1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. W podomce, ale dama. Irena Santor

W podomce, ale dama. Irena Santor

Do wszystkiego musiałam dojść sama i bardzo się z tego cieszę, bo mam szacunek dla tego zawodu - mówi Irena Santor. (Fot. Marlena Bielinska)
Do wszystkiego musiałam dojść sama i bardzo się z tego cieszę, bo mam szacunek dla tego zawodu - mówi Irena Santor. (Fot. Marlena Bielinska)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Mimo kilkudziesięciu lat na scenie nadal zachwyca głosem, klasą i otwartością na zmiany. Szanuje swoją prywatność, ale nie kryje wieku. A nade wszystko lubi być zwyczajna. Nam opowiada o sztuce, która pomaga przetrwać trudne chwile, i o ludzkiej dobroci, w którą bardzo wierzy. 

Cała Polska nazywa panią „Santorką”. Lubi pani to? Bardzo, bo to jest odniesienie do Ordonki – artystki, którą szanuję i uwielbiam za to, że nie tylko była utalentowana, ale mocno pracowała nad sobą, i stała się symbolem epoki.

I jest w tym pewna bliskość: „Santorka”, wielka artystka, dama, ale nasza, nie zdystansowana. Zawsze pragnęłam, żeby publiczność zaakceptowała moją zwyczajność. Kiedy idę do warzywniaka, nie muszę mieć starannego makijażu. Nie mówię, że mam chodzić zaniedbana, uważam, że z szacunku dla ludzi trzeba być dobrze ubranym i umytym, ale po pietruszkę idę sobie jako ja, a nie jakaś znana postać. I kiedy sprzedawczyni mówi: „o, byłam wczoraj na pani koncercie i bardzo mi się podobało”, to odpowiadam: „dziękuję, jest mi bardzo miło, poproszę jeszcze trzy marchewki”. Wysyłam informację, że jestem zupełnie zwyczajnym człowiekiem i bardzo mi zależy, żeby tak mnie postrzegano i aprobowano. Moja przyjaciółka kłóci się o to ze mną, mówi: „jeśli znów pójdziesz po pietruszkę bez klipsów i makijażu, to nie chcę cię znać!”. Terroryzuje mnie już od dziesiątków lat, ale daremnie. Jestem artystką na scenie, tam mam do przekazania pewną intencję, sztukę. Ale w domu, jeśli państwo przyjdą do mnie na herbatę, to proszę się nie gniewać, że będę w podomce. Może ładnej, ale w podomce.

W podomce, ale dama! Zacytuję Jerzego Waldorfa: „First Lady polskiej piosenki, wyróżniająca się swoim zachowaniem w każdej dziedzinie”. Od lat ma pani taki wizerunek. Jak to się robi? Nie znam jakiejś specjalnej techniki, po prostu jestem, jaka jestem. Szanuję swoją prywatność, nie znoszę publicznego wywlekania własnych spraw, nigdy nie łączę ich z występami. To, co miałam zakodowane od początku, to pewność, że muszę śpiewać siebie. Może to się podobać albo nie, ale to musi być moje. Zachować artystycznie siebie i oddzielić od tego prywatność – jest bardzo trudno, bo na to, co wyśpiewam, ma przecież wpływ także to, co przeżywam, chociaż o tym nie opowiadam... Zresztą na pewne refleksje potrzebne są lata przemyśleń. Ja dopiero teraz odważam się o nich mówić, dlatego że już schodzę ze sceny. Teraz mogę powiedzieć, co było dla mnie ważne i najważniejsze.

Co było najważniejsze? Publiczność. Z czym wyjdzie z sali koncertowej, co przeżyje, co zapamięta. Jak reaguje, bo koncert odbiera się natychmiast. My, artyści, wyczuwamy, które brawa są szczere, a które grzecznościowe. A bywa też, że publiczność nagrodzi kogoś ponad zasługi, więc trzeba się pilnować. Ja na przykład mam swojego krasnoludka na ramieniu. Siedzi tam i mówi: „o, kochana, to było niezasłużenie!”. Wredny jest bardzo, bo zawsze mówi prawdę. A bywa, że podczas występu coś się omsknie. Może nawet to być niezauważalne dla słuchacza, ale krasnal czuwa i szepcze swoje do ucha, a człowiek ma do siebie pretensje, mówi: „cholera, nie tak poszło!”. Chociaż nie ma dziś obowiązku śpiewania tak kryształowo, że każda nutka powinna być czysta jak łza – dla mnie to wciąż ideał.

Jest pani perfekcjonistką? I samoukiem – z podsłuchu i podglądu. Widzi pani, ja do swojego zawodu dochodziłam długo, długo i cierpliwie. W latach 60. nie było dostępu do tego, co dzisiaj jest normalną rzeczą: do szkół estradowych, nauki baletu czy kształcenia określonego gatunku śpiewu. Do wszystkiego musiałam dojść sama i bardzo się z tego cieszę, bo mam szacunek dla tego zawodu.

