1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Orły 2020: bezkonkurencyjne "Boże Ciało"

Orły 2020: bezkonkurencyjne "Boże Ciało"

Bartosz Bielenia oraz Eliza Rycembel z nagrodami (fot. BEW)
Bartosz Bielenia oraz Eliza Rycembel z nagrodami (fot. BEW)
Za nami Orły 2020, czyli wręczenie nagród Polskiej Akademii Filmowej, nazywanych polskimi Oscarami. W tym roku niepokonany okazał się polski kandydat do prawdziwych nagród Akademii Filmowej, czyli "Boże Ciało", a nagrodę za osiągnięcia życia otrzymała jedna z najwybitniejszych aktorek - Maja Komorowska. 

Dotychczas nie udało się to żadnemu innemu filmowi. "Boże Ciało" Jana Komasy zdobyło aż 11 statuetek. - Od samego początku chcieliśmy zrobić film, który będzie łączył, a nie dzielił - podkreślił na scenie Jan Komasa, który ustanowił w tym roku historyczny wynik. "Boże Ciało" zdobyło nagrody m.in. w kategorii najlepszy film, najlepszy scenariusz, najlepsza reżyseria, najlepsze zdjęcia oraz nagrodę publiczności. Statuetkę otrzymali również aktorzy wcielający się w głównych bohaterów: Bartosz Bielenia oraz Aleksandra Konieczna.

Dwie statuetki przyznane zostały filmom: "Pan T." - za najlepszą scenografię i najlepsze kostiumy oraz "Ikar. Legenda Mietka Kosza", który otrzymał nagrodę w kategorii najlepsza muzyka i najlepszy dźwięk. Najlepszym filmem dokumentalnym okrzyknięto "Tylko nie mów nikomu" w reżyserii Tomasza Sekielskiego.

Bracia Sekielscy z nagrodą za najlepszy dokument. (fot. BEW) Bracia Sekielscy z nagrodą za najlepszy dokument. (fot. BEW)

W tym roku nagrodę za osiągnięcia życia przyznano jednej z najwybitniejszych polskich aktorek - Mai Komorowskiej, znanej i uwielbianej dzięki niezapomnianym kreacjom w filmach Krzysztofa Zanussiego, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Kieślowskiego, Tadeusza Konwickiego, Edwarda Żebrowskiego. Skromna w życiu prywatnym, na scenie posiada ogromną charyzmę i siłę ekspresji.

Wśród gości nie zabrakło największych gwiazd polskiego kina i teatru: Agnieszki Holland, Agaty Buzek, Agaty Kuleszy, Pawła Wilczaka, Magdaleny Cieleckiej, Marty Żmudy Trzebiatowskiej, Andrzeja Chyry i wielu innych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Paszporty Polityki 2019 rozdane - oto lista laureatów

Gala rozdania Paszportów Polityki 2019. Na zdjęciu: Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Weronika Gęsicka i Olga Tokarczuk. (Fot. Agencja Forum)
Gala rozdania Paszportów Polityki 2019. Na zdjęciu: Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Weronika Gęsicka i Olga Tokarczuk. (Fot. Agencja Forum)
Tegoroczna gala Paszportów Polityki za nami. Nagrody przyznano w siedmiu osobnych kategoriach, a ceremonia wręczenia odbyła się we wtorek 14 stycznia w Teatrze Wielkim. Kogo w tym roku wyróżnił tygodnik "Polityka"? Oto pełna lista laureatów. 

Paszporty Polityki to prestiżowa nagroda kulturalna przyznawana rokrocznie przez tygodnik "Polityka". Wyróżnienia te otrzymują wybitni Polacy, których działalność przyczynia się do rozwoju polskiej kultury i sztuki. Nagroda przyznawana jest twórcom w siedmiu kategoriach: literatura, film, teatr, muzyka popularna, muzyka poważna, sztuki wizualne i kultura cyfrowa. Pierwsze Paszporty wręczono w 1993 roku.

"Paszport został wymyślony dla artystów, których talent przekracza średnie polskie normy i przestaje się mieścić w naszych geograficznych granicach"
Zwycięzcami 27. edycji Paszportów Polityki zostali Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Dominika Słowik, Weronika Gęsicka, Jakub Józef Orliński, Błażej Król, Dawid Ciślak. Nagrodę specjalną "Kreatora kultury" otrzymała noblistka Olga Tokarczuk.

Paszporty Polityki 2019 - pełna lista zwycięzców

Kreator kultury: Olga Tokarczuk. Nagroda za siłę płynącą z literatury. Za książki wyprzedzające swój czas – tak jak powieść „Bieguni”, która w przekładzie angielskim po 10 latach stała się ważnym głosem o współczesności. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” także święci triumfy na świecie po kilku latach od wydania w Polsce. Za sposób pisania, który sprawia, że książki o historii stają się zarazem opowieściami o naszym świecie. Za patrzenie w przyszłość, nie tylko samej literatury, ale naszej planety. I za „czułego narratora” oraz radość z Nagrody Nobla, która była dla nas w Polsce wielkim prezentem w trudnym czasie.

Film: Bartosz Bielenia. Ukończył Akademię Sztuk Teatralnych w Krakowie. Niepokojący, androgyniczny, niezdefiniowany, osobny. Trudno opisać fenomen tego młodego aktora. Znany był do tej pory z drugoplanowych ról kinowych. Dopiero brawurowy występ w „Bożym Ciele” Jana Komasy w pełni ujawnił jego ogromny potencjał. Mówi się o nim "aktorski kameleon". Jest laureatem nagród na festiwalach w Sztokholmie i Chicago.

Teatr: Weronika Szczawińska. Absolwentka reżyserii w warszawskiej Akademii Teatralnej, posiadaczka doktoratu obronionego w Instytucie Sztuki PAN. Jest reżyserką, dramaturżką i performerką, ale też wykładowczynią Akademii Teatralnej, kuratorką sezonu w Komunie Warszawa i współzałożycielką kolektywu działającego w ramach Instytutu Sztuk Performatywnych. Szczawińska to artystka-instytucja. Nagrodę otrzymała za „Nigdy więcej wojny”, „Rozmowę o drzewach” oraz „Po prostu”.

Literatura: Dominika Słowik. Jedna  z najciekawszych pisarek młodego pokolenia. Zadebiutowała, mając 26 lat, powieścią „Atlas: Doppelganger”. Po 4 latach od debiutu nominację do Paszportu Polityki przyniosła jej powieść „Zimowla” (Wyd. Znak). Ten thriller z elementami opowieści grozy to ciekawy obraz historii najnowszej – lat 80. i 90. Polska jest tu krainą cudów i oczekiwania na cuda, a myślenie magiczne okazuje się zasadą istnienia całego kraju. Przewrotność tej książki polega też na tym, że za zagadkami niekoniecznie kryją się siły nadprzyrodzone.

Muzyka popularna: Błażej Król. Kompozytor, autor tekstów, gitarzysta i wokalista. Jest dziś najbardziej znaną postacią ważnego w ostatnich latach gorzowskiego środowiska muzycznego. Był laureatem Nagrody im. Grzegorza Ciechowskiego (2015 r.), do którego wielokrotnie go porównywano. Podobnie jak do Lecha Janerki, do którego stylistyki nawiązywał w albumie „Wij”. Pisze utwory o zwartej formie, lekkim i melodyjnym charakterze, z surrealistycznymi, często niepokojącymi tekstami. Słowa jego piosenek biorą się, jak sam mówi, z kartek, które zbiera i przechowuje jego żona Iwona.

Muzyka poważna: Jakub Józef Orliński. Studiował na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Uczęszczał do Akademii Operowej przy Operze Narodowej, a dzięki stypendium otrzymanym od Fulbright Polska odbył studia podyplomowe w nowojorskiej The Juilliard School of Music. Laureat wielu międzynarodowych konkursów. Właśnie ukazała się druga jego płyta – „Facce d’amore”. Otrzymał tytuł Młodego Artysty Roku od brytyjskiego „Gramophone” oraz Koryfeusza Muzyki Polskiej w kategorii Osobowość roku.

Kultura cyfrowa: Dawid Ciślak (Polyslash). Ukończył produkcję filmową i telewizyjną na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. Tam zaczęła się przygoda z kinem, etiudami i opowiadaniem historii poprzez formy audiowizualne. Za swoje prace otrzymał kilka nagród, ale jako absolwent postanowił utrudnić sobie życie, zmieniając branżę na gry wideo. „We. The Revolution” z małego, niezależnego studia Polyslash z Krakowa, jest grą wyjątkową. To jeden z najważniejszych komentarzy do sytuacji współczesnej Polski.

Sztuki wizualne: Weronika Gęsicka. Zawodowe podstawy zdobyła na Wydziale Grafiki ASP w Warszawie oraz w Akademii Fotografii. Mijający rok był dla niej bardzo udany; jej prace pojawiły się na wystawach w prestiżowych galeriach na świecie. Laureatka prestiżowej nagrody EMOP Arendt Award. Od lat głównym motywem jej dzieł pozostaje pamięć. Interesują ją ludzkie wspomnienia, a właściwie ich zaburzenia i nieświadome zafałszowania. Korzysta ze starej fotografii prasowej, archiwów internetowych i policyjnych oraz z banków zdjęć. Niekiedy projektuje obiekty przestrzenne, ale jej podstawowym żywiołem artystycznym pozostaje fotografia.

  1. Kultura

"Boże Ciało" nominowane do Oscara! Bartosz Bielenia o swojej roli w filmie

(kadr z filmu
(kadr z filmu "Boże Ciało)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Boże Ciało” Jana Komasy został nominowany do Oscara 2020 w kategorii najlepszy film międzynarodowy. To opowieść o charyzmatycznym księdzu, a raczej o chłopaku z poprawczaka, który podszywa się pod księdza. I którego rewelacyjnie zagrał on, Bartosz Bielenia. Przypominamy wywiad, którego nam niedawno udzielił.

Twoja pierwsza główna rola w kinie. Czujesz falę wznoszącą?
Zupełnie nie.

Cisza przed burzą. „Boże Ciało” za chwilę wejdzie do kin (tekst ukazał się w miesięczniku Zwierciadło przed oficjalną premierą filmu, przyp. redakcji), a już jest o nim głośno. Do tego dochodzi jeszcze twoja niezwykła zdolność przykuwania uwagi. Nie zapomnę, jakie wzbudziłeś emocje, kiedy wystąpiłeś w filmie „Disco polo”. Zagrałeś zaledwie epizod, a posypały się wywiady, zapraszano cię do telewizji, pisano o tobie jako o nadziei polskiego kina. Śmiesznie się złożyło, bo „Disco polo” to miała być przede wszystkim zabawa. Kilka razy mignąłem na ekranie. I nagle z tej zabawy wyszło coś, co faktycznie ludzie zapamiętali. 

Skąd, twoim zdaniem, wzięło się tamto ogromne zainteresowanie?
Gdzieś wyczytałem, że jak oglądasz film, to pierwsze miejsce, w które się wpatrujesz, to sam środek ekranu, dopiero później twój wzrok zaczyna błądzić po twarzach głównych bohaterów. No więc wykombinowałem sobie, że skoro tak i skoro moje dni zdjęciowe polegają głównie na tym, że gdzieś stoję albo siedzę i uśmiecham się do kamery, będę stał albo siedział w samym centrum kadru. Na szczęście byłem zupełnie nieistotny i kiedy zaczynaliśmy kręcić jakąś scenę, w której byłem na przykład za plecami Tomasza Kota, nikt nie zwracał uwagi, że najpierw zerkam na ekran podglądu, a potem ustawiam się tak, żeby mnie było zza tych pleców widać. Wyznaczałem też sobie inne absurdalne zadania: że ani razu nie mrugnę na przykład. Od tamtego momentu bardzo polubiłem epizodyczne role, zawsze się na nie cieszę. Bo tło to obszar cienia, nikt nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań, więc można pozwolić sobie na naprawdę dużo.

Recenzenci i publiczność zapamiętali twój „chłodny wzrok psychopaty i anielski uśmiech”.
I wysokie płaskie czoło, i zęby jak płyty nagrobne. W podstawówce wołali do mnie ze względu na te zęby: „Bielenia, pokaż cmentarz”. Nigdy nie uważałem, że to coś złego. Przeciwnie, było mi miło, że ktoś widzi w tym coś wyjątkowego. Mam dziwną twarz i świetnie, że to się w moim zawodzie sprawdza.

(Fot. Michał 'Massa' Mąsior) (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

A ile razy usłyszałeś lub przeczytałeś, że jesteś efemeryczny, androgyniczny, na granicy płci?
W moim przypadku trudno od tego uciec. U Krzysztofa Garbaczewskiego grałem i Hamleta, i Ofelię, czy raczej Hamleta odgrywającego Ofelię. W „Płatonowie” [w reż. Konstantina Bogomołowa – przyp. red.], gdzie mężczyźni odtwarzali role kobiece, a kobiety męskie, jestem Saszą. A u Ani Smolar w „Kopciuszku” – Wróżką. W kombinezonie z cekinów, w butach z puszkiem i na koturnach, z długimi włosami. Ale to też płynna postać, bo mówię męskim głosem, mam męskie gesty. Kopciuszek pyta mnie w pewnym momencie: „A ty jesteś kobietą?”. I słyszy: „A to ma jakiekolwiek znaczenie?”.

Nigdy nie pomyślałeś, że to może być rodzaj pułapki? Że zostaniesz uwięziony w podobnych rolach?
Jeśli po czterdziestce nadal będę grał kobiety i nastolatków, zacznę się martwić [śmiech]. Zresztą widzę, że to już się zmienia.

Najlepszy dowód to rola w „Bożym Ciele”. Dresy, sportowe buty, podkoszulek, wystrzyżone krótko włosy. Grasz chłopaka, który opuszcza mury poprawczaka. Twój Daniel jedzie na drugi koniec Polski, w Bieszczady. Ma pracować w tartaku, ale zamiast tego trafia na miejscową plebanię i podszywa się pod księdza. Poznałeś osobiście pierwowzór tej postaci?
Film jest luźno inspirowany kilkoma historiami. Przypadków podszywania się pod księdza jest w naszym kraju kilkanaście rocznie. Najwięcej przy okazji chodzenia po kolędzie, ale zdarzają się też takie historie jak z „Bożego Ciała”, kiedy ktoś udaje dłużej. Scenariusz najczęściej jest podobny: człowiek znikąd podaje się za duchownego i zajmuje się posługą, po czym zostaje zdemaskowany. Prędzej czy później wychodzi na jaw, że księdzem nigdy nie był. Czy może jednak był, skoro działał, pełnił funkcję duszpasterza? No właśnie…

Przygotowując się do roli, zacząłeś się uważniej przyglądać chłopakom z blokowiska, wysiadującym na osiedlowych ławkach? Jak się ruszają, jak mówią?
Ja sam wychowałem się na osiedlu w Białymstoku, gdzie miałem duże pole do obserwacji, ale nie, nie patrzyłem, nie podglądałem. Raczej wzmacnialiśmy moje własne nawyki, ruchy. Jak przygryzam wargę, jak macham nogą, kiedy siedzę. Podkręciliśmy to wszystko, żeby nadać nerw mojej postaci. Przede wszystkim chciałem uniknąć wampirzenia, pasożytnictwa. Mieliśmy z Jankiem kilka wizyt w zamkniętych zakładach poprawczych i nie chodziło o to, żeby tam pójść, napatrzeć się, nachapać, ukraść czyjeś gesty, obejrzeć kogoś jak w zoo – dosłownie, bo przez kraty. Tego strasznie chcieliśmy uniknąć, postanowiłem nie łowić takich rzeczy.

Po co zatem były te wizyty w zakładach zamkniętych?
Chciałem spotkać się z drugim człowiekiem, porozmawiać, raczej zobaczyć budynek, wnętrza, poczuć, jak to na człowieka wpływa. Po drodze były pomysły, żebym się zamknął, ale nie chciałem, to nie jest moja metoda. To, z czym się na miejscu spotkałem, co było dla mnie w tym doświadczeniu najcenniejsze, najbardziej przejmujące, to ogromna potrzeba kontaktu, uwagi, miłości, czułości.

O czym według ciebie jest „Boże Ciało”?
Moim zdaniem to jest właśnie film o wielkiej potrzebie akceptacji i miłości. I o bohaterze, który rozumie nauczanie Jezusa na swój sposób. Dostał pewien przekaz od księdza Tomasza, duchownego z poprawczaka, zafascynowało go to i zbudowało na nowo, mógł skonstruować nowego siebie wokół przykazania: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.

Bartosz Bielenia (Fot. Michał 'Massa' Mąsior) Bartosz Bielenia (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

Mówimy o chłopaku, który już w pierwszej scenie filmu bierze udział w bardzo brutalnym akcie przemocy. A zaraz potem pomaga księdzu Tomaszowi przy mszy i na jego twarzy dokonuje się niezwykła zmiana. Uważasz, że Daniel jest w gruncie rzeczy niewinny?
Jest bardzo winny. W filmie delikatnie sugerujemy, że trafił do zakładu poprawczego za nieumyślne spowodowanie śmierci, zabił człowieka. Daniel jako fałszywy ksiądz próbuje dotrzeć do wiernych. Różnie mu ta posługa wychodzi, ale się stara. Współczuje, nie ocenia. Jego perspektywa jest o tyle wyjątkowa, że on sam upadł naprawdę nisko.

Kto cię zaraził teatrem? Rodzice?
Ja sam od małego cisnąłem, żeby startować w konkursach recytatorskich, chodzić na kółka teatralne. Najpierw w teatrze Szóstka, potem w słynnym białostockim Klapsie, tam byłem parę lat. Rodzice nie są w żaden sposób związani z teatrem. To we mnie było coś takiego… Jest w domu zdjęcie – z balu przebierańców w młodzieżowym domu kultury, miałem trzy lata, nie dało się mnie zdjąć ze sceny. Nie przestawałem się kłaniać, mama to zawsze wspomina. Nie mam pojęcia, skąd to mi się wzięło. Natomiast bardzo ważnym momentem, nawet przełomowym, był ten, kiedy musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja faktycznie lubię teatr, czy może lubię siebie w teatrze.

Kto ci je zadał?
Zdzisław Dąbrowski. Sąsiad z bloku, z piętra wyżej. Reżyser Teatru Polskiego Radia, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie i Białymstoku. Szukałem kogoś, kto by mnie przygotowywał do egzaminów. Byłem dopiero w pierwszej klasie liceum, zwykle jednak młodzi ludzie zaczynają się przygotowywać do szkoły teatralnej później. Miałem duże szczęście. Przygotowywałem się do egzaminu, ale też oglądaliśmy albumy ze sztuką, słuchaliśmy jazzu, czytaliśmy Hessego. Byłem podatnym gruntem dla opowieści o Boyu-Żeleńskim i Zielonym Baloniku.

A co z przełomowym pytaniem? Jak na nie odpowiedziałeś?
Byłem przerażony. Oczywiście że uwielbiałem to, że chcę być aktorem. I grałem tylko i wyłącznie po to. Coś tam do mnie dotarło, przestawiłem zwrotnicę wyobraźni na inne tory, zacząłem jeździć na spektakle, czytać, szukać na własną rękę.

Jeszcze na studiach w Krakowie zostałeś najmłodszym aktorem w zespole Narodowego Starego Teatru.
Szukali młodego Gavestona do „Edwarda II”. Wspaniały czas. Zwłaszcza że dowiedziałem się, że reżyserka Ania Augustynowicz – która dostała nasze nagrania ze szkoły teatralnej – wybrała mnie, akurat kiedy byłem w Stambule. Wspaniale się po takiej wiadomości wracało do Polski.

Co robiłeś w Turcji?
Założyliśmy tam teatr. Praktycznie bez pieniędzy, znaleźliśmy scenę i graliśmy. Działaliśmy z grupą ludzi, których poznałem przy okazji warsztatów w Instytucie Grotowskiego. W naszej grupie byli ludzie z Libanu, Grecji, Turcji, Chile, Stanów. Polubiliśmy się i chcieliśmy razem pracować. Stambuł był gdzieś na przecięciu naszych tras, wychodziło, że wszystkim jest tam najbliżej, poza tym chcieliśmy robić projekt „Borders” [Granice], więc trudno sobie wyobrazić lepsze miasto niż Stambuł, położony na styku dwóch kontynentów. Próbowaliśmy po europejskiej stronie, graliśmy po azjatyckiej. Do teatru wchodziło się romantycznie – z nabrzeża, na którym był targ rybny. Potem było już trochę mniej romantycznie, bo najpierw przechodziło się do księgarni, sieciówki takiej jak nasz Empik, a potem wjeżdżało się na trzecie piętro windą. Mała offowa scena. Sala tak niska, że jak się podskoczyło, dotykało się sufitu. Ale się udało, widzowie byli przejęci. Grałem po grecku, angielsku i po polsku, jako jedyny Polak w ekipie.

A jak było z szybkim zastępstwem w „Procesie” Krystiana Lupy w Nowym Teatrze? Krążą o tym legendy.
Mieliśmy akurat próby do innego spektaklu, jadłem w teatrze obiad i usłyszałem, że jeden z aktorów z „Procesu” nie może przyjść. Odwoływać czy nie? Powiedziałem, że jakby co, ja mogę zagrać, widziałem ten spektakl dwa dni wcześniej. I reżyser się zgodził. Musiałem w 20 minut założyć kostium i wyjść na scenę. Całe szczęście ratował mnie mój serdeczny przyjaciel Radek Stępień, który był w tamtym czasie asystentem Lupy. Miałem oprócz podpiętego mikroportu, jak wszyscy, słuchawkę w uchu z nadajnikiem. Radek okazał się mistrzem suflerki, cierpliwie mówił do słuchawki: „Spokojnie, Bartek, za chwileczkę wydarzy się to i to. Czekaj, aż się zmieni światło. Nie, nie w te drzwi! Wchodzisz nie w te drzwi, w te drugie!” [śmiech].

Potworny stres.
Przeciwnie. To było jedno z moich najprzyjemniejszych doświadczeń na scenie. Ogromna wolność: nigdy wcześniej tego nie robiłeś, nie bardzo wiesz, co będzie za chwilę. Nagle możliwe stało się to, z czym aktor zawsze mierzy się w czasie prób – być zaciekawionym, po raz pierwszy słuchać partnera, wszystko było niezwykle świeże i intensywne. Największym problemem było to zagrać jeszcze raz, kiedy Krystian Lupa zaprosił mnie do obsady. To dopiero było wyzwanie! Powtórzyć tę otwartość, poczucie pełnej swobody. Wielki dar od losu, że zostałem w coś takiego wrzucony.

Lubisz ryzyko, adrenalinę?
Lubię zmiany, nie boję się podejmować radykalnych decyzji, ale też lubię mieć różne rzeczy porządnie przemyślane, jest więc w tym chyba jakaś równowaga.

Nie chciałeś zostać w Krakowie?
Uwielbiam Kraków, wszystkie moje wyobrażenia o tym mieście – zbudowane na podstawie jednej wycieczki szkolnej do Auschwitz, podczas której zatrzymaliśmy się w Krakowie, akurat na tyle, żeby zjeść w KFC na Floriańskiej – się urzeczywistniły [śmiech].

Wyobrażenie kogoś z drugiego końca Polski o mieście poetów, spowitym mgłą. Nawet jeśli w pierwszym wynajmowanym mieszkaniu w suterenie, z okratowanymi oknami, było tak zimno, że w chłodniejsze dni, kiedy brałem prysznic, okno zachodziło szronem. Zostać w Krakowie nie mogłem. Nie chciałem współpracować z narzuconym nam dyrektorem Starego Teatru. Teraz jestem w Warszawie, w zespole Nowego Teatru, i to dla mnie inspirujący czas. Stabilizacji, bo kalendarz mam zapełniony do połowy 2020 roku.

Czym żyjesz poza graniem?
Sam codzienny rytm pracy aktora teatralnego mocno ogranicza życie poza graniem. To, że masz próby od 10:00 do 14:00, a potem wracasz do teatru na 18:00 i zostajesz do 22:00. Po drodze masz czas najwyżej na to, żeby coś zjeść i ewentualnie szybko coś załatwić. Wracasz do domu i jest przed 23.00. Oczywiście, to mój wybór, nie zamierzam narzekać, myślę, że ciężej byłoby mi sprawdzić się w systemie ośmiu godzin dziennie, ale wyciągnąłem ostatnimi czasy pewną naukę. W te wakacje przez miesiąc nie było mnie dla nikogo. Spędziłem go z rodzicami, potem z moją dziewczyną, która akurat wróciła z Syberii.

Życiowe zobowiązania?
Mamy psa, ma na imię Kredyt.

Jak?!
Nazwaliśmy go Kredyt, właśnie od zobowiązania na lata [śmiech]. Znaleźliśmy go na Mazurach. Prawie go przejechaliśmy. Jechał na mnie z naprzeciwka samochód, na czołowe, śmierć w oczach, a okazało się, że tamto auto wymijało psa, przed którym ja w końcu ledwo wyhamowałem. Moja dziewczyna natychmiast wyskoczyła z auta. Krzyczę: „Nie wychodź, może być wściekły, przerażony, pogryzie cię”. Jeszcze słyszałem szczęk zerwanego łańcucha o asfalt. Kredyt jest mieszańcem, ale wygląda jak pitbull, można się przestraszyć. Ale jak nas tylko zobaczył, zaczął piszczeć, wić się, merdać ogonem. Zapchlony, śmierdzący wracał do Warszawy na przednim siedzeniu, na kolanach. Za chwilę mija rok, jak go mamy. A wracając do tego, czym żyję poza graniem. Sam często sobie zadaję to pytanie. O pozateatralne pasje. Dużo czytam, oglądam, gram na konsoli – tak się resetuję. Ale i tak wszystko to przerabiam i wykorzystuję jako aktor. Na razie teatr wygrywa.

Masz idoli?
Nie. Nigdy mnie nikt na scenie nie zafascynował do tego stopnia, żebym chciał się na nim wzorować. Ktoś mi kiedyś zarzucił w wywiadzie, że to niedobrze, bo to może brzmieć jak buta. Ale nie o to chodzi.

W takim razie o co?
O to, że to jednak życie jest polem, na którym szukam punktów odniesienia. Swoimi wielkimi autorytetami mógłbym nazwać przynajmniej kilku przyjaciół. Na przykład Mateusz, któremu niedawno urodziły się bliźniaki. Widzę, jak się rozwinął jako mężczyzna, jakim jest genialnym ojcem, partnerem w związku. Każda minuta spędzona z nimi, z jego rodziną, to dla mnie lekcja.

BARTOSZ BIELENIA , rocznik 1992; urodzony w Białymstoku, absolwent Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego). W latach 2014–2017 występował w krakowskim Starym Teatrze, obecnie jest w zespole Nowego Teatru w Warszawie. W kinie można go było do tej pory oglądać m.in. w filmach: „Disco polo”, „Człowiek z magicznym pudełkiem”, „Kler”, a w większej, wyróżnianej na festiwalach roli – w thrillerze „Na granicy”.

  1. Kultura

Mary Komasa - czułe punkty

Mary Komasa: rocznik 1985, polska wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i multiinstrumentalistka. Od 11 lat mieszka w Berlinie. Za pierwszą płytę „Mary Komasa” nominowana do Fryderyka w kategorii fonograficzny debiut roku 2016. 10 października ukazał się jej drugi album „Disarm”. (fot. Kasia Ładczuk)
Mary Komasa: rocznik 1985, polska wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i multiinstrumentalistka. Od 11 lat mieszka w Berlinie. Za pierwszą płytę „Mary Komasa” nominowana do Fryderyka w kategorii fonograficzny debiut roku 2016. 10 października ukazał się jej drugi album „Disarm”. (fot. Kasia Ładczuk)
Mary Komasa nie ma nic przeciwko temu, żeby stać się głosem swojego pokolenia. Śpiewa przecież o straconych złudzeniach rówieśników, wolności i odpowiedzialności. W tej ostatniej widzi ratunek dla świata.

Wierzysz, że sztuka wciąż może coś uruchamiać w ludziach? Nie tylko zainicjować dyskusję, sprowokować refleksję, ale doprowadzić do realnych zmian?
Jestem o tym przekonana. Wierzę, że sztuka uruchamia wrażliwość i ułatwia komunikację ze światem. Głęboko wierzę w sens treści, które mam do przekazania, tak jak każdy artysta z dobrymi intencjami. Ile razy sama wyszłam z opery, płacząc?! Sztuka potrafi dotknąć naszych najgłębszych lęków i tęsknot. Robi to bez pytania, bez wahania, dotyka bezpośrednio naszych czułych punktów. Wiesz, 13 października, czyli w dniu wyborów, grałam premierowy koncert w Krakowie. Widzowie płakali nie tylko podczas występu, ale i po. Bo sztuka wciąż ma moc uruchamiania emocji! Wyłączyliśmy wrażliwość, więc teraz trzeba spojrzeć wstecz i odnaleźć w sobie guzik, który uruchomi ją z powrotem.

Czuję, że w odróżnieniu od pierwszej płyty, przepełnionej młodzieńczymi ideałami, na drugiej ukazujesz siebie również jako świadomą swoich praw i obowiązków obywatelkę.
O to chodziło! Wiele osób pyta mnie: „Dlaczego na twój drugi album musieliśmy czekać aż cztery lata?”. To nie jest tak, że przez ten czas nic nie robiłam – między innymi realizowałam wraz z moim mężem, Antonim Komasą-Łazarkiewiczem, muzykę do seriali i filmów. Mieliśmy mnóstwo pracy. Poza tym jestem typem człowieka, który nie lubi się do niczego zmuszać. Czekałam. Nie chciałam siebie cisnąć. Sztuka, którą uprawiam, nie znosi kompromisów. Przez wiele lat uciekałam przed niektórymi ważnymi pytaniami. Niby wiedziałam, co myślę, ale bałam się konfrontacji ze sobą samą. Przekraczając trzydziestkę jakiś czas temu, doszłam do ściany. Poczułam, że uniki są niedojrzałe. Osłabiają mnie.

Tym bardziej że dość wcześnie weszłaś w tzw. dorosłość.
To prawda. Miałam 23 lata, gdy wzięłam ślub i zostałam macochą na pełny etat dla dwóch córek Antoniego, a sama przecież dopiero rozpoczynałam dorosłe życie. Byłam obarczona wieloma problemami i w ogóle nie interesowałam się polityką, po części dlatego, że nie musiałam, ale po części, bo tak było mi wygodniej. Uważałam, że to mnie nie dotyczy. Przynależę do pokolenia ’85. I jak się okazało, cała generacja dość długo nie miała świadomości obywatelskiej – moi rówieśnicy omijali ten aspekt codzienności. Ja przynajmniej miałam wymówkę – dom, dzieci... Ale to marna wymówka! Nie zadawaliśmy sobie podstawowych pytań przez lata: Co ja robię na tym świecie i jaka w związku z tym ciąży na mnie odpowiedzialność? Nie chodzi o wolność, ale o powinność. Dziś wiem, że mój głos jest ważny. Nie obarczam osób trzecich odpowiedzialnością za moje działania i wybory. Być może to właśnie moje pokolenie będzie musiało dokonać zmian, uruchomić inne myślenie dotyczące ekologii, tolerancji czy sztuki. Świat się rozpada. To idealny czas dla artystów, by mogli tworzyć, ale koszmarny dla ludzi chcących po prostu żyć. I o tym są moje piosenki.

Stałaś się głosem pokolenia?
Nie mam nic przeciwko! Utwór „Degenerate Love” mówi o tym, że moje pokolenie, choć dorastało w kraju bez komuny, nie dostąpi raju na ziemi. Nie ma nieba, które nam obiecano. Wychowywałam się w wolnym kraju, moje dzieciństwo nie różniło się zbytnio od dzieciństwa moich rówieśników w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii: też obchodziłam urodziny w McDonaldzie, a potem słuchaliśmy wszyscy tych samych płyt i oglądaliśmy podobne seriale. I co? I nic. Bo nic nikomu nie jest i nie będzie dane w prezencie.

A może jednak twoja postawa to jest coś, co wyniosłaś z domu?
Na pewno, bo zostałam wychowana w duchu empatii i odpowiedzialności wobec drugiego człowieka. Tyle że długo musiałam pracować nad tym, by pokochać siebie. Zawsze uważałam, że nie ma co za bardzo nagradzać się za własne osiągnięcia. Skromność przede wszystkim. Dziś umiem patrzeć sobie w oczy z zadowoleniem – staję przed lustrem i najzwyczajniej w świecie lubię siebie. Nie znaczy to, że nie jestem krytyczna wobec własnych działań i umiejętności, ale nie poprzestaję na samej krytyce. Wiem, że dopóki nie zaczniemy kochać siebie, nie będziemy umieli pokochać innych. A niesienie pomocy – ludziom, zwierzętom, planecie – jest kluczowe i świadczy o postępie cywilizacyjnym! Jestem idealistką i wierzę, że każdy z nas też może taki być! Popatrz, Greta Thunberg jeszcze rok temu siedziała sama, zastanawiając się, jak ruszyć tłumy, a dzisiaj popiera ją tyle osób!

Ale to wszystko wymaga konsekwencji, cierpliwości, pokory...
Masz rację. Żyjemy w dobie aplikacji mobilnych. Patrzę na moje pasierbice i widzę, że jeśli nie dostaną czegoś natychmiast, to przestają się tym interesować – 18-latkom starcza cierpliwości i zainteresowania na 30 sekund, bo tyle trwają filmiki na Instagramie.

Wspomniałaś o ekologii. Na co dzień żyjesz w Berlinie, który słynie z zastosowania najlepszych ekologicznych rozwiązań w miejskiej przestrzeni: rośnie tu ponad 20 mln drzew i każde otoczone jest urzędniczą opieką!
Wiem dobrze, o czym mówisz, mam kompostownik w mieszkaniu, pięć różnych śmietników i cały czas wymieniam lub oddaję butelki [śmiech]. Nie mam też auta, jeżdżę komunikacją miejską, a jak trzeba, to chodzę 12 km dziennie. Jeśli miałabym zrobić bilans, to wszystko, co zarabiam, wydaję na swój luksusowy styl życia, bo ekologia wciąż sporo kosztuje, o ile ktoś zdecyduje się być i żyć eko na co dzień, a nie tylko w weekendy. Z Polski wyniosłam wolność, ale to Berlin nauczył mnie, jak ją spożytkować. Berlin nauczył mnie dyscypliny.

Czy dla kogoś żyjącego w ten sposób Polska może być wciąż bliska i zrozumiała?
Oczywiście. Mam tu rodziców i rodzeństwo, a także wielu przyjaciół. Wracam tu za każdym razem z radością, tylko czasami telefony od męża uświadamiają mi smutną prawdę – rozmawiam z Antonim, który mówi: „Już powinnaś być dawno w domu! Słyszę to w twoim głosie, za długo jesteś w Polsce!”.

Co to znaczy?
Nigdy nikogo nie atakuję ani nie oceniam. Jest to po części kwestia wychowania, a po części wiąże się z życiem w Berlinie, chyba najbardziej lewicującym miejscu Europy, jeśli nie świata. Żyję w gejowsko-tureckiej dzielnicy i nigdy nie widziałam tutaj bójki. W Polsce wciąż jest inaczej. Jesteśmy cały czas poranieni: zapatrzeni w przeszłość nie potrafimy myśleć perspektywicznie. Ale skoro nie umiemy rozmawiać z dziećmi o seksie, to jak mamy je nauczyć miłości i szacunku do innej osoby? Boli mnie to. I to Antoni czuje w moim głosie, gdy telefonuję z Polski.

Mówisz o dyscyplinie, a przecież Berlin dla wielu jest synonimem hedonizmu i buntu.
Mnie Berlin nauczył poszanowania dla odmienności i niezależności innych. Tego, w co można wolność i niezależność przekuć. To się wiąże zarówno z dyscypliną, jak i ze świadomością. Oczywiście, zawsze można iść do Berghain [kultowy klub słynący z kapryśnej selekcji przy drzwiach i imprez techno trwających nawet trzy dni – przyp. red.]. Klub jest czynny non stop, można tańczyć, pić i ćpać o każdej porze. Wielu moich znajomych dało się złapać na tak pojmowaną wolność. Tyle że według mnie z wolnością ma to niewiele wspólnego – dla mnie Berghain oznacza zniewolenie. Berlin, który znam i cenię, jest idealnym miastem dla ludzi lubiących mieć swoje rytuały, chcących żyć po swojemu. Mieszkam tu od 11 lat, to miasto miało duży wpływ na mój styl życia i sposób bycia. Nie mam przeciwko czemu się buntować. Pragnę współgrać z ludźmi, którzy tutaj żyją.

I chyba dobrze ci to wychodzi, a w zasadzie wam: od lat pracujesz z mężem, który jest kompozytorem filmowym.
Pracuję i żyję z człowiekiem, który też jest twórcą, więc rozumie moje lęki, frustracje, ambicje, marzenia. Ja też go rozumiem i staram się być zawsze wyrozumiała. Żadne z nas nie jest też zazdrosne o wzajemne sukcesy – nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Kibicujemy sobie i pomagamy. A to nie jest łatwa praca – spełniamy się w niej, ale też często po drodze spalamy. Dużo nas kosztuje nie tylko to, by realizować się w sposób szczery i uczciwy, ale też, by namówić innych do współpracy. To szalenie emocjonujące.

Antoni to bez wątpienia mój największy przyjaciel, powiernik. Ostatnią płytę nagrywaliśmy w różnych częściach Europy: w Berlinie, Amsterdamie i Wielkiej Brytanii. W Londynie w ciągu pięciu dni musieliśmy nagrać wokale do dziesięciu piosenek. Nie stać nas było na więcej, a i tak nie było luksusów: studio przypominało małą kuchnię w bloku, prócz mnie z mikrofonem musiało się w niej zmieścić dwóch producentów z konsolą i mój mąż. Tempo było szalone, a na dodatek to był trudny prywatnie dla mnie czas – zmagam się z endometriozą i akurat byłam na dwa miesiące przed operacją. Tylko Antoni wiedział, przez co przechodzę. Zaraz po nagraniach rozłożyłam się na całego, ale przez te pięć dni dawałam z siebie wszystko. Mąż był moim największym wsparciem.

A czy jest też trochę tak, że dzięki jego córkom masz dostęp do tego, o co chodzi ich pokoleniu – o co walczą, jakie mają ideały, czego się boją?
Tak, ale wciąż to ja jestem najbardziej cool w naszym domu! Zwykle przekraczam najwięcej granic i mam najfajniejszego Instagrama [śmiech]. Trzy lata temu powiedziałam dziewczynom, że jest taka streetwearowa marka Vetements i za moment będzie absolutnie na topie. Dzisiaj wszyscy chcą się tam ubierać albo kopiują ciuchy z tą metką i noszą się w takim stylu. To jest akurat śmieszny przykład, na co dzień po prostu żyjemy ze sobą dobrze i tyle. Dziewczyny są wyrozumiałe wobec mnie, doskonale wiedzą, że mogę być emocjonalnie i fizycznie wyczerpana po wielu godzinach nagrań. Wymagam pewnie od nich wiele, ale też wiele daję z siebie. I mam świadomość, że ciąży na mnie odpowiedzialność wychowawcza. Chyba najbardziej lubię to poczucie, że mogę poszerzać ich horyzonty. Nie tylko modowe!

Pytanie na koniec: widziałaś „Boże Ciało” [film brata Mary, Jana Komasy – przyp. red.]? Jest polskim kandydatem do Oscara!
Oczywiście, ale musiałam pojechać specjalnie na festiwal filmowy do Gdyni, gdzie produkcja pokazywana była premierowo. Brat pewnie dysponował linkiem, ale nie chciał mi go udostępnić! I teraz powiem coś, co będzie powrotem do początku naszej rozmowy – dla mnie „Boże Ciało” jest jak dialog: mojego brata z widzem, ale też ze mną czy z naszym rodzeństwem i z rodziną. Ten film jest jak ostatnia, najświeższa wiadomość od Janka. To swoisty dowód: sztuka potrafi mieć moc sprawczą, potrafi uruchamiać dyskusje i uczucia, polerować wrażliwość, a nawet doprowadzać do zmian w myśleniu. „Boże Ciało” to niezwykle szczery i osobisty obraz stworzony przez mojego brata. I choć jesteśmy wszyscy sobie bliscy, to wiadomo, że są emocje czy refleksje, do których nie mamy wzajemnie dostępu. Dzięki „Bożemu Ciału” wiem o bracie trochę więcej. I wiem także, jakie mamy szczęście w życiu – każde z nas zajmuje się sztuką.

  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe