1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Orły 2020: bezkonkurencyjne "Boże Ciało"

Orły 2020: bezkonkurencyjne "Boże Ciało"

Bartosz Bielenia oraz Eliza Rycembel z nagrodami (fot. BEW)
Bartosz Bielenia oraz Eliza Rycembel z nagrodami (fot. BEW)
Za nami Orły 2020, czyli wręczenie nagród Polskiej Akademii Filmowej, nazywanych polskimi Oscarami. W tym roku niepokonany okazał się polski kandydat do prawdziwych nagród Akademii Filmowej, czyli "Boże Ciało", a nagrodę za osiągnięcia życia otrzymała jedna z najwybitniejszych aktorek - Maja Komorowska. 

Dotychczas nie udało się to żadnemu innemu filmowi. "Boże Ciało" Jana Komasy zdobyło aż 11 statuetek. - Od samego początku chcieliśmy zrobić film, który będzie łączył, a nie dzielił - podkreślił na scenie Jan Komasa, który ustanowił w tym roku historyczny wynik. "Boże Ciało" zdobyło nagrody m.in. w kategorii najlepszy film, najlepszy scenariusz, najlepsza reżyseria, najlepsze zdjęcia oraz nagrodę publiczności. Statuetkę otrzymali również aktorzy wcielający się w głównych bohaterów: Bartosz Bielenia oraz Aleksandra Konieczna.

Dwie statuetki przyznane zostały filmom: "Pan T." - za najlepszą scenografię i najlepsze kostiumy oraz "Ikar. Legenda Mietka Kosza", który otrzymał nagrodę w kategorii najlepsza muzyka i najlepszy dźwięk. Najlepszym filmem dokumentalnym okrzyknięto "Tylko nie mów nikomu" w reżyserii Tomasza Sekielskiego.

Bracia Sekielscy z nagrodą za najlepszy dokument. (fot. BEW) Bracia Sekielscy z nagrodą za najlepszy dokument. (fot. BEW)

W tym roku nagrodę za osiągnięcia życia przyznano jednej z najwybitniejszych polskich aktorek - Mai Komorowskiej, znanej i uwielbianej dzięki niezapomnianym kreacjom w filmach Krzysztofa Zanussiego, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Kieślowskiego, Tadeusza Konwickiego, Edwarda Żebrowskiego. Skromna w życiu prywatnym, na scenie posiada ogromną charyzmę i siłę ekspresji.

Wśród gości nie zabrakło największych gwiazd polskiego kina i teatru: Agnieszki Holland, Agaty Buzek, Agaty Kuleszy, Pawła Wilczaka, Magdaleny Cieleckiej, Marty Żmudy Trzebiatowskiej, Andrzeja Chyry i wielu innych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Paszporty Polityki 2019 rozdane - oto lista laureatów

Gala rozdania Paszportów Polityki 2019. Na zdjęciu: Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Weronika Gęsicka i Olga Tokarczuk. (Fot. Agencja Forum)
Gala rozdania Paszportów Polityki 2019. Na zdjęciu: Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Weronika Gęsicka i Olga Tokarczuk. (Fot. Agencja Forum)
Tegoroczna gala Paszportów Polityki za nami. Nagrody przyznano w siedmiu osobnych kategoriach, a ceremonia wręczenia odbyła się we wtorek 14 stycznia w Teatrze Wielkim. Kogo w tym roku wyróżnił tygodnik "Polityka"? Oto pełna lista laureatów. 

Paszporty Polityki to prestiżowa nagroda kulturalna przyznawana rokrocznie przez tygodnik "Polityka". Wyróżnienia te otrzymują wybitni Polacy, których działalność przyczynia się do rozwoju polskiej kultury i sztuki. Nagroda przyznawana jest twórcom w siedmiu kategoriach: literatura, film, teatr, muzyka popularna, muzyka poważna, sztuki wizualne i kultura cyfrowa. Pierwsze Paszporty wręczono w 1993 roku.

"Paszport został wymyślony dla artystów, których talent przekracza średnie polskie normy i przestaje się mieścić w naszych geograficznych granicach"
Zwycięzcami 27. edycji Paszportów Polityki zostali Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Dominika Słowik, Weronika Gęsicka, Jakub Józef Orliński, Błażej Król, Dawid Ciślak. Nagrodę specjalną "Kreatora kultury" otrzymała noblistka Olga Tokarczuk.

Paszporty Polityki 2019 - pełna lista zwycięzców

Kreator kultury: Olga Tokarczuk. Nagroda za siłę płynącą z literatury. Za książki wyprzedzające swój czas – tak jak powieść „Bieguni”, która w przekładzie angielskim po 10 latach stała się ważnym głosem o współczesności. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” także święci triumfy na świecie po kilku latach od wydania w Polsce. Za sposób pisania, który sprawia, że książki o historii stają się zarazem opowieściami o naszym świecie. Za patrzenie w przyszłość, nie tylko samej literatury, ale naszej planety. I za „czułego narratora” oraz radość z Nagrody Nobla, która była dla nas w Polsce wielkim prezentem w trudnym czasie.

