1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Bezczelna kobiecość

Bezczelna kobiecość

Zdjęcia PIOTR PORĘBSKI/METALUNA
Zdjęcia PIOTR PORĘBSKI/METALUNA
W ciągu ostatnich miesięcy zagrała dwie bardzo trudne role, widziała rzeczy, których nigdy nie chciałaby oglądać, myślała o sprawach, które skłaniają do smutnych refleksji. "Źle myślę o świecie", powie wielokrotnie podczas naszej rozmowy Agata Kulesza.

Koniec wojny, na jednej z mazurskich wsi mieszka Róża, trochę Niemka, trochę Polka. Wielokrotnie napadana, bita i gwałcona przez radzieckich „wyzwolicieli” i przez swoich sąsiadów Polaków. Nikt nie reaguje, nikt jej nie broni, wszyscy udają, że to się nie dzieje…

Róża była dwujęzyczna. Propolska, więc znienawidzona przez Niemców, proniemiecka, więc nienawidzili jej Polacy. Była taka jakaś niedopasowana... I ja ją pokochałam, taką nieładną, chudą, ze źle obciętymi, brudnymi włosami, z połamanymi paznokciami, w za dużych sukienkach, w grubych pończochach. Mogłoby się wydawać, że nie było w niej niczego kobiecego, a podczas zdjęć wstawałam rano i już się nie mogłam doczekać, żeby się nią poczuć. Róża, takie nic, a ja nigdy nie czułam się piękniejsza.

Widziałam ten film w październiku, a do tej pory nie mogę przestać o „Róży” myśleć. W tobie też jeszcze siedzi?

Cały czas, ale już się od niej odrywam. Wiem, że to, co przeżyłam, muszę zanegować, przestać się w tym taplać. A to nie jest proste. Niedawno robiliśmy sesję zdjęciową do plakatu promującego film. Stylistki kazały mi założyć chustkę, tę samą, w której występowałam w filmie. Pamiętam ten ruch: pochylam głowę przed lustrem, zakładam ją i… nie mogę, muszę zdjąć. Wszystko wróciło. Myślę, że to dotychczas najlepsza moja rola.

Podczas projekcji miałam wrażenie, że tam nie ma ani odrobiny Agaty Kuleszy. Inaczej patrzyłaś, inaczej mówiłaś, miałaś nawet inne rysy twarzy...

To fajne uczucie, kiedy postać zaczyna tobą rządzić. Każdy aktor jest w pewnym sensie onanistą: gdy czuje, że wszedł w rolę, zaczyna się z tym piekielnie dobrze czuć. Trzeba się pilnować, bo to może być zwodnicze. Ale to było upajające, kiedy jako Róża nie myślałam, czy podczas danej sceny będę płakać, czy nie, tylko czekałam na prawdziwą reakcję mojego organizmu, sama byłam ciekawa, co się wydarzy. Hodowałam w sobie tę Różę.

Widzę, że mówiąc o niej, skubiesz paznokcie, jak w filmie…

Tak, wczoraj obcięłam na krótko i to mi się kojarzy z Różą: żadnego lakieru, żadnego makijażu. Rzuciłam się w tę rolę, gratuluję sobie, że nie zabrakło mi odwagi, bo mogłam się wycofać emocjonalnie, przestraszyć. Ciekawa jestem, co ludzie o tym filmie powiedzą. Czy ten obraz będzie dla nich zbyt brutalny, czy prawdziwy w swojej obskurności. Myślę, że oglądając „Różę”, trzeba się skonfrontować ze swoją własną refleksją na temat świata. Czy światełko w tunelu świeci jasno, czy trzeba go mocno wypatrywać. Sama ostatnio źle myślę o świecie.

Właśnie po „Róży”?

Po „Róży” myślałam dobrze, głównie w kontekście miłości. Bo w takiej tragedii, w takiej masakrze, Róża się zakochała. To było najwspanialsze, co mogło jej się zdarzyć. A to, co ją spotkało złego, dziś też się dzieje, na całym świecie, wszędzie tam, gdzie są wojny. W Polsce niby od lat jest spokojnie, ale… Wczoraj byłam w Poznaniu, wracałam z przedstawienia. Na peronie tłum ludzi. I nagle słyszę krzyk mężczyzny. Na torach leży kobieta z zakrwawioną ręką, facet woła o pomoc. Ruszyłam ja, za mną jakaś kobieta. Zadzwoniliśmy na pogotowie, potem we trójkę przenieśliśmy ją na peron. Nie pomógł nam nikt. Po jakimś czasie pojawiło się dwóch młodych chłopaków z pobliskiej budowy i skomentowali tylko: „Nie trzeba było jej ruszać”. Pomyślałam, że to niemożliwe: oni przyszli na spacer popatrzeć, czy tej kobiecie obcięło rękę... Na peronie było około 100 osób. Nikt poza nami nie zareagował. Nikt. Mnie to załamało. Możesz umrzeć w tłumie. I pomyślałam, że żadne piękne garnitury, w które byli poubierani panowie biznesmeni, nie zakryją prostaka, który w nich siedzi. Bierne stanie jest dla mnie czymś nie do pomyślenia. Nie mogę się z tym pogodzić.

„Róża” rozgrywa się w latach 40., kiedy społeczności były bardziej zżyte. A okazuje się, że znieczulica dziś i wtedy jest dokładnie taka sama.

Mieszkaniec wioski, w której kręciliśmy, opowiedział nam historię wojenną swoich sąsiadów. Rodzina Mazurów, dwie córki. Rosjanie się o dziewczynach dowiedzieli, chcieli się do nich dobrać. Ojciec zabarykadował je w domu i pobiegł do komendanta prosić o pomoc. Ten przyjechał, obronił dziewczyny, a swoich żołnierzy przywiązał linami i ciągnął za samochodem kilka kilometrów. Pod komendą miał już dwa trupy. Tak czy siak: historia skończyła się czyjąś śmiercią. Jest coś takiego w człowieku, że w ekstremalnych warunkach krzywdzenie innych ludzi wydaje się usprawiedliwione. Ja wiem, że tak jak w „Róży” spotkanie Mazurów było dla Rosjan pierwszym kontaktem z niemieckojęzyczną ludnością, brali odwet za swoje żony i siostry, gdzieś jestem w stanie zrozumieć ten mechanizm przemocy. Reżyserowi Wojtkowi Smarzowskiemu zarzuca się, że film jest bardzo drastyczny, ale uwierz mi, tam się działy znacznie gorsze rzeczy. Kobiety były przybijane gwoździami do drzwi stodoły, żeby je było łatwiej gwałcić. To jest prawda historyczna, to się działo. Więc jak ktoś mi powiedział, że każdy kolejny gwałt w filmie wydaje mu się już groteskowy, to ja nie mogę z tym nawet dyskutować. Znam paru facetów, którzy tak jak Tadeusz na pewno stanęliby w obronie kobiety, mam wiarę, że większość, których znam, też by się tak zachowała, ale po tym, co zobaczyłam w Poznaniu, czuję, że żyję w jakimś wyautowanym świecie.

O podobnej znieczulicy opowiada twój wcześniejszy film „Sala samobójców”. Tyle że tam sama zagrałaś matkę nastolatka tak zajętą własną karierą, że nie zauważa narastającej depresji syna, nie zwraca uwagi, że przez dziesięć dni nie wyszedł ze swojego pokoju…

Filmowi zarzucano, że takie zachowanie jest niemożliwe, ale uwierz, że reżyser Janek Komasa przestudiował ten temat bardzo wnikliwie. W jednym z programów telewizyjnych spotkałam Jacka Santorskiego, psychologa i psychoterapeutę. Potwierdził, że takie rzeczy są prawdopodobne. Moje pokolenie zachłysnęło się pieniędzmi, karierą. Kupiliśmy naszym dzieciom wszystko, tylko nie mamy dla nich czasu. Zapłaciliśmy za naukę języków, dżudo, ale zamknęliśmy je w strzeżonych osiedlach z ochroniarzami, zaszczepiliśmy w nich strach. A oni mają dosyć samotności, siedzenia przed komputerem, nie interesuje ich robienie pieniędzy. Czytałam, co młodzi ludzie piszą na forach o filmie, dla nich najważniejsze było wspólne milczenie po projekcji. Wspólne przeżycie. Bo pokolenie mojej córki ma dosyć alienacji, chce coś zmieniać i mam nadzieję, że za kilka lat w podobnej sytuacji jak ta w Poznaniu na peronie będą stały tylko trzy osoby zawstydzone tym, że nie pomogły. Bo pozostałych 100 rzuci się na ratunek. Czuję, że żyjemy w czasach przegięć. Ale mam nadzieję, że to jest bałagan przed jakimś przełomem, uzyskaniem równowagi.

Takie role jak Beata Santorska z „Sali...” czy Róża oddziałują potem na twoje relacje rodzinne?

Oczywiście. Sama widzę, że raz mam dla mojej córki za mało czasu, kiedy indziej próbuję to nadrobić. A wystarczy usiąść z nią co wieczór choć na chwilę. Wczoraj przez kilka godzin uczyłyśmy się historii i było super. Mamy dobry kontakt, ale słyszałam, że sporo osób po „Sali…” biegło do domu, bo nagle obudzili się z refleksją, że nie poświęcają zbyt dużo czasu swoim dzieciom.

Ja tak bardzo nie obwiniam rodziców, jest mi ich żal, bo czasy zmusiły ich do tej pogoni. Człowiek awansuje, kariera zaczyna się napędzać. Przychodzi zmęczenie, ale mówimy sobie: „Nie, nie odpocznę, bo wypadnę z rynku”.

Myślę, że mojej rodzinie nie jest łatwo ze mną żyć. Gdy wracam z planu, nie bardzo chcę uczestniczyć w życiu domowym, jestem między światami. Na szczęście mój mąż to rozumie, a Marianka jest twarda, więc dają mi lądować, spać, wyłączyć się, poudawać, że mnie nie ma. Te dwie role zagrałam jedna po drugiej, więc nie ma siły, musiało w moim życiu zawirować. Trochę to kosztuje.

Jak dużo?

Staram się nie liczyć strat. Szukam zysków. Każda z bohaterek coś mi po sobie zostawiła. Na przykład Róża pokazała, że trzeba walczyć o siebie do końca. Zawsze wierzyłam w siłę kobiet, ale trzeba mieć w tyle głowy, że czasami nie będzie nikogo, kto cię obroni.

Ale to również nasza wina, że faceci są dziś tacy słabi...

No właśnie, bo jak mężczyźni są w depresji, to my im obcieramy łezki i robimy wszystko za nich. I ich wydelikatniłyśmy… Pytanie: czy to my jesteśmy silne, bo nie ma silnych facetów i musimy wziąć odpowiedzialność na siebie, czy też jesteśmy silne, bo z nimi rywalizujemy? Nie wiem.

My próbujemy ich zrozumieć, a oni boją się nas zrozumieć albo im się po prostu nie chce. Kiedyś byłam świadkiem kłótni znajomych. Ona silna, dobrze zarabiająca, on wrażliwiec, miał do niej o to pretensje. A ona krzyczała: „Nie rozumiesz, ja chcę być kobietą, założyć kolczyki i stanąć przed lustrem!”. I to jest tak: my chcemy stanąć przed lustrem, a jeszcze musimy w międzyczasie wykonać 8 telefonów, uśpić dziecko, dokończyć obiad…

60 lat temu Róża mogłaby być symbolem kobiety upupionej przez życie, ale może być tym symbolem również teraz. Jak się okazuje, czas się nie liczy.

Podczas benefisu Wojciecha Młynarskiego Andrzej Poniedzielski śpiewał „Nie opuszczaj mnie” Jacques’a Brela. Kiedyś, gdy słuchałam tej piosenki, wyobrażałam sobie zakochanego faceta, który stoi pod drzwiami i błaga swoją kobietę, by go nie porzucała. Wszyscy się rozczulają, że on taki wrażliwy. A po zagraniu w „Róży” powiedziałam Andrzejowi: „Zobacz, ty śpiewasz dokładnie te same słowa, ale wystarczy z tyłu wyświetlić zdjęcia z obdukcji kobiet pobitych przez mężów. I wtedy piosenka nabierze zupełnie innego kontekstu… Facet prosi: nie opuszczaj mnie, a po drugiej stronie drzwi stoi kobieta z pociętą, pokiereszowaną twarzą. I nie opuści go, bo nie potrafi”.

Po czymś takim łatwiej stanąć przed lustrem i powiedzieć: „A co mi tam zmarszczki?”.

Zewnętrzność nigdy nie była dla mnie ważna, nie przeżywam, że moja twarz się zmienia. Kobiecość dla mnie nie tkwi w gadżetach. Niektóre dziewczyny muszą chodzić na obcasach, niektóre muszą mieć pomalowane paznokcie, bo bez tego czują się nagie. I niech tak robią. Dla mnie najbardziej kobiece jest to, co nieoczywiste. Mam znajomą, która na co dzień zajmuje się końmi, ubiera się niezbyt wytwornie, ale czasem, gdy spojrzy z miłością na swoje dzieci czy męża, jest dla mnie kwintesencją kobiecości.

A twoje kobiece atrybuty?

Najbardziej kobieco czuję się w domu, kiedy już zdejmę te przysłowiowe kolczyki i założę dres, kiedy jestem intymna. Nie mam zbyt wielu zastrzeżeń do swojego ciała, ale najbardziej lubię swoją bezpośredniość, siłę. Moja kobiecość to taki specyficzny rodzaj bezczelności i niezależności.

Z mężem też dajecie sobie dużo niezależności.

Marcin jest supergościem, ale nie widzę powodu, bym żyła jego życiem, a on moim. Mamy życie wspólne i życia osobne. Po co mam sprawdzać, co on robi? Kiedyś byłam zazdrosna, czasem nawet szalałam z zazdrości, ale z tego wyrosłam. Mam do męża zaufanie. Poza tym uważam, że jakby się coś stało, on też ryzykuje: utratę mnie. A jak mu się zdarzy przygoda, to się zdarzy. Nie daj Bóg tylko, żeby się zakochał. To samo dotyczy mnie.

To jesteś bardzo wyrozumiała…

No dobrze, nie wiem, jak bym się zachowała, gdyby się to naprawdę zdarzyło, ale póki to nie jest miłość, jestem bezpieczna.

Byłabyś w stanie wybaczyć zdradę?

Teraz wydaje mi się, że tak. Bo fajny jest ten mój mąż, szkoda by mi było go puścić. Nie odmawiam nikomu prawa do błędu. Może zdarzyć się coś głupiego i nie znaczy to, że trzeba od razu całe życie przekreślić. Gdyby narozrabiał, powiedziałabym: „jesteś idiotą”. I tyle. Ale podkreślam: teraz mi się tak wydaje.

Udany związek jest teraz rzadkością, przy pierwszych problemach uciekamy, bo myślimy, że za kolejnym rogiem spotkamy już tę najważniejszą miłość, że tym razem będzie bezproblemowo…

Nie, miłości nie spotyka się za każdym rogiem. Nie jest łatwo kogoś kochać. Ale najtrudniejsze jest przekształcić zakochanie w miłość. Ludziom się nie chce podjąć wysiłku. Bo to jest praca. Jak się skończą motyle w brzuchu, trzeba się zmęczyć, żeby przejść w kolejną fazę i żeby uczucie było jakościowo dobre, trwałe. A ludzie myślą: „Nie wyszło, to pójdę dalej”. Nie jest powiedziane, że w moim małżeństwie się coś nie wydarzy, ale im jesteśmy dłużej ze sobą, tym bardziej doceniam tę naszą nietypowość. Wszyscy się dziwią, że nie chodzimy z Marcinem razem na bankiety. A ja mam z nim swój świat przy naszym stole w domu, w piżamie. Dużo rozmawiamy, cieszymy się sobą. Napatrzyliśmy się na to, co dzieje się wokół w związkach, więc doceniamy to, co mamy. Mój mąż nie jest misiem przytulakiem, trzyma mnie w pewnej dyscyplinie. Nie pozwala się rozczulać, a jednocześnie jest dobry. Gdy wracam zmęczona, zrobi mi kanapkę i pogłaszcze po głowie. Ale jak mu trzeci raz mówię to samo, to mi przerywa: „Uspokój się, ile można o tym gadać”. Fajny jest.

Wyobrażasz sobie życie bez rodziny?

Wyobrażać sobie wyobrażam, ale za długo bym nie pożyła, bo bym się albo rozpiła, albo inną drogą doszła do samodestrukcji. Jestem takim typem, że jak już, to na całego. Więc jak weszłabym w tryb imprezowo-kawiarniany, żeby odreagować samotność, to mogłoby się to szybko skończyć. Rodzina mnie ratuje.

Masz wszystko?

Nie można mieć wszystkiego. Ale mam bardzo dużo: świetną rodzinę, przyjaciół, kariera się dobrze rozwija. Brakuje mi trochę równowagi, harmonii, bo ostatnio za dużo pracowałam. Zagrałam epizody u Jana Kidawy- -Błońskiego i Sławomira Fabickiego, zakończyłam serial „Prosto w serce”, teraz się przygotowuję do nowego serialu kryminalnego. Nie jestem pazerna, ale z powodu zmęczenia chciałabym zagrać taką „Różę” czy Beatę Santorską i rok z tego żyć, żebym mogła z siebie spłukać te emocje. A nie mogę. Wiesz, że cały czas nie jestem w stanie oglądać końcówki „Sali samobójców”? Kiedy Dominik krzyczy: „mamo…”. Od razu mi się wydaje, że to mnie woła. Hardcorowe były te role.

Za co ludzie cię najbardziej lubią?

Nie wiem. Rodzaj wsparcia, jaki dostaję od nich, jest nieprawdopodobny, ale też przypomina mi o pokorze. Nie mogę występować z pozycji pychy, że jestem nie wiadomo kim. Nie mogę udawać, że żyję w Hollywood i mam trzech ochroniarzy. Ja wykonuję zawód, który jest wystawiony na widok publiczny, ale tu nie chodzi o podziw, tylko o wymianę energii. Gdy ludzie mnie akceptują, dają mi dobrą energię, a ja potem staram się ją do innych odesłać.

A gdybyś nie była akceptowana?

Chyba musi być powód, musisz czymś drażnić ludzi, żeby ta niechęć się pojawiła. To może być zbytnie parcie na szkło, albo bylejakość. Gdy rzetelnie pracujesz, nie jesteś wystawiona na nienawiść. Ludzie wyczuwają twoją intencję. Przyjemnie być popularnym, owszem. Zawsze chciałam zobaczyć, jak to jest. I gdy sama stałam się popularna, odetchnęłam z ulgą: bo to nie jest to, czego w tym zawodzie szukałam. Niedawno opowiadałam znajomemu reżyserowi, że gdy wychodziłam na scenę zaśpiewać piosenkę na benefisie Młynarskiego, myślałam, że zemdleję ze zdenerwowania. A on na mnie spojrzał jak na wariatkę i mówi: „to po co to robisz?”. I mnie zatkało. No właśnie, po co ja to robię? Tydzień nad tym myślałam. I po tygodniu doszłam do tego, że może chodzi o ten moment po, kiedy puszczają nerwy i całe ciało się rozluźnia, rozpina. I czuje się wtedy taką ulgę. Idę zagrać Różę i prawie od tego siwieję. Potem ulga. Idę zagrać Santorską... Ulga. Ale później zdałam sobie sprawę, że to wcale nie jest odpowiedź na to pytanie.

A jaka jest odpowiedź?

Tego jeszcze nie wiem.

AGATA KULESZA aktorka. Przez 17 lat związana z Teatrem Dramatycznym w Warszawie, od niedawna gra w Ateneum. Popularność przyniosły jej seriale „Pensjonat Pod Różą”, „Hela w opałach” i wygrana w „Tańcu z gwiazdami”. Ma na koncie doskonałe role filmowe, m.in. we wstrząsającej „Sali samobójców” Jana Komasy i „Róży” Wojciecha Smarzowskiego, której premiera przewidziana jest na koniec stycznia. Żona operatora filmowego Marcina Figurskiego, mama 14-letniej Marianny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)