1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Bezczelna kobiecość

Bezczelna kobiecość

Zdjęcia PIOTR PORĘBSKI/METALUNA
Zdjęcia PIOTR PORĘBSKI/METALUNA
W ciągu ostatnich miesięcy zagrała dwie bardzo trudne role, widziała rzeczy, których nigdy nie chciałaby oglądać, myślała o sprawach, które skłaniają do smutnych refleksji. "Źle myślę o świecie", powie wielokrotnie podczas naszej rozmowy Agata Kulesza.

Koniec wojny, na jednej z mazurskich wsi mieszka Róża, trochę Niemka, trochę Polka. Wielokrotnie napadana, bita i gwałcona przez radzieckich „wyzwolicieli” i przez swoich sąsiadów Polaków. Nikt nie reaguje, nikt jej nie broni, wszyscy udają, że to się nie dzieje…

Róża była dwujęzyczna. Propolska, więc znienawidzona przez Niemców, proniemiecka, więc nienawidzili jej Polacy. Była taka jakaś niedopasowana... I ja ją pokochałam, taką nieładną, chudą, ze źle obciętymi, brudnymi włosami, z połamanymi paznokciami, w za dużych sukienkach, w grubych pończochach. Mogłoby się wydawać, że nie było w niej niczego kobiecego, a podczas zdjęć wstawałam rano i już się nie mogłam doczekać, żeby się nią poczuć. Róża, takie nic, a ja nigdy nie czułam się piękniejsza.

Widziałam ten film w październiku, a do tej pory nie mogę przestać o „Róży” myśleć. W tobie też jeszcze siedzi?

Cały czas, ale już się od niej odrywam. Wiem, że to, co przeżyłam, muszę zanegować, przestać się w tym taplać. A to nie jest proste. Niedawno robiliśmy sesję zdjęciową do plakatu promującego film. Stylistki kazały mi założyć chustkę, tę samą, w której występowałam w filmie. Pamiętam ten ruch: pochylam głowę przed lustrem, zakładam ją i… nie mogę, muszę zdjąć. Wszystko wróciło. Myślę, że to dotychczas najlepsza moja rola.

Podczas projekcji miałam wrażenie, że tam nie ma ani odrobiny Agaty Kuleszy. Inaczej patrzyłaś, inaczej mówiłaś, miałaś nawet inne rysy twarzy...

To fajne uczucie, kiedy postać zaczyna tobą rządzić. Każdy aktor jest w pewnym sensie onanistą: gdy czuje, że wszedł w rolę, zaczyna się z tym piekielnie dobrze czuć. Trzeba się pilnować, bo to może być zwodnicze. Ale to było upajające, kiedy jako Róża nie myślałam, czy podczas danej sceny będę płakać, czy nie, tylko czekałam na prawdziwą reakcję mojego organizmu, sama byłam ciekawa, co się wydarzy. Hodowałam w sobie tę Różę.

Widzę, że mówiąc o niej, skubiesz paznokcie, jak w filmie…

Tak, wczoraj obcięłam na krótko i to mi się kojarzy z Różą: żadnego lakieru, żadnego makijażu. Rzuciłam się w tę rolę, gratuluję sobie, że nie zabrakło mi odwagi, bo mogłam się wycofać emocjonalnie, przestraszyć. Ciekawa jestem, co ludzie o tym filmie powiedzą. Czy ten obraz będzie dla nich zbyt brutalny, czy prawdziwy w swojej obskurności. Myślę, że oglądając „Różę”, trzeba się skonfrontować ze swoją własną refleksją na temat świata. Czy światełko w tunelu świeci jasno, czy trzeba go mocno wypatrywać. Sama ostatnio źle myślę o świecie.

Właśnie po „Róży”?

Po „Róży” myślałam dobrze, głównie w kontekście miłości. Bo w takiej tragedii, w takiej masakrze, Róża się zakochała. To było najwspanialsze, co mogło jej się zdarzyć. A to, co ją spotkało złego, dziś też się dzieje, na całym świecie, wszędzie tam, gdzie są wojny. W Polsce niby od lat jest spokojnie, ale… Wczoraj byłam w Poznaniu, wracałam z przedstawienia. Na peronie tłum ludzi. I nagle słyszę krzyk mężczyzny. Na torach leży kobieta z zakrwawioną ręką, facet woła o pomoc. Ruszyłam ja, za mną jakaś kobieta. Zadzwoniliśmy na pogotowie, potem we trójkę przenieśliśmy ją na peron. Nie pomógł nam nikt. Po jakimś czasie pojawiło się dwóch młodych chłopaków z pobliskiej budowy i skomentowali tylko: „Nie trzeba było jej ruszać”. Pomyślałam, że to niemożliwe: oni przyszli na spacer popatrzeć, czy tej kobiecie obcięło rękę... Na peronie było około 100 osób. Nikt poza nami nie zareagował. Nikt. Mnie to załamało. Możesz umrzeć w tłumie. I pomyślałam, że żadne piękne garnitury, w które byli poubierani panowie biznesmeni, nie zakryją prostaka, który w nich siedzi. Bierne stanie jest dla mnie czymś nie do pomyślenia. Nie mogę się z tym pogodzić.

„Róża” rozgrywa się w latach 40., kiedy społeczności były bardziej zżyte. A okazuje się, że znieczulica dziś i wtedy jest dokładnie taka sama.

Mieszkaniec wioski, w której kręciliśmy, opowiedział nam historię wojenną swoich sąsiadów. Rodzina Mazurów, dwie córki. Rosjanie się o dziewczynach dowiedzieli, chcieli się do nich dobrać. Ojciec zabarykadował je w domu i pobiegł do komendanta prosić o pomoc. Ten przyjechał, obronił dziewczyny, a swoich żołnierzy przywiązał linami i ciągnął za samochodem kilka kilometrów. Pod komendą miał już dwa trupy. Tak czy siak: historia skończyła się czyjąś śmiercią. Jest coś takiego w człowieku, że w ekstremalnych warunkach krzywdzenie innych ludzi wydaje się usprawiedliwione. Ja wiem, że tak jak w „Róży” spotkanie Mazurów było dla Rosjan pierwszym kontaktem z niemieckojęzyczną ludnością, brali odwet za swoje żony i siostry, gdzieś jestem w stanie zrozumieć ten mechanizm przemocy. Reżyserowi Wojtkowi Smarzowskiemu zarzuca się, że film jest bardzo drastyczny, ale uwierz mi, tam się działy znacznie gorsze rzeczy. Kobiety były przybijane gwoździami do drzwi stodoły, żeby je było łatwiej gwałcić. To jest prawda historyczna, to się działo. Więc jak ktoś mi powiedział, że każdy kolejny gwałt w filmie wydaje mu się już groteskowy, to ja nie mogę z tym nawet dyskutować. Znam paru facetów, którzy tak jak Tadeusz na pewno stanęliby w obronie kobiety, mam wiarę, że większość, których znam, też by się tak zachowała, ale po tym, co zobaczyłam w Poznaniu, czuję, że żyję w jakimś wyautowanym świecie.

O podobnej znieczulicy opowiada twój wcześniejszy film „Sala samobójców”. Tyle że tam sama zagrałaś matkę nastolatka tak zajętą własną karierą, że nie zauważa narastającej depresji syna, nie zwraca uwagi, że przez dziesięć dni nie wyszedł ze swojego pokoju…

Filmowi zarzucano, że takie zachowanie jest niemożliwe, ale uwierz, że reżyser Janek Komasa przestudiował ten temat bardzo wnikliwie. W jednym z programów telewizyjnych spotkałam Jacka Santorskiego, psychologa i psychoterapeutę. Potwierdził, że takie rzeczy są prawdopodobne. Moje pokolenie zachłysnęło się pieniędzmi, karierą. Kupiliśmy naszym dzieciom wszystko, tylko nie mamy dla nich czasu. Zapłaciliśmy za naukę języków, dżudo, ale zamknęliśmy je w strzeżonych osiedlach z ochroniarzami, zaszczepiliśmy w nich strach. A oni mają dosyć samotności, siedzenia przed komputerem, nie interesuje ich robienie pieniędzy. Czytałam, co młodzi ludzie piszą na forach o filmie, dla nich najważniejsze było wspólne milczenie po projekcji. Wspólne przeżycie. Bo pokolenie mojej córki ma dosyć alienacji, chce coś zmieniać i mam nadzieję, że za kilka lat w podobnej sytuacji jak ta w Poznaniu na peronie będą stały tylko trzy osoby zawstydzone tym, że nie pomogły. Bo pozostałych 100 rzuci się na ratunek. Czuję, że żyjemy w czasach przegięć. Ale mam nadzieję, że to jest bałagan przed jakimś przełomem, uzyskaniem równowagi.

Takie role jak Beata Santorska z „Sali...” czy Róża oddziałują potem na twoje relacje rodzinne?

Oczywiście. Sama widzę, że raz mam dla mojej córki za mało czasu, kiedy indziej próbuję to nadrobić. A wystarczy usiąść z nią co wieczór choć na chwilę. Wczoraj przez kilka godzin uczyłyśmy się historii i było super. Mamy dobry kontakt, ale słyszałam, że sporo osób po „Sali…” biegło do domu, bo nagle obudzili się z refleksją, że nie poświęcają zbyt dużo czasu swoim dzieciom.

Ja tak bardzo nie obwiniam rodziców, jest mi ich żal, bo czasy zmusiły ich do tej pogoni. Człowiek awansuje, kariera zaczyna się napędzać. Przychodzi zmęczenie, ale mówimy sobie: „Nie, nie odpocznę, bo wypadnę z rynku”.

Myślę, że mojej rodzinie nie jest łatwo ze mną żyć. Gdy wracam z planu, nie bardzo chcę uczestniczyć w życiu domowym, jestem między światami. Na szczęście mój mąż to rozumie, a Marianka jest twarda, więc dają mi lądować, spać, wyłączyć się, poudawać, że mnie nie ma. Te dwie role zagrałam jedna po drugiej, więc nie ma siły, musiało w moim życiu zawirować. Trochę to kosztuje.

Jak dużo?

Staram się nie liczyć strat. Szukam zysków. Każda z bohaterek coś mi po sobie zostawiła. Na przykład Róża pokazała, że trzeba walczyć o siebie do końca. Zawsze wierzyłam w siłę kobiet, ale trzeba mieć w tyle głowy, że czasami nie będzie nikogo, kto cię obroni.

Ale to również nasza wina, że faceci są dziś tacy słabi...

No właśnie, bo jak mężczyźni są w depresji, to my im obcieramy łezki i robimy wszystko za nich. I ich wydelikatniłyśmy… Pytanie: czy to my jesteśmy silne, bo nie ma silnych facetów i musimy wziąć odpowiedzialność na siebie, czy też jesteśmy silne, bo z nimi rywalizujemy? Nie wiem.

My próbujemy ich zrozumieć, a oni boją się nas zrozumieć albo im się po prostu nie chce. Kiedyś byłam świadkiem kłótni znajomych. Ona silna, dobrze zarabiająca, on wrażliwiec, miał do niej o to pretensje. A ona krzyczała: „Nie rozumiesz, ja chcę być kobietą, założyć kolczyki i stanąć przed lustrem!”. I to jest tak: my chcemy stanąć przed lustrem, a jeszcze musimy w międzyczasie wykonać 8 telefonów, uśpić dziecko, dokończyć obiad…

60 lat temu Róża mogłaby być symbolem kobiety upupionej przez życie, ale może być tym symbolem również teraz. Jak się okazuje, czas się nie liczy.

Podczas benefisu Wojciecha Młynarskiego Andrzej Poniedzielski śpiewał „Nie opuszczaj mnie” Jacques’a Brela. Kiedyś, gdy słuchałam tej piosenki, wyobrażałam sobie zakochanego faceta, który stoi pod drzwiami i błaga swoją kobietę, by go nie porzucała. Wszyscy się rozczulają, że on taki wrażliwy. A po zagraniu w „Róży” powiedziałam Andrzejowi: „Zobacz, ty śpiewasz dokładnie te same słowa, ale wystarczy z tyłu wyświetlić zdjęcia z obdukcji kobiet pobitych przez mężów. I wtedy piosenka nabierze zupełnie innego kontekstu… Facet prosi: nie opuszczaj mnie, a po drugiej stronie drzwi stoi kobieta z pociętą, pokiereszowaną twarzą. I nie opuści go, bo nie potrafi”.

Po czymś takim łatwiej stanąć przed lustrem i powiedzieć: „A co mi tam zmarszczki?”.

Zewnętrzność nigdy nie była dla mnie ważna, nie przeżywam, że moja twarz się zmienia. Kobiecość dla mnie nie tkwi w gadżetach. Niektóre dziewczyny muszą chodzić na obcasach, niektóre muszą mieć pomalowane paznokcie, bo bez tego czują się nagie. I niech tak robią. Dla mnie najbardziej kobiece jest to, co nieoczywiste. Mam znajomą, która na co dzień zajmuje się końmi, ubiera się niezbyt wytwornie, ale czasem, gdy spojrzy z miłością na swoje dzieci czy męża, jest dla mnie kwintesencją kobiecości.

A twoje kobiece atrybuty?

Najbardziej kobieco czuję się w domu, kiedy już zdejmę te przysłowiowe kolczyki i założę dres, kiedy jestem intymna. Nie mam zbyt wielu zastrzeżeń do swojego ciała, ale najbardziej lubię swoją bezpośredniość, siłę. Moja kobiecość to taki specyficzny rodzaj bezczelności i niezależności.

Z mężem też dajecie sobie dużo niezależności.

Marcin jest supergościem, ale nie widzę powodu, bym żyła jego życiem, a on moim. Mamy życie wspólne i życia osobne. Po co mam sprawdzać, co on robi? Kiedyś byłam zazdrosna, czasem nawet szalałam z zazdrości, ale z tego wyrosłam. Mam do męża zaufanie. Poza tym uważam, że jakby się coś stało, on też ryzykuje: utratę mnie. A jak mu się zdarzy przygoda, to się zdarzy. Nie daj Bóg tylko, żeby się zakochał. To samo dotyczy mnie.

To jesteś bardzo wyrozumiała…

No dobrze, nie wiem, jak bym się zachowała, gdyby się to naprawdę zdarzyło, ale póki to nie jest miłość, jestem bezpieczna.

Byłabyś w stanie wybaczyć zdradę?

Teraz wydaje mi się, że tak. Bo fajny jest ten mój mąż, szkoda by mi było go puścić. Nie odmawiam nikomu prawa do błędu. Może zdarzyć się coś głupiego i nie znaczy to, że trzeba od razu całe życie przekreślić. Gdyby narozrabiał, powiedziałabym: „jesteś idiotą”. I tyle. Ale podkreślam: teraz mi się tak wydaje.

Udany związek jest teraz rzadkością, przy pierwszych problemach uciekamy, bo myślimy, że za kolejnym rogiem spotkamy już tę najważniejszą miłość, że tym razem będzie bezproblemowo…

Nie, miłości nie spotyka się za każdym rogiem. Nie jest łatwo kogoś kochać. Ale najtrudniejsze jest przekształcić zakochanie w miłość. Ludziom się nie chce podjąć wysiłku. Bo to jest praca. Jak się skończą motyle w brzuchu, trzeba się zmęczyć, żeby przejść w kolejną fazę i żeby uczucie było jakościowo dobre, trwałe. A ludzie myślą: „Nie wyszło, to pójdę dalej”. Nie jest powiedziane, że w moim małżeństwie się coś nie wydarzy, ale im jesteśmy dłużej ze sobą, tym bardziej doceniam tę naszą nietypowość. Wszyscy się dziwią, że nie chodzimy z Marcinem razem na bankiety. A ja mam z nim swój świat przy naszym stole w domu, w piżamie. Dużo rozmawiamy, cieszymy się sobą. Napatrzyliśmy się na to, co dzieje się wokół w związkach, więc doceniamy to, co mamy. Mój mąż nie jest misiem przytulakiem, trzyma mnie w pewnej dyscyplinie. Nie pozwala się rozczulać, a jednocześnie jest dobry. Gdy wracam zmęczona, zrobi mi kanapkę i pogłaszcze po głowie. Ale jak mu trzeci raz mówię to samo, to mi przerywa: „Uspokój się, ile można o tym gadać”. Fajny jest.

Wyobrażasz sobie życie bez rodziny?

Wyobrażać sobie wyobrażam, ale za długo bym nie pożyła, bo bym się albo rozpiła, albo inną drogą doszła do samodestrukcji. Jestem takim typem, że jak już, to na całego. Więc jak weszłabym w tryb imprezowo-kawiarniany, żeby odreagować samotność, to mogłoby się to szybko skończyć. Rodzina mnie ratuje.

Masz wszystko?

Nie można mieć wszystkiego. Ale mam bardzo dużo: świetną rodzinę, przyjaciół, kariera się dobrze rozwija. Brakuje mi trochę równowagi, harmonii, bo ostatnio za dużo pracowałam. Zagrałam epizody u Jana Kidawy- -Błońskiego i Sławomira Fabickiego, zakończyłam serial „Prosto w serce”, teraz się przygotowuję do nowego serialu kryminalnego. Nie jestem pazerna, ale z powodu zmęczenia chciałabym zagrać taką „Różę” czy Beatę Santorską i rok z tego żyć, żebym mogła z siebie spłukać te emocje. A nie mogę. Wiesz, że cały czas nie jestem w stanie oglądać końcówki „Sali samobójców”? Kiedy Dominik krzyczy: „mamo…”. Od razu mi się wydaje, że to mnie woła. Hardcorowe były te role.

Za co ludzie cię najbardziej lubią?

Nie wiem. Rodzaj wsparcia, jaki dostaję od nich, jest nieprawdopodobny, ale też przypomina mi o pokorze. Nie mogę występować z pozycji pychy, że jestem nie wiadomo kim. Nie mogę udawać, że żyję w Hollywood i mam trzech ochroniarzy. Ja wykonuję zawód, który jest wystawiony na widok publiczny, ale tu nie chodzi o podziw, tylko o wymianę energii. Gdy ludzie mnie akceptują, dają mi dobrą energię, a ja potem staram się ją do innych odesłać.

A gdybyś nie była akceptowana?

Chyba musi być powód, musisz czymś drażnić ludzi, żeby ta niechęć się pojawiła. To może być zbytnie parcie na szkło, albo bylejakość. Gdy rzetelnie pracujesz, nie jesteś wystawiona na nienawiść. Ludzie wyczuwają twoją intencję. Przyjemnie być popularnym, owszem. Zawsze chciałam zobaczyć, jak to jest. I gdy sama stałam się popularna, odetchnęłam z ulgą: bo to nie jest to, czego w tym zawodzie szukałam. Niedawno opowiadałam znajomemu reżyserowi, że gdy wychodziłam na scenę zaśpiewać piosenkę na benefisie Młynarskiego, myślałam, że zemdleję ze zdenerwowania. A on na mnie spojrzał jak na wariatkę i mówi: „to po co to robisz?”. I mnie zatkało. No właśnie, po co ja to robię? Tydzień nad tym myślałam. I po tygodniu doszłam do tego, że może chodzi o ten moment po, kiedy puszczają nerwy i całe ciało się rozluźnia, rozpina. I czuje się wtedy taką ulgę. Idę zagrać Różę i prawie od tego siwieję. Potem ulga. Idę zagrać Santorską... Ulga. Ale później zdałam sobie sprawę, że to wcale nie jest odpowiedź na to pytanie.

A jaka jest odpowiedź?

Tego jeszcze nie wiem.

AGATA KULESZA aktorka. Przez 17 lat związana z Teatrem Dramatycznym w Warszawie, od niedawna gra w Ateneum. Popularność przyniosły jej seriale „Pensjonat Pod Różą”, „Hela w opałach” i wygrana w „Tańcu z gwiazdami”. Ma na koncie doskonałe role filmowe, m.in. we wstrząsającej „Sali samobójców” Jana Komasy i „Róży” Wojciecha Smarzowskiego, której premiera przewidziana jest na koniec stycznia. Żona operatora filmowego Marcina Figurskiego, mama 14-letniej Marianny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Co czytać w najbliższych miesiącach? Polecamy najciekawsze pozycje

Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Co czytać w najbliższych miesiącach? Oto lista, którą trzeba poznać. ( fot. Imaxtree)
Zobacz galerię 7 Zdjęć

Co będziemy czytać w nadchodzących miesiącach? Oto propozycje, które warto poznać.

"Dziewczyna, kobieta, inna" B. Evaristo

"Siostrom, sistas, sistahs, siostrzeństwu, kobietom, womxn, wimmin, womyn, braterstwu, braciom, bredrin, bruvs, naszym mężczyznom i facetom, a także wszystkim osobom LGBTQI w wielkiej ludzkiej rodzinie" - taką dedykacją zaczyna swoją oszłałamiającą opowieść o dwunastu różnych kobietach B. Evaristo, za którą została nagrodzona m.in. Nagrodą Bookera w 2019 r. Od niedawna możemy przeczytać ją także po polsku w tłumaczeniu Agi Zano, która wykonała mistrzowską robotę w przełożeniu tego żywego języka (unikającego znaków interpunkcyjnych jak ognia). "Dziewczyna, kobieta, inna" to historie dwunastu kobiet i ich życiowej podróży, w której pojawia się wiele wątków - miłość, zdrada, niezrozumienie, poszukiwanie własnej tożsamości i wyobcowanie. Wszystkie łączy to, że są czarnoskóre, o czym kobiety mówią często nie wprost, nie dosłownie, czasem dając jedynie przykład rasistowskiej odzywki czy zachowania, z którymi musiały borykać się przez całe życie. To wyjątkowa pozycja dla wszystkich fanek dobrej i mądrej lektury - nie tylko tych, które interesuje feminizm, zwłaszcza że Evaristo maluje jego różne oblicza, nie zawsze skłaniające się ku tezie, że "feminizm to suma doświadczeń wszystkich kobiet". To pozycja obowiązkowa.

'Dziewczyna, kobieta, inna' Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie "Dziewczyna, kobieta, inna" Bernardine Evaristo, Wydawnictwo Poznańskie

 

"Proszę bardzo" A. Rottenberg

Autobiografia znanej polskiej historyczki sztuki, krytyczki i publicystki, a także wieloletniej dyrektorki Galerii Sztuki "Zachęta". W wydanej ponownie opowieści o swoim życiu Rottenberg szczerze i bez tajemnic mówi m.in. o wątku zaginionego syna, dziejach rodziny, szukaniu korzeni i własnej drogi. Jest tu też mowa o depresji, samotności i wielu innych ciężkich momentach w życiu, a także łączących autorkę więziach z najbliższymi - ojcem, matką, synem. Historię Rottenberg czyta się z ogromnym zaciekawieniem, nie tylko dlatego, że opowiadając historię własnej rodziny, autorka niejako tworzy historyczny obraz XX w., ale także ze względu na to, że stworzył ją osoba całe życie obcująca ze sztuką, kulturą, której wpływ czuć tu na każdej stronie. Urozmaicona ilustracjami i anegdotami opowieść o odkrywaniu siebie, otwieraniu nie do końca zabliźnionych ran, przepracowywaniu własnej traumy to książka, po którą naprawdę warto sięgnąć.

'Proszę bardzo' Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy "Proszę bardzo" Anda Rottenberg, Wydawnictwo Marginesy

"Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet

Świetnie opisana przez dziennikarkę Monę Chollet historia polowań na czarownice, która wbrew pozorom miała ogromny wpływ na mizoginiczne poglądy o kobietach funkcjonujące dalej we współczesnym świecie. Użycie przez nią figury czarownicy stara się uświadomić nam, jak - wbrew pozorom - wiele i niewiele zmieniło się od czasów, gdy za bycie kobietą - zwłaszcza taką, którą swoją postawą jakkolwiek wykraczała poza przyjęte schematy i granice - można było zostać spalonym żywcem. Chollet bezbłędnie nakreśla też, jak sposób, w jaki wychowywane są wciąż młode dziewczęta nie sprzyja ich rozwojowi, wierze w ich możliwości, własne siły, bycie niezależnymi i posiadającymi własne zdanie. Inny aspekt, który analizuje dziennikarka to stereotyp kobiety bezdzietnej, która w społeczeństwie wciąż często postrzegana jest jako osoba, która utraciła coś na zawsze, traktowana jako "niespełniona", nieszczęśliwa. Pasjonujący esej, w którym autorka pokazuje, jak wielowieczna dyskryminacja kobiet i ich wykluczenie wpłynęły na dalszy rozwój zachodniego świata.

'Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet' M. Chollet, Wydawnictwo Karakter "Czarownice. Niezwyciężona siła kobiet" M. Chollet, Wydawnictwo Karakter

"Świat bez kobiet" A. Graff

Kolejne wydanie "Świata bez kobiet" autorstwa Agnieszki Graff - znanej polskiej kulturoznawczyni, tłumaczki i publicystki, w którym ukazuje najnowszą historię Polski z perspektywy feministycznej. Choć wydawać by się mogło, że współczesny feminizm nie ma już tak "mocnych" haseł i stał się zjawiskiem masowym, który nie budzi kontrowersji, Graff wskazuje nam, jak bardzo wciąż narażony jest na kontrdziałania i nienawiść. Autorka śledzi to, jak bardzo współczesna kobieta jest wciąż nieobecna w życiu publicznym i dalej chce się decydować za nią w każdym aspekcie. Przejawia się to w każdej dziedzinie - od polityki, przez kulturę, religię, zwyczaje.

'Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym' Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff, Wydawnictwo Marginesy

"Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" H. Kelaher

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta. Przyjaźń to jedno z najważniejszych uczuć w życiu każdego człowieka - mówi się, że ludzie pozbawieni przyjaciół są samotni i sfrustrowani. Ale jak pozyskać przyjaciół prawdziwych? Takich, którzy będą oddani, lojalni i godni zaufania? I przede wszystkim - jak zrobić to w późniejszym czasie, kiedy wiele osób ma już swoje towarzystwa i niechętnie nawiązuje nowe, zwłaszcza silne relacje. Poradnik w ciekawy i przystępny sposób pomaga dowiedzieć się, jak rozmawiać, by wyjść poza "small talk", jak zbudować i pielęgnować krąg własnych znajomych oraz jak rozróżniać zdrowe i toksyczne relacje.

'Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia' Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło "Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia" Hope Kelaher, Wydawnictwo Zwierciadło

"Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" M. Wójcik

Michał Wójcik w książce "Zemsta..." poruszył mało znane, bądź rzadko wspominane fakty dotyczące żydowskiego oporu stawianego w obozach koncentracyjnych. Autor rozprawia się tu z mitem ofiar jako osób, które nie stawiały oporu i nie sprzeciwiały wobec dramatycznego losu. We wszystkich obozach - Auschwitz-Birkenau, Treblince, czy Sobiborze istniała konspiracja, która doprowadzała do zbrojnych wystąpień i buntów. "Dzięki heroicznej postawie więźniów, walczących z minimalną ilością broni, często na noże i gołe pięści, dwa z nich uwieńczone zostały spektakularnym sukcesem. Również za sprawą kobiet - żydowskich bohaterek". O tym trzeba wiedzieć i trzeba pamiętać.

'Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady' Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie "Zemsta. Zapomniane powstania w obozach zagłady" Michał Wójcik, Wydawnictwo Poznańskie

  1. Kultura

„Helmut Newton. Piękno i bestia” – pokaz specjalny online

Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
Helmut Newton, autoportret, 1993 (Fot. materiały prasowe)
W filmie zaskakujący obraz Helmuta Newtona ujawniają fotografowane przez niego top modelki, gwiazdy i aktorki. Catherine Deneuve, Grace Jones, Charlotte Rampling, Isabella Rossellini, Claudia Schiffer – portretowane portretują i odkrywają przed nami prawdę.

Łączył sprzeczności. Romantyzm z perwersją, fantazję z realizmem, modę i reklamę ze sztuką. Był jednym z najbardziej prowokacyjnych fotografów XX wieku. Być może źródła jego przewrotnego charakteru należy szukać w genealogii. Był niemieckim Żydem, urodzonym 31 października 1920 roku w Berlinie. Mimo że musiał opuścić to miasto, nigdy nie uwolnił się od jego dekadenckiego stylu lat dwudziestych i estetyki Leni Riefenstahl. Zakochał się w jej portretach. Pokazywał kobiety tak jak ona mężczyzn.

Jego zdjęcia publikowały najważniejsze magazyny modowe, przede wszystkim „Vogue”, „Harper's Bazaar”, ale również „Stern” czy „Playboy”. Realizował także wiele kampanii reklamowych. Często inspirował się kinem. Słynne zdjęcie modelki uciekającej przed samolotem zainspirował film „Północ, północny zachód”. Zdjęcie Davida Lyncha trzymającego za szyję Isabellę Rossellini wprost nawiązuje do „Blue Velvet”. Przed jego obiektywem uwielbiały stawać gwiazdy filmowe: Sigourney Weaver, Charlotte Rampling, Elizabeth Taylor, Nastassja Kinski, Anthony Hopkins, Ralph Fiennes, Catherine Deneuve, Jodie Foster, Billy Wilder, Marianne Faithfull i wiele innych.

Pod koniec życia mieszkał między Monte Carlo a Los Angeles. Zmarł 23 stycznia 2004 roku w wypadku samochodowym, spowodowanym atakiem serca. Urna z jego prochami spoczywa na cmentarzu w Berlinie, niedaleko grobu uwielbianej i sfotografowanej przez niego Marleny Dietrich.

4 maja o g.odzinie 20  na platformie MOJEeKINO.pl odbędzie się pokaz specjalny on-line filmu „Helmut Newton. Piękno i bestia”.

  1. Kultura

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w nowej stacji. Jednym z prowadzących Marek Niedźwiecki

Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
Polski Top Wszech Czasów zabrzmi w tym roku w nowej stacji. Jednym z prowadzących pozostaje niezmiennie Marek Niedźwiecki. (Fot. Darek Kawka/Instagram @radio_357)
"Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena, "Nie pytaj o Polskę" Republiki, a może "Autobiografia" Perfectu? Kto w tym roku zajmie pierwsze miejsce? Tego dowiemy się już 3 maja, tym razem jednak nie w "Trójce", a na antenie Radia 357. 

Polski Top Wszech Czasów nadawany od 2008 roku w każdą majówkę przez III Program Polskiego Radia, przenosi się do innej stacji. W tym roku audycję po raz pierwszy usłyszymy na antenie Radia 357, rozgłośni założonej z inicjatywy byłych dziennikarzy "Trójki".

Lista będąca zestawieniem najlepszych polskich piosenek układana jest na podstawie głosów słuchaczy. Tegoroczne głosowanie odbyło się jednak w zupełnie innej niż dotychczas formie, a mianowicie za pośrednictwem kartek pocztowych.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.
 

Post udostępniony przez Radio 357 (@radio_357)

Pierwszy Polski Top Wszech Czasów zagra na antenie Radia 357 w poniedziałek 3 maja w godzinach 9.00 – 21.00. Notowanie zaprezentują Marek Niedźwiecki, Marcin Łukawski i Piotr Stelmach.

  1. Kultura

"Nie jestem księżniczką". Anne Hathaway stawia czoło hejtowi

- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
- Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady w temacie hejtu, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoło, a to was ostatecznie wzmocni - mówi Anne Hathaway. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Ma wszystko, czego można oczekiwać od gwiazdy: wdzięk Audrey Hepburn, uśmiech Julii Roberts. I do tego wszechstronny talent, który potwierdza w swojej najnowszej produkcji „Skazani na siebie”. A jednak właśnie z tego powodu Anne, a raczej Annie Hathaway musiała zmierzyć się z niechęcią i hejtem.

Dla ambitnej, nieobawiającej się wyzwań i wciąż poszukującej 39-latki trudno o lepszy dar od losu. W czasie pandemii, gdy wiele jej koleżanek zmuszonych zostało do izolacji domowej, ona zagrała główną kobiecą rolę w jednym z pierwszych filmów covidowych, pomyślanych jako kronika pandemicznej rzeczywistości.

W „Skazanych na siebie” w reż. Douga Limana gra Lindę, młodą kobietę, uwięzioną przez lockdown w londyńskim mieszkaniu dzielonym z byłym, obecnie bezrobotnym, partnerem Paxtonem (Chiwetel Ejiofor). Z powodu kwarantanny para jest skazana na stałą współobecność i zmaga się ze swoimi lękami, frustracjami oraz byciem razem. Ona pracuje online dla jednej z korporacji, ale to, co robi, coraz bardziej ją stresuje. Wigor i przypływ uczuć w tym związku pojawia się niespodziewanie wraz z planem… kradzieży diamentu z luksusowego Harrodsa. Uff, trzeba nie lada odwagi, by wejść w tak karkołomny projekt! Komedia, dramat, romans, napad – unurzane w pandemicznym sosie.

Aktorka odnalazła jednak w tym filmie siebie. Zachwycił ją scenariusz opisujący absurdy naszej nowej szalonej rzeczywistości. Jak sama mówi, żyjemy w dziwnych czasach, a w takich każdy sposób radzenia sobie jest usprawiedliwiony i głęboko ludzki. Film ma podnosić na duchu, dostarczać rozrywki i dystansować widza do tego, co dookoła. – To było ekscytujące doświadczenie – wyznała. – W czasie kwarantanny obserwowałam siebie i kontaktowałam się ze znajomymi na czatach, Zoomach czy Skype’ach. Widziałam, że niektórzy wrócili do palenia papierosów albo trawki, inni zaczęli zaglądać do kieliszka lub kłócić się z bliskimi. Byli także i tacy, których ta nienormalna sytuacja zbliżyła do siebie, wyzwoliła w nich kreatywność, pokazała radość z odkrywania małych rzeczy. To jest film o emocjach, o tym, jak długotrwałe zamknięcie wpływa na ludzi. Sama dzięki tej produkcji uwolniłam się od stresu związanego z kwarantanną.

'Locked down', czyli 'Skazani na siebie' - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe) "Locked down", czyli "Skazani na siebie" - pierwszy pełnometrażowy film pandemiczny. Do obejrzenia na HBO i HBO GO. (Fot. materiały prasowe)

Szuflady nie dla niej

Media mają z nią pewien problem, gdyż Hathaway nie daje się zaszufladkować – porzuciła karierę w filmach familijnych i nie ogranicza się wyłącznie do komedii romantycznych, w których chcieliby ją widzieć krytycy. Chętnie angażuje się w projekty, które są odskocznią i stoją w wyraźnej opozycji do jej poprzednich produkcji. Grywa zarówno postacie banalne, jak i wewnętrznie skomplikowane.

Zaczynała jako gwiazda filmów ze „stajni” Disneya. Z miłych młodzieżowych produkcji, takich jak „Pamiętnik księżniczki” (współczesna wersja bajki o brzydkim kaczątku) czy „Ella zaklęta”, przeszła do poważnych filmów. Zanim zyskała popularność po roli w „Diabeł ubiera się u Prady”, zdążyła wystąpić w „Tajemnicy Brokeback Mountain”, pokazując, że ma ambicję pojawiać się także w mniej komercyjnych produkcjach. Wcieliła się tutaj w żonę geja i zgodziła na rozbierane sceny, choć prywatnie uważa się za osobę nieśmiałą i dość konserwatywną. Zresztą to właśnie udział w produkcjach niezależnych przyniósł Hathaway największe uznanie krytyków. Kiedy w 2008 roku zagrała narkomankę w filmie „Rachel wychodzi za mąż”, głośno mówiło się, że dopiero teraz pokazuje swój pazur. Za tę rolę została zresztą nominowana do Oscara. Największy triumf odniosła jednak, grając w musicalu. Za kreację zmuszonej do prostytucji Fantyny w „Les Misérables: Nędznikach” otrzymała Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej.

Po 'Pamiętniku księżniczki' Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe) Po "Pamiętniku księżniczki" Anne Hathaway została okrzyknięta nową Audrey Hepburn. (Fot. materiały prasowe)

– Tak, chciałam się sprawdzić – wspomina postać Fantyny. – Nie sądziłam jednak, że śpiewanie bez playbacku legendarnego utworu „I Dreamed a Dream”, który stał się trampoliną dla megasukcesu Susan Boyle, okaże się aż tak stresujące. Na szczęście moja nauczycielka poradziła mi, bym nawet nie próbowała naśladować wielkich głosów, bo plan filmowy to nie teatr, a szepcząc piosenkę można wyrazić większe emocje. Posłuchałam jej i wyszło mi to na dobre.

Jeśli myślicie, że to zaspokoiło ambicje aktorki i jej skłonność do podejmowania ryzykownych wyzwań, to nic bardziej mylnego! Anne Hathaway miała poczucie, że po oscarowych „Nędznikach” jej kariera dryfuje na dość monotonnych falach, aż do momentu, gdy przeczytała scenariusz filmu „Monstrum”, opisany jako romantyczna komedia z potworem w tle. – Był tak dziki, oniryczny i wymykający się klasyfikacjom, że po prostu wiedziałam, że chcę brać w tym udział. Od razu zakochałam się w scenariuszu, był po prostu tak inny na bardzo głębokim poziomie i to w sposób niewymuszony – dodała. Zagrała bezrobotną dziewczynę, która po rozstaniu z chłopakiem wraca z Nowego Jorku do rodzinnego miasteczka, w którym grasuje terroryzujący mieszkańców gigantyczny potwór. To film o toksycznych relacjach i próbie pozostania człowiekiem, niezależnie od okoliczności.

„Monstrum” sytuuje się daleko od przesłodzonego „Pamiętnika księżniczki”, po którym młoda aktorka stała się rozpoznawalna. Podobno zwróciła na siebie uwagę reżysera Garry'ego Marshalla, gdy na przesłuchaniu, na które przyszła prosto z lotniska, po długim i męczącym locie, spadła z krzesła. Marshall potrzebował dokładnie takiej Mii – niezdary, która w miarę rozwoju akcji przechodzi spektakularną metamorfozę i staje się prawdziwą księżniczką. „Monstrum” dalekie jest także od filmu „Diabeł ubiera się u Prady”, komediowego hitu z Meryl Streep, który utrwalił międzynarodową popularność Anne Hathaway. Zagrała tutaj naiwną dziewczynę z prowincji, która zostaje asystentką bezwzględnej królowej imperium mody. Od czasu roli w „Monstrum” Hathaway zapewnia, że zmieniła podejście i przy wyborze projektów z większą uwagą analizuje to, co czyta, by nie przegapić czegoś wartościowego, co samo ją zainspiruje.

Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie 'Diabeł ubiera się u Prady'. (Fot. materiały prasowe) Z Meryl Streep stworzyła legendarny duet w filmie "Diabeł ubiera się u Prady". (Fot. materiały prasowe)

Kiedy po „Pamiętniku księżniczki” pytano ją, czy jako dziecko marzyła o tym, by zostać prawdziwą księżniczką, odpowiadała krótko i zdecydowanie: NIE. Chciała być… zakonnicą, potem chirurgiem, a na koniec Kobietą Kotem. W 2012 roku to ostatnie marzenie się spełniło. Gdy Christopher Nolan zaangażował ją do roli Kobiety Kota w filmie „Mroczny Rycerz powstaje”, aktorka długo nie mogła uwierzyć we własne szczęście. Euforii nie przyćmiły nawet wątpliwości fanów Batmana, którzy do tej pory kojarzyli ją głównie z grania w komediach romantycznych.

Nuda czy profesjonalizm?

Do każdej z ról przygotowuje się niezwykle starannie. Sama wyszła z propozycją obcięcia swoich długich pięknych włosów, by lepiej oddać postać Fantyny. I schudła 12 kilo. Przygotowując się do roli Mii Thermopolis, uczyła się wspinaczki skałkowej. Pracując nad postacią Jane Austen w filmie „Zakochana Jane”, nauczyła się grać na pianinie. Z kolei do roli Seliny w filmie „Mroczny Rycerz powstaje” intensywnie ćwiczyła, trenowała  kaskaderstwo i taniec.

Mimo sławy aktorka należy do nielicznego grona „grzecznych” gwiazd. Nie zabiega o zainteresowanie mediów, nie oglądamy jej zdjęć prywatnych, na których się upija, nie czytamy o jej wybrykach. – Chciałabym być aktorką, którą ludzie znają i szanują dzięki rolom filmowym, a nie życiowym perypetiom i skandalom. Nie chcę, żeby ktokolwiek, siedząc w kinie, myślał o moich podbojach sercowych czy imprezowych wyskokach. Wolałabym, aby mógł się skupić na tym, co ogląda – powiedziała na samym początku swojej kariery, i jest temu wierna do dziś.

W 'Ocean's 8', kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo) W "Ocean's 8", kobiecej wersji słynnego cyklu o wielkich kradzieżach - z powodzeniem i przyjemnością - zagrała rozkapryszoną gwiazdę z bardzo drogim naszyjnikiem. (Fot. Landmark Media/Alamy Stock Photo)

No, z małym wyjątkiem! W 2008 roku na czołówki gazet trafił skandal związany z wieloletnim partnerem aktorki – włoskim milionerem Raffaellem Follierim, który został aresztowany za oszustwa finansowe i pranie brudnych pieniędzy. Para rozstała się tuż przed wybuchem afery.

To doświadczenie na szczęście nie zamknęło aktorki na nowy związek. W 2012 roku poślubiła Adama Shulmana, producenta i projektanta biżuterii. Wychowana w szczęśliwej rodzinie, miała skąd czerpać wzorce – wielokrotnie wyznawała, że pragnie, aby jej małżeństwo było tak samo udane jak związek rodziców. I na razie jest z Adamem szczęśliwa. W 2016 roku urodziła syna, Jonathana. W lipcu 2019 para doczekała się drugiego chłopca, Jacka. – Kiedy urodziłam Jonathana, to jakbym sama urodziła się na nowo – wspomina. – To cudowne uczucie obserwować, jak w twoim dziecku rodzą się emocje w związku z różnymi sytuacjami, których doświadcza. Kiedy zrozumiałam, że synek wchłania też moje, bardzo się wyciszyłam, uspokoiłam. Poczułam, że nie mogę przy nim być zdenerwowana, spięta, bo to bezbłędnie wyczuwa. Dzieci są znacznie bardziej bystrymi obserwatorami, niż nam się wydaje. Mogą nie rozumieć, ale czują. Dzięki rodzinie mam dystans do pracy, a w moim życiu panuje równowaga.

Nadal kocha swoją pracę, ale dziś ma już inne priorytety. Ceni kobiety, które znajdują w sobie tyle odwagi i determinacji, by zerwać ze stereotypem, że poświęcenie dla rodziny jest najważniejsze. Sama jednak już by się na to nie zdobyła. Dobrze wie, że poza planem filmowym też jest inne życie. Mieszka w Nowym Jorku, który ma tę przewagę nad Los Angeles, że można wyjść na spacer z psem, nie będąc przez nikogo rozpoznanym. No i w Nowym Jorku jest metro. To wielki luksus kompletnie nieznany w Kalifornii. Aktorka uwielbia zakładać ciemne okulary, podróżować po mieście i obserwować ludzi, nie obawiając się, że ktoś do niej zadzwoni, bo pod ziemią nie ma zasięgu.

Kiedy rozmawiałam z nią kilka lat temu na festiwalu w Wenecji, ujawniła jeszcze jedno hobby. – To dekoracja wnętrz. Lubię włóczyć się po sklepach meblowych na Manhattanie oraz po galeriach z antykami. Zamierzam w przyszłości zapisać się na kurs stolarsko-ciesielski, by nauczyć się samej wykonywać zaprojektowane przeze mnie meble. Naprawdę! To niezwykle uspokaja i relaksuje, a efekty są bardzo pożyteczne – mówiła.

Podobnie jak prace w ogródku na tyłach jej nowojorskiego domu. W związku z pandemicznymi obostrzeniami oboje z mężem mniej wychodzą, ale ma to także swoje dobre strony. Aktorka zdradziła, że uczy się gotowania i gry na gitarze. Dużo czyta. Fascynują ją dokonania współczesnej fizyki, zwłaszcza ich wymiar duchowy. Z upodobaniem przytacza Einsteina, który powiedział, że wierzy w Boga, bo jest naukowcem. Jej zainteresowania metafizyką mają początek we wczesnym dzieciństwie, kiedy marzyła o tym, by wstąpić do klasztoru. Wprawdzie nie została zakonnicą i wraz z całą rodziną odeszła od Kościoła katolickiego przez solidarność z Michaelem, bratem aktorki, który jest gejem, ale poszukiwania duchowe nadal są ważną częścią jej życia.

Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images) Aktorka wraz z mężem podczas ceremonii odsłonięcia jej gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame w 2019 roku. (Fot. Getty Images)

Syndrom Anne Hathaway

Chociaż wydawałoby się, że ma wszelkie atuty, by być podziwianą i lubianą, to w rzeczywistości przez całe lata musiała mierzyć się z... hejtem. Dlaczego? Istnieje kilka teorii. Zdaniem niektórych za bardzo się stara – cała jej kariera wygląda jak dobrze zaplanowany program, w którym odhacza kolejne punkty. Znajduje się w niej miejsce na wszystko: od ról popularnych i łatwych aż po nagradzane poważne filmy. Brak tu nieprzewidywalności, szaleństwa, czegoś, co sugerowałoby, że aktorka ma w sobie cokolwiek spontanicznego. Podobnie z zachowaniem w przestrzeni publicznej – na wywiadach opowiada anegdotę, ale zawsze taką, która jest odpowiednio urocza i dowcipna. Na czerwonym dywanie rzadko decyduje się na cokolwiek awangardowego, nosząc sukienki ładne, ale łatwe do zapomnienia. Na zdjęciach zawsze wygląda nienagannie, w wywiadach jest uprzejma, a jej przemowy po otrzymaniu nagród są okraszone odpowiednią ilością łez. Chociaż bardzo nie lubi, kiedy ktoś z dziennikarzy w czasie wywiadu zwróci się do niej per „Anno”. Zdecydowanie woli być „Anią”. Oficjalne imię zarezerwowane jest tylko dla kręgu bliskich osób. Tak właśnie zwraca się do niej mama. Szczególnie wtedy, gdy jest zła na swoją córkę. – Zawsze, gdy pojawiam się gdzieś publicznie i ktoś woła mnie po imieniu, to myślę sobie, że zaraz nakrzyczy na mnie, bo coś nabroiłam – przyznała w jednym z popularnych talk-show. – Mówcie do mnie Annie (Ania). Wszyscy. Byle nie Anne (Anna).

Określenia „syndrom Anne Hathaway” amerykańska prasa zaczęła używać w 2013 roku, kiedy aktorka została nominowana do Oscara. To wtedy stało się jasne, że widzowie – jak się wydaje zupełnie irracjonalnie – nie darzą Hathaway sympatią. Zdaniem niektórych to właśnie jej perfekcyjność budzi sprzeciw, bo ludzie  wolą naturalność. Jej obrońcy wskazują jednak, że ta postawa wynika po prostu z tego, że gwiazda jest profesjonalnie przygotowana do kariery aktorskiej. Oczywiście świadomość, że kariera aktorska to coś, co można zaplanować, przygotować i rozsądnie poprowadzić, kłóci się z piękną wizją „od szarej myszki do gwiazdy filmowej”, zdecydowanie bardziej podobają nam się opowieści o upadkach i mozolnym podnoszeniu się z nich, ale z drugiej strony takie historie nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie. A historia Anne Hathaway – ma.

Po latach aktorka przyznała, że hejt i niechęć, których była ofiarą, nie złamały jej, lecz przeciwnie – wzmocniły psychicznie. – Jeśli mogę udzielić komukolwiek rady na ten temat, to powiem tylko tyle, żeby nie bać się krytyki i negatywnych opinii. Po prostu stawcie temu czoła, a to was ostatecznie wzmocni – wyznała w jednym z wywiadów. – Ja zawsze wiedziałam, czego chcę. I tego nadal się trzymam! Kiedy jako nastolatka decydowałam się na ten zawód, rodzice zostawili mi wolny wybór, nie odradzali aktorstwa, ale ostrzegali, że porażka jest w ten zawód wliczona. Dali mnie i moim braciom potężne oparcie. Dziś myślę, że to rodzicom zawdzięczam, że twardo stąpam po ziemi i mam dość mocy kręgosłup moralny, co w tym zawodzie jest podstawą.

Anne Hathaway przyszła na świat w listopadzie 1982 roku na Brooklynie w Nowym Jorku, ale dorastała w stanie New Jersey. Jej mama też jest aktorką, tata – prawnikiem. Sama zadebiutowała w 2001 roku w filmie „Pamiętnik księżniczki”, który doczekał się kontynuacji. Oprócz wymienionych tytułów, zagrała też w takich filmach, jak „Interstellar”, „Jeden dzień”, „Praktykant” czy „Oszustki”.

  1. Kultura

Nowości Netflixa i HBO idealne na majówkę

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Kobieta w oknie". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Tegoroczna majówka nie będzie należała do najcieplejszych, dlatego wszystkich spragnionych dobrego kina zapraszamy na przegląd najciekawszych nowości, które obejrzycie w tym czasie (i nie tylko) na Netflixie i HBO GO.

"Homeland", sezon 8

Kontynuacja i tym samym finałowy sezon jednego z najlepszych seriali szpiegowskich w historii. Historię niezwykle charyzmatycznej agentki CIA śledzimy już od tak dawna, że ciężko opisać wszystkie kryzysy polityczne, spiski i tajemnice, które odkryła w swojej długiej karierze. Ostatni sezon "Homeland" polecamy nie tylko (takim jak my) oddanym fanom Carrie i Saula Berensona, ale zwłaszcza osobom, które dotychczas omijały "Homeland". Gwarantujemy, że w ciągu całej majówki dotrzecie do 8. sezonu i wspólnie zobaczymy, jak kończy się ta trzymająca w napięciu (i to w każdym sezonie, co zdarza się rzadko!) historia. Sezon ósmy "Homeland" zadebiutuje na platformie 1 maja.

"Tlen"

12 maja na platformie Netflix pojawi się nowy film oryginalny pt. "Tlen". To opowieść o młodej kobiecie (w tej roli znana m.in. z "Bękartów wojny" Mélanie Laurent), która budzi się ze śpiączki w kapsule kriogenicznej. Aby się z niej wydostać nie ma zbyt dużo czasu - musi zrobić to jak najszybciej, ponieważ w kapsule niebawem zabraknie jej tlenu. Jak na razie brzmi to raczej przerażająco i klaustrofobicznie, ale "Tlen" okrzyknięto premierą miesiąca, więc damy mu kredyt zaufania.

"Kobieta w oknie"

Kolejny thriller, który zaprezentuje nam w najbliższych dniach Netflix to "Kobieta w oknie" z główną rolą Amy Adams to opowieść o cierpiącej na agorafobię (lękiem przed przebywaniem w otwartych przestrzeniach) psycholożce dziecięcej, która obserwuje z okna idealną rodzinę mieszkającą po drugiej stronie ulicy. Kobieta przypadkowo staje się świadkiem brutalnej zbrodni, co jeszcze bardziej wpłynie na jej dotychczasowe życie i problemy, z jakimi się zmaga. Film oparty został na książce A. J. Finna z 2018 roku o tym samym tytule.

"Kto zabił Sarę?", sezon 2

Największy hit Netflixa ostatnich miesięcy już powraca z kolejnym sezonem. Meksykański serial, który od tygodni utrzymuje się na szczycie rankingu najchętniej oglądanych produkcji Netflixa opowiadający o tragicznej zbrodni dokonanej na tytułowej Sarze w pierwszym sezonie zostawił nas z wieloma niewiadomymi w zasadzie bezustannie kierując podejrzenia na innego bohatera. W tym sezonie mamy dowiedzieć się więcej i może ostatecznie będziemy mogli odpowiedzieć sobie na nurtujące wszystkich pytanie - kto naprawdę zabił Sarę?

"Boyhood"

Choć na tę produkcję, która pojawi się na Netflixie poczekamy do drugiej połowy miesiąca (premierę na platformie zapowiedziano na 16 maja), w tym wypadku naprawdę warto czekać. "Boyhood" to opowieść o chłopcu, którego losy śledzimy od 5. do 18. roku życia. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że prace nad filmem trwały ponad 12 lat. Reżyser pokazał tu bowiem rzeczywiste dorastanie i wchodzenie w dorosłość, gdzie przez cały czas bohaterów grają ci sami aktorzy. Kto nie widział, warto poczekać.

"Tajemnica Brokeback Mountain"

Tego samego dnia na platformie (16 maja) ukaże się jeden z najlepszych filmów w karierze Jaka Gylenhaalla i Heatha Ledgera - opowieść o rodzącym się uczuciu pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy początkowo bronią się przed tym - wówczas wstydliwym, niezrozumiałym dla nich uczuciem. Z biegiem lat każdy z nich znajduje sobie żonę, rodzą im się dzieci, jednak pamięć o ukochanym nie przemija. Poruszający i w pewnym sensie przełomowy film, który w tym roku skończył 16 lat.

"Mare z Easttown"

Nowy serial kryminalny z Kate Winslet w roli głównej od niedawna zadebiutował na platformie HBO GO. I trzeba przyznać, że jest to serial wyjątkowo udany, z ciekawie rozwijającą się fabuła i przede wszystkim - świetną grą, zwłaszcza Winslet. Choć w ciągu pierwszych kilkunastu minut wydaje się powielać znane nam już serialowo schematy - małe miasteczko, każdy się zna od lat, nieszczęśliwe rodziny, w końcu tragiczna zbrodnia - "Mare z Easttown" ogląda się naprawdę z ogromnym zaciekawieniem. Serial doskonale buduje klimat, zagadka staje się coraz cięższa do rozwiązania, a poszczególne postaci tak niejednoznaczne i w sumie dziwaczne, że na kolejne odcinki czeka się z utęsknieniem.

"Rocky"

Na platformę HBO GO w tym miesiącu dodane zostaną wszystkie filmy o legendarnym pięściarzu Rocky'm, w tym m.in. "Rocky", "Rocky II", "Rocky III", "Rocky IV", "Rocky V", "Rocky Balboa", "Creed: Narodziny legendy", "Creed II" oraz dokumentalny "Rocky: 40 lat legendy". Jedno jest pewne - fani Rocky'ego będą mogli urządzić sobie maraton z idolem, reszta nadrobić zaległości klasyki kina.

"Opowieść podręcznej", sezon 4

Kontynuacja kultowego serialu powstałego na podstawie bestsellerowej i nagrodzonej wieloma nagrodami książki Margaret Atwood. W czwartym już sezonie June, jako przywódczyni rebeliantów, staje do walki z Gileadem. I w tym sezonie również przeniesiemy się do brutalnego świata, w którym życie kobiet stało się prawdziwą udręką. Wszystkich fanów serialu nie trzeba zachęcać, ale tym, którzy nie widzieli mocno polecamy.