Film: Bartosz Bielenia. Ukończył Akademię Sztuk Teatralnych w Krakowie. Niepokojący, androgyniczny, niezdefiniowany, osobny. Trudno opisać fenomen tego młodego aktora. Znany był do tej pory z drugoplanowych ról kinowych. Dopiero brawurowy występ w „Bożym Ciele” Jana Komasy w pełni ujawnił jego ogromny potencjał. Mówi się o nim "aktorski kameleon". Jest laureatem nagród na festiwalach w Sztokholmie i Chicago.

Teatr: Weronika Szczawińska. Absolwentka reżyserii w warszawskiej Akademii Teatralnej, posiadaczka doktoratu obronionego w Instytucie Sztuki PAN. Jest reżyserką, dramaturżką i performerką, ale też wykładowczynią Akademii Teatralnej, kuratorką sezonu w Komunie Warszawa i współzałożycielką kolektywu działającego w ramach Instytutu Sztuk Performatywnych. Szczawińska to artystka-instytucja. Nagrodę otrzymała za „Nigdy więcej wojny”, „Rozmowę o drzewach” oraz „Po prostu”.

Literatura: Dominika Słowik. Jedna  z najciekawszych pisarek młodego pokolenia. Zadebiutowała, mając 26 lat, powieścią „Atlas: Doppelganger”. Po 4 latach od debiutu nominację do Paszportu Polityki przyniosła jej powieść „Zimowla” (Wyd. Znak). Ten thriller z elementami opowieści grozy to ciekawy obraz historii najnowszej – lat 80. i 90. Polska jest tu krainą cudów i oczekiwania na cuda, a myślenie magiczne okazuje się zasadą istnienia całego kraju. Przewrotność tej książki polega też na tym, że za zagadkami niekoniecznie kryją się siły nadprzyrodzone.

Muzyka popularna: Błażej Król. Kompozytor, autor tekstów, gitarzysta i wokalista. Jest dziś najbardziej znaną postacią ważnego w ostatnich latach gorzowskiego środowiska muzycznego. Był laureatem Nagrody im. Grzegorza Ciechowskiego (2015 r.), do którego wielokrotnie go porównywano. Podobnie jak do Lecha Janerki, do którego stylistyki nawiązywał w albumie „Wij”. Pisze utwory o zwartej formie, lekkim i melodyjnym charakterze, z surrealistycznymi, często niepokojącymi tekstami. Słowa jego piosenek biorą się, jak sam mówi, z kartek, które zbiera i przechowuje jego żona Iwona.

Muzyka poważna: Jakub Józef Orliński. Studiował na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Uczęszczał do Akademii Operowej przy Operze Narodowej, a dzięki stypendium otrzymanym od Fulbright Polska odbył studia podyplomowe w nowojorskiej The Juilliard School of Music. Laureat wielu międzynarodowych konkursów. Właśnie ukazała się druga jego płyta – „Facce d’amore”. Otrzymał tytuł Młodego Artysty Roku od brytyjskiego „Gramophone” oraz Koryfeusza Muzyki Polskiej w kategorii Osobowość roku.

Kultura cyfrowa: Dawid Ciślak (Polyslash). Ukończył produkcję filmową i telewizyjną na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. Tam zaczęła się przygoda z kinem, etiudami i opowiadaniem historii poprzez formy audiowizualne. Za swoje prace otrzymał kilka nagród, ale jako absolwent postanowił utrudnić sobie życie, zmieniając branżę na gry wideo. „We. The Revolution” z małego, niezależnego studia Polyslash z Krakowa, jest grą wyjątkową. To jeden z najważniejszych komentarzy do sytuacji współczesnej Polski.

Sztuki wizualne: Weronika Gęsicka. Zawodowe podstawy zdobyła na Wydziale Grafiki ASP w Warszawie oraz w Akademii Fotografii. Mijający rok był dla niej bardzo udany; jej prace pojawiły się na wystawach w prestiżowych galeriach na świecie. Laureatka prestiżowej nagrody EMOP Arendt Award. Od lat głównym motywem jej dzieł pozostaje pamięć. Interesują ją ludzkie wspomnienia, a właściwie ich zaburzenia i nieświadome zafałszowania. Korzysta ze starej fotografii prasowej, archiwów internetowych i policyjnych oraz z banków zdjęć. Niekiedy projektuje obiekty przestrzenne, ale jej podstawowym żywiołem artystycznym pozostaje fotografia.

  1. Kultura

"Boże Ciało" nominowane do Oscara! Bartosz Bielenia o swojej roli w filmie

(kadr z filmu
(kadr z filmu "Boże Ciało)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Boże Ciało” Jana Komasy został nominowany do Oscara 2020 w kategorii najlepszy film międzynarodowy. To opowieść o charyzmatycznym księdzu, a raczej o chłopaku z poprawczaka, który podszywa się pod księdza. I którego rewelacyjnie zagrał on, Bartosz Bielenia. Przypominamy wywiad, którego nam niedawno udzielił.

Twoja pierwsza główna rola w kinie. Czujesz falę wznoszącą?
Zupełnie nie.

Cisza przed burzą. „Boże Ciało” za chwilę wejdzie do kin (tekst ukazał się w miesięczniku Zwierciadło przed oficjalną premierą filmu, przyp. redakcji), a już jest o nim głośno. Do tego dochodzi jeszcze twoja niezwykła zdolność przykuwania uwagi. Nie zapomnę, jakie wzbudziłeś emocje, kiedy wystąpiłeś w filmie „Disco polo”. Zagrałeś zaledwie epizod, a posypały się wywiady, zapraszano cię do telewizji, pisano o tobie jako o nadziei polskiego kina. Śmiesznie się złożyło, bo „Disco polo” to miała być przede wszystkim zabawa. Kilka razy mignąłem na ekranie. I nagle z tej zabawy wyszło coś, co faktycznie ludzie zapamiętali. 

Skąd, twoim zdaniem, wzięło się tamto ogromne zainteresowanie?
Gdzieś wyczytałem, że jak oglądasz film, to pierwsze miejsce, w które się wpatrujesz, to sam środek ekranu, dopiero później twój wzrok zaczyna błądzić po twarzach głównych bohaterów. No więc wykombinowałem sobie, że skoro tak i skoro moje dni zdjęciowe polegają głównie na tym, że gdzieś stoję albo siedzę i uśmiecham się do kamery, będę stał albo siedział w samym centrum kadru. Na szczęście byłem zupełnie nieistotny i kiedy zaczynaliśmy kręcić jakąś scenę, w której byłem na przykład za plecami Tomasza Kota, nikt nie zwracał uwagi, że najpierw zerkam na ekran podglądu, a potem ustawiam się tak, żeby mnie było zza tych pleców widać. Wyznaczałem też sobie inne absurdalne zadania: że ani razu nie mrugnę na przykład. Od tamtego momentu bardzo polubiłem epizodyczne role, zawsze się na nie cieszę. Bo tło to obszar cienia, nikt nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań, więc można pozwolić sobie na naprawdę dużo.

Recenzenci i publiczność zapamiętali twój „chłodny wzrok psychopaty i anielski uśmiech”.
I wysokie płaskie czoło, i zęby jak płyty nagrobne. W podstawówce wołali do mnie ze względu na te zęby: „Bielenia, pokaż cmentarz”. Nigdy nie uważałem, że to coś złego. Przeciwnie, było mi miło, że ktoś widzi w tym coś wyjątkowego. Mam dziwną twarz i świetnie, że to się w moim zawodzie sprawdza.

(Fot. Michał 'Massa' Mąsior) (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

A ile razy usłyszałeś lub przeczytałeś, że jesteś efemeryczny, androgyniczny, na granicy płci?
W moim przypadku trudno od tego uciec. U Krzysztofa Garbaczewskiego grałem i Hamleta, i Ofelię, czy raczej Hamleta odgrywającego Ofelię. W „Płatonowie” [w reż. Konstantina Bogomołowa – przyp. red.], gdzie mężczyźni odtwarzali role kobiece, a kobiety męskie, jestem Saszą. A u Ani Smolar w „Kopciuszku” – Wróżką. W kombinezonie z cekinów, w butach z puszkiem i na koturnach, z długimi włosami. Ale to też płynna postać, bo mówię męskim głosem, mam męskie gesty. Kopciuszek pyta mnie w pewnym momencie: „A ty jesteś kobietą?”. I słyszy: „A to ma jakiekolwiek znaczenie?”.

Nigdy nie pomyślałeś, że to może być rodzaj pułapki? Że zostaniesz uwięziony w podobnych rolach?
Jeśli po czterdziestce nadal będę grał kobiety i nastolatków, zacznę się martwić [śmiech]. Zresztą widzę, że to już się zmienia.

Najlepszy dowód to rola w „Bożym Ciele”. Dresy, sportowe buty, podkoszulek, wystrzyżone krótko włosy. Grasz chłopaka, który opuszcza mury poprawczaka. Twój Daniel jedzie na drugi koniec Polski, w Bieszczady. Ma pracować w tartaku, ale zamiast tego trafia na miejscową plebanię i podszywa się pod księdza. Poznałeś osobiście pierwowzór tej postaci?
Film jest luźno inspirowany kilkoma historiami. Przypadków podszywania się pod księdza jest w naszym kraju kilkanaście rocznie. Najwięcej przy okazji chodzenia po kolędzie, ale zdarzają się też takie historie jak z „Bożego Ciała”, kiedy ktoś udaje dłużej. Scenariusz najczęściej jest podobny: człowiek znikąd podaje się za duchownego i zajmuje się posługą, po czym zostaje zdemaskowany. Prędzej czy później wychodzi na jaw, że księdzem nigdy nie był. Czy może jednak był, skoro działał, pełnił funkcję duszpasterza? No właśnie…

Przygotowując się do roli, zacząłeś się uważniej przyglądać chłopakom z blokowiska, wysiadującym na osiedlowych ławkach? Jak się ruszają, jak mówią?
Ja sam wychowałem się na osiedlu w Białymstoku, gdzie miałem duże pole do obserwacji, ale nie, nie patrzyłem, nie podglądałem. Raczej wzmacnialiśmy moje własne nawyki, ruchy. Jak przygryzam wargę, jak macham nogą, kiedy siedzę. Podkręciliśmy to wszystko, żeby nadać nerw mojej postaci. Przede wszystkim chciałem uniknąć wampirzenia, pasożytnictwa. Mieliśmy z Jankiem kilka wizyt w zamkniętych zakładach poprawczych i nie chodziło o to, żeby tam pójść, napatrzeć się, nachapać, ukraść czyjeś gesty, obejrzeć kogoś jak w zoo – dosłownie, bo przez kraty. Tego strasznie chcieliśmy uniknąć, postanowiłem nie łowić takich rzeczy.

Po co zatem były te wizyty w zakładach zamkniętych?
Chciałem spotkać się z drugim człowiekiem, porozmawiać, raczej zobaczyć budynek, wnętrza, poczuć, jak to na człowieka wpływa. Po drodze były pomysły, żebym się zamknął, ale nie chciałem, to nie jest moja metoda. To, z czym się na miejscu spotkałem, co było dla mnie w tym doświadczeniu najcenniejsze, najbardziej przejmujące, to ogromna potrzeba kontaktu, uwagi, miłości, czułości.

O czym według ciebie jest „Boże Ciało”?
Moim zdaniem to jest właśnie film o wielkiej potrzebie akceptacji i miłości. I o bohaterze, który rozumie nauczanie Jezusa na swój sposób. Dostał pewien przekaz od księdza Tomasza, duchownego z poprawczaka, zafascynowało go to i zbudowało na nowo, mógł skonstruować nowego siebie wokół przykazania: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.

Bartosz Bielenia (Fot. Michał 'Massa' Mąsior) Bartosz Bielenia (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

Mówimy o chłopaku, który już w pierwszej scenie filmu bierze udział w bardzo brutalnym akcie przemocy. A zaraz potem pomaga księdzu Tomaszowi przy mszy i na jego twarzy dokonuje się niezwykła zmiana. Uważasz, że Daniel jest w gruncie rzeczy niewinny?
Jest bardzo winny. W filmie delikatnie sugerujemy, że trafił do zakładu poprawczego za nieumyślne spowodowanie śmierci, zabił człowieka. Daniel jako fałszywy ksiądz próbuje dotrzeć do wiernych. Różnie mu ta posługa wychodzi, ale się stara. Współczuje, nie ocenia. Jego perspektywa jest o tyle wyjątkowa, że on sam upadł naprawdę nisko.

Kto cię zaraził teatrem? Rodzice?
Ja sam od małego cisnąłem, żeby startować w konkursach recytatorskich, chodzić na kółka teatralne. Najpierw w teatrze Szóstka, potem w słynnym białostockim Klapsie, tam byłem parę lat. Rodzice nie są w żaden sposób związani z teatrem. To we mnie było coś takiego… Jest w domu zdjęcie – z balu przebierańców w młodzieżowym domu kultury, miałem trzy lata, nie dało się mnie zdjąć ze sceny. Nie przestawałem się kłaniać, mama to zawsze wspomina. Nie mam pojęcia, skąd to mi się wzięło. Natomiast bardzo ważnym momentem, nawet przełomowym, był ten, kiedy musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja faktycznie lubię teatr, czy może lubię siebie w teatrze.

Kto ci je zadał?
Zdzisław Dąbrowski. Sąsiad z bloku, z piętra wyżej. Reżyser Teatru Polskiego Radia, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie i Białymstoku. Szukałem kogoś, kto by mnie przygotowywał do egzaminów. Byłem dopiero w pierwszej klasie liceum, zwykle jednak młodzi ludzie zaczynają się przygotowywać do szkoły teatralnej później. Miałem duże szczęście. Przygotowywałem się do egzaminu, ale też oglądaliśmy albumy ze sztuką, słuchaliśmy jazzu, czytaliśmy Hessego. Byłem podatnym gruntem dla opowieści o Boyu-Żeleńskim i Zielonym Baloniku.

A co z przełomowym pytaniem? Jak na nie odpowiedziałeś?
Byłem przerażony. Oczywiście że uwielbiałem to, że chcę być aktorem. I grałem tylko i wyłącznie po to. Coś tam do mnie dotarło, przestawiłem zwrotnicę wyobraźni na inne tory, zacząłem jeździć na spektakle, czytać, szukać na własną rękę.

Jeszcze na studiach w Krakowie zostałeś najmłodszym aktorem w zespole Narodowego Starego Teatru.
Szukali młodego Gavestona do „Edwarda II”. Wspaniały czas. Zwłaszcza że dowiedziałem się, że reżyserka Ania Augustynowicz – która dostała nasze nagrania ze szkoły teatralnej – wybrała mnie, akurat kiedy byłem w Stambule. Wspaniale się po takiej wiadomości wracało do Polski.

Co robiłeś w Turcji?
Założyliśmy tam teatr. Praktycznie bez pieniędzy, znaleźliśmy scenę i graliśmy. Działaliśmy z grupą ludzi, których poznałem przy okazji warsztatów w Instytucie Grotowskiego. W naszej grupie byli ludzie z Libanu, Grecji, Turcji, Chile, Stanów. Polubiliśmy się i chcieliśmy razem pracować. Stambuł był gdzieś na przecięciu naszych tras, wychodziło, że wszystkim jest tam najbliżej, poza tym chcieliśmy robić projekt „Borders” [Granice], więc trudno sobie wyobrazić lepsze miasto niż Stambuł, położony na styku dwóch kontynentów. Próbowaliśmy po europejskiej stronie, graliśmy po azjatyckiej. Do teatru wchodziło się romantycznie – z nabrzeża, na którym był targ rybny. Potem było już trochę mniej romantycznie, bo najpierw przechodziło się do księgarni, sieciówki takiej jak nasz Empik, a potem wjeżdżało się na trzecie piętro windą. Mała offowa scena. Sala tak niska, że jak się podskoczyło, dotykało się sufitu. Ale się udało, widzowie byli przejęci. Grałem po grecku, angielsku i po polsku, jako jedyny Polak w ekipie.

A jak było z szybkim zastępstwem w „Procesie” Krystiana Lupy w Nowym Teatrze? Krążą o tym legendy.
Mieliśmy akurat próby do innego spektaklu, jadłem w teatrze obiad i usłyszałem, że jeden z aktorów z „Procesu” nie może przyjść. Odwoływać czy nie? Powiedziałem, że jakby co, ja mogę zagrać, widziałem ten spektakl dwa dni wcześniej. I reżyser się zgodził. Musiałem w 20 minut założyć kostium i wyjść na scenę. Całe szczęście ratował mnie mój serdeczny przyjaciel Radek Stępień, który był w tamtym czasie asystentem Lupy. Miałem oprócz podpiętego mikroportu, jak wszyscy, słuchawkę w uchu z nadajnikiem. Radek okazał się mistrzem suflerki, cierpliwie mówił do słuchawki: „Spokojnie, Bartek, za chwileczkę wydarzy się to i to. Czekaj, aż się zmieni światło. Nie, nie w te drzwi! Wchodzisz nie w te drzwi, w te drugie!” [śmiech].

Potworny stres.
Przeciwnie. To było jedno z moich najprzyjemniejszych doświadczeń na scenie. Ogromna wolność: nigdy wcześniej tego nie robiłeś, nie bardzo wiesz, co będzie za chwilę. Nagle możliwe stało się to, z czym aktor zawsze mierzy się w czasie prób – być zaciekawionym, po raz pierwszy słuchać partnera, wszystko było niezwykle świeże i intensywne. Największym problemem było to zagrać jeszcze raz, kiedy Krystian Lupa zaprosił mnie do obsady. To dopiero było wyzwanie! Powtórzyć tę otwartość, poczucie pełnej swobody. Wielki dar od losu, że zostałem w coś takiego wrzucony.

Lubisz ryzyko, adrenalinę?
Lubię zmiany, nie boję się podejmować radykalnych decyzji, ale też lubię mieć różne rzeczy porządnie przemyślane, jest więc w tym chyba jakaś równowaga.

Nie chciałeś zostać w Krakowie?
Uwielbiam Kraków, wszystkie moje wyobrażenia o tym mieście – zbudowane na podstawie jednej wycieczki szkolnej do Auschwitz, podczas której zatrzymaliśmy się w Krakowie, akurat na tyle, żeby zjeść w KFC na Floriańskiej – się urzeczywistniły [śmiech].

Wyobrażenie kogoś z drugiego końca Polski o mieście poetów, spowitym mgłą. Nawet jeśli w pierwszym wynajmowanym mieszkaniu w suterenie, z okratowanymi oknami, było tak zimno, że w chłodniejsze dni, kiedy brałem prysznic, okno zachodziło szronem. Zostać w Krakowie nie mogłem. Nie chciałem współpracować z narzuconym nam dyrektorem Starego Teatru. Teraz jestem w Warszawie, w zespole Nowego Teatru, i to dla mnie inspirujący czas. Stabilizacji, bo kalendarz mam zapełniony do połowy 2020 roku.

Czym żyjesz poza graniem?
Sam codzienny rytm pracy aktora teatralnego mocno ogranicza życie poza graniem. To, że masz próby od 10:00 do 14:00, a potem wracasz do teatru na 18:00 i zostajesz do 22:00. Po drodze masz czas najwyżej na to, żeby coś zjeść i ewentualnie szybko coś załatwić. Wracasz do domu i jest przed 23.00. Oczywiście, to mój wybór, nie zamierzam narzekać, myślę, że ciężej byłoby mi sprawdzić się w systemie ośmiu godzin dziennie, ale wyciągnąłem ostatnimi czasy pewną naukę. W te wakacje przez miesiąc nie było mnie dla nikogo. Spędziłem go z rodzicami, potem z moją dziewczyną, która akurat wróciła z Syberii.

Życiowe zobowiązania?
Mamy psa, ma na imię Kredyt.

Jak?!
Nazwaliśmy go Kredyt, właśnie od zobowiązania na lata [śmiech]. Znaleźliśmy go na Mazurach. Prawie go przejechaliśmy. Jechał na mnie z naprzeciwka samochód, na czołowe, śmierć w oczach, a okazało się, że tamto auto wymijało psa, przed którym ja w końcu ledwo wyhamowałem. Moja dziewczyna natychmiast wyskoczyła z auta. Krzyczę: „Nie wychodź, może być wściekły, przerażony, pogryzie cię”. Jeszcze słyszałem szczęk zerwanego łańcucha o asfalt. Kredyt jest mieszańcem, ale wygląda jak pitbull, można się przestraszyć. Ale jak nas tylko zobaczył, zaczął piszczeć, wić się, merdać ogonem. Zapchlony, śmierdzący wracał do Warszawy na przednim siedzeniu, na kolanach. Za chwilę mija rok, jak go mamy. A wracając do tego, czym żyję poza graniem. Sam często sobie zadaję to pytanie. O pozateatralne pasje. Dużo czytam, oglądam, gram na konsoli – tak się resetuję. Ale i tak wszystko to przerabiam i wykorzystuję jako aktor. Na razie teatr wygrywa.

Masz idoli?
Nie. Nigdy mnie nikt na scenie nie zafascynował do tego stopnia, żebym chciał się na nim wzorować. Ktoś mi kiedyś zarzucił w wywiadzie, że to niedobrze, bo to może brzmieć jak buta. Ale nie o to chodzi.

W takim razie o co?
O to, że to jednak życie jest polem, na którym szukam punktów odniesienia. Swoimi wielkimi autorytetami mógłbym nazwać przynajmniej kilku przyjaciół. Na przykład Mateusz, któremu niedawno urodziły się bliźniaki. Widzę, jak się rozwinął jako mężczyzna, jakim jest genialnym ojcem, partnerem w związku. Każda minuta spędzona z nimi, z jego rodziną, to dla mnie lekcja.

BARTOSZ BIELENIA , rocznik 1992; urodzony w Białymstoku, absolwent Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego). W latach 2014–2017 występował w krakowskim Starym Teatrze, obecnie jest w zespole Nowego Teatru w Warszawie. W kinie można go było do tej pory oglądać m.in. w filmach: „Disco polo”, „Człowiek z magicznym pudełkiem”, „Kler”, a w większej, wyróżnianej na festiwalach roli – w thrillerze „Na granicy”.

  1. Kultura

Mary Komasa - czułe punkty

Mary Komasa: rocznik 1985, polska wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i multiinstrumentalistka. Od 11 lat mieszka w Berlinie. Za pierwszą płytę „Mary Komasa” nominowana do Fryderyka w kategorii fonograficzny debiut roku 2016. 10 października ukazał się jej drugi album „Disarm”. (fot. Kasia Ładczuk)
Mary Komasa: rocznik 1985, polska wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i multiinstrumentalistka. Od 11 lat mieszka w Berlinie. Za pierwszą płytę „Mary Komasa” nominowana do Fryderyka w kategorii fonograficzny debiut roku 2016. 10 października ukazał się jej drugi album „Disarm”. (fot. Kasia Ładczuk)
Mary Komasa nie ma nic przeciwko temu, żeby stać się głosem swojego pokolenia. Śpiewa przecież o straconych złudzeniach rówieśników, wolności i odpowiedzialności. W tej ostatniej widzi ratunek dla świata.

Wierzysz, że sztuka wciąż może coś uruchamiać w ludziach? Nie tylko zainicjować dyskusję, sprowokować refleksję, ale doprowadzić do realnych zmian?
Jestem o tym przekonana. Wierzę, że sztuka uruchamia wrażliwość i ułatwia komunikację ze światem. Głęboko wierzę w sens treści, które mam do przekazania, tak jak każdy artysta z dobrymi intencjami. Ile razy sama wyszłam z opery, płacząc?! Sztuka potrafi dotknąć naszych najgłębszych lęków i tęsknot. Robi to bez pytania, bez wahania, dotyka bezpośrednio naszych czułych punktów. Wiesz, 13 października, czyli w dniu wyborów, grałam premierowy koncert w Krakowie. Widzowie płakali nie tylko podczas występu, ale i po. Bo sztuka wciąż ma moc uruchamiania emocji! Wyłączyliśmy wrażliwość, więc teraz trzeba spojrzeć wstecz i odnaleźć w sobie guzik, który uruchomi ją z powrotem.

Czuję, że w odróżnieniu od pierwszej płyty, przepełnionej młodzieńczymi ideałami, na drugiej ukazujesz siebie również jako świadomą swoich praw i obowiązków obywatelkę.
O to chodziło! Wiele osób pyta mnie: „Dlaczego na twój drugi album musieliśmy czekać aż cztery lata?”. To nie jest tak, że przez ten czas nic nie robiłam – między innymi realizowałam wraz z moim mężem, Antonim Komasą-Łazarkiewiczem, muzykę do seriali i filmów. Mieliśmy mnóstwo pracy. Poza tym jestem typem człowieka, który nie lubi się do niczego zmuszać. Czekałam. Nie chciałam siebie cisnąć. Sztuka, którą uprawiam, nie znosi kompromisów. Przez wiele lat uciekałam przed niektórymi ważnymi pytaniami. Niby wiedziałam, co myślę, ale bałam się konfrontacji ze sobą samą. Przekraczając trzydziestkę jakiś czas temu, doszłam do ściany. Poczułam, że uniki są niedojrzałe. Osłabiają mnie.

Tym bardziej że dość wcześnie weszłaś w tzw. dorosłość.
To prawda. Miałam 23 lata, gdy wzięłam ślub i zostałam macochą na pełny etat dla dwóch córek Antoniego, a sama przecież dopiero rozpoczynałam dorosłe życie. Byłam obarczona wieloma problemami i w ogóle nie interesowałam się polityką, po części dlatego, że nie musiałam, ale po części, bo tak było mi wygodniej. Uważałam, że to mnie nie dotyczy. Przynależę do pokolenia ’85. I jak się okazało, cała generacja dość długo nie miała świadomości obywatelskiej – moi rówieśnicy omijali ten aspekt codzienności. Ja przynajmniej miałam wymówkę – dom, dzieci... Ale to marna wymówka! Nie zadawaliśmy sobie podstawowych pytań przez lata: Co ja robię na tym świecie i jaka w związku z tym ciąży na mnie odpowiedzialność? Nie chodzi o wolność, ale o powinność. Dziś wiem, że mój głos jest ważny. Nie obarczam osób trzecich odpowiedzialnością za moje działania i wybory. Być może to właśnie moje pokolenie będzie musiało dokonać zmian, uruchomić inne myślenie dotyczące ekologii, tolerancji czy sztuki. Świat się rozpada. To idealny czas dla artystów, by mogli tworzyć, ale koszmarny dla ludzi chcących po prostu żyć. I o tym są moje piosenki.

Stałaś się głosem pokolenia?
Nie mam nic przeciwko! Utwór „Degenerate Love” mówi o tym, że moje pokolenie, choć dorastało w kraju bez komuny, nie dostąpi raju na ziemi. Nie ma nieba, które nam obiecano. Wychowywałam się w wolnym kraju, moje dzieciństwo nie różniło się zbytnio od dzieciństwa moich rówieśników w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii: też obchodziłam urodziny w McDonaldzie, a potem słuchaliśmy wszyscy tych samych płyt i oglądaliśmy podobne seriale. I co? I nic. Bo nic nikomu nie jest i nie będzie dane w prezencie.

A może jednak twoja postawa to jest coś, co wyniosłaś z domu?
Na pewno, bo zostałam wychowana w duchu empatii i odpowiedzialności wobec drugiego człowieka. Tyle że długo musiałam pracować nad tym, by pokochać siebie. Zawsze uważałam, że nie ma co za bardzo nagradzać się za własne osiągnięcia. Skromność przede wszystkim. Dziś umiem patrzeć sobie w oczy z zadowoleniem – staję przed lustrem i najzwyczajniej w świecie lubię siebie. Nie znaczy to, że nie jestem krytyczna wobec własnych działań i umiejętności, ale nie poprzestaję na samej krytyce. Wiem, że dopóki nie zaczniemy kochać siebie, nie będziemy umieli pokochać innych. A niesienie pomocy – ludziom, zwierzętom, planecie – jest kluczowe i świadczy o postępie cywilizacyjnym! Jestem idealistką i wierzę, że każdy z nas też może taki być! Popatrz, Greta Thunberg jeszcze rok temu siedziała sama, zastanawiając się, jak ruszyć tłumy, a dzisiaj popiera ją tyle osób!

Ale to wszystko wymaga konsekwencji, cierpliwości, pokory...
Masz rację. Żyjemy w dobie aplikacji mobilnych. Patrzę na moje pasierbice i widzę, że jeśli nie dostaną czegoś natychmiast, to przestają się tym interesować – 18-latkom starcza cierpliwości i zainteresowania na 30 sekund, bo tyle trwają filmiki na Instagramie.

Wspomniałaś o ekologii. Na co dzień żyjesz w Berlinie, który słynie z zastosowania najlepszych ekologicznych rozwiązań w miejskiej przestrzeni: rośnie tu ponad 20 mln drzew i każde otoczone jest urzędniczą opieką!
Wiem dobrze, o czym mówisz, mam kompostownik w mieszkaniu, pięć różnych śmietników i cały czas wymieniam lub oddaję butelki [śmiech]. Nie mam też auta, jeżdżę komunikacją miejską, a jak trzeba, to chodzę 12 km dziennie. Jeśli miałabym zrobić bilans, to wszystko, co zarabiam, wydaję na swój luksusowy styl życia, bo ekologia wciąż sporo kosztuje, o ile ktoś zdecyduje się być i żyć eko na co dzień, a nie tylko w weekendy. Z Polski wyniosłam wolność, ale to Berlin nauczył mnie, jak ją spożytkować. Berlin nauczył mnie dyscypliny.

Czy dla kogoś żyjącego w ten sposób Polska może być wciąż bliska i zrozumiała?
Oczywiście. Mam tu rodziców i rodzeństwo, a także wielu przyjaciół. Wracam tu za każdym razem z radością, tylko czasami telefony od męża uświadamiają mi smutną prawdę – rozmawiam z Antonim, który mówi: „Już powinnaś być dawno w domu! Słyszę to w twoim głosie, za długo jesteś w Polsce!”.

Co to znaczy?
Nigdy nikogo nie atakuję ani nie oceniam. Jest to po części kwestia wychowania, a po części wiąże się z życiem w Berlinie, chyba najbardziej lewicującym miejscu Europy, jeśli nie świata. Żyję w gejowsko-tureckiej dzielnicy i nigdy nie widziałam tutaj bójki. W Polsce wciąż jest inaczej. Jesteśmy cały czas poranieni: zapatrzeni w przeszłość nie potrafimy myśleć perspektywicznie. Ale skoro nie umiemy rozmawiać z dziećmi o seksie, to jak mamy je nauczyć miłości i szacunku do innej osoby? Boli mnie to. I to Antoni czuje w moim głosie, gdy telefonuję z Polski.

Mówisz o dyscyplinie, a przecież Berlin dla wielu jest synonimem hedonizmu i buntu.
Mnie Berlin nauczył poszanowania dla odmienności i niezależności innych. Tego, w co można wolność i niezależność przekuć. To się wiąże zarówno z dyscypliną, jak i ze świadomością. Oczywiście, zawsze można iść do Berghain [kultowy klub słynący z kapryśnej selekcji przy drzwiach i imprez techno trwających nawet trzy dni – przyp. red.]. Klub jest czynny non stop, można tańczyć, pić i ćpać o każdej porze. Wielu moich znajomych dało się złapać na tak pojmowaną wolność. Tyle że według mnie z wolnością ma to niewiele wspólnego – dla mnie Berghain oznacza zniewolenie. Berlin, który znam i cenię, jest idealnym miastem dla ludzi lubiących mieć swoje rytuały, chcących żyć po swojemu. Mieszkam tu od 11 lat, to miasto miało duży wpływ na mój styl życia i sposób bycia. Nie mam przeciwko czemu się buntować. Pragnę współgrać z ludźmi, którzy tutaj żyją.

I chyba dobrze ci to wychodzi, a w zasadzie wam: od lat pracujesz z mężem, który jest kompozytorem filmowym.
Pracuję i żyję z człowiekiem, który też jest twórcą, więc rozumie moje lęki, frustracje, ambicje, marzenia. Ja też go rozumiem i staram się być zawsze wyrozumiała. Żadne z nas nie jest też zazdrosne o wzajemne sukcesy – nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Kibicujemy sobie i pomagamy. A to nie jest łatwa praca – spełniamy się w niej, ale też często po drodze spalamy. Dużo nas kosztuje nie tylko to, by realizować się w sposób szczery i uczciwy, ale też, by namówić innych do współpracy. To szalenie emocjonujące.

Antoni to bez wątpienia mój największy przyjaciel, powiernik. Ostatnią płytę nagrywaliśmy w różnych częściach Europy: w Berlinie, Amsterdamie i Wielkiej Brytanii. W Londynie w ciągu pięciu dni musieliśmy nagrać wokale do dziesięciu piosenek. Nie stać nas było na więcej, a i tak nie było luksusów: studio przypominało małą kuchnię w bloku, prócz mnie z mikrofonem musiało się w niej zmieścić dwóch producentów z konsolą i mój mąż. Tempo było szalone, a na dodatek to był trudny prywatnie dla mnie czas – zmagam się z endometriozą i akurat byłam na dwa miesiące przed operacją. Tylko Antoni wiedział, przez co przechodzę. Zaraz po nagraniach rozłożyłam się na całego, ale przez te pięć dni dawałam z siebie wszystko. Mąż był moim największym wsparciem.

A czy jest też trochę tak, że dzięki jego córkom masz dostęp do tego, o co chodzi ich pokoleniu – o co walczą, jakie mają ideały, czego się boją?
Tak, ale wciąż to ja jestem najbardziej cool w naszym domu! Zwykle przekraczam najwięcej granic i mam najfajniejszego Instagrama [śmiech]. Trzy lata temu powiedziałam dziewczynom, że jest taka streetwearowa marka Vetements i za moment będzie absolutnie na topie. Dzisiaj wszyscy chcą się tam ubierać albo kopiują ciuchy z tą metką i noszą się w takim stylu. To jest akurat śmieszny przykład, na co dzień po prostu żyjemy ze sobą dobrze i tyle. Dziewczyny są wyrozumiałe wobec mnie, doskonale wiedzą, że mogę być emocjonalnie i fizycznie wyczerpana po wielu godzinach nagrań. Wymagam pewnie od nich wiele, ale też wiele daję z siebie. I mam świadomość, że ciąży na mnie odpowiedzialność wychowawcza. Chyba najbardziej lubię to poczucie, że mogę poszerzać ich horyzonty. Nie tylko modowe!

Pytanie na koniec: widziałaś „Boże Ciało” [film brata Mary, Jana Komasy – przyp. red.]? Jest polskim kandydatem do Oscara!
Oczywiście, ale musiałam pojechać specjalnie na festiwal filmowy do Gdyni, gdzie produkcja pokazywana była premierowo. Brat pewnie dysponował linkiem, ale nie chciał mi go udostępnić! I teraz powiem coś, co będzie powrotem do początku naszej rozmowy – dla mnie „Boże Ciało” jest jak dialog: mojego brata z widzem, ale też ze mną czy z naszym rodzeństwem i z rodziną. Ten film jest jak ostatnia, najświeższa wiadomość od Janka. To swoisty dowód: sztuka potrafi mieć moc sprawczą, potrafi uruchamiać dyskusje i uczucia, polerować wrażliwość, a nawet doprowadzać do zmian w myśleniu. „Boże Ciało” to niezwykle szczery i osobisty obraz stworzony przez mojego brata. I choć jesteśmy wszyscy sobie bliscy, to wiadomo, że są emocje czy refleksje, do których nie mamy wzajemnie dostępu. Dzięki „Bożemu Ciału” wiem o bracie trochę więcej. I wiem także, jakie mamy szczęście w życiu – każde z nas zajmuje się sztuką.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.