Co było szczególnie trudne? Przejście od stylu ludowego na styl estradowy. Muzyka ludowa to potężne źródło, przecież sięgali do niego najwięksi artyści: Chopin, Kilar, nawet Penderecki. I ja piłam z tego źródła, ale kiedy po ośmiu latach w „Mazowszu” odeszłam z zespołu, trudno mi było ot, tak się przeobrazić. Pomogła mi Barbara Fijewska, która wówczas reżyserowała „Kram z piosenkami” w Teatrze Ateneum. Ona tłumaczyła mi, czym jest śpiewanie estradowe. Poprosiła dyrektora Janusza Warmińskiego, żeby pozwolił mi śpiewać w chórku. To było bardzo kształcące: być wśród śpiewających aktorów, których domeną jest interpretacja słowa. Słuchałam ich i zastanawiałam się, na czym to polega, że wykonanie tak mi się podoba, mimo że przecież oni ciut fałszują... Podglądałam ich, podsłuchiwałam. Potem wiele dała mi praca w Teatrze Syrena, który był gniazdem najwybitniejszych artystów, grali tam Krukowski, Bielenia i Brusikiewicz, Sempoliński, Dymsza, Kwiatkowska, Korsakówna, Kraftówna, Janowska, Bielicka... Z kolei praca w radiu była wielkim egzaminem. W orkiestrze grali świetni muzycy, kształceni jeszcze przed wojną, początkującym jak ja stawiali wysokie wymagania. Trzeba było przychodzić perfekcyjnie przygotowanym do występu. Śpiewało się utwór od początku do końca, nie było dubli i powszechnego teraz przycinania i montażu tekstu. Była próba na wyłapywanie błędów w zapisie, potem pierwsze nagranie „na brudno”, potem „na czysto”, i do widzenia.

Śpiewała pani w radiu i była już znana słuchaczom, kiedy przyszedł wielki triumf na festiwalu w Sopocie. Tak, na walc „Embarras” spływają laury, debiutantka dostaje pierwszą nagrodę. Może się człowiekowi przewrócić w głowie! Ale mnie to zachęciło, żeby się dalej uczyć. Bo czy ja po tym walcu umiałam wszystko? Skąd! Zaczynałam raczkować. Chciałam pójść do szkoły dramatycznej, ale profesor Aleksander Bardini powiedział, że muszę zdać egzamin, uczęszczać pięć lat na zajęcia, a potem dopiero wyjść na estradę. Nie miałam na to czasu. Pracując czynnie na scenie, nagrywając w radiu, nie można odejść na pięć lat, żeby uczyć się zasad dykcji, zresztą dobrą dykcję dostałam od Pana Boga w prezencie. Chciałam pójść do szkoły tak trochę w czapce niewidce, żeby zobaczyć, w jaki sposób oni uczą się odczytywania tekstu, interpretacji.

(Fot. Marlena Bielinska) (Fot. Marlena Bielinska)

Na wizerunek, prócz głosu i interpretacji, składa się także gest i strój. Czy sama dobierała pani suknie? Suknię na festiwal w Sopocie zaprojektowała Krystyna Wolińska, projektantka i autorka tekstów, to ona pisała słowa do piosenki „Maleńki znak”. Uszyła ją Moda Polska, ale sama za nią zapłaciłam, bo nikt artystom strojów nie fundował. A Moda Polska też nie przyjmowała zamówień tak od wszystkich. Uszyto mi suknię, bo chodziło o festiwal, i to było dużym wyróżnieniem. To były inne czasy, wszystkiego brakowało, materiałów też.

Ówczesna dyrektor Mody Polskiej Jadwiga Grabowska miała swoje kontakty we Francji i jeździła do Paryża. Mogła kupić trochę materiału za dewizy. Bywało, że dostawałam poufną informację: „mamy taki kawałek, pani Irenko, gipiura przeznaczona dla jakiejś ważnej klientki, ale na szczęście pani dyrektor kupiła parę metrów więcej…”, i tak to miałam gipiurową suknię na Sopot. Wtedy elegancja na scenie była obowiązkiem. Zasadą było: stój przy mikrofonie i śpiewaj, ręce opuszczone, mało ruchu, jeśli coś chciało się zaakcentować, to tylko głosem. Gest to była wielka rzecz – żeby gestykulować, trzeba było mieć odwagę, dopiero potem młodzież nas nauczyła, że na scenie można się poruszać, chodzić, tańczyć.

Ale to młodzież uczy się od autorytetów. Co radziłaby pani młodym artystom? Radzić nic nie można, najwyżej powiedzieć, czego doświadczyłam. Że wykonanie zależy od wielu rzeczy: od tego, co właśnie przeżywam, na jakim koncercie byłam, co czytałam, kogo spotkałam. Na przykład „Maleńki znak”. To piosenka o Warszawie, refleksja, że ta Warszawa jest biedna, nie taka, jaką pamiętam z dzieciństwa, ale jest cudna – mogę pójść do Łazienek, nad Wisłę. Być może któryś artysta zaznaczy inne akcenty, zaśpiewa to dynamicznie i radośnie. Wykonanie zyska inny wymiar, ale też będzie prawdziwe. Trzeba tekst przefiltrować przez siebie, a to nie jest łatwe. Za to pozwala śpiewać każdy utwór po swojemu. Czy to będzie utwór kolegi, gdybym chciała śpiewać covery, czy mój własny, bo ta sama piosenka na każdym etapie życia może znaczyć co innego.

Warto dbać o własną osobowość, rozwijać ją i nie oszukiwać. Bo warsztat warsztatem, talent talentem, ale jednak uczciwość i prawdziwość są bardzo ważne.

Wizerunek – zwłaszcza jeśli jest sztuczny –może okazać się pułapką? Jak można stworzyć siebie na jakiś obraz, i potem już się nie zmieniać do końca życia? Boże, nie wolno! Przecież nie jestem jednowymiarowa. We mnie jest dużo różnych osobowości, różnych emocji i to wszystko jestem ja, dzisiaj taka, jutro inna.

Obecna Irena Santor jest inna niż ta z lat, powiedzmy, 60.? Oczywiście! Kiedyś oglądałam ze znajomymi jakiś mój występ z archiwum telewizyjnego, i mówię: „słuchajcie, ale przecież ona popełniła tam błąd!”. „Kto: ona?”, „No ona, czyli ja sprzed laty”. Wszyscy się śmieli, ale dla mnie to jest „ona”, ona już była.

Ale lubi ją pani, tę dziewczynę z dawnych lat? No lubię ją, bardzo ją lubię, bo gdybym nie lubiła, to nie miałabym nadziei na rozwój i pełną dojrzałość.

Czym jest dla pani dojrzałość? W książce Doroty Goldpoint „Serce nie ma zmarszczek” wypowiadam się w rozdziale pod tytułem, który sobie wymyśliłam: „Trwam przemijając”. Mam szacunek dla swojego wieku i nie robię z niego tajemnicy ani z tego, że się starzeję, że w gruncie rzeczy odchodzę. Nie mówię sloganów w rodzaju: „każdy etap jest świetny, w każdym wieku jesteś piękna”. Staram się dbać o siebie, słucham lekarzy, badam się. Przykładam wagę do wyglądu, uczesania, stroju, maluję się i używam pudru, ale nie zrobiłabym sobie operacji plastycznej. Wymagam od ludzi, żeby szanowali mój wiek, akceptuję swoje zmarszczki. I to jest zwycięstwo mojego człowieczeństwa i mojej kobiecości nad upływem czasu.

Ale mówi pani, że to wcale nie jest łatwe? Tak, bo chociaż mówię, że „trwam przemijając”, jest dla mnie rzeczą bardzo trudną przyjąć tę nieuchronność. Mam jej świadomość, ale w jakimś sensie traktuję jako przemoc wobec mnie. Nie pojmuję jej i czekam, żeby mi ktoś mądry to wytłumaczył. Gdybym ją zaaprobowała i zrozumiała, zyskałabym spokój absolutny i poczucie szczęścia.

Ma pani jakieś niespełnione marzenie zawodowe? Nie zagrałam w musicalu. A poszłam pracować do Syreny, bo obiecano mi taką rolę. Dyrektorzy już mieli licencję musicalu na biurku, już, już miały zacząć się prace… Dwa lata to trwało, nie doczekałam się. Szkoda, bo uważam, że rola w musicalu, w której mogę się poruszać, mówić i śpiewać, to byłby dla mnie następny krok, rozwój w życiu zawodowym.

A co panią ratowało w trudnych momentach? Mój zawód dawał mi siłę. Kiedy dopadła mnie choroba (nowotwór piersi w 2000 r. – przyp. red.), miałam mocną motywację do walki, bo chciałam jeszcze śpiewać, pojechać w kilka miejsc z koncertami. Myślałam sobie: „Jest jeszcze potencjał zawodowy, a tu jakaś choroba. No to trzeba z nią walczyć! Wyzwolić się”. Mam za sobą przeżycia osobiste tak tragiczne, że można byłoby się załamać, ale muzyka, scena przypominały, że istnieje jeszcze inna perspektywa. I nie mówię tylko o swoich występach, ale o tym, że istnieje sztuka, że mogę się w nią wtopić, ukryć, zaczerpnąć sił. Idę do filharmonii albo do teatru i mówię: „Boże, jak ten ktoś cudownie gra!”. Niemożliwie, fantastycznie, tak, że człowiek się podnosi. Nie jestem bardzo silną osobą, czasem ulegam nastrojom, ale muzyka i sztuka to mój oręż.

Bardzo wcześnie musiała pani nauczyć się żyć samodzielnie. Tata zginął w pierwszych tygodniach wojny, mama zmarła na gruźlicę w początkach lat 50. Doznawała pani wsparcia od obcych? Kiedy jako nastolatka zostałam sama na świecie, ludzie bardzo mi pomogli. Nauczyciele, wychowawcy, sąsiedzi uczyli mnie życia i alfabetu, wiele im zawdzięczam. Moim zdaniem słusznie śpiewał Czesław Niemen, że „ludzi dobrej woli jest więcej”. Owszem, zdarzało się, że ktoś mnie zawiódł, oszukał. Zawsze byłam człowiekiem ufnym, więc dostawałam także ciosy i ciosiki, i one uczyły mnie, by patrzeć na świat trochę realniej, ostrożniej, ale nadal nie tracić wiary w ludzi. Mało tego: szukać takich, na których mogę się oprzeć, którym mogę zawierzyć. Dlatego ich szukam, tych ludzi dobrej woli, i wciąż znajduję.

Mam szczęście do przyjaciół, myślę czasem, że przyjaźń jest ważniejsza niż miłość. Chociaż to, co napisała o miłości Olga Tokarczuk, jest moim wielkim odkryciem. To, że czułość jest najskromniejszą odmianą miłości, nie „malutką”, ale najskromniejszą. Jeżeli ludzie się szanują, mają sobie coś do dania, mają dla siebie czułość, to euforyczne uczucie miłości jest przy tym blade. Zdarza się, i oczywiście pięknie przeżyć takie całopalenie. Ale u źródła jest czułość i ona zostaje, gdy ognisko przygasa, bo czułość się nigdy nie wypala.

Irena Santor  - urodzona w 1934 r., w latach 1951–1959 solistka zespołu „Mazowsze”. Po odejściu kontynuowała karierę solową, nagrała kilkadziesiąt albumów. Jest wykonawczynią wielu przebojów, m.in. „Embarras”, „Maleńki znak”, „Już nie ma dzikich plaż”. W 2017 r. uhonorowana doktoratem honoris causa Akademii Muzycznej w Łodzi

Prezentowane portrety stanowią część projektu „The Inner Power”, który ma na celu wsparcie dojrzałych kobiet i przywrócenie szacunku dla autorytetów. Na projekt składa się książka Doroty Goldpoint „Serce nie ma zmarszczek” oraz fotografie autorstwa Marleny Bielinskiej, która uchwyciła piękno ambasadorek projektu: Ireny Santor (honorowa ambasadorka), Grażyny Szapołowskiej, Katarzyny Grocholi, Agaty Młynarskiej, Anny Korcz, Alicji Węgorzewskiej-Whiskerd, Joanny Kurowskiej, Katarzyny Żak i Jolanty Fraszyńskiej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Relaks z dobrą muzyką to idealny pomysł na odpoczynek po pracy (Fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Marta Gardolińska - pierwsza w historii opery francuskiej dyrektorka muzyczna

Marta Gardolińska - dyrygentka
Marta Gardolińska - dyrygentka
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Wiadomość, kto obejmie stanowisko dyrektora muzycznego Opery Narodowej Lotaryngii, wywołała ostatnio sporo zamieszania. Bo to kobieta – pierwsza w długiej historii tej instytucji. Polka, i to zaledwie 33-letnia. Kim jest Marta Gardolińska?

Szacowna Opéra National de Lorraine z siedzibą w Nancy, jedna z pięciu oper narodowych we Francji, jest sceną z tradycją sięgającą XVIII wieku. Dyrygenta pełniącego funkcję dyrektora muzycznego szukano tu już od pewnego czasu. Wybór Marty Gardolińskiej jest tym bardziej znaczący, że wzięto pod uwagę także głosy muzyków orkiestry i reszty zespołu opery. Znali Gardolińską, mieli okazję z nią pracować.

– To była próba ognia, z której wyszliśmy obronną ręką – wspomina Marta tamtą współpracę.

Do próby ognia jeszcze wrócimy, tymczasem sukces Polki jest wyjątkowy także z innego powodu. Tak, Gardolińska to pierwsza w historii francuskiej opery dyrektorka muzyczna, ale chodzi też o dyrygenturę w ogóle. Jeśli spojrzymy na światowe statystyki, w zestawieniu 150 najbardziej rozpoznawalnych dyrygentów znalazło się zaledwie pięć dyrygentek. Te dane pochodzą sprzed kilku lat i to w tym przypadku pocieszająca wiadomość. Bo, jak mówi sama Marta, czasy zmieniają się bardzo szybko, a ona jest tej zmiany – która gwałtownie przyśpieszyła akurat w czasie jej nauki i wchodzenia w zawód – częścią i naocznym świadkiem. Co nie znaczy, że po drodze nie miała wątpliwości, czy to zawód dla niej.

Ciało

Miała zostać fizjoterapeutką, która zajmuje się muzykami. Pomysł pojawił się jeszcze w liceum, na warszawski AWF zdała z pierwszą lokatą. Zawsze była wysportowana, rodzice bardzo o to dbali. Już jako trzylatka chodziła na basen, potem doszły kolejne dyscypliny, między innymi akrobatyka. A konkretnie: skoki na (tu Marta zgadza się, że w kontekście jej dzisiejszego zawodu brzmi to zabawnie) batucie. Różne osiągnięcia przychodziły jej z łatwością, nawet jeśli przez szkołę muzyczną nie mogła trenować tak intensywnie jak koleżanki. Skoki skończyły się, kiedy w wieku dziesięciu lat doznała poważnej kontuzji. Kompresyjne złamanie kręgosłupa, wynikające z dużych obciążeń w okresie intensywnego wzrostu. Chodziła w gorsecie, przeszła rehabilitację i fizykoterapię. Marta: – Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko dzieje się po coś. Do mnie dzięki tamtemu doświadczeniu dotarło, jak ważna jest praca z ciałem i że można je zregenerować. Sport w jej życiu został. Utrzymywał ją w dobrej formie, ale też dał sporo pewności siebie. Uśmiecha się: – Mam starszego brata i często trenowałam z nim i z jego kolegami. To, że udało mi się zrobić więcej pompek lub wyprzedzić któregoś z nich na torze, było powodem do dumy i zbudowało we mnie przekonanie, że jeżeli się postaram, zawezmę i popracuję, mogę być tak samo silna czy szybka jak moi koledzy. Nadal jest w niej duch rywalizacji. Nie cierpi, kiedy ktoś daje jej fory. Poczucie, że zdobyła w życiu cokolwiek nie dlatego, że była obiektywnie najlepsza, ale z jakichkolwiek innych względów, jest dla niej ujmą na honorze.

Muzyka

Dyrygenturę symfoniczną miała studiować równolegle z AWF. Taki, a nie inny kierunek muzyczny wybrała, bo jako nastolatka – właściwie przypadkiem – odkryła, że dyrygując, wyraża się dużo lepiej, niż grając na instrumencie. Znikała paraliżująca trema, która gnębiła ją podczas występów solo. Miały być więc dwa kierunki studiów, tyle że kiedy już po egzaminach porównała oba rozkłady zajęć, zorientowała się, że pogodzenie ich jest fizycznie niemożliwe. No dobrze, niech więc najpierw będzie dyrygentura, dostać się było na nią niezwykle trudno, na rok przyjmowano tylko pięć osób. Marta zakładała, że studia muzyczne skończy na licencjacie, po czym zrealizuje swój pierwotny plan. I chociaż w rezultacie sprawy potoczyły się inaczej, znamienne jest, że dziś, wspominając kobiety, którym wiele zawdzięcza, na pierwszym miejscu wymienia Gertraud Berkę-Schmid. Profesorkę na Akademii Muzycznej w Wiedniu, śpiewaczkę operową, ale także psycholożkę, lekarkę specjalizującą się między innymi w osteopatii, ćwiczeniach fizjoterapeutycznych, technikach relaksacyjnych. Berka-Schmid łączy w swojej pracy holistyczną wiedzę o tym, kim jest muzyk i jak powinien prawidłowo funkcjonować, a Marta była słuchaczką na jej wykładach i jej pacjentką. Mówi, że swoją postawę – dosłownie: prawidłową postawę na scenie przed orkiestrą, bez bólu i napięć, ale też postawę życiową, podejście do pracy, rozumienie swojej roli jako dyrygentki – zawdzięcza pani profesor.

Tylko ten jeden raz

Jest absolwentką wiedeńskiej Akademii Muzycznej, dokąd trafiła po dwóch latach studiowania w Warszawie. Na uczelni siedziała codziennie od 8 do 22, czyli tak długo, jak było otwarte. Czego uczy się student, żeby zostać zawodowym dyrygentem orkiestry symfonicznej? Nauka techniki dyrygowania zaczyna się zwykle od zajęć z dwoma fortepianami. Ale to szybko przestaje wystarczać, trudno porównać to do kierowania zespołem liczącym od 50 do nawet 120 muzyków. Poza tym technika jest jakąś składową tego zawodu. Marta żartuje, że gdyby prześwietlić pod kątem stylu niektórych gigantów dyrygentury, mogliby nie zaliczyć egzaminów na uczelni. Tu już wchodzi w grę metafizyka – potęga talentu i interpretacji. Co zatem w edukacji przyszłego dyrygenta jest ważne? Zasadne jest porównanie do studiów reżyserskich. Zdobywa się jak najszersze wykształcenie. Historia muzyki, analiza dzieł, nauka repertuaru, wyrabianie w sobie muzykalności. Reszty człowiek tak naprawdę uczy się sam, zdobywa doświadczenia, kierując orkiestrami, między innymi amatorskimi, a kiedy uczy się i mieszka w takim mieście jak Wiedeń, wykrada grafiki Filharmoników Wiedeńskich, po czym przechodzi z pewną siebie miną obok portiera i ukradkiem wchodzi na ich próby. To właśnie ten czas, gdy zmiany w środowisku muzycznym zachodziły na oczach Marty. Kiedy studiowała, powstał w Akademii instytut gender studies, rektora zastąpiła rektorka, wprowadzono program parytetów. Do tego doszedł jeszcze ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem w środowisku muzyków klasycznych. Dla kobiet pootwierało się wiele drzwi, ale Marta, świeżo upieczona absolwentka dyrygentury, została z tym samym dylematem, który ma większość młodych ludzi tuż po uczelniach artystycznych. Co dalej? Bardzo ważne było zdobycie stypendium u słynnej amerykańskiej dyrygentki Marin Alsop i jej mentoring, ale przełomowym momentem okazał się kontrakt w Bournemouth w Anglii. Zwłaszcza że w tamtym momencie Marta właściwie już się poddała, była sfrustrowana ciągłym poszukiwaniem stałej pracy, od kilku lat jeździła na konkursy i przesłuchania, spotykając na nich wciąż tych samych dyrygentów z całego świata, którzy tak jak ona szukali dla siebie miejsca.

– Zaproszenie na przesłuchanie w Anglii dostałam tuż przed ślubem – wspomina Marta. – Zajmowałam się głównie poprawkami sukienki i listą gości. Miałam raczej podejście, że się nie uda. Tak naprawdę to mój przyszły mąż [także muzyk – przyp. red.] mnie przekonał, żeby jeszcze ten ostatni raz spróbować.

Stanowisko: „młody dyrygent współpracujący”, dwa lata kontraktu w sezonie 2018/2019. Prowadzisz koncerty dla szkół i te z lżejszym repertuarem, ale jeśli któryś z kierujących Bourne­mouth Symphony Orchestra, zespołem znanym i poważanym, nie może poprowadzić próby lub koncertu, wskakujesz na jego miejsce. Marta nie tylko zdobyła ten kontrakt, ale niemal od razu miała zastępstwo, potem kolejne. Coś kliknęło między nią a orkiestrą, pracowało się im doskonale. Mówi, że to początek „zielonej fali” w jej zawodowym życiu. Dostrzegli ją ludzie z Askonas Holt, jednej z największych i najbardziej cenionych agencji muzycznych na świecie, trafiła do Stanów, na stypendium do samego Gustava Dudamela. Legendy, dyrektora muzycznego Orkiestry Filharmonii w Los Angeles. Miała okazję współdyrygować z nim czwartą symfonią Charlesa Ivesa. Nagranie z koncertu, wydane w wytwórni Deutsche Grammophon, właśnie nominowano do nagrody Grammy.

Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk) Koncert z Los Angeles Philharmonic w Walt Disney Concert Hall (2019). (Fot. Bartek Barczyk)

Klucz

Rok 2019. Opera w Nancy zaprasza Martę do współpracy nad jedną z premier w kolejnym sezonie. Późnoromantycznym „Görgem Marzycielem” Aleksandra Zemlinsky’ego, operą rzadko graną i bardzo wymagającą. Nikt nie mógł wtedy wiedzieć, że premiera przypadnie na sam środek pandemii. Przez cały czas trwania prób nie byli pewni, co się za chwilę stanie. Czy znowu nie nastanie lockdown? Czy ktoś z zespołu nie zachoruje, a reszta zostanie objęta kwarantanną? Po drodze zrezygnował tenor i trzeba było na gwałt znaleźć zastępstwo. No i jeszcze rozporządzenie o półtorametrowym odstępie między muzykami. Żeby zmieścić zespół w orkiestronie, trzeba było podjąć decyzję o zredukowaniu składu muzyków i przepisaniu dla nich całej partytury. Wszystko to w szaleńczym tempie. Udało się, zdążyli zagrać przed kolejną falą koronawirusa, pojawiły się entuzjastyczne recenzje. Francuska prasa podkreślała jej doskonałą współpracę z zespołem. Ta według Marty jest kluczem do tego zawodu. Słyszała różne rady od kolegów po fachu. Że do orkiestry trzeba wyjść i od razu zarządzić żelazną dyscyplinę. Żeby nigdy nie przechodzić na „ty”. Z jej doświadczenia wynika, że takie podejście to tylko kolejne warstwy zbroi, która ma cię chronić przed potencjalnym atakiem, a to utrudnia wzajemny kontakt. Fakt, ma w pamięci takie zdarzenia z przeszłości, jak zaczepne gwizdnięcie, które usłyszała za plecami ze strony jednej z sekcji orkiestry, czy publiczne kwestionowanie jej decyzji, które miało ją zbić z pantałyku. Nie zapomni konkursu, kiedy to zdobyła trzecie miejsce, a od jednego z członków jury usłyszała, że owszem, powinna wygrać, ale jest taki problem, że kobiety nie wykształciły jeszcze damskiej techniki dyrygowania i że to niedobrze wygląda, bo dyrygentki albo przypominają mimozy, albo żandarmów. Potwierdza, że ze względu na płeć nieraz miała pod górkę, ale, uczciwie mówiąc, bywało, że i z górki dzięki wprowadzanym parytetom. Wielu muzyków się przeciwko nim buntuje. Marta, będąc tak blisko sporu, widzi, jak bardzo złożona jest sytuacja. Zmiany o tyle nie powinny być za szybkie, że kobiet w zawodzie jest na razie niewiele, a kształcenie na dyrygenta zajmuje i musi zajmować bardzo dużo czasu. Każdy absolwent dyrygentury przechodzi swoją próbę ognia. Bo kiedy osoba bez doświadczenia staje na czele ponad setki muzyków – w większości profesjonalistów z długim stażem – powinna sobie na zaufanie zapracować. Wielką nadzieję dla wyrównywania szans kobiet Marta widzi w zmianach oddolnych. Popularyzowaniu wśród rodziców i profesorów idei, żeby dziewczyny szły na dyrygenturę. A przede wszystkim większej decyzyjności w rękach zespołów muzycznych. To członkowie orkiestry powinni mieć ostateczne zdanie w kwestii, z kim chcą pracować. Stereotypy i uprzedzenia tracą na sile w zderzeniu z indywidualnymi doświadczeniami dobrej współpracy.

Nadzieja

Trzyletni kontrakt w Nancy, który zacznie obowiązywać we wrześniu, nie oznacza, że Marta sprowadzi się na stałe do Francji. Wiedeń to na razie dobra baza wypadowa. Tymczasem odkąd trwa pandemia, każdy z tych koncertów, których nie odwołano (są zwykle nagrywane i puszczane w sieci lub w radiu), to walka o morale. Gdy nie ma publiczności i na sam koniec nie słyszysz za plecami oklasków, czujesz się, jakby zabrakło ci tlenu. Ale nawet takie występy dają dużo nadziei, trzymają przy życiu orkiestry, które, żeby istnieć, muszą ze sobą ćwiczyć i występować. Jeśli Marta miałaby wymienić jakąkolwiek jasną stronę tej sytuacji, powiedziałaby, że w pandemii zobaczyła, że środowisko potrafi się jednoczyć. Odnowiła wiele kontaktów, powstały liczne fora, na jednym z nich prowadziła kurs online dla dyrygentów z pracy nad postawą, ciałem, z podstaw anatomii. Spotykamy się tuż przed jej wyjazdem do Katowic na koncert z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Potem, jeśli nic się nie zmieni, Bournemouth, Barcelona, Drezno, Stambuł. Aż wreszcie nowy sezon w Nancy. Poznała tam dotąd tylko okolice starego miasta z siedzibą opery na placu, pośrodku którego stoi pomnik Stanisława Leszczyńskiego. Bo teatr, który dał początek operze narodowej, a także plac i okolica powstały za lokalnych rządów byłego króla Polski, którego znają tu nawet lepiej niż u nas w kraju i nazywają Stanislasem, nie mogąc wypowiedzieć jego nazwiska. Z nazwiskiem Marty powinno być nieco łatwiej.

 

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Olga Bończyk o pracy nad swoją nową płytą "Ślady miłości"

Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Olga Bończyk (Fot. materiały prasowe/Maria Winek)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Choć ostatnio życie daje nam mocno w kość, Olga Bończyk przekonuje, że zawsze warto je kochać. Artystkę pytamy o pracę nad jej nową płytą „Ślady miłości”.

Wiele osób jest zblokowanych tym, jak świat zmienił się przez ostatni rok, pani natomiast nagrywa nową płytę. Co wyzwoliło tę kreatywność? A może była to forma autoterapii i wyrażenia swoich emocji w twórczy sposób? Myślę, że wszystko to jest na swój sposób prawdą, ale zacznę od tego, że planowałam nagranie płyty półtora roku temu, zanim jeszcze przyszła pandemia. A kiedy przyszła i minął już początkowy szok, to jednym z mechanizmów obronnych dla mnie samej było to, żeby ten czas efektywnie wykorzystać, żebym nie utonęła w poczuciu bezradności i pewnej paniki, która też mnie powoli dopadała. Zaczęłam zatem intensywnie pracować nad „rozgrzebaną” płytą. I nawet pomyślałam sobie, że to dobrze się składa, bo gdybym pracowała tak intensywnie jak wcześniej, to kto wie, jak długo bym ją nagrywała. A w tych okolicznościach mogłam się nad nią skupić, napisać nowe teksty, dopieścić ją, bo nic mnie nie rozpraszało.

Ale jednocześnie było to swego rodzaju balsamem na duszę, rozedrganą, zaniepokojoną tym, co będzie dalej, kiedy wrócimy w trasę, kiedy będziemy mogli mieć bliski kontakt z publicznością. Wiem, że każdy artysta zadawał sobie podobne pytania. We mnie zrodziła się wtedy nawet taka wątpliwość, czy gdy skończy się pandemia, my, artyści, będziemy jeszcze komuś potrzebni. Ta niepewność napędzała mnie ogromnym stresem. Zwłaszcza że w pewnym momencie kultura zaczęła przenosić się do Internetu, oczywiście, dobrze, że była dostępna w ten sposób, ale pojawiły się pytania, jak to wpłynie na widzów, czy w ogóle będą chcieli jeszcze przychodzić na koncerty, do teatru... Jednak kilka ostatnich tygodni, od kiedy znów teatry są otwarte, pokazało, jak bardzo publiczność jest stęskniona bezpośredniego kontaktu z żywym aktorem i trochę mnie to uspokoiło, i dało mi nadzieję, że jest do kogo wracać. Bo przecież jako artyści nie istniejemy bez widza!

Czy nagrywając płytę, mogła pani poczuć się trochę bardziej „normalnie”? Praca w studiu jest pewnym wyłączeniem się ze świata i można zapomnieć o tym, co na zewnątrz. Zdecydowanie. Nagrania w studiu, potem montaż, teledyski, których łącznie jest pięć – to wszystko odbywało się w normalnych warunkach. Zresztą praca zawsze odcina mnie od tego, co jest na ulicach. To jest mój świat i kocham go też za tę możliwość odosobnienia i odrealnienia. Wierzę, że ta dawka normalności, którą dostałam przy okazji pracy nad płytą, pomogła mi przetrwać najtrudniejsze chwile.

Tę normalność częściowo sama pani tworzyła, pisząc teksty piosenek. Wśród 12 większość jest pani autorstwa. Tak, dziewięć tekstów jest moich, trzy dostałam w prezencie. Moje teksty powstawały przez wiele lat, najstarszy ma blisko 20 lat, ale jak się okazało, zupełnie się nie zestarzał. Inne mają kilka lat, a trzy napisałam w zeszłym roku i one są trochę inne, oddają energię czasu pandemii. W jednym piszę na przykład o tym, jak to by było stworzyć świat na nowo.

A jakie słowo klucz dla tej płyty mogłaby pani wskazać? Myślę, że „miłość”... można by jeszcze dodać: „dojrzała”, bo na miłość patrzę już z mniejszym szaleństwem. Oczywiście nie ma nic złego w oderwaniu, które niesie to szaleństwo miłości, kiedy motyle w brzuchu potrafią wzbudzić wiele niezwykłych uczuć, lecz wiem już także, jak mocno można się przy tym poranić, i cenię trzeźwość, którą niesie dojrzała miłość. Ale wątek miłości, który przewija się na płycie, dotyczy nie tylko relacji między kobietą a mężczyzną, choć zawsze było to dla mnie ważne. To też miłość do życianiezależnie od tego, co ono przynosi. W piosence „Życie, taka gra” – to jeden z tych podarowanych tekstów, autorką jest Anna Ignaszewska – ten motyw powtarza się regularnie. Z perspektywy życiowej mogę już powiedzieć, że liczą się nie tylko porywy serca do drugiej osoby, ale i umiejętność kochania siebie, innych ludzi, świata...

Olga Bończyk, 'Ślady miłości', Wytwórnia muzyczna MTJ Olga Bończyk, "Ślady miłości", Wytwórnia muzyczna MTJ

  1. Styl Życia

Na progu wiosny - inspiracje na kwiecień

Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Biżuteria z kwiatowym wzorem to świetny wybór na początek wiosny. Motyw stokrotki przypomina o magii natury i daje nadzieję na nowy początek. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Z jednej strony bardzo chcemy, by wszystko już zakwitło i ruszyło z kopyta. Z drugiej – odczuwamy jakąś taką słabość i rozdrażnienie. Oto, co pomoże w tym czasie.

Czytelnicze zaległości

Jeśli po zimie wyrzucasz sobie nie tylko przybrane kilogramy, ale i nieprzeczytane książki, przynajmniej w tej drugiej kwestii służymy podpowiedzią. Oczywiście niemożliwością byłoby przeczytać teraz wszystkie najgorętsze premiery, ale zwłaszcza dwóm z nich warto poświęcić kilka wieczorów. Nagrodzona Nike baśniopowieść Radka Raka oraz wyróżniona Paszportem Polityki książka Miry Marcinów to opowieści z krwi i kości oraz dowód wielkiego talentu.

Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne. Radek Rak „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, wyd. Powergraph; Mira Marcinów „Bezmatek”, Wydawnictwo Czarne.

Zrollowana

Masażery do twarzy z naturalnych kamieni to hit ostatnich miesięcy. Już kilkuminutowy masaż nimi pobudza krążenie krwi i limfy, redukuje opuchliznę i obrzęki pod oczami. Ujędrnia skórę i rozluźnia spięte mięśnie twarzy. A kojący chłód kamienia orzeźwia i zamyka pory.

Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas. Masażer do twarzy z kwarcu różowego crystallove (135,99 zł), w perfumeriach Douglas.

Okadź się

Kadzidła są stosowane w ceremoniach leczniczych, ale i duchowych. Coraz częściej korzystamy z nich również w domach lub biurach, by oczyścić powietrze, zabić przykre zapachy lub pomóc sobie w skupieniu. W Ruah Store można kupić dowolne kadzidło: palo santo, yerba santa, białą szałwię, sosnę, kopal, sweetgrass lub eukaliptus.

Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe) Kadzidło Yerba Santa Purnama Rituals, pęczek/34 zł, do kupienia w Ruah Store. (Fot. materiały prasowe)

Dłuższa chwila relaksu

Dziwiło mnie, gdy słyszałam, że koleżanka obejrzała podczas kąpieli odcinek serialu lub przeczytała rozdział książki. Czy to znaczy, że trzymała książkę cały czas mokrymi rękami? Gdzie ustawiła smartfon, żeby dobrze widzieć ekran? Aż odkryłam dobrodziejstwa półek do wanny. Na takiej stabilnej podpórce można zamontować uchwyt na smartfon, ale też ustawić świece czy nawet kieliszek prosecco.

Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe) Półka do wanny z drewna bambusowego Belvedere (159,90 zł), westwing.pl. (Fot. materiały prasowe)

Motyw stokrotki

Kwiatowe wzory biżuterii Pandora Garden symbolizują magię natury i nadzieję na nowy początek. A czyż nie wszyscy tego właśnie teraz potrzebujemy? Urocze i delikatne pierścionki, ale też charmsy i zawieszki z motywem różowej lub fioletowej stokrotki nadadzą lekkość i świeżość nawet domowej stylizacji. „Ta kolekcja ma inspirować do spojrzenia na świat z nutą dziecięcej niewinności” mówią Francesco Terzo i A. Filippo Ficarelli, dyrektorzy kreatywni marki.

Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe) Kolekcja Pandora Garden, ceny od 199 zł do 399 zł. (Fot. materiały prasowe)

Bardzo intymnie

Ten preparat wypełnia lukę w pielęgnacji ciała. Bo choć troskliwie dbamy o wszystkie części ciała, to najmniej czasu poświęcamy okolicom intymnym. Olejek Your Kaya w aż 99 proc. jest pochodzenia naturalnego. Zawiera ekstrakt z nagietka, aloesu oraz olejki jojoba, z nasion konopi i ze słodkich migdałów. Dzięki czemu łagodzi podrażnienia, nawilża, odżywia i uelastycznia skórę okolic intymnych.

Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł. Olejek intymny Your Kaya, 30 ml/49 zł.

Kąp się, kąp

Jak wynika z badań University of Oregon regularne kąpiele mogą obniżać ciśnienie krwi. A według National Center for Sport and Exercise Medicine podczas godzinnej kąpieli w gorącej wodzie tracimy tyle samo kalorii co w trakcie półgodzinnego spaceru. To, co przyjemne, może być też prozdrowotne. Lubisz, jak kąpiel pięknie pachnie, pieni się, a mimo to działa łagodząco? Spróbuj nowych płynów Farmony.

Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł. Płyn do kąpieli Herbal Care dzika róża z olejkiem perilla, 500 ml/14,99 zł.

Zasłuchaj się

Kasi Miller zawsze warto słuchać. A jak cudownie posłuchać jej piosenek! Psycholożka, psychoterapeutka i mentorka wielu kobiet wydała właśnie swoją debiutancką, w pełni autorską płytę. Nie tylko na niej śpiewa, ale jest też autorką słów piosenek i ich melodii. Jak powiedziała w wywiadzie dla SENSu: „Nie znam nut, ale muzycy zapisują mi to, co wyśpiewam”. Aranże do płyty przygotowali muzycy z Live Art Group, którzy są również producentami płyty. Solidna dawka muzykoterapii na jednym krążku!

Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ. Płyta Katarzyny Miller „Choćby tylko na chwilę”, wydawnictwo MTJ.