1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Eduardo Mendoza: Markerem po rękopisie

Eduardo Mendoza: Markerem po rękopisie

Specyficzne poczucie humoru, intelektualne zabawy konwencją i stylem. I bohaterowie: nierzadko kompletni idioci albo typy spod ciemnej gwiazy. Czy tak się pisze bestsellery? Jemu się udaje. Eduardo Mendoza, jeden z najpoczytniejszych hiszpańskich pisarzy, opowiada nam o sobie, książkach i samotności.

Zaledwie kilka miesięcy temu polską premierę miała „Wyspa niesłychana”, a już w księgarniach pojawia się kolejna jego powieść „Prześwietny raport kapitana Dosa”. W Hiszpanii na spotkaniach z czytelnikami potrafi za jednym zamachem rozdać 600 autografów. Do Krakowa przyjechał nie tylko na premierę książki, ale i na zaproszenie Instytutu Cervantesa, gdzie od niedawna działa biblioteka imienia Eduardo Mendozy. Spotykamy się dzień później, właśnie w instytucie. Pisarz lekko przygarbiony, siada tyłem do przeszklonych drzwi z nadrukiem: jego naturalnej wielkości podobizną z tym samym łagodnym uśmiechem. Człowiek, który w swoich książkach bywa bezlitosny dla bohaterów, na żywo prezentuje maniery angielskiego dżentelmena.

Słyszałam, że bardzo lubi pan wywiady. To rzadkie, a przynajmniej rzadko ktoś się do tego przyznaje.

Słucham uważnie pytań dziennikarzy. Na co zwracają uwagę, jak odbierają moje książki. Takie rozmowy to dla mnie rozrywka. Jako pisarz prowadzę na co dzień nudne życie.

Nudne?! Wręczają panu nagrody, spotyka się pan z czytelnikami, pojawia się w telewizji, otwiera biblioteki. To mało?

Wszystko, o czym pani mówi, dzieje się w moim życiu incydentalnie i trwa krótko. Na co dzień mam ten sam ustalony rytm dnia i nic w nim nie zmieniam.

Jaki to rytm?

Budzę się zawsze o tej samej godzinie – 7.30. Muszę zjeść śniadanie, poczytać gazety, dopiero wtedy siadam do pracy. Piszę najpierw ręcznie, bazgrzę po rękopisie markerami. W przerwach między pisaniem mam tak dużo wolnego czasu, że sporo gotuję. Mieszkam w Barcelonie, w cichej okolicy, niedaleko pięknego ogrodu miejskiego i wybrzeża, chodzę codziennie na pobliski targ. Przy okazji mam styczność z ludźmi. To dla mnie ważne, bo samotność jest esencją mojego zawodu. Lekarz porozmawia z kolegami na dyżurze, urzędnik za biurkiem obgada kogoś z innym urzędnikiem. A ja? Mogę co najwyżej pogawędzić z zaprzyjaźnionymi paniami sprzedającymi na targu ryby i warzywa.

Nie od razu został pan pisarzem. Miał pan inne pomysły na życie.

Długo byłem przekonany, że z pisania nie da się żyć. Moje myślenie nie było zresztą zupełnie pozbawione sensu. Kiedy byłem bardzo młody, pod koniec lat 50. i w latach 60., niewielu pisarzy utrzymywało się z pisania. Może gdzieś za granicą tak, na pewno w Stanach było lepiej, ale nie w Hiszpanii rządzonej przez generała Franco, zbiurokratyzowanej do granic absurdu. Nie ukrywam też, że chciałem dobrze żyć, jeść pyszne potrawy, kupić sobie auto. Wybrałem więc studia prawnicze. A jednak pierwsze próby pisania podjąłem bardzo wcześnie. Słałem opowiadania do gazet, na konkursy. Z marnym skutkiem, pierwszej kompletnej książki w ogóle nie chcieli mi wydać. Pamiętam ją dobrze. Historia o chłopaku i dziewczynie, którzy się w sobie zakochują. Trochę dramatu, trochę komedii. Jedyną kopię wspomnianego dzieła musiałem szczęśliwie utracić podczas którejś z moich przeprowadzek.

A co z tamtą historią miłosną? Pisał pan o sobie?

Absolutnie nie. Nigdy nie umieszczam wątków autobiograficznych w swoich książkach.

Dlaczego?

Opisałem pani, jak żyję, jest pani pewna, że przeczytałaby pani powieść, w której tak niewiele się dzieje?

W pańskim życiu coś się jednak działo. Na przykład wtedy, gdy wyjechał pan do Nowego Jorku jako tłumacz przy ONZ.

Tak naprawdę wyjechałem, żeby móc pisać. Kiedy w Barcelonie zacząłem pracę w kancelarii prawniczej, szybko zorientowałem się, że mam okropnie dużo obowiązków, że nie mam czasu na nic innego. Znałem trochę angielski, bo jeszcze na studiach mieszkałem jakiś czas w Londynie.

Możliwość pracy dla ONZ była dla mnie wybawieniem. W dodatku w Nowym Jorku, który był w tamtym czasie pępkiem świata. Uwielbiałem to miasto, zostałem tam 11 lat. To w Nowym Jorku rodziły się trendy w muzyce, literaturze, w modzie. To tam działo się wszystko, co ważne. Wystarczyło przejść się na krótki spacer, a zaraz mijał cię ktoś znany, same kultowe postacie. A wie pani, że przez pewien czas żyłem zaledwie 100 metrów od miejsca, gdzie mieszkał i gdzie został zabity John Lennon? Dosłownie za rogiem, w pobliżu Central Parku. Byłem zresztą w domu, kiedy padły strzały, których w ogóle nie było słychać. Dziś mogę sobie tylko snuć fantazje, że spoglądam przez okno i jestem naocznym świadkiem zabójstwa Lennona.

Atmosfera Nowego Jorku natchnęła pana do napisania i wydania debiutanckiej powieści?

Zawsze powtarzam, że te 11 lat było najlepszą wprawką pisarską, dużo lepszą niż czytanie i naśladowanie moich literackich mistrzów we wczesnej młodości. Nie chodzi już nawet o Nowym Jork. Jako tłumacz jeździłem dużo po świecie, byłem w najbardziej niezwykłych zakątkach globu. Tłumaczyłem głównie z angielskiego i francuskiego na hiszpański. Pracowałem na żywym języku, zbierając różne kawałki informacji i słów. Scalałem je i nadawałem im sens, szlifowałem zdania.

Pan mówi o języku, a ja słyszałam niesamowite opowieści o osobach, które pan w tamtym czasie poznał.

Nie zapomnę towarzysza Mao i pozostałych dygnitarzy z Chińskiej Republiki Ludowej. Kopcili jak kominy, odpalając jednego papierosa od drugiego. Byłem obecny na naradach z afrykańskimi dyktatorami, pamiętam też Breżniewa z jego niesamowicie gęstymi brwiami. Był czarujący.

Chyba nie jestem sobie w stanie wyobrazić czarującego Breżniewa.

Chodzi mi o pewien specyficzny rodzaj czaru. Taki, jaki można zaobserwować tylko u ludzi naprawdę wpływowych, tych z najwyższych szczebli władzy. My, tłumacze, byliśmy szarymi myszkami, cieniami ludzi, dla których pracowaliśmy. Drobni politycy czy dyplomaci tak nas właśnie traktowali. Ale nie ci, którzy naprawdę mieli władzę. Oni potrafili cię zagadnąć, nawet zapamiętać twoje nazwisko. Sprawiali wrażenie, jakby byli zaabsorbowani każdym twoim słowem. Nietrudno było ulec ich urokowi. Taki był Breżniew, Reagan, taka była Margaret Thatcher.

Dlaczego zdecydował się pan wrócić do Hiszpanii?

Pewnie była we mnie jakaś tęsknota, może bardziej do samej Barcelony, gdzie się wychowałem. Mój ojciec pochodził z północy kraju, ale matka była Katalonką. W domu mówiło się w dwóch językach, choć z pisaniem po katalońsku do dzisiaj u mnie krucho, udało mi się wydać tylko katalońską sztukę, z prozą raczej nie dałbym sobie rady. Ale wtedy, na początku lat 80., wróciłem przede wszystkim z dwóch powodów.

Po pierwsze, w czasie mojej nieobecności Hiszpania bardzo się zmieniła. Upadł reżim Franco, miałem wrażenie, że umyka mi coś ważnego. Poza tym byłem w związku, urodził się mój pierwszy syn. Manhattan, gdzie wtedy mieszkałem, był fantastyczny dla kawalera, ale – proszę mi wierzyć – absolutnie nie był odpowiednim miejscem dla małego dziecka. Zabawne, bo mój dorosły syn, który pracuje teraz w branży filmowej, i tak wybrał Nowy Jork. Mieszka tam na stałe.

Za to akcja bardzo wielu pana książek rozgrywa się w Barcelonie. Czy to wyraz miłości do rodzinnego miasta? Co prawda nie wiem, czy można mówić o miłości, skoro tak często opisuje pan stolicę Katalonii jako wyjątkowo paskudne miejsce.

To nie sprawa miłości ani nienawiści do miejsca. W książkach traktuję Barcelonę jak jednego z bohaterów, staram się jak najlepiej oddać jej charakter. Barcelona dziś i ta sprzed trzech, czterech dekad to dwa różne światy. Oczywiście to miasto z piękną historią, z latami świetności, ale ja zapamiętałem je jako miejsce bez klimatu, który by je w jakiś szczególny sposób określał. Chodzi mi o wyraźny rys, silną osobowość, jaką ma choćby Wenecja czy Londyn. Barcelona z mojej przeszłości była raczej prowincjonalna, z okolicami doprawdy koszmarnymi. Na własne oczy widziałem, jak przez lata się zmienia. Staje się modna, zyskuje charakter. Mam bardzo wyraźny stosunek do Barcelony, nawet jeśli nie zawsze łaskawy.

Mało łaskawy bywa pan również dla swoich rodaków. Czytałam pańskie ostatnie wypowiedzi dla hiszpańskich gazet. Na temat zbiorowej odpowiedzialności za kryzys gospodarczy. Używa pan mocnych słów…

Nie wiem, czy poza granicami mojego kraju mówi się o tym, jak zapaść w gospodarce odbija się na naszym codziennym życiu. Sytuacja jest naprawdę poważna. Leczenie w państwowych ośrodkach staje się niemożliwe, ludziom mówi się: „Nie możemy już pana dalej leczyć, bo szpital nie ma na to środków, teraz płaci pan sam za siebie albo proszę wracać do domu”. Dochodzi do takich sytuacji. I oczywiście, że my sami jesteśmy temu winni! Ta hiszpańska gigantomania! Muzea, opery, monumentalne urzędy stawiane często na wyrost za zbyt duże pieniądze. Idź z Hiszpanem na obiad, na pewno za ciebie zapłaci. Mamy gest! Kupowaliśmy sobie jachty, podróżowaliśmy po świecie. Żyliśmy tak przez lata, mimo że nigdy nie byliśmy bogatym krajem. Teraz przyszedł czas na otrzeźwienie. Nie mamy pieniędzy na edukację naszych dzieci. To nasza wina. Nasza i polityków, których w porę nie było stać na cięcia, bo są populistami i tchórzami. Jestem w Polsce nie pierwszy raz, wydaje mi się, że u was wygląda to trochę inaczej.

Polaków i Hiszpanów na pewno łączy słabość do pana książek. Pamiętam, że nawet polski wydawca, sprowadzając wiele lat temu do naszego kraju pana powieści, nie spodziewał się aż takiego sukcesu…

Sam jestem zdziwiony. Niektóre odniesienia i kody, którymi się posługuję, są zrozumiałe jedynie dla Hiszpanów, są i takie, które „złapią” tylko Katalończycy. Chwała tłumaczom.

W Polsce swoją premierę ma teraz „Prześwietny raport kapitana Dosa”. Powie pan o nim kilka słów?

„Raport…” był (tak jak wcześniej „Brak wiadomości od Gurba”) drukowany w odcinkach w dzienniku „El País”. To lekka literatura z gatunku science fiction.

Z humorem w stylu „Oliwkowego labiryntu” i innych części najsłynniejszej chyba pana trylogii o lumpowatym detektywie?

Może panią zaskoczę, ale moim zdaniem ta opowieść, choć niepozbawiona komizmu, jest bardzo smutna. To historia ludzi wyrzuconych poza nawias społeczeństwa, wygnańców, którzy podróżują statkiem kosmicznym po galaktyce. Kapitan ma za zadanie wywieźć ich na odległą planetę. Nie wiedzą, że tak naprawdę są skazani na dryfowanie po wszechświecie bez żadnego celu. Pisałem tę historię w naprawdę kiepskim dla mnie okresie. Może stąd tyle w niej smutku.

Jest pan przywiązany do swoich książek?

Przeżywam kilka etapów. Kiedy zaczynam powieść, tęsknię, żeby napisać kolejny jej kawałek, ale po jakimś czasie zaczyna mnie nudzić. Wkrótce marzę już tylko o tym, żeby się wreszcie skończyła, opuściła mój dom i przeszła w ręce kogoś innego. Po premierze zapominam o niej zupełnie. Nigdy nie czytam swoich książek po raz drugi. Raz spróbowałem i okrutnie się zawiodłem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.