1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Julie Delpy: między kontynentami

Julie Delpy: między kontynentami

fot. materiały prasowe Kino Świat
fot. materiały prasowe Kino Świat
Jeśli kiedykolwiek miałaby powstać aktorska wersja kreskówki „Zwariowane Melodie”, ptaszka Tweety'go powinna zagrać Julie Delpy.

Podobnie do niego amerykańsko-francuska artystka posiada ostry, skierowany ku dołowi nos i wystające kości policzkowe. Tak jak i on emanuje energią i radością. Delpy nie może usiedzieć w jednym miejscu: podróżuje między kontynentami, pracuje jako aktorka, nagrywa muzykę. Kręci też filmy.

Jej biografia predestynowała ją do kariery artystycznej: urodziła się w Paryżu w 1969, czyli pośród szalejącej kontrkultury, jako córka reżysera teatralnego i aktorki. Rodzice od małego oswajali ją z wysoką sztuką – mając dziewięć lat, znała już filmy Ingmara Bergmana i malarstwo Francisa Bacona. Później Delpy obsadziła matkę i ojca w „2 dniach w Paryżu” (2007) jako parę podstarzałych, ale szalonych pięknoduchów, mentalnie tkwiących wciąż w kolorowych i lewicowych latach 60.

Jej główne zajęcie stanowi aktorstwo. Mając 14 lat, zagrała w „Detektywie” (1985) Jeana-Luca Godarda, najwybitniejszego twórcy francuskiej Nowej Fali i wielkiego eksperymentatora. Za czasem do swojego CV mogła dopisać współpracę z kolejnymi żywymi klasykami. Zwróciła na siebie uwagę rolą nazistki w „Europa, Europa” (1990) Agnieszki Holland, a Krzysztof Kieślowski obsadził ją we wszystkich częściach wieńczącej jego karierę trylogii „Trzy kolory” (1993-1994). Delpy najbardziej znana jest z występu w kultowym słodko-gorzkim dyptyku „Przed wschodem słońca” (1995) i „Przed zachodem słońca” (2004) Richarda Linklatera. To właśnie tam w pełni ukonstytuowała swój medialny wizerunek – kobiety, która z jednej strony jest piękną Francuzką, wyjętą prosto ze snów Amerykanów, a z drugiej pozostaje świadoma towarzyszących jej stereotypów.

Delpy od dawna interesowało także stanie po drugiej stronie kamery. W 1995 nakręciła krótkometrażowy film „Blah Blah Blah”, który pokazano na Sundance Film Festival, najważniejszej imprezie poświęconej amerykańskiemu kinu niezależnemu. Jej pełnometrażowy debiut powstał siedem lat później – jest zatytułowany „Looking for Jimmy” i, jak sama twierdzi, stanowi „bardziej eksperyment niż film”, „swobodną podróż przez współczesne Los Angeles”. Nie tylko współczesność znajduje się w gronie zainteresowań Delpy. W 2009 wyreżyserowała „Hrabinę”, własną wersję legendy o niesławnej Elżbiecie Batory, nazywanej „wampirem z Siedmiogrodu”. Tutaj okazuje się ona równocześnie ofiarą własnego okrucieństwa i dworskich spisków. Zgodnie z otwierającymi film słowami, „historię piszą zwycięzcy”, a w tym wypadku jako ostatni zaśmiali się ci, którzy zamurowali Elżbietę żywcem i okrzyknęli potworem.

Ulubionym tematem Delpy są relacje między członkami rodzin. W komedii „Le Skylab” (2011) opowiada o spotkaniu wielkiej familii, do którego dochodzi z okazji urodzin babci. Podobnie jest w również utrzymanych w humorystycznej tonacji „2 dniach w Paryżu” i „2 dniach w Nowym Jorku” (2011). Posiadająca francusko-amerykańskie obywatelstwo Delpy zderza przedstawicieli dwóch nacji z przeciwnych stron oceanu: Europejczycy jawią się tu jako beztroscy barbarzyńcy, niechlujni i frywolni, a obywatele USA – jako sztywniacy mający obsesję na punkcie higieny, bezpieczeństwa i monogamii.

Reżyserka zainteresowana jest także innymi krajami i tematami. Jej kolejny film,”The Right Profile”, ma być portretem Joe'ego Strummera, ikony brytyjskiego punk rocka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

„Obywatel Jones”: o swojej roli i współpracy z Agnieszką Holland opowiada James Norton

Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Agnieszka Holland i James Norton, odtwórca głównej roli w filmie „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za chwilę będzie o nim głośno, i nie tylko z powodu „Obywatela Jonesa” Agnieszki Holland, który zdobył w Gdyni Złote Lwy i w którym James Norton gra pierwszą w karierze główną rolę w filmie pełnometrażowym.

Ty, Anglik, znałeś wcześniej postać Garetha Jonesa, którego zagrałeś u Agnieszki Holland?
Prawdę mówiąc, kiedy scenariusz wylądował na moim biurku, o młodym dziennikarzu nazwiskiem Gareth Jones nie wiedziałem nic. Zresztą niewiele wiedziałem też o Hołodomorze, czyli Wielkim Głodzie na Ukrainie. To były dla mnie ważne odkrycia.

A sama Holland? Dobrze znałeś jej kino?
Dla mnie najważniejsza w tym projekcie była Agnieszka, to nie żadna kurtuazja. Kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy przez telefon, byłem strasznie onieśmielony. Miałem szczęście, tę rolę traktuję jak dar opatrzności. Popełniłem ten błąd, że jej filmy obejrzałem krótko przed naszą rozmową, odkrywając, że wiele z nich to klasyki światowego kina, więc jedyne, co miałem przed oczami, to te niezapomniane obrazy. Nie mogłem wydusić słowa!

Długo trwałeś w tym onieśmieleniu?
Myślałem, że Agnieszka jest surowa jako reżyser i jako człowiek. Szybko okazało się jednak, że jest inaczej. Każdego dnia przychodziła na plan uśmiechnięta, optymistyczna, przytulała nas, krzycząc od progu na cały głos: „Dzień dobry!”. Kiedy byliśmy na Ukrainie, było naprawdę zimno, szkoda było nam tracić energię, więc między ujęciami siedzieliśmy zazwyczaj cicho. Tymczasem kiedy obok zjawiała się Agnieszka, dość często zaczynała po prostu śpiewać polskie piosenki. Cała reszta polskiej ekipy momentalnie podłapywała rytm i po chwili wszyscy głośno śpiewali niezależnie od tego, czy znali słowa, czy nie! [Śmiech]. Agnieszka prowadziła też z nami inspirujące rozmowy o Europie, brexicie, Trumpie, populizmie. Ktoś zawsze wtedy wyciągał butelkę wódki, mnóstwo śledzi i mogliśmy tak siedzieć godzinami.

Nic dziwnego, że rozmawialiście na takie tematy. „Obywatel Jones” to opowieść o wielkiej polityce, kłamstwie i skromnych bohaterach takich jak Jones. Twój bohater jest młodym idealistą, dziennikarzem, który w 1933 roku wyjechał do stalinowskiego ZSRR, po czym udało mu się wyrwać spod nadzoru tajniaka i na własne oczy zobaczył głodującą Ukrainę. Wymarłe wioski, kanibalizm, przemoc. Świat zachodni dowiedział się o Hołodomorze dzięki niemu.
Dużo czasu na planie poświęciliśmy dyskusji, czy są jeszcze jacyś naiwni, którzy uważają, że nie powtórzą się wydarzenia z lat 30. Agnieszka jest w tej kwestii pesymistką. Uważa, że nasze czasy są równie mroczne jak te na chwilę przed wybuchem wojny. Może i hasła się trochę zmieniły, ale nadal żyjemy w świecie totalitarnych reżimów, skorumpowanych rządów, które wykorzystują chaos i zamieszanie do realizacji własnych celów.

Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Obywatel Jones”: grany przez Nortona Gareth Jones na imprezie u Waltera Duranty (fot. materiały prasowe)

Ten film otworzył ci oczy?
Przez całą awanturę z brexitem, która jest najbliższa mojemu sercu, nie miałem dokładnej wiedzy o tym, co się dzieje na Węgrzech, w Polsce czy na Ukrainie. Po raz pierwszy, właśnie podczas pobytu na Ukrainie, byłem w kraju, w którym toczy się wojna. Chodziłem po ulicach Kijowa i na własne oczy widziałem mężczyzn pozbawionych kończyn. Ukraińscy znajomi tłumaczyli, że to żołnierze, którzy wrócili z frontu. To był dla mnie moment otrzeźwienia. Warto wyjść czasem poza problemy własnego podwórka.

Które miejsca w Polsce zrobiły na tobie największe wrażenie?
Bardzo podobały mi się Katowice. I to mimo tego,  że przestrzegano mnie, że bywają przygnębiające. Mieszkałem w hotelu Monopol, dokładnie naprzeciwko Jazz Baru. Kiedy nie mogłem spać albo potrzebowałem się zrelaksować, schodziłem na dół i wtapiałem się w tłum gości.

Oczywiście, Warszawa zrobiła na mnie też ogromne wrażenie, ale przede wszystkim ze względu na Agnieszkę, popularność i szacunek, jakimi się tam cieszy. Przechadzając się z nią po Warszawie, żartowałem, że powinna kandydować na prezydenta!

Trudno było kręcić na Ukrainie zimą?
Bardzo wcześnie na etapie przygotowań zdałem sobie sprawę, że Gareth to ktoś przebywający w ciągłym ruchu. Jest jak chłopczyk, jak szczeniak, który musi się cały czas ruszać, żeby czuć, że żyje. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie siedzi w miejscu. W tym filmie naprawdę biegałem po szyję w gęstym śniegu. Generalnie staram się regularnie ćwiczyć i dbać o siebie, ale zdjęcia rzeczywiście były momentami ekstremalne. Po dwóch minutach biegu byłem kompletnie wykończony [śmiech].

Opowiesz coś więcej o tych trudnych warunkach?
Poza temperaturami, do których nie jestem przyzwyczajony, nosiliśmy ubrania z epoki, właściwe temu regionowi, a więc płaszcze z relatywnie cienkich skór owczych. Nie mieliśmy rękawic. Agnieszce i całej ekipie zależało, żeby wszystko wyglądało jak najbardziej wiarygodnie i prawdziwie. Oczywiście, wszyscy zapewniali nam wszelkie możliwe wygody, ale i tak zdarzały się momenty, kiedy było naprawdę zimno.

Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe) Zdjęcia do filmu „Obywatel Jones” kręcone były też na Ukrainie (fot. materiały prasowe)

Sporo cię łączy z prawdziwym Garethem Jonesem. Jesteście w podobnym wieku, obaj wykształceni w Cambridge [Norton skończył tam teologię – przyp. red.]. Czułeś więź z tym bohaterem?
Na pewno dzielę z Garethem potrzebę ruchu i wolności. Moja rodzina i przyjaciele się zgodzą, że trudno mi usiedzieć w miejscu. Niestety, nie jestem nawet w ułamku tak odważny i bezkompromisowy jak on. Nie wiem, czy umiałbym dla prawdy położyć na szali swoje życie, czy byłbym gotów na takie poświęcenie.

Gdybyś miał okazję, o co byś go spytał?
Wiemy sporo o jego podróżach, o tym, kogo spotkał, jakich wydarzeń był świadkiem. Ale bardzo niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. Gdybym mógł mu zadać tylko jedno pytanie, to chyba chciałbym się dowiedzieć, czy był kiedykolwiek zakochany. Obawiam się, że odpowiedź mogłaby być negatywna. We wszystkich książkach i artykułach, które przeczytałem, znalazłem tylko jedną jedyną wzmiankę o potencjalnej miłości, o pewnej wyjątkowej dziewczynie. Nic więcej. Czy jej szukał, czy w ogóle o niej myślał? Dla mnie znalezienie życiowej partnerki jest bardzo ważne. Jestem rodzinnym typem. Moi rodzice i siostra bardzo mnie wspierają, dzięki nim mam poczucie przynależności. Budowanie gniazda traktuję jako priorytet. Kariera też jest ważna, ale myśl o spędzeniu samotnego życia mnie przeraża. Gareth był raczej samotnikiem. Nigdy chyba nie czuł mocnych więzi z nikim szczególnym.

A jak to się stało, że chciałeś w ogóle zostać aktorem?
Pociąg do aktorstwa zaczął się w moim przypadku dość wcześnie, jeszcze w podstawówce. Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy, próbowałem ich zmusić, żeby grali w pisanych przeze mnie sztukach. Miałem prawdziwą obsesję! Oni przychodzili grać w piłkę czy wspinać się po drzewach, a ja za każdym razem miałem dla nich gotowy nowy tekst. Wkrótce przestali przychodzić, a ja zmuszałem moich rodziców, żeby bawili się w widownię [śmiech]! Myślę jednak, że się opłaciło.

Cały czas piszesz? Masz zamiar coś wydać?
Aktor przez większość czasu odsłania się, pokazuje swoje emocje i lęki obcym ludziom. Dla mnie jednak to pisanie jest ostatecznym wystawianiem swojej wrażliwości na surową ocenę innych. W kinie albo w teatrze mam swoją postać, za którą mogę się bezpiecznie schować. Pisząc, nie mam nikogo. Chyba jeszcze nie znalazłem w swoim pisaniu azylu, który pozwoliłby mi z uniesioną wysoko głową zmierzyć się z krytyką.

Niebawem zobaczymy cię w wyczekiwanej adaptacji „Małych kobietek” w reżyserii Grety Gerwig. Obsada naprawdę gwiazdorska – Meryl Streep, Laura Dern, Emma Watson, Timothée Chalamet. I ty.
Cały czas w to nie wierzę. To dla mnie ogromna przygoda.

Czy to znaczy, że z aktora brytyjskiego zmienisz się w aktora hollywoodzkiego ?
Na razie nie myślę o przeprowadzce do Hollywood. Za dużo marzeń, za dużo pokus. W „Małych kobietkach” gram Johna Brooke’a, który spotyka się z jedną z sióstr graną przez Emmę Watson. Na planie tego filmu spędziłem cudowne kilka miesięcy, to było niesamowite doświadczenie być wśród tak mądrych, utalentowanych, wyjątkowych kobiet. Pierwszy raz miałem do czynienia z tak dużym i ważnym projektem, z tak ogromnym budżetem. Ale ostatecznie to przecież tylko praca. Od moich innych projektów różniła się wyłącznie tym, że czasem przysiadałem sobie w kącie i pisałem SMS do mamy, że Meryl Streep jest w tym samym pomieszczeniu co ja albo że ze mną rozmawiała! [Śmiech].

Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe) Agnieszka Holland z aktorami na planie filmu „Obywatel Jones” (fot. materiały prasowe)

Jakie wrażenie na tobie wywarła?
Było podobnie jak z Agnieszką Holland. Myślałem, że Meryl może być wyniosła, nawet trochę groźna. A okazało się, że jest zupełnym przeciwieństwem tego wyobrażenia. Można z nią rozmawiać absolutnie o wszystkim, jest otwarta i ciepła. Wydaje mi się zresztą, że wszyscy, którzy zaszli daleko, mają stabilną sytuację zawodową i są w tej branży wystarczająco długo, doskonale wiedzą, że szczyt zarezerwowany jest tylko dla tych, którzy dają coś od siebie. Dla ludzi, którzy potrafią być dla innych wsparciem i służą radą. Taka jest Meryl, taka jest Agnieszka.

Niedawno miałem też rozmowę przez Skype’a ze Stevenem Spielbergiem, do której przygotowywałem się, jakbym szedł na wojnę. Milion razy sprawdzałem połączenie, praktycznie zabroniłem wszystkim oddychać, przyniosłem sobie soki, wodę. I kiedy nadeszła rozmowa, Steven od razu z uśmiechem zapytał, jak się mam, czy wszystko w porządku, rozmawialiśmy, jakbyśmy się już doskonale znali. Momentalnie skrócił dystans. Jestem przekonany, że to dlatego odniósł taki sukces.

James Norton:
urodzony w 1985 roku angielski aktor, znany z ról w serialach: „McMafia”, „Grantchester” i „Wojna i pokój”, a także w filmach: „Wyścig” Rona Howarda, „Pan Turner” Mike’a Leigh. Niedawno wystąpił także w „Małych kobietkach” w reżyserii Grety Gerwig, których polska premiera planowana jest na początek przyszłego roku. Studiował teologię w Cambridge, odebrał też klasyczne wykształcenie teatralne w RADA– Królewskiej Akademii Sztuki Dramatycznej w Londynie. W „Obywatelu Jonesie” Agnieszki Holland gra rolę tytułową.

  1. Zwierciadło poleca

Agnieszka Holland i Kasia Adamik – blisko, ale oddzielnie

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)
Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)
Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne. Na przykład w metrze w Paryżu, w godzinach szczytu, brałam Kasię mocno za rękę i głośno piałam. Chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się swojej inności. Bałam się, że wpadnie w zbytni emigrancki konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, co jest niebezpieczne, szczególnie dla ludzi twórczych – mówi Agnieszka Holland, reżyserka, mama Kasi Adamik, też reżyserki.

Nie byłam matką o wielkiej cierpliwości, która poświęca dziecku dużo uwagi. Raz, że byłam zapracowana, a dwa, że nie mam temperamentu opiekuńczo-macierzyńskiego. Wiedziałam jednak, że dziecko ma różne okresy rozwojowe, że manifestuje swoją tożsamość i niezależność, co może być irytujące i męczące, ale trzeba to przeczekać. Naczytałam się Korczaka, więc ideologicznie miałam opracowane, że dziecko jest człowiekiem, podmiotem. Ale kiedy Kasia miała około trzech lat, zrobiłam coś, czego się wstydzę do dziś. Nie mogła chodzić do żłobka, bo miała powiększoną grasicę i jak tylko poszła, natychmiast chorowała, więc odwoziłam ją do opiekunki. Miała wtedy okres nieznośnych zachowań – na przykład jak szłam w prawo, to ona w lewo. Musiałam przyjmować strategię, że jak chciałam iść w prawo, to szłam w lewo. Któregoś dnia Kasia tak się zaparła pośrodku placu Konstytucji, że nie mogłam jej podnieść, więc dałam jej po łapach. Podniosła główkę, popatrzyła na mnie i powiedziała: „Jakim prawem mnie bijesz?”. To zdanie było dla mnie szokujące. Uświadomiłam sobie, że zrobiłam coś okropnego i że nigdy już jej nie uderzę.

Kobieta samotna?

Do dziewiątego roku życia wychowywaliśmy Kasię z Laco [Adamikiem, reżyserem, z pochodzenia Słowakiem – przyp. red.]. Kasia może zawsze liczyć na ojca, mówię to gwoli sprawiedliwości, bo to nie jest tak, że zdecydowałam się na samotne macierzyństwo. Dopóki byliśmy w Polsce, pomagała mi także rodzina, przede wszystkim mama.

W 1981 roku musiałam się rozstać z Kasią na dziewięć miesięcy. Gdy wprowadzono stan wojenny, byłam w Szwecji z promocją mojego filmu „Kobieta samotna”. Wiedziałam, że jak wrócę, to mnie internują. Pojechałam do Paryża. To był trudny psychicznie okres dla nas wszystkich. Kiedy zorientowaliśmy się, że to potrwa dłużej, zaczęły się starania, żeby Kasia z Laco mogli do mnie przyjechać. Bardzo pomógł nam Krzysiek Kieślowski. W rezultacie przyjechali do Paryża w sierpniu ’82 roku.

Dla Kasi rozstanie ze mną było traumatyczne. Telefony odcięte, brak kontaktu – myślała, że umarłam i że ją okłamują. Początki w Paryżu też były dla niej trudne. Laco po miesiącu zdecydował się wracać do Polski, nie czuł się na siłach na kolejną emigrację, i Kasia znów przeżywała rozstanie, tym razem z tatą. Zostałyśmy same. Na dokładkę nie znałam francuskiego, nie miałam żadnego punktu zaczepienia. Całe szczęście, że przyjechali Wajdowie, bo Andrzej szykował „Dantona”, i bardzo mi pomogli.

Szkoły francuskie okazały się dobre, radziły sobie nawet z dziećmi imigrantów nieznających języka. Pojechaliśmy pierwszego dnia z Laco po Kasię do szkoły, czekamy w niepokoju, czy cokolwiek zrozumiała z tego, co się tam działo. A ona wychodzi i mówi nam, co trzeba przynieść następnego dnia.

W ciągu dwóch pierwszych tygodni Kasia wykazywała wielką nerwowość przed każdym pójściem do szkoły, a właściwie do szkolnej toalety. Dopiero po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, o co chodzi. Wyglądała jak chłopczyca: krótko obcięta, sportowe ubranie, więc dzieci brały ją za chłopca, w związku z czym dziewczynki nie wpuszczały jej do toalety, a ona nie była w stanie wytłumaczyć im w ich języku, że nie jest chłopcem. Po dwóch tygodniach na matematyce przerabiano zbiory i nauczyciel podzielił klasę na zbiór chłopców i dziewczynek. Kasia poszła do dziewczynek, ale one zaczęły ją wypychać. Wtedy zareagował nauczyciel i tak zyskała status dziewczynki.

Długo miała autystyczne symptomy – z jednej strony niechęć do komunikacji, zamknięcie, a z drugiej – agresję nakierowaną bardziej do wewnątrz. Czułam, że jest jej źle, że jest trochę taką tykającą bombą.

To było spowodowane, oczywiście, emigracją i związaną z tym doświadczeniem traumą. Nagle straciła wszystkich bliskich, świat ograniczył się do mnie. A ja byłam napięta, bo nie wiedziałam, co z nami będzie, czy zarobię na życie, czy będę mogła kręcić filmy.

Wpadłam wtedy na pomysł, żeby zapisać ją na dżudo. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Wykazała ogromny talent, ale też wyładowała emocje. Została mistrzynią grupy, a potem w swojej kategorii zdobyła ogólnoparyskie medale. Pewnego dnia przyszła do ich grupy mistrzyni Francji w dżudo. Trener wyciągnął Kasię i powiedział: „To jest przyszła mistrzyni Francji”. Walczyła tak zacięcie, że rzucała po macie dwa razy większych chłopców. Miała aparat ortodontyczny na zębach, który w czasie walki przecinał jej dziąsła i czasem dosłownie broczyła krwią. Myślę, że wypluła z siebie całą złość i poczucie obcości. Dżudo okazało się dla niej zbawienne, a kiedy w końcu zaczęła mówić po francusku, wreszcie poczuła się dobrze. Oczywiście, to był długi proces. Dużo czasu spędzała sama, bo w Paryżu dzieci po szkole nie chodziły bawić się na podwórko jak w Polsce. Rysowała albo oglądała filmy, na szczęście nie było gier komputerowych.

W obronie indywidualności

Moje metody wychowawcze były dość niekonwencjonalne, o czym Kasia zresztą chętnie opowiada. W pewnym momencie zorientowałam się, że wpada w pułapkę imigranckiego konformizmu. Jak wiadomo, dzieci chcą się upodobnić do grupy, a dzieci imigrantów mają dodatkowo ten problem, że ich rodzice są inni, nie tacy jak rodzice koleżanek. Postanowiłam jeszcze mocniej zaakcentować naszą inność. I na przykład w metrze w godzinach szczytu brałam Kasię mocno za rękę i bardzo głośno piałam. Wszyscy na mnie patrzyli jak na dziwoląga. Rzeczywiście było to ryzykowne, bo mogłam ją dodatkowo straumatyzować. Ale chodziło mi o to, żeby nie wstydziła się inności, żeby była z nią solidarna. Bałam się, że zbytni konformizm, który polega na zanegowaniu samego siebie, jest niebezpieczny, szczególnie dla ludzi twórczych.

Bardzo długo nie wyrażała chęci, żeby zająć się reżyserią. Jej pasją było rysowanie komiksów, miała osiem lat, kiedy powiedziała, że to będzie jej zawód. Kiedy robiłam „Tajemniczy ogród”, a ona studiowała na pierwszym roku studiów plastycznych w Brukseli, zaproponowałam jej, że jeżeli nauczy się dobrze angielskiego, to może być moją asystentką biurową. Poszła na kurs, nauczyła się języka, zaczęła pracę. Miałam na planie bardzo dobrego storyboardzistę. Kasię wciągnęło to, co robił, sama narysowała kilka pięknych rysunków. I tak połknęła haczyk. Po studiach zorientowała się, że trudno będzie wyżyć z komiksów, szczególnie że jej prace były inne niż te modne wtedy w Belgii czy we Francji. No i ze swoją przyjaciółką Elisabeth z liceum plastycznego, zdolną dziewczyną z Martyniki, przyjechały do Los Angeles i postanowiły, że będą robiły storyboardy. Pracowały częściowo u mnie: na planie „Całkowitego zaćmienia”, „Placu Waszyngtona”, „Trzeciego cudu”, a potem u innych reżyserów. Wymyślanie wizualnych scen filmowych to jest coś, w czym była mocna. Jako storyboardzistka zrobiła w Stanach karierę. Ale często jej świetne pomysły były psute przez średnich reżyserów, więc narastała w niej frustracja. Kiedy producent zaproponował jej wyreżyserowanie niezależnego filmu, to przyjęła propozycję i zrobiła bardzo dobry film „Szczek” [„Bark!”].

Bunty? Owszem, były, rozciągnięte na lata. Za każdym razem, gdy była w niezgodzie ze sobą albo coś jej się nie udawało, to cierpiały nasze stosunki, co, oczywiście, jest naturalne. Kasia musiała sobie wywojować swoją przestrzeń, bo ja jestem dość ekspansywna. Często pracowałyśmy razem, a w pracy nasze relacje były harmonijne i partnerskie. I właśnie dlatego, że zgodnie pracowałyśmy, to dla Kasi było bardzo ważne, żeby prywatnie postawić mi granice. Bo czasem za bardzo chciałam jej pomóc, za bardzo być obecną w jej życiu. I wtedy dostawałam sygnał, żeby się wycofać.

Bliskość między nami jest ważna, ale myślę, że równie ważna, i dla niej, i dla mnie, jest odrębność każdej z nas. W Los Angeles mieszkałyśmy w jednym domu podzielonym przez kuchnię, ona ze swoją dziewczyną i ja żyłyśmy trochę w komunie. Choć uważałam, żeby nie wchodzić w jej przestrzeń, pojawiały się pewne napięcia. Od tej pory nie mieszkamy już razem, choć na przykład w Bretanii oddziela nas tylko droga. Myślę, że blisko, ale oddzielnie to jest dobre rozwiązanie, ułatwia technikę życia, szczególnie że mamy tych domów kilka i rzadko jesteśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie, więc świadczymy sobie pewne usługi [śmiech].

Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)Agnieszka Holland i jej córka Kasia Adamik (Fot. Weronika Ławniczak)

Akceptacja i wymagania

Spodziewałam się coming outu Kasi. Od dziecka była inna – nie nosiła sukienek, lubiła chłopięce zabawy. Powiedziała mi, że chyba jest homoseksualna, kiedy studiowała w Brukseli. A już zdecydowanie się tak określiła, kiedy miała pierwszy poważniejszy związek z Amerykanką Sue. Dla mnie to nie był żaden problem. To znaczy – dla matki zawsze jest problem, czy dziecko będzie szczęśliwe, akceptowane, spełnione. Na szczęście mieszkałyśmy wtedy nie Polsce, tylko w Stanach, gdzie następowały duże zmiany, jeśli chodzi o tolerancję wobec osób homoseksualnych. Ale nie było jeszcze takiej otwartości jak teraz.

Co jej wtedy powiedziałam? Dokładnie nie pamiętam. Na pewno nie to, że jest super, że się cieszę. Raczej że to między nami niczego nie zmienia i że zawsze będę ją kochać i wspierać. Oczywiście, potem pojawiają się problemy takie jak w każdej rodzinie, kiedy rodzice widzą, że dziecko wchodzi w związek, który nie wydaje im się najlepszy. Starałam się uważać, żeby nie dać jej do zrozumienia, że mam obawy, bo wiedziałam, że potrzebuje przede wszystkim mojej akceptacji.

Uważam, że jeśli partner dziecka nam się nie podoba albo inaczej go sobie wyobrażaliśmy, to – o ile nie mamