczne wykształcenie teatralne w RADA– Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej w Londynie. W „Obywatelu Jonesie” Agnieszki Holland gra rolę tytułową.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Filmy o II wojnie światowej, które warto obejrzeć - 10 propozycji

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Szeregowiec Ryan", fot. BEW
Filmy obnażające okrucieństwo II wojny światowej to jedna z najczęstszych konwencji, do której odnoszą się twórcy. Wśród nich wyróżniamy przede wszystkim te, których fabuła oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, choć w zestawieniu najlepszych filmów o II wojnie światowej znajdziemy także wiele innych dzieł, które wyłamują się dotychczas przyjętym schematom. Oto zestawienie 10 filmów o II wojnie światowej, które koniecznie warto zobaczyć. 

"Szeregowiec Ryan"

Brak tego filmu w zestawieniu najlepszych filmów o drugiej wojnie światowej byłby ogromnym błędem, i choć większość z nas zapewne dobrze zna nagrodzoną pięcioma Oscarami produkcję Stevena Spielberga, nie sposób nie wspomnieć o niej w zestawieniu najważniejszych filmów wojennych w historii kina. Fabuła filmu oparta jest na historii ośmioosobowego oddziału amerykańskich żołnierzy, który wyrusza za linię wroga, aby odnaleźć jednego z czterech braci  Ryan (i ostatniego żyjącego) walczącego w Normandii. Sceny batalistyczne "Szeregowca Ryana" cechujące się niezwykłym realizmem i symboliką (większość scen stała się wręcz ikoniczna) zdefiniowały na nowo hollywoodzkie postrzeganie II wojny światowej, jej tragizm i okrucieństwo. Genialne role - Toma Hanksa, Matta Damona, a nawet aktorów niesłynący z wybitnych wcieleń, jak chociażby Vina Diesela, to dopełnienie całościowego obrazu ukazującego niezwykłe poświęcenie i bohaterstwo w czasie wojny.

"Pianista"

Jeden z najsłynniejszych filmów Romana Polańskiego, nagrodzony wieloma Oscarami, ze świetną tytułową rolą Adriana Brody'ego to opowieść o Władysławie Szpilmanie - polskim pianiście żydowskiego pochodzenia, który po upadku powstania warszawskiego przetrwał w opuszczonej Warszawie stając się jednym z tzw. warszawskich Robinsonów. "Pianista" to jednak nie tylko opowieść o przetrwaniu w wyniszczonej stolicy okupowanego kraju, ale także historia kapitulacji Warszawy, losów ludności żydowskiej uwięzionej w getcie, a następnie wywożonej do obozów koncentracyjnych i mordowanych, a także ogromnej osobistej tragedii jednego z najwybitniejszych kompozytorów XX wieku.

"Bękarty wojny"

Jeden z tych filmów o II wojnie światowej, który przedstawia ją w zupełnie inny sposób - pozbawiony patosu, utrzymany w konwencji czarnej komedii uwielbianej przez Quentina Tarantino. "Bękarty wojny" przedstawiają historię dwóch spisków planowanych przez grupę żydowskich żołnierzy oraz młodą francuską Żydówkę, mających na celu zabicie Adolfa Hitlera. Rozbudowany świat stworzony przez Tarantino, choć prezentuje fikcyjne wydarzenia stał się niewątpliwie kultowym. Doświadczenia drugiej wojny światowej przedstawione w krzywym zwierciadle to zupełnie inna realizacja niż znane nam dotychczas - warta zobaczenia i własnych refleksji.

"Wróg u bram"

Druga wojna z perspektywy fikcyjnego pojedynku snajperskiego Wasilija Zajcewa - radzieckiego snajpera i Erwina Königa, niemieckiego strzelca wyborowego. W tle symbolicznego pojedynku ukazano jedną z najkrwawszych bitew II wojny światowej - bitwę stalingradzką. Z kinem wojennym przeplatają się tu elementy fikcji oraz historia miłosna, która wywiązała się pomiędzy młodym i zdolnym Zajcewem a Tanią - ochotniczką z oddziałów obrony miasta, w której zakochał się również jego najlepszy przyjaciel - komisarz Daniłow. "Wróg u bram" to trzymająca w napięciu opowieść o wojnie toczącej się także pomiędzy poszczególnymi zantagonizowanymi jednostkami, walczącymi do ostatniej kropli krwi.

"Lista Schindlera"

Steven Spielberg jako specjalista od tematyki wojennej stworzył kolejny genialny film osadzony w realiach drugiej wojny światowej. Oparty na prawdziwej historii niemieckiego przedsiębiorcy Oskara Schindlera do dziś stanowi niezbity dowód na to, że postawa jednego człowieka jest w stanie odwrócić bieg ludzkich historii. "Lista Schindlera" to opowieść o tym, jak jeden człowiek zdołał uratować ponad tysiąc istnień ludzkich od zagłady. Dzięki rozległym kontaktom Schindlera z hitlerowskimi urzędnikami, sprytowi oraz licznym łapówkom, praca w jego fabryce zajmującej się produkcją amunicji ochroniła około 1100 Żydów przed wywiezieniem do obozów koncentracyjnych. Choć wraz z końcem wojny, Schindler utracił firmę i swój majątek, stał się symbolem walki o ludzkie życie, bohaterem odznaczonym przyznawanym przez Jad Waszem tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

"Katyń"

Wojenny film Andrzeja Wajdy przedstawiający zbrodnie katyńską popełnioną przez NKWD na tzw. "wrogach władzy sowieckiej" - polskich oficerach i przedstawicielach inteligencji polskiej. Dzieło Wajdy to jednak pogłębiony obraz tragedii II wojny światowej - exodus ludności cywilnej, los żołnierzy Wojska Polskiego oraz ich rodzin, cierpienie całego narodu wynikające z niemiecko-radzieckiej napaści. Temat rozstrzelania kilkudziesięciu tysięcy Polaków w Katyniu to także osobista tragedia reżysera, który podczas mordu katyńskiego stracił ojca.

"W ciemności"

Wstrząsający film w reżyserii Agnieszki Holland opowiadający historię niejakiego Leopolda Sochy, który z drobnego złodziejaszka staje się bohaterem pomagającym grupie uciekinierów z lwowskiego getta ukrywać się w kanałach. "W ciemności" to jeden z najbardziej przerażających obrazów przedstawiających okrucieństwo Holocaustu oraz tragiczne dylematy, z którymi musiała mierzyć się wówczas ludzkość. Holland do nakręcenia filmu zainspirowały prawdziwe wydarzenia opisane w książce Roberta Marshalla "W kanałach Lwowa. Heroiczna opowieść o przetrwaniu Holocaustu", które przedstawiła z wyjątkowym realizmem ukazującym rzeczywistość wojny, stawiając jednocześnie pytania o moralność w czasach zagłady.

"Życie jest piękne"

Jeden z najbardziej wzruszających filmów o II wojnie światowej, opowiadający historię niejakiego Guido, który wraz z synem i wujem zostaje wywieziony do obozu koncentracyjnego. Mężczyzna starając się odizolować ukochanego syna od obozowych okrucieństw i potwornej rzeczywistości, w której się znaleźli, przekonuje dziecko, że tak naprawdę wszyscy biorą udział w pewnej grze, w której główną nagrodą jest czołg. Guido pomimo dramatycznej sytuacji, śmieje się, żartuje i tryska humorem po to, by jego synek nie zdawał sobie sprawy, z tego gdzie jest i jaki los ich czeka i aby jego życie wciąż pozostawało piękne.

"Azyl"

Film opowiadający historię polskiego małżeństwa - państwa Żabińskich, właścicieli warszawskiego zoo, którzy w jego podziemiach ukrywali ludność żydowską uciekającą z getta. Żabińscy organizowali im fałszywe dokumenty, dawali czasowe schronienie w stajniach, szopach, a także znajdowali bezpieczne lokum na dalsze życie. Małżeństwo zaangażowane w działalność konspiracyjną podczas całej II wojny światowej uratowało życie kilkuset osobom, po wojnie zaś oboje otrzymali tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. "Azyl" to niezwykle wzruszająca historia, w tle której ukazano także niezwykłą miłość i oddanie państwa Żabińskich nie tylko w stosunku do ludzi, ale także ukochanych zwierząt, którym poświęcili życie.

"Kanał"

Dzieło Andrzeja Wajdy nakręcone 12 lat po upadku powstania warszawskiego, które stanowi jeden z najbardziej surowych obrazów ukazujących ogrom klęski i upadku walczącego miasta. Choć można pokusić się o tezę, że Wajda przedstawił w "Kanale" ogrom rozczarowania, jaki wiązał się z podjęciem decyzji o wybuchu powstania, jest to także pierwszy film poświęcony tragedii, jaka wydarzyła się w 1944 r. przeplatany metaforami dotyczącymi życia i śmierci, a także wyborów, które składają się na całość ludzkiej egzystencji. "Kanał" pozostaje jednym z najważniejszych polskich filmów o II wojnie światowej, który pomimo tego że powstał prawie 70 lat temu, zachwyca również pod względem technicznym.

 

 

  1. Kultura

Viggo Mortensen - Sami swoi

Viggo Mortensen:
Viggo Mortensen: "Każdego dnia trzeba walczyć o to, co się kocha, kim się jest, jak chce się żyć". (Fot. BEW Photo)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Viggo Mortensen nosił się z tym zamiarem  od dawna. Teraz wreszcie debiutuje jako reżyser. Przy okazji mocno się odsłania, wracając w swoim filmie „jeszcze jest czas” do wspomnień z dzieciństwa, ale też opowiadając o relacji dorosłego syna z ojcem i o godzeniu się z przeszłością.

Długo kazał pan czekać na swój reżyserski debiut.
Sam w siebie zaczynałem już wątpić. Ale też nie chciałem niczego przyspieszać, pewne historie musiały we mnie dojrzeć.

„Jeszcze jest czas” to autobiografia?
Nie, ale dotyczy mnie i mojej rodziny w znacznym stopniu. Moi rodzice rozstali się, kiedy miałem 10 lat. To był dziwny czas. Wchodziłem w wiek nastoletni, co niosło ze sobą wiele zmian, a tu jeszcze doszła transformacja rodziny. W filmie sporo jest moich własnych obserwacji. Starałem się oddać pewne trudne do uchwycenia napięcia, które towarzyszą kobiecie i mężczyźnie w tym szczególnym momencie. Posiadanie dzieci to zawsze jest próba dla związku. Założenie rodziny to test na odpowiedzialność. Nie każdy go zdaje. Ciężar odpowiedzialności doskwiera nam najmocniej właśnie w momencie rozstania. Jak nie skrzywdzić bliskich? Czy można utrzymać jakąś formę relacji? Szacunku? Mam strzępki wspomnień, zapachy łączą się z kolorami, echa rozmów uruchamiają się w mojej głowie nagle i bez kontekstu. Od dawna chciałem coś z tym zrobić, uporządkować swoje emocje i to, co jeszcze pamiętam. Zrealizowałem rodzinny dramat, mam nadzieję uniwersalny i wiarygodny. W szerszym wymiarze rzecz dotyczy rozpadu pewnych wartości czy wręcz świata, który składa się na portret dzieciństwa każdego z nas. Na pewnym etapie życia zdajesz sobie sprawę z tego, że pochodzisz z wymiaru, który już nie istnieje. Nie ma tej rzeczywistości, znajomej, bezpiecznej, bo wszystko ulega dekonstrukcji: ludzie, miejsca, emocje. I o tym jest ten film. Na pewno nie zrobiłem go po to, żeby rozliczyć się z bliskimi.

Viggo Mortensen z Lance'em Jenriksenem w filmie 'Jeszcze jest czas' (Fot. M2Films) Viggo Mortensen z Lance'em Jenriksenem w filmie "Jeszcze jest czas" (Fot. M2Films)

To raczej opowieść o wybaczaniu.
Istotnie. Grany przeze mnie bohater John Peterson chce się zaopiekować swoim ojcem [w tej roli 80-letni Lance Henriksen, znany choćby z kultowej serii „Obcy” – przyp. red.]. Willis staje się niedołężny, ma problemy z pamięcią, więc John zabiera go do siebie. Problem w tym, że nestor rodziny jest konserwatystą, a trafia do domu, w którym para gejów wychowuje adoptowaną córkę.

Różnice światopoglądowe to jedno. Tymczasem twój bohater musi mieć anielską cierpliwość do człowieka, który w przeszłości bywał nieobliczalny, agresywny, okrutny.
Filmowy Willis nie dość, że nie był dobrym ojcem, on najprawdopodobniej nie był dobrym człowiekiem. I co? Nic. John musi się z tym zmierzyć. Musi podjąć decyzję, czy chce pomagać człowiekowi o odmiennych od jego moralności i poglądach, który przy okazji skrzywdził jego matkę oraz siostrę i który, tak się składa, jest jego ojcem. Czy to czyni go współodpowiedzialnym za los niedołężnego, przerażonego i wściekłego człowieka?

Widz cały czas zastanawia się, jak można pogodzić się z tak złymi doświadczeniami, jak można coś takiego wybaczyć. Czy to w ogóle możliwe?
Nie zawsze się to udaje. Ale też gorycz czy rozpamiętywanie ran nie przynoszą ukojenia. Świadomość i zgoda na to, że nie jesteśmy w stanie nikogo zmienić, może przynieść ukojenie. Nie sama naprawa, ale właśnie zgoda na brak porozumienia bywa uwalniająca. Trzeba pozwolić ludziom odchodzić na ich własnych warunkach. Filmowy Willis wie, że popełniał w przeszłości błędy, ale nie zamierza za nie przepraszać. Jest wściekły, bo starość... No, starość nie jest dla mięczaków.

Ten starszy człowiek, jakkolwiek złośliwy i wściekły, wydaje się już kimś innym niż wszechmocny ojciec z dziecięcych wspomnień. Kimś nieszkodliwym, wymagającym opieki.
Znam wiele osób, które muszą się opiekować swoimi rodzicami. Niektórzy mają poczucie krzywdy, inni robią to z empatią i oddaniem. Ale równie często widzę fatalny stosunek młodych do starszych: traktują ich protekcjonalnie, lekceważą ich autonomię czy resztki wolności osobistej. Próbują zmieniać na siłę rodziców albo oczekują wdzięczności za okazaną pomoc. Ludzie pozostają ludźmi, do końca. To Oscar Wilde powiedział: „Nie jest problemem to, że się starzejemy. Problemem jest fakt, że pozostajemy młodzi”. Myślę, że dotknął istoty rzeczy. Pamiętajmy, że rodzice to ludzie, którzy mieli życie przed tym, zanim pojawiły się na świecie ich dzieci. I że gdy odchodzą wszyscy, z którymi łączy cię doświadczenie pokoleniowe, wspólne przeżycia i jakiś kulturowy budulec – twoje życie staje się naprawdę nieznośne.

Niejeden rodzic powinien obejrzeć „Jeszcze jest czas” jako film instruktażowy, czego unikać, wychowując dzieci. Mimo to uważam, że złożył pan hołd swojej przeszłości. Z czułością potraktował pan temat relacji między ojcem a dorosłym synem.
Przede wszystkim warto pamiętać, że dzieci pojawiają się w naszym życiu na chwilę. Nie mamy tej świadomości, gdy je wychowujemy na bardzo wczesnym etapie ich życia. Zresztą ludzie często dają się złapać w taką pułapkę myślenia, że pewne rzeczy są im dane raz na zawsze. Nic takiego, każdego dnia trzeba walczyć o to, co się kocha, kim się jest, jak chce się żyć.

Pan tak robi?
Chciałbym! Mądrzę się tu, ale w młodości przez wiele lat po prostu dryfowałem bez celu. Wiele zawdzięczam przypadkowi. Jako młody, bezczelny i naiwny gówniarz pozwalałem, żeby rzeczy po prostu się działy. Miałem szczęście. Dużo szczęścia.

Viggo Mortensen na planie filmu 'jeszcze jest czas' (Fot. M2Films) Viggo Mortensen na planie filmu "jeszcze jest czas" (Fot. M2Films)

Przypomniał mi się rok 2008. Jedliśmy z kolegą zapiekanki na dworcu Łódź Fabryczna. Głęboka noc, jedyna czynna buda z naprawdę podłym żarciem. Festiwal Camerimage trwał w najlepsze, musieliśmy się posilić i ruszaliśmy dalej w miasto. I nagle kumpel łapie mnie za ramię i szepcze: „Patrz, Aragorn!”.
[śmiech] Do Polski przyleciałem o dość późnej porze, wylądowałem chyba w Warszawie, dojechaliśmy do Łodzi około drugiej w nocy. Byliśmy jeszcze w trasie, kiedy ktoś do nas zadzwonił i uprzedził, że hotelowa restauracja jest już zamknięta. Poprosiłem kierowcę, żeby zawiózł mnie gdzieś, gdzie jeszcze o tej porze będę mógł coś zjeść. Rzucił tylko, że nie będzie to nic wykwintnego. Pokiwałem głową i parę minut później jadłem te bułki na dworcu. Ktoś mi coś zamówił, ktoś za mnie zapłacił...

Chciałam zapewnić, że zapiekanki z pieczarkami nie są kwintesencją polskiej tradycji kulinarnej, mamy też inne specjały.
A ja tamto zdarzenie wspominam bardzo dobrze. Dużo lepiej niż proszoną, formalną kolację w bardzo eleganckiej, ale nadętej restauracji, w której wszystko smakowało tak jak wszędzie indziej, w rozsianych po świecie identycznych miejscach tego typu. Właśnie w takich sytuacjach poznaje się kraj i jego mieszkańców. Żarcie rzeczywiście nie było wykwintne, ale nie w tym rzecz. Ujęła mnie prostota, serdeczność. To, że nikt nie dał mi zapłacić wtedy za siebie. Potraktowano mnie jak swojego.

To nie była pana pierwsza wizyta w Polsce. W 1994 roku zagrał pan w „Ewangelii według Harry’ego” Lecha Majewskiego.
To nie była pierwsza wizyta, ale pierwsze w życiu zapiekanki [śmiech]. Rzeczywiście odwiedzałem już wcześniej Polskę, zawodowo i prywatnie. Grając u Lecha, mieszkałem w wyjątkowym miejscu, na wydmach na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Zresztą plany Lecha Majewskiego zawsze są specyficzne, mają swój rytm, porządek. Lech jest artystą, więc wszystko, co robi, naznaczone jest jego specyficznym, autorskim odbiorem świata. Pamiętam, że czułem się wolny, mieszkając wtedy na tych wydmach.

A to prawda, że zabrał pan syna w podróż po Polsce? Że wsiedliście w pociąg i jechaliście gdzie oczy poniosą?
Mamy, czy może raczej mieliśmy, nasze męskie wyprawy. Zdarza mi się łączyć prywatne wycieczki z przygotowaniami do pracy. Na przykład przed wejściem na plan filmu „Niebezpieczna metoda” pojechałem na kilka tygodni do Wiednia. Chciałem zobaczyć i poznać ukochane przez mojego bohatera, Zygmunta Freuda, miasto. Po jakimś czasie dołączył do mnie syn. Z kolei przed realizacją filmu „Wschodnie obietnice” podróż do Rosji wydała mi się kluczowa. Najpierw odwiedziłem Moskwę i Petersburg, na moment zatrzymałem się w wiosce na Syberii. Potem wróciłem do Petersburga i tam też dołączył do mnie Henry. Zawsze miałem w sobie wielki głód odkrywania tego, co nieznane. I chciałem to zaszczepić swojemu dziecku. Nie wiem, na ile mi się to udało, ale mam poczucie, że żaden system edukacyjny nie rozbudzi w takim stopniu w młodym człowieku głodu wiedzy – nic nie może się równać z podróżami i doświadczaniem świata.

Pan do 11. roku życia mieszkał z rodzicami i dwoma braćmi między innymi w Argentynie. Po rozwodzie rodziców wróciliście z matką do Ameryki. Te przeprowadzki, życiowe zmiany pana w jakiś sposób ukształtowały?
Zawsze czułem, że mógłbym żyć wszędzie, o ile poczuję potrzebę stworzenia domu. Długo nie byłem na to gotowy. To też kwestia rytuałów, chęci odbywania drogi powrotnej w jedno miejsce albo w kilka, ale sprawdzonych. No, a potem masz dzieci i chcesz mieć je blisko przy sobie, bo po pierwsze, chcesz móc patrzeć, jak dorastają, w jakich ludzi się przeistaczają; po drugie, pragniesz dla nich tego, co najlepsze. I wierzysz, że możesz im to dać. A przy tym niejako zabezpieczyć ich przyszłość; nawet nie w sensie materialnym, chodzi o to, żeby wpoić im pewne zasady i wartości. To najlepszy kapitał na przyszłość. Ale przychodzi taki moment, kiedy widzisz, że drogi twoje i twojego dziecka po prostu się rozchodzą. I to dość szybko... Dziecko ma już swoje rytuały, „swoich ludzi”, z dnia na dzień przestajesz być kompanem pierwszego wyboru. Dobrze jest mieć wtedy coś w zanadrzu. Dobrze jest nie stracić siebie nigdy z oczu.

Co ma pan na myśli?
Nie chodzi o jakiś awaryjny plan, ale plan w ogóle. Trzeba mieć pasję, coś, co cię będzie nakręcać do życia, do odkrywania świata, do bycia ciekawym, autentycznym rodzicem. Oczywiście także zaangażowanym w dziecko, ale też w wymianę doświadczeń i potrzeb. Coś dajesz, ale i coś otrzymujesz w zamian. Prawdę mówiąc, wiele otrzymujesz. Gdy mój syn był mały, nie wyobrażałem sobie, że wyjadę na 15 miesięcy realizować „Władcę pierścieni” w Nowej Zelandii. Nie widzieć dziecka przez ponad rok? Nie brałem pod uwagę takiej możliwości. Henry przyjeżdżał do mnie, ja latałem między kontynentami. To była przygoda, inna dla każdej ze stron, ale frajda też, przeogromna. Nie robiłem tego tylko dla syna, robiłem to także dla siebie. Każdy świadomy rodzic to przyzna. Dziś mogę wspomnieć kilka ważnych, określających naszą relację doświadczeń. Obaj wspólnie, ja pewnie na nowo, poznaliśmy znaczenie takich słów, jak: „odwaga”, „lojalność” czy „strach”. Nikt mi tego nie odbierze. I żaden film nie jest mi w stanie zaoferować takich przeżyć.

Cały czas coś pana ciągnie do Europy, wraca pan tu.
Nie tyle wracam, co osiadłem tu na stałe. Mój ojciec pochodzi z Danii, gdzie mieszkałem przez jakiś czas, będąc dzieckiem. To w Europie zawsze czułem się na miejscu. Tęsknię za Ameryką, za pewnymi jej aspektami, ale niepokoi mnie kierunek obrany przez amerykańskich polityków. Nie chcę być tego częścią.

Na ile ktoś, kto kocha kino i bierze udział w różnych projektach, o dużym i małym budżecie, a przy tym jednak stroni od ludzi, znosi obecność tak wielu osób na planie?
Na ogół ten gwar, cała ta produkcyjna maszyneria mnie uwierają. Nie mam w zwyczaju bratać się z każdym na planie, ale nie dlatego, że uważam się za kogoś lepszego, po prostu bycie duszą towarzystwa nie jest moją mocną stroną. Preferuję kameralne projekty, także ze względu na spokój. Wszystkiego na tych planach jest mniej, i to dobrze. W gruncie rzeczy chodzi przecież o kino, a przynajmniej mnie o nie chodzi. Są producenci, którym zależy na pieniądzach, i są w stanie, niejako przy okazji, zrealizować dobry film. Z nimi też trzeba umieć się dogadać, co nie znaczy, że musimy razem spędzać czas po godzinach.

Viggo Mortensen
, rocznik 1958. Trzykrotnie nominowany do Oscara, ostatnio za rolę w filmie „Green Book”. Międzynarodowy rozgłos przyniosła mu rola Aragorna w ekranizacji „Władcy pierścieni”. Mówi biegle kilkoma językami, zarządza wydawnictwem Perceval Press. Mieszka w Madrycie, jego syn Henry ma 32 lata.

  1. Kultura

Agnieszka Holland została prezydentem Europejskiej Akademii Filmowej

Agnieszka Holland. (Fot. Jarek Praszkiewicz/Forum)
Agnieszka Holland. (Fot. Jarek Praszkiewicz/Forum)
Głosami 3800 członków Agnieszka Holland została wybrana nowym prezydentem Europejskiej Akademii Filmowej. Reżyserka zastąpi Wima Wendersa, niemieckiego reżysera, który sprawował ten urząd od 24 lat. 

Od 2014 do 2019 roku Agnieszka Holland była przewodniczącą Rady Europejskiej Akademii Filmowej. Teraz, głosami ponad 3800 członków Akademii, objęła urząd prezydenta Europejskiej Akademii Filmowej (EFA) i tym samym zastąpiła na tym stanowisku cenionego niemieckiego reżysera, scenarzystę i producenta Wima Wendersa, który był prezydentem Akademii od 1996 roku. Nowym dyrektorem zostanie Matthijs Wouter Knol.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez European Film Awards (@eurofilmawards)

— Aby w tych trudnych czasach ocalić twórczą moc kina niezależnego i zaangażowanie naszej widowni, musimy wykorzystać całe nasze doświadczenie i wyobraźnię. Wierzę, że Europejska Akademia Filmowa odgrywa w tej kwestii ważną rolę i jestem szczęśliwa, że mogę być jej częścią — powiedziała Agnieszka Holland.

Agnieszka Holland ma w swoim dorobku ponad 40 filmów i seriali. Jej filmy zdobywały wiele prestiżowych nagród, m.in. w Cannes, Montrealu i Berlinie. Trzy filmy jej autorstwa dostały nominacje do Oscara - „Gorzkie żniwa”, „Europa, Europa” i „W ciemności”. O kolejną nominację walczy jej najnowszy film, „Szarlatan”.

Europejska Akademia Filmowa została utworzona w 1989 roku przez swojego pierwszego prezydenta, szwedzkiego reżysera Ingmara Bergmana. Powstała, by promować europejską kinematografię i zabiegać o poparcie dla interesów Europejskiego filmu.

  1. Kultura

Hugh Grant o roli w serialu "Od nowa"

Hugh Grant: Lubię grać nieoczywistych facetów. (Fot. Jason Bell, HBO)
Hugh Grant: Lubię grać nieoczywistych facetów. (Fot. Jason Bell, HBO)
Czas mu sprzyja. Prywatnie i zawodowo. Wreszcie, jak sam mówi, nie jest tylko gwiazdą komedii romantycznych, dostaje najciekawsze role w swojej karierze. Do których zalicza się także postać Jonathana Frasera w serialu HBO „Od nowa”.

Nie dziwię się, że zagrałeś w tym serialu. Za kamerą ceniona duńska reżyserka Susanne Bier, w obsadzie między innymi legenda kina Donald Sutherland czy Nicole Kidman, świetna jako twoja żona. Plus naprawdę zakręcona historia.
Tak, chciałem zagrać w filmie reżyserowanym przez Susanne Bier. Lubię kino skandynawskie, a szczególnie scandi noir [lub nordic noir, termin dotyczy nurtu w skandynawskiej literaturze i kinie; to kryminały i thrillery, które łączy zespół cech i wątków – przyp. red.]. Donald Sutherland wniósł na plan nieco psotnego, dziecięcego humoru, który w nim uwielbiam, dzięki niemu często udawało się rozładowywać różne napięcia…

To dlaczego Nicole Kidman musiała cię z początku błagać, żebyś przyjął rolę Jonathana?
Nieprawda. To zwykłe plotki.

Czytałam o tym wielokrotnie w brytyjskiej i amerykańskiej prasie.
Szybko podjąłem decyzję na tak. Co nie znaczy, że nie miałem wątpliwości. Rozmawiałem o nich i z reżyserką, i z Nicole. Bałem się trochę, czy zdołam połączyć rodzinne obowiązki z pracą w telewizyjnym serialu. Poza tym scenariusz był przed przystąpieniem do zdjęć jeszcze wielokrotnie przerabiany. Także my, aktorzy, nie wiedzieliśmy, jak ta historia się zakończy. Bardzo trudno jest pracować nad postacią, jeśli nie wiesz, co czeka ją w finale. Jednocześnie, kiedy czytałem scenariusz, od razu, od pierwszej strony, uderzyło mnie, jak doskonale to jest napisane, jaki pomysłowy jest suspens, wyśmienicie budowane napięcie. Niesamowicie mnie wciągnął. Tak wiele z wątków musimy przyjąć tu na wiarę! Tego, że nasi bohaterowie coś zrobili lub nie, że zachowali się tak, a nie inaczej, bardzo często dowiadujemy się z relacji innych ludzi, nie widzimy na własne oczy. Nie mamy pewności, które z informacji, o jakich niby wiemy, zostały zmyślone. Kolejne warstwy prawdy i fałszu nakładają się na siebie, nie wiadomo, ile w tym wszystkim iluzji, kłamstwa, konfabulacji. Dla aktora taki materiał do zagrania to coś wspaniałego!

Hugh Grant i Nicole Kidman w serialu 'Od nowa' (Fot. materiały prasowe) Hugh Grant i Nicole Kidman w serialu "Od nowa" (Fot. materiały prasowe)

Grasz Jonathana Frasera, cenionego nowojorskiego lekarza, męża Grace, odnoszącej sukcesy terapeutki, ojca nastoletniego Henry’ego. Kiedy matka szkolnego kolegi Henry’ego zostaje brutalnie zamordowana, sprawy się komplikują. Scena po scenie okazuje się, że twój bohater niekoniecznie jest tym, za kogo się podaje. Uważasz Jonathana za nieuleczalnego krętacza? A może potrafisz jakoś usprawiedliwić jego zachowanie?
To dobre pytanie. Zastanawiałem się nad tym długo i w końcu uznałem, że Jonathan jest typem kłamcy, który wierzy w swoje kłamstwa. Nie chcę za wiele zdradzać i psuć widzom zabawy, powiem więc już tylko tyle, że mój bohater wierzy w to, co mówi w danym momencie, i w tym sensie jest szczery, autentyczny, pozostaje sobą.

To prawda, o twojej postaci trudno opowiadać, nie zdradzając zbyt wiele. Zapytam więc o inny wątek – o morderstwo. Mówiłeś, że lubisz kino noir, ale sam grałeś do tej pory przede wszystkim w pogodnych filmach. Wydajesz się sympatycznym facetem i być może dlatego tak świetnie pasujesz do tej nieoczywistej roli.
Myślę, że w każdym człowieku tkwią ciemne siły. Cywilizacja, normy społeczne i kulturowe powstrzymują nas przed drastycznymi czynami.

To dlatego wredne postacie gra się ciekawiej?
Lubię grać nieoczywistych facetów, a czarny, a raczej mroczny charakter nigdy nie jest papierowy, stwarza mi więcej możliwości.

Masz teorię, dlaczego ludzie tak uwielbiają oglądać morderstwa na ekranie? Brutalne kryminały, thrillery, horrory. Nie uważasz, że jest w tym coś niepokojącego?
Nie przeceniałbym negatywnego wpływu kina na naszą psychikę. Według mnie kino raczej pomaga rozładowywać emocje, oswajać leki. Nikt nie zabija z powodu filmu. Szekspir także pokazywał ludzkie okrucieństwo, co nie kłóci się z tym, że jego dramaty są wybitne i ponadczasowe. Filmy Tarantina, Scorsesego – zło jest fascynujące w sztuce. Odwrotnie niż w życiu.

Co ciebie w nim fascynuje?
Trudno mi odpowiadać, bo ostatnio w ogóle nie chodzę do kina ani nie oglądam telewizji. Nie mam na to czasu. Kiedy wracam z planu do domu, muszę zajmować się dziećmi. Bawić się z nimi, kąpać je, kłaść spać. Nie pracuję już tak dużo jak kiedyś. Przestałem rozumieć pracoholików, odkąd pochłania mnie życie rodzinne [śmiech].

„Od nowa” musiało być w takim razie dla ciebie wyzwaniem. Krążą legendy o tym, jak długo kręciliście ten serial.
Tak, to był dość intensywny i wyczerpujący projekt. Kręciliśmy przez prawie sześć miesięcy, nigdy wcześniej mi się coś takiego nie przydarzyło. Nie byłem przyzwyczajony do ciągnącej się aż tak długo pracy na planie. A jednak przez cały ten czas nie opuszczało mnie poczucie, że robimy coś ważnego i wysokiej jakości.

Co ze społecznym wydźwiękiem tej historii? Uważasz, że wyższym klasom społecznym, takim jak zamożne, szanowane małżeństwo Jonathana i Grace, łatwiej uchodzi zamiatanie brudów pod dywan niż tym nieuprzywilejowanym?
To stereotyp. Dziś prawie każdy z nas korzysta z Facebooka. I oto nagle każdemu, bez względu na status społeczny czy majątkowy, w ciągu jednej chwili można wykraść najbardziej wrażliwe lub kompromitujące go dane. W takiej sytuacji nie ochroni cię to, że jesteś bogaty i uprzywilejowany.

W dzisiejszym świecie wystawieni jesteśmy na pokaz. Dziś nikt nie czuje się bezpiecznie, i to nie tylko z powodu pandemii.
Nie mogę cię o to nie zapytać – w wywiadach wielokrotnie podkreślałeś, że aktorstwo coraz bardziej cię przeraża. Że myślisz o tym, czyby nie zerwać z graniem. Właściwie powtarzasz to niemal po każdym swoim filmie. I za każdym razem wracasz jednak na plan. No tak, to obciach [śmiech], wiem. Ale prawda jest taka, że w tej chwili nienawidzę aktorstwa zdecydowanie mniej niż kiedyś.

Co się zmieniło?
Wydaje mi się, że jestem dziś lepszym aktorem niż w przeszłości. Patrząc z perspektywy czasu, przyznaję, że kilka lat zmarnowałem. Niestety. Chociaż z drugiej strony – obecnie czuję się mniej rozczarowany tym, co zrobiłem wcześniej. I ta świadomość mi pomaga. Stałem się bardziej wyrozumiały dla siebie i swoich błędów [śmiech]. Zmieniam się, przechodzę przez różne etapy życia. W wieku 60 lat nie jestem tym samym człowiekiem, którym byłem, mając dwudziestkę czy trzydziestkę. I całe szczęście. Inaczej podchodzę do moich ról, do Jonathana także. Zresztą nie dostałbym takiej roli, gdybym był młodszy.

Zwróciłam uwagę na zbliżenia. W „Od nowa” kamera chętnie pokazuje cię z bardzo, bardzo bliska. Oglądałam to i myślałam, że dla aktora to musi być trudne. Widać przecież każdą zmarszczkę, każde mrugnięcie.
Wielu ludzi w momencie, kiedy obiektyw kamery kieruje się w stronę ich twarzy, wygląda dziwacznie, nienaturalnie, nie mogą pozbyć się świadomości tego, że są rejestrowani. To jest właśnie jeden z najtrudniejszych fragmentów mojej pracy, w ciągu zaledwie kilku sekund musisz skupić na sobie uwagę. Na spojrzeniu, grymasie. Wiem, że niektórzy aktorzy to kochają. Taka na przykład Juliette Binoche jak mało kto potrafi oddać najsubtelniejsze emocje, milcząc. Wyrazem oczu, uśmiechem. Robi to w taki naturalny, niewystudiowany sposób! Tymczasem większość aktorów, w tym także ja, musi nad tym sporo popracować. Żeby zagrać twarzą, trzeba stworzyć sobie w głowie emocjonalną mapę i po niej się poruszać. Mój egzemplarz scenariusza serialu „Od nowa” jest pełen notatek, uwag, myśli, pomysłów do każdej milczącej sceny, zwłaszcza do zbliżeń na twarz. Jeśli tego nie przepracujesz, nie osiągniesz samoświadomości. Od niedawna mam zwyczaj, że przed takimi trudnymi scenami specjalnie wstaję wcześniej rano i biegam. Resetuję myśli, oczyszczam się na przyjęcie tych wszystkich emocji. To bardzo pomaga.

Rozmawiamy w wyjątkowo niepewnych dla branży filmowej czasach. Jak myślisz, w jakim kierunku pójdzie kino? Wyobrażasz sobie świat, w którym wszyscy będziemy oglądać filmy tylko online w domu?
Teraz ludzie boją się chodzić do kin z powodu pandemii, a więc zostają w domach i korzystają z platform VOD. Wiadomo, to jest też tańsze i wygodniejsze, nie trzeba kupować biletów, nie musimy nigdzie się ruszać. Coraz więcej ludzi z branży filmowej robi telewizję. Tak sobie jednak myślę, że za jakiś czas zatęsknimy za wspólnym przeżywaniem emocji w kinie. Przynajmniej niektórzy z nas. 

Hugh Grant, rocznik 1960. Gwiazda takich filmów, jak „Cztery wesela i pogrzeb” czy „Notting Hill”. W 2015 roku po dłuższej przerwie zagrał między innymi w „Boskiej Florence”. Od dwóch lat jest żonaty ze szwedzką producentką Anną Elisabet Eberstein. Mają trójkę dzieci. Grant jest też ojcem dwojga z innego związku.

  1. Kultura

Nie żyje Wojciech Pszoniak. Wybitny aktor miał 78 lat

Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)
Wojciech Pszoniak. (Fot. Rafał Guz/Forum)
Żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich aktorów. Wojciech Pszoniak zmarł dziś rano, w wieku 78 lat. Zmagał się z chorobą nowotworową. Przypominamy wywiad, którego udzielił kilka lat temu na łamach naszego pisma.

W książce „Aktor”, którą napisałeś wraz z Michałem Komarem, opowiadasz, że będąc dzieckiem, czułeś straszliwą samotność. Chciałeś nawet popełnić samobójstwo.
Miałem 13 lat, kiedy umarł ojciec. To jest wiek, w którym spod ciepłych skrzydeł matki chłopca przejmuje właśnie ojciec. Czas inicjacji. Ja jej nie miałem. W związku z tym czułem się niezwykle samotny. Byłem najsamotniejszym człowiekiem na świecie. To było tragiczne.

A koledzy? Nie miałeś w nich wsparcia?
Nie miałem ich, bo nigdy nie miałem potrzeby kumplowania się, i do dziś nie mam. Nie udało mi się umrzeć, więc musiałem zdecydować co dalej.

Nie udało ci się umrzeć, bo…
Raz się nie udało, bo pociąg przejechał nie po tych torach. Następnym razem postanowiłem w nocy wejść na stalowe wieżyczki, na których umieszczone były semafory. Już wspiąłem się na nie z paskiem, ale przegonił mnie dróżnik i zwiałem. Widocznie to był mój anioł stróż czy może inny wysłannik Pana Boga, nie wiem. Trzeci raz już nie próbowałem.

Trzeci raz to poszedłeś do wojska z własnej woli jako 13-latek. Stałeś się kadetem.
I przeżyłem tam dwa lata. To był zupełnie obcy mi świat – ludzie, ich mentalność, sposób zachowania się. Wszystko było inne niż w moim domu.

O wojsku mówiło się kiedyś pompatycznie: szkoła życia.
O tak. Ale właśnie tam pojąłem, że to świat, w którym nie chcę żyć. Świat, który mnie nie interesuje, świat, którego nie rozumiem. Wiedziałem, że muszę z tego świata uciekać.

Dokąd?
Wiedziałem, skąd mam uciec, ale jeszcze nie wiedziałem dokąd. To był najważniejszy moment w moim życiu.

A kiedy zdecydowałeś, że zostaniesz aktorem?
Poznałem wielu starszych ludzi, którzy narzekali, że podjęli złe wybory w swoim życiu. A ja chciałem dokonać właściwego i ciągle szukałem. A że byłem omnibusem, to próbowałem różnych rzeczy: latałem na szybowcach, skakałem ze spadochronem, grałem na instrumentach, marzyłem też o wyprawie w Himalaje. W pewnym momencie pomyślałem o aktorstwie, być może też dlatego, że mój starszy brat Antoni już był aktorem. Nie miałem ojca, więc wzorowałem się na nim. Próbowałem, ale nie byłem pewny, czy to jest to. Grałem w teatrze amatorskim. Dobrze, ale stale mi czegoś brakowało.

Spotkałeś wtedy wybitnego poetę i pisarza Tadeusza Różewicza.
Został opiekunem naszego teatru i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Latem zapraszaliśmy go na Mazury, gdzie żeglowaliśmy. Człowiek, szczególnie młody, rzadko zdaje sobie sprawę z wagi takiego zdarzenia. A dzisiaj mogę powiedzieć, że bez spotkania Różewicza na pewno byłbym inny. Kompletnie inny.

Pamiętasz, co wtedy do ciebie mówił?
Najważniejsza rzecz, którą mi powiedział, to, żebym spróbował opisać, sformułować, co to jest sztuka aktorska. Nigdy nie słyszałem takiego pytania. A ono było bardzo ważne i zmieniło mój punkt widzenia na aktorstwo, w ogóle na sztukę.

Odpowiedziałeś?
Do dziś nie wiem i wciąż mnie to nurtuje i fascynuje. Przyglądam się moim studentom, sobie. Piszę na ten temat. Myślę o tym dzięki Tadeuszowi.

Intuicyjnie wiesz, kiedy masz do czynienia ze sztuką w aktorstwie, a kiedy z rzemiosłem?
Oczywiście. Rzemiosło nie ma nic wspólnego ze sztuką. Zresztą nie lubię tego słowa. Dlatego prowokacyjnie mówię o sobie jako o niezawodowym aktorze. Podobnie jak nie można być zawodowym księdzem czy poetą, tak nie można być zawodowym artystą. Bywam aktorem albo czekam, żeby nim być.

W swoich wierszach także zmagasz się z tematem sztuki aktorskiej. „Aktorstwo / odkrywanie czegoś z bijącym sercem / zabawa w chowanego w ciemnych piwnicach / gruzach / jak w dzieciństwie”. Aktor sięga do doświadczenia bycia dzieckiem?
Myślę, że w sztuce człowiek, który nie zatrzymał w sobie dziecka, nie istnieje. Tylko dziecko ma dar korzystania z wyobraźni, z wchodzenia w inną rzeczywistość. To jest też coś najcenniejszego dla artysty. Dziecko jest niesamowicie otwarte, a sztuka to bezinteresowne otwieranie się. Na te momenty się czeka.

Zagrałeś wiele wybitnych ról. Przy każdym budowaniu roli – Korczaka, Robespierre’a czy Puka – zaczynałeś od otwarcia się na postać?
Nie ma jednej metody. Wiem na pewno, że muszę mieć natchnienie, kontemplować. To jest rodzaj wchodzenia w rzeczywistość postaci, którą gram, w świat, w którym mam się znaleźć. Chodzę ulicami, prowadzę samochód, rozmawiam z ludźmi, ale powoli wkraczam w tę inną rzeczywistość. Jeżeli takiego stanu nie udaje mi się szybko osiągnąć, to boję się i bardzo się denerwuję. Nie mogę jednak tego przyspieszyć. Paradoksalnie praca aktora odbywa się głównie w samotności. W domu nie ma nikogo: nie ma widza, nie ma reżysera. Jest się tylko ze sobą. A kto może wiedzieć lepiej, czy kłamię, czy mówię prawdę, niż ja sam.

W innym wierszu piszesz: „Sztuka aktorska – ciągła podróż poszukiwanie zdobywanie podróż w siebie w innych poszukiwanie zdobywanie prawdy nie mógłbym chyba zagrać Hitlera nie umiałbym szukać w nim człowieka”. Zawsze szukasz człowieka?
Wyłącznie. Nie można zagrać stolarza, ślusarza, działacza partyjnego, Żyda, Polaka. Gra się człowieka bez względu na to, jaki wykonuje zawód czy jakiej jest narodowości. Praca nad rolą zaczyna się od człowieka i na człowieku się kończy. Jeśli jest inaczej, to nie ma to nic wspólnego ze sztuką.

Jak dobierałeś się do postaci Piotra Wierchowieńskiego w sztuce „Biesy”?
To była fascynująca praca z Wajdą w krakowskim Starym Teatrze. Ale i  dramatyczna ze względu na Dostojewskiego, który jest dla mnie niebezpiecznym autorem, bo dotyka bardzo mrocznych i przerażających stron człowieka. Ten Wierchowieński był dla mnie wyzwaniem. Byłem młodym człowiekiem, który nie poczuł jeszcze, czym jest prawdziwe zło. Czułem, że bez tego doświadczenia nie będę mógł tej roli zagrać. Musiałem to uruchomić w sobie. I udało się, bo znalazłem taki moment w moim życiu.

Gdzie to znalazłeś?
Moja matka bardzo pilnowała reguł, którymi powinien kierować się młody człowiek. Któregoś dnia odwiedziła mnie koleżanka. Było już po dziesiątej wieczorem. Siedzieliśmy grzecznie, słuchając muzyki z magnetofonu. Do pokoju wpadła matka i zakończyła nasze zupełnie niewinne spotkanie. Kiedy koleżanka wyszła, matka wygadywała rzeczy, których przykro było słuchać. Na przykład że tak się tylko prostytutki zachowują. Potem nieustannie do tego wracała. I pewnego dnia, kiedy kolejny raz to powtórzyła, wziąłem magnetofon, który był wielki i ciężki, i chciałem nim w nią rzucić. Chciałem ją zabić. Po prostu zabić. No, ale dobrze wychowany chłopak nie zabija swojej matki. Zresztą zawsze miałem konflikt z matką, która próbowała mnie złamać. Miała silny charakter, ale jej się nie udało. Tamto zdarzenie utkwiło we mnie. I kiedy pracowałem nad rolą Wierchowieńskiego, przy której męczyłem się niemiłosiernie, nagle wyciągnąłem tamto zdarzenie z głębokiej pamięci. I wtedy już wiedziałem, co to za postać.

Zawsze przy budowaniu roli szukasz wskazówek w sobie?
Nie można zagrać kogoś innego. Można kogoś naśladować, zrobić czyjąś karykaturę, skopiować. Ale nie o to chodzi. Żeby stworzyć postać, trzeba czerpać z siebie. Nie ma innej możliwości, wszystko inne jest albo udawaniem, albo lękiem przed sobą. Sztuka w ogóle jest wynikiem tego, kim artysta jest. Nie warto być aktorem, żeby udawać.

Były role, których na początku nie chciałeś się podjąć. Na przykład Robespierre’a. Dlaczego?
Nie znałem takich ludzi, takich konstrukcji psychicznych. Nie wiem, może gdybym znał kogoś z NKWD, jakiegoś oficera UB, jakiegoś fanatyka, Dzierżyńskiego…

Ale Gomułkę zagrałeś?
Ale to jest inny wymiar. Gomułka to jest mały pikuś w stosunku do Robespierre’a.

Kiedy zdecydowałeś, że jednak zagrasz tę rolę?
Miałem zaufanie zarówno do Zygmunta Hübnera, ówczesnego dyrektora Teatru Powszechnego w Warszawie, jak i do Andrzeja Wajdy, z którym już wcześniej wiele razy pracowałem. Oni przekonali mnie, że to jest rola dla mnie. Zapytałem tylko, jakie racje za tym przemawiają, dlaczego oni uważają, że to jest dla mnie. Może jest coś, czego ja w sobie nie widzę? No i zacząłem szukać, aż znalazłem w sobie pewną skłonność do idealizmu, ale też jakiś rodzaj perfekcjonizmu. Mam też tendencję do porządkowania świata, by był lepszy, ale też potrzebę porządkowania siebie. I od tego zacząłem myślenie o roli. Potem musiałem zlikwidować w sobie tego ruchliwego Pszoniaka, który mi przeszkadzał…

Usprawiedliwiasz człowieka z jego zła?
Nigdy nie oceniam. Aktor nie jest prokuratorem, nie jest sędzią.

Kolejną nieoczywistą dla ciebie rolą była postać Korczaka.
Korczak to trudny temat. To, co jest najbardziej spektakularne w jego życiu, to śmierć z dziećmi w komorze gazowej. A co z resztą? Kiedy Wajda zaproponował mi tę rolę, zastanawiałem się, co mam z nią zrobić. Gdzie mam szukać? Zacząłem, oczywiście, czytać różne książki Korczaka, ale też to, co o nim napisano. Nic mi to nie dawało, odrzuciłem te wszystkie lektury. Pochyliłem się nad „Pamiętnikiem z getta”. I dopiero po jego przeczytaniu poczułem i zrozumiałem, w którym kierunku mam iść. Próbowałem pójść do gazu razem z Korczakiem. Musiałem to przeżyć. Bo to jest rola nie do zagrania. Tego nie można zagrać. I ja tam nie gram. Do tego stopnia ta postać weszła we mnie czy ja w tę postać, że przez kilka lat, gdy dziennikarze pytali mnie o Korczaka, to w ogóle nie mogłem o tym mówić.

Miałeś traumę?
Tak. Teraz mi się tak zrobiło…

Poczułeś dreszcz?
Wróciło wspomnienie. Z roli wyszedłem tuż po zdjęciach, ale na sam sygnał: Korczak, to tak jak w tej chwili… To zostaje na zawsze. Chcę powiedzieć, że dużo daję z siebie postaciom, które gram, ale też te postacie zostawiają we mnie ślad.

To są ogromne emocje.
Widocznie mam potrzebę głębokiego przeżywania jako człowiek i w związku z tym tego szukam w sztuce. Przecież nikt mi tego nie każe robić.

Twoja droga sztuki aktorskiej zaczęła się niefortunnie. Nie zostałeś przyjęty do szkoły teatralnej w Warszawie. Egzaminatorzy podali jakieś zdumiewające powody tej decyzji. Zauważyli nawet jakieś wady wymowy.
Myślę, że byli zmęczeni. Teraz jako pedagog wiem, co to znaczy. Tamtego dnia przyszedł jakiś blondynek, który nie zrobił na nich wrażenia. Ale to dla mnie była fantastyczna lekcja, bo dzięki niej jestem bardzo uważny przy rekrutacji młodych ludzi do szkoły teatralnej.

Uparłeś się i skończyłeś studia w Krakowie. Podczas nich nie chałturzyłeś tak jak koledzy, żeby zarobić na życie. Zdarzało ci się znowu głodować jak w dzieciństwie, kiedy ze Lwowa po wojnie przyjechałeś z rodziną do Gliwic.
Na wakacjach pracowałem jako pomocnik zaopatrzeniowca w studenckim ośrodku żeglarskim w Giżycku, bo nie chciałem chałturzyć. Uważałem, i nadal tak uważam, że sztuka aktorska to jest moje święto. A ja potrzebuję święta. To jest najcenniejsze i chcę to szanować. Bez tego nie byłbym aktorem.

Mogłeś stracić życie w debiucie filmowym.
Kręciliśmy w Łodzi niewielki epizod na szczycie komina fabrycznego. Wszedłem tam. Lęku wysokości nie miałem, bo przecież byłem pilotem i spadochroniarzem. Pirotechnik, który był tam ze mną, odpalał jakiś ładunek, żeby stworzyć wrażenie wydobywającego się z komina dymu. Niestety, był porywisty wiatr i tak się rozhajcowało, że ten komin, na którym stałem, zapalił się. I ten cwaniak pirotechnik krzyczy do mnie: „Skacz pan!”. Jakbym skoczył, toby mnie już nie było.

Przestraszyłeś się?
Niewiele myśląc, rzuciłem się w ogień i zacząłem schodzić. Pirotechnik i strażak za mną. Gorąca smoła kapała na mnie. Miałem ręce do łokci poparzone, bo metalowe klamry w sekundę się rozgrzały. Kiedy wreszcie zszedłem, odesłali mnie na pogotowie, a potem, obandażowanego, wysłali pociągiem do Krakowa. Opowiadałem o tym, jak wyglądał mój debiut filmowy, moim przyjaciołom za granicą i oni chyba mi nie uwierzyli. Myśleli, że zmyślam.

Wróćmy do Wajdy. Grasz u niego kolejne role i nagle stajesz się znany na świecie. To są wtedy nieciekawe czasy dla Polski. W stanie wojennym, gdy miałeś wyjechać do Paryża na zdjęcia do francusko-polskiego filmu „Danton”, by zagrać Robespierre’a, twojej żonie odmówiono paszportu. Były dylematy, co zrobić?
Żadnych. Pomyślałem sobie, że wobec tego nie zagram tej roli. Jak mógłbym Basię zostawić? Nie pojechałbym bez niej. Poznałem ją dzięki Danusi Rinn, z którą się przyjaźniła, a z którą występowałem w Kabarecie pod Egidą. Po spektaklu poszliśmy razem na kolację. I tak jesteśmy z sobą 40 lat. Powiedziałem Wajdzie, który już był w Paryżu, że nie jeżdżę bez żony. Zawsze podróżujemy wspólnie, czy się to partii podoba, czy nie. Podjąłem taką decyzję bez żalu.

Pomógł wam…
Generał Kiszczak. Szukałem kogoś, kto mógłby pomóc. Prosiłem o pomoc wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, którego żoną była moja koleżanka aktorka Ela Kępińska. Ale on się rozchorował i przekazał moją prośbę Kiszczakowi, który zadzwonił i zapytał: „Dlaczego pan do mnie nie przyszedł?”. Powiedziałem: „Panie ministrze, nie mam zwyczaju chodzić do ministrów spraw wewnętrznych, a szczególnie w stanie wojennym”. Na to on: „Niech pan nie przesadza”. Basia dostała paszport.

Wyjeżdżaliście na dłużej niż tylko na czas kręcenia filmu?
W ogóle nie miałem zamiaru wyjeżdżać na zawsze. Grałem już wcześniej we Francji m.in. z Gérardem Depardieu, z Danielem Olbrychskim, z Andrzejem Sewerynem. Rzeczywistość stanu wojennego w Polsce była okropna, ale o wyjeździe na stałe nie myślałem. Jednak potem już dostawałem propozycje jedna po drugiej. A życia się przecież nie wyreżyseruje.

Pamiętano cię przecież z „Ziemi obiecanej”. Ale kiedy po raz pierwszy pojechałeś grać po francusku, nie znałeś w tym języku wielu słów.
Uczyłem się francuskiego w liceum muzycznym i potem na studiach. Będąc aktorem, chodziłem na lekcje do Instytutu Francuskiego, jakby z przeczucia. No, ale trudno powiedzieć, że znałem język.

Jak można grać w języku, którego się nie zna?
Dostałem list od francuskiego reżysera, który widział „Ziemię obiecaną”. Reżyser chciał ze mną rozmawiać telefonicznie, więc moja żona ze swoją siostrą Bogusią, z wykształcenia romanistką, ułożyły odpowiedzi na potencjalne pytania i zapisały je na kartkach. Nauczyłem się je czytać i kiedy rozmawiałem z nim na głośnomówiącym telefonie, to Bogusia wskazywała na odpowiednie odpowiedzi. I udało się. Potem nauczyłem się na pamięć roli.

Czy on kiedykolwiek zorientował się, że nie znasz języka?
Nie, ale kiedy graliśmy już ostatni spektakl w Lozannie, reżyser przyszedł do garderoby, by mi podziękować. A ja się już wtedy kompletnie rozluźniłem i zacząłem mówić po francusku ze strasznymi błędami. Zdumiony reżyser zwrócił się na to do mojej żony: „Dziwne z tym Wojtkiem, przecież on na początku mówił dużo lepiej niż teraz”. Nie zorientował się nigdy.

A ty sam nigdy nie bałeś się, że odkryją twoją tajemnicę?
Oni mnie nie znali. Nie wiedzieli, jaki jestem, że lubię mówić, że jestem gaduła. Nazywali mnie Poźniak, bo nie mogli wymówić „Pszoniak”. Może nawet coś przeczuwali, ale Francuzi są bardzo mili i kulturalni. Jak widzisz, musiałem grać dwie role, jedną w sztuce Petera Handkego, a drugą rolę w życiu, i udawać, że wiem, co do mnie mówią, i wszystko rozumiem. Próby w teatrze trwały po dziesięć godzin, po których wracałem do domu i padałem nieżywy. Taki byłem zmęczony graniem tych dwóch ról, że moja żona nawet chciała wyjechać, bo się obawiała, że już nigdy się do niej nie odezwę. A ja przez dziesięć godzin słyszałem tylko bulgot i zupełnie nie wiedziałem, co mówią. I tak przez dwa miesiące.

Grałeś też po angielsku na West Endzie w Londynie.
To już było łatwiejsze. Szczerze mówiąc, nie chciałem grać po angielsku. Granie w obcym języku jest trudne. Bardzo trudne. Ale ponieważ przeżyłem granie po francusku, to mógłbym też grać nawet po japońsku. To doświadczenie pokazało mi, że w sztuce aktorskiej słowo nie jest najważniejsze.

A co?
Teatr nie jest miejscem, gdzie odbywa się wymiana intelektualna. Teatr jest miejscem, w którym muszą być emocje. Kiedy ich brak, nie ma teatru. Przecież człowiek z człowiekiem porozumiewa się również poza słowami.

Kiedy się przygotowujesz do premiery, wchodzisz w trudny czas…
Wtedy gotuję, słucham muzyki. I tu znajduję relaks. Zawsze towarzyszyła i do dziś towarzyszy mi trema.

Czym się ona objawia?
Kiedy gram monodram „Belfer”, już dwa dni przed występem zaczynam być niespokojny, a w dniu, w którym gram, w ogóle niczego nie robię. Kiedy grałem w teatrze w Londynie, a tam spektakle zaczynają się o godzinie 21, to już o 17 byłem w swojej garderobie i się wyciszałem.

Ta trema jest budująca czy destrukcyjna?
Nie miewam tremy paraliżującej. Odwrotnie – to jest śluza psychiczna.

Kiedy zdarzy ci się w teatrze zapomnieć słów, ratujesz się sam czy czekasz na pomoc kolegów?
Zawsze sobie daję radę sam. Na Zachodzie gra się bez suflera. Również mój monodram jest bez suflera. Jeżeli się wie, co ma się grać, jeżeli zna się sensy tego, co ma być wypowiedziane, można łatwo wybrnąć z trudnej sytuacji. Kiedyś, gdy grałem Papkina w „Zemście” Fredry, zapomniałem słów, ale starałem się utrzymać rytm i mówić do rymu. Szybko wskoczyłem w wiersz i dostałem brawa. Przecież wszyscy na sali znali ten tekst na pamięć. Ale ja nie mogłem przerwać, bo wyszedłbym z postaci.

Gdy patrzysz wstecz, czujesz, że los dał ci więcej, niż mogłeś oczekiwać? Czy raczej ty od tego losu wydarłeś to, co chciałeś?
Nigdy niczego nie wydzierałem. Myślę, że bardzo dużo dostałem. Czuję się obdarowany. Ale mam poczucie, że nie skorzystałem z tego wszystkiego, co dostałem. Że mógłbym dużo, dużo więcej z siebie dać.

Masz poczucie zaniechania?
Nie. Przecież nie jestem leniwy, ale może mógłbym więcej dobrych rzeczy jeszcze zrobić. Nie mówię o rolach. Pytasz mnie, czy wykorzystałem to wszystko, co dostałem? Chyba nie.

Więc jesteś otwarty na nowe zadania?
Tak. Nawet zacząłem się uczyć grać na wiolonczeli. Dla siebie.

Próżność ma coś z tobą wspólnego?
Naturalnie. Ale to jest taka próżność kontrolowana.

Lubisz, jak cię chwalą…
Nie, nie, nie! Najmniej się sobą zajmuję. Lubię, gdy to, co chcę powiedzieć, co chcę przekazać, jest dobrze zrozumiane i odczytane. To mi sprawia niesamowitą satysfakcję.

Dużo jest w tobie sybaryty?
Kocham życie! Dzięki temu, że jestem aktorem, inaczej je odbieram. To nie tylko wychodzenie na scenę i robienie min lepszych czy gorszych. Aktorstwo to więź ze światem i rozumienie go. Czuję ludzi, nawet nie muszę patrzeć.

Grałeś u boku wybitnych aktorów znanych na całym świecie: Gérarda Depardieu, Liv Ullmann, Michela Piccolego, Serge’a Reggianiego, Simone Signoret, Colina Firtha i wielu innych…
Dobry aktor jako partner stymuluje. Jedna rzecz jest trudna w sztuce aktorskiej, kiedy się trafia na złego aktora. Kiedy między mną a nim nie ma przepływu. Tego się boję. Bardzo często, patrząc na innych, zadaję sobie pytanie: po co on jest aktorem? Ale jest też wielu, o których wiem, dlaczego nimi zostali. Wiem, bo widzę. I cieszę się, kiedy zobaczę wspaniałą rolę, bo myślę, że widownia też czuje to co ja.

Nazwałbyś siebie artystą spełnionym?
Nie czuję się spełniony. Bo chciałbym opowiedzieć wszystko o człowieku. A to jest niemożliwe. A mam taką tęsknotę. Człowiek – to jest najważniejsze i najpiękniejsze.

A bywa najstraszniejsze.
To prawda. Jestem po lekturze książki o Himmlerze, niedługo będę czytać biografię Goebbelsa – to są te straszne głębie. Ale też zupełnie inne głębie mogą występować w kabarecie. Lubię się wygłupiać. Przecież kiedy człowiek jest radosny i szczęśliwy, też jest głęboko. Chaplin jest moim absolutnym idolem. Jestem zakochany w komikach, w klaunach. To jest mój świat.

Cyrk jest ci bliski?
Uwielbiam. Artysta w cyrku jest solą teatru. Zachwycam się cyrkiem. Ale to klaun jest moim najbliższym przyjacielem…

Nie chce ci się płakać, kiedy widzisz klauna?
Tak. Właśnie dlatego.

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".