1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Książki, za które kochamy Olgę Tokarczuk. Wybór redakcji „Zwierciadła”

Książki, za które kochamy Olgę Tokarczuk. Wybór redakcji „Zwierciadła”

Olga Tokarczuk (Fot. Leonardo Cendamo/Getty Images)
Olga Tokarczuk (Fot. Leonardo Cendamo/Getty Images)
Pisarka, która życiem i twórczością udowadnia złożoność świata. Od lat z wielką czułością obdarowuje nas zdaniami skłaniającymi do przemyśleń, dyskusji, wyborów, a jednocześnie wywołującymi ogrom emocji, nierzadko trudnych, ale też pięknych. Olga Tokarczuk – pisarka uhonorowana licznymi nagrodami, w tym tą najważniejszą, Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury – obchodzi dziś 62. urodziny. Z tej okazji redaktorki „Zwierciadła” postanowiły podzielić się z czytelnikami najważniejszymi w ich życiu książkami autorki.

„Czuły narrator”, czyli noblowski wykład

Zbiór esejów „Czuły narrator” z mową noblowską autorki, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe) Zbiór esejów „Czuły narrator” z mową noblowską autorki, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe)

Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”

Wprawdzie nie ma co konkurować rozmachem narracyjnym choćby z „Księgami Jakubowymi” (ma niespełna 30 stron) czy wielowątkowością z „Biegunami”, ale mowa, którą Olga Tokarczuk wygłosiła, odbierając Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury w 2018 roku, zdecydowanie należy do moich najukochańszych tekstów pisarki. Po części dlatego, że po latach przypomniała mi, dlaczego – jako jeszcze licealistka – dałam się porwać magii jej prozy, ale głównie z powodu swojej przenikliwości – nazywa bowiem pięknie i prosto to, czego najbardziej potrzebujemy jako ludzkość.

Zaczyna się od wspomnienia mamy – pierwszej „narratorki” – i z pozoru jest po prostu rozbudowaną odpowiedzią na pytanie: „Dlaczego piszę?”, albo raczej: „Po co piszę?”, jednak w miarę czytania lub słuchania wykładu noblowskiego (można go znaleźć na stronie nobelprize.org, w zbiorze esejów „Czuły narrator” lub obejrzeć w całości na YouTubie) urzeka nas zawarta w nim celna obserwacja współczesnego świata. Znajdziemy tu na przykład fragment o transowości popularnych seriali, o fake newsach i fake upach, które zniszczyły ideę Jana Amosa Komeńskiego wiedzy uniwersalnej, czyli „pansofii”, ale też o mediach społecznościowych, efekcie motyla czy komercjalizacji literatury. Jak pisze Tokarczuk: „Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. […] To, jak myślimy o świecie i – co chyba ważniejsze – jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi”.

Jednocześnie, jak zauważa, błędem jest dzielenie słowa pisanego na fikcję i prawdę. „Nader często spotykam się z tym pełnym niedowierzania pytaniem: »Czy to prawda, co pani napisała?«. Za każdym razem mam wtedy wrażenie, że wieszczy ono koniec literatury […]. Piszę fikcję, ale nigdy nie jest to coś wyssanego z palca. Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i pozaludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować”.

I tak dochodzimy do tytułowego „czułego narratora”, tym czymś bowiem, co pozwala pisarce „przepuszczać przez siebie wszystkie istoty i przedmioty”, jest właśnie czułość. Czułość, którą chwilę dalej sentencjonalnie nazywa „najskromniejszą odmianą miłości”. Jak twierdzi, pojawia się ona zawsze tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest „ja”. Tak bardzo potrzebujemy takiego podejścia, i to nie tylko na niwie literatury. Mniej skupienia na sobie, więcej na innych; mniej dzielenia, więcej łączenia; mniej osobności, więcej wspólnotowości. W końcu, jak czytamy: „Czułość dostrzega między nami więzi, podobieństwa i tożsamości”.

Oldze Tokarczuk i jej mowie noblowskiej udało się te parę lat temu niesamowicie – i chyba całkiem bezwiednie – rozpromować to słowo. Odmienialiśmy „czułość” przez wszystkie przypadki, nazywając „czułymi” podróże, ubrania, kadry, dźwięki czy konkretne miejsca. Na silną inspirację wykładem noblowskim powoływała się choćby Natalia de Barbaro, autorka bestsellerowej, świetnej „Czułej przewodniczki”. Jednak z upływem dni „czułość” podzieliła losy wielu innych modnych słów, jak choćby „hygge” czy „slow life”, stając się w dużej mierze pustym hasłem. Nie jest jednak za późno, by wrócić do jej, czyli czułości, korzeni. Na przykład ponownie czytając „Czułego narratora”. Lub przejmując słynne credo noblistki, które kończy jej wykład: „Muszę opowiadać tak, jakby świat był żywą, nieustannie stawającą się na naszych oczach jednością, a my jego – jednocześnie małą i potężną – częścią”.

„Bieguni”

„Bieguni”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe) „Bieguni”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe)

Alina Gutek, zastępczyni redaktorki naczelnej „Zwierciadła”

Olgę Tokarczuk kocham przede wszystkim za to, że jest, za jej głos w ważnych sprawach, za czułość, którą tak pięknie oświetliła w czasach mroku. Oczywiście za jej książki, wśród których na czele mojego rankingu znajdują się „Bieguni”, choć to było dla mnie spore wyzwanie czytelnicze.

Książka porwała mnie od pierwszej strony, by po chwili skonsternować, rozbawiła, by momentami przerażać. Czytadło, thriller, powieść psychologiczna w jednym. Czytanie jej to takie podróżowanie – po odległych zakątkach świata, różnych poziomach czasowych, z wieloma bohaterami. Metafora nieprzypadkowa, bo „Bieguni” mówią o potrzebie podróżowania, o tym, że lepsze jest to, co w ruchu, niż to, co w spoczynku; lepsze jest zmienne od stałego.

Miałam szczęście, że tuż po przeczytaniu książki, w 2007 roku, przeprowadziłam wywiad z Olgą Tokarczuk dla „Zwierciadła”. Zapytałam ją na wstępie, co z naszą – silną przecież – potrzebą znalezienia w życiu czegoś stałego, niezmiennego. Odpowiedziała, że w stałości ludzie szukają bezpieczeństwa, ale to zmienność, ruch potrzebne są do rozwoju, do dojrzewania. Według niej to jedna z ważniejszych opozycji w naszym życiu: wolność i ruch versus przywiązanie i bezpieczeństwo. I że w różnych etapach życia zbliżamy się raz do jednego, raz do drugiego bieguna. Powiedziała mi wtedy jeszcze, że „Bieguni” to taka druga część „Domu dziennego, domu nocnego”, że te dwie książki napisane są podobnie i tak naprawdę można je czytać razem. Pierwsza mówi o próbach zakorzenienia się, o domu, świecie, potrzebie stałości; druga jest o potrzebie ruchu, podróży, nieprzywiązywania się. Według Olgi ani jedna, ani druga potrzeba nie może się spełnić, ponieważ bardzo mało rzeczy można w życiu spełnić stuprocentowo.

Zapamiętałam jej słowa: „Wiem, że trzeba się pogodzić z tym, że nie ma albo-albo, że współistnieć ze sobą mogą rzeczy, które się wykluczają, że istnieje wiele racji. To trudny świat, bo wymaga, żebyśmy mieli bardzo otwarte głowy”. Te słowa, jak i „Bieguni”, brzmią nadal aktualnie.

„Prawiek i inne czasy”

„Prawiek i inne czasy”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe) „Prawiek i inne czasy”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe)

Marta Kowalska, dyrektorka wydawnicza

Po raz pierwszy do krainy Prawieku trafiłam bardzo wcześnie, poza normą wiekową pierwszych kontaktów z twórczością Olgi Tokarczuk. Moja wspaniała polonistka zaufała dojrzałości 14-letniej dziewczynki i tak „Prawiek i inne czasy” trafił w moje ręce. A potem prosto do głowy i serca. Muszę przyznać, że to jedna z książek, które mnie ukształtowały, ale także mocno, choć pięknie, obciążyły emocjonalnie.

Prawiek to kraina, mała ojczyzna, w której codzienność bohaterów mieści się gdzieś między historycznym przyziemnym realizmem a mitem. W metaforze nie jest konkretnym miejscem, a raczej organizmem, pamięcią, tożsamością, którą Tokarczuk rozkłada na płasko, pozwalając czytać z niej jak z mapy. Ludzie zamieszkujący Prawiek pracują, idą na wojnę, kochają, czekają na kogoś, dokądś uciekają i skądś wracają. Prawiek ma granice, które natura wyznacza rzekami i pagórkami, ale zaciera w metafizycznym lesie.

Za pierwszym razem wstrząsnął mną organiczny świat Prawieku, jego biologiczna łączność z bohaterami, która uderzyła mnie najmocniej w scenie porodu jednej z bohaterek – Kłoski. Byłam dziewczynką, więc z wypiekami na twarzy wchodziłam też w sceny przesiąknięte fizycznością i niepojętą tajemnicą drzemiącą nad Prawiekiem. To ona wyciąga po człowieka korzenie drzew i wciąga go do wewnątrz.

Dziś, jako dorosła osoba, wydaje się, że mam klucze do tego świata. Zamknięte są w pojęciach, takich jak transcendencja, panteizm, determinizm, postmodernizm, realizm magiczny, trauma międzypokoleniowa. Ponad dwadzieścia lat później raz jeszcze spróbowałam nimi otworzyć bramy Prawieku, więc przeczytałam moją „pierwszą książkę Olgi Tokarczuk” po raz kolejny. Być może zrozumiałam więcej albo inaczej. Ale czy właśnie to liczy się w kontakcie z prozą pisarki? Może nie jest to popularna opinia, ale intelektualny bagaż to nie jest coś, czego koniecznie potrzeba w podróży po Prawieku. Tu paszportem jest gotowość na poznanie, a raczej poczucie i dotknięcie wielkiej tajemnicy o nas samych.

„Opowiadania bizarne”

„Opowiadania bizarne”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe) „Opowiadania bizarne”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe)

Marta Urbaniak-Piotrowska, pisarka i redaktorka zwierciadlo.pl

Zakochałam się w nieposkromionej wyobraźni autorki, która w połączeniu z pięknym, chłodnym i dopracowanym w najmniejszym detalu stylem dają piorunujący efekt. Nie ma tu ani jednego niepotrzebnego słowa, za to są słowa piękne, czasem zapomniane, czasem wykraczające poza zbiór tych, których używamy na co dzień. Światy przedstawione tych dziesięciu opowiadań, choć dziwaczne, są doskonale przemyślane, pełne futurystycznych elementów, z niesamowitą, intrygującą wizją przyszłości, a jednocześnie bliskie natury, ekologii, praw wszystkich żyjących istot. Podczas lektury przez moje ciało nieraz przebiegał dreszcz – zachwytu, ale i niepokoju. Warto ją sobie dawkować, bo to wysmakowana proza, która wymaga delektowania się, a nie pospiesznego kartkowania w oczekiwaniu na rozwiązanie. Moje ulubione opowiadanie to „Transfugium”. Główna bohaterka przybywa do luksusowej kliniki, by dokończyć formalne procedury związane z przemianą jej siostry w wilka. Ja czytam je także jako opis wewnętrznych procesów, które toczą się w bliskich osoby decydującej się na eutanazję. Za każdym razem, gdy do niego wracam, pozostawia mnie ze ściskiem na wysokości splotu słonecznego, gęsią skórką oraz wstrzymanym oddechem. A to mój osobisty wyznacznik literatury w najlepszym wydaniu.

„E.E.”

„E.E.”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe) „E.E.”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe)

Klaudia Mizerska, korektorka i redaktorka zwierciadlo.pl

„E.E.” to książka, od której zaczęła się moja przygoda z twórczością Olgi Tokarczuk. Nie mogłam trafić lepiej, szczególnie jako osoba zafascynowana klimatem seansów spirytystycznych. Wydana jako druga powieść noblistki to bowiem historia młodziutkiej Erny Eltzner, która niespodziewanie zaczyna przejawiać zdolności mediumiczne. Niestety tym samym, znajdując się w centrum zainteresowania rodziny i lekarzy, staje się medycznym przypadkiem pod pseudonimem „E.E.”. Erna zaczyna być postrzegana jako „narzędzie” dla potrzeb innych bohaterów, którzy widzą w niej szansę na odmianę swojego życia.

Lektura wciąga od pierwszych stron, jednocześnie niespiesznie prowadząc nas przez meandry światopoglądowego niepokoju bohaterów. Jesteśmy także świadkami podróży w dorosłość młodej, pozostawionej samej sobie Erny, która nie do końca rozumie, co się z nią dzieje, i jedynego ratunku szuka w naturze. To niejednoznaczna i tajemnicza historia, która pokazuje świat na zakręcie. Opowiedziana w prosty i przystępny sposób prowokuje do zadawania pytań i snucia refleksji, zahaczając o takie kwestie, jak psychoanaliza, sens życia czy kobiecość. Jeśli otworzycie się na to, co oferuje, z pewnością nie będziecie zawiedzeni.

„Bieguni”

„Bieguni”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe) „Bieguni”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe)

Edyta Zbąska, wydawczyni Facebooka

To od tej książki wiele z nas zaczynało przygodę z literaturą Olgi Tokarczuk – tą jeszcze nienoblowską, a już wyjątkową. To właśnie fragmenty „Biegunów”, zaszywane w podręcznikach do języka polskiego, zaszczepiły w nas pierwszą chęć podróżowania. Przypomniały, że zawsze można po prostu wstać i iść, bo świat na nas czeka – że nogi mamy mocne, żołądek wytrzymały, a oczy widzą aż po horyzont. „Bieguni”, czytani na lotniskach i w pociągach, pokazali nam, że własne mieszkanie, abonament i umowa na czas nieokreślony to nie są pozycje obowiązkowe w życiowym menu. Że życie można toczyć w podróży.

Z tym że teraz już wiemy, że od tych naszych podróży planeta płonie, topi się i umiera. Etycznie podróży reklamować już się nie da. Już wiemy, że nasze stopy zostawiają ślad trwalszy, niż nam się wydawało. Ale na to „Bieguni” też mają receptę – w książce, między podróżami, opisane są historie osobiste – malowane obrazki wewnętrznych refleksji, czułe mozaiki relacji międzyludzkich, pogłębiona analiza obserwowanego świata. Te części porywały mnie bardziej niż idea pójścia w daleki świat. Były jak przypomnienie, że dalekie wyjazdy są wspaniałe, ale prawdziwa podróż to spotkanie z drugim człowiekiem.

„Bieguni” mówią nam, że nie musimy wyjeżdżać daleko, na długo i w sobie nieznane. Istotą jest przecież utrzymać umysł w ruchu, bo – jak pisze autorka – „znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, […] ruchome zaś – będzie trwało nawet wiecznie”. A podróże ku sobie, w wyobraźni, są przecież zeroemisyjne.

„Prowadź swój pług przez kości umarłych”

„Prowadź swój pług przez kości umarłych”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe) „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie (Fot. materiały prasowe)

Dominika Soćko, redaktorka zwierciadlo.pl i wydawczyni Instagrama

Po raz pierwszy czytałam ją w pociągu. Podróż miała zająć nieco ponad dwie godziny, a przeciągnęła się czterokrotnie przez drzewa przewrócone podmuchami burzowego wiatru prosto na kolejowe tory. Nie byłam przygotowana na tak długą podróż. W torbie miałam jedynie telefon z rozładowaną baterią i książkę noblistki, którą poleciła mi przyjaciółka, mówiąc, że to „zupełnie nietypowa Tokarczuk”. Zaczęłam czytać i nadzwyczajnie ominęły mnie kilkugodzinny postój, jęki niezadowolenia współpasażerów, niekończące się pytania i odpowiedzi. Niemal fizycznie przeniosłam się do pokrytej białą watą Kotliny Kłodzkiej – dzikiej, nostalgicznej, samotnej, pięknej. Siedziałam przy stole, popijając herbatę z lekko zdziwaczałą staruszką o oczach pełnych ciepła i dobroci, która opowiadała mi wycinek historii swojego życia. Była miłośniczką astrologii, która w wolnych chwilach dogląda domów nieobecnych sąsiadów i tłumaczy poezję Blake'a. Intrygujące połączenie, prawda? Przez jej okolicę pewnego czasu przetoczyła się fala morderstw, których ofiarami padali myśliwi. Kobieta była niemal pewna, że to zwierzęta zaczęły czyhać na życie swoich oprawców. Rozumiała je bowiem jak nikt inny. Wiedziała, że są do tego zdolne, ale nikt nie chciał w to uwierzyć. Ja wierzyłam. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” często kategoryzowana jest jako kryminał. Faktycznie, wątek kryminalny jest w całej historii bardzo istotny, ale na próżno szukać tu cech gatunkowych. Jest to bowiem złożona opowieść o relacji ludzi i natury. Bezpowrotnie zmienia patrzenie na świat. A mnie utwierdziła w przekonaniu, że powalone drzewa na drodze pociągu, którym wówczas jechałam, nie mogły być tylko przypadkiem. Były wiadomością.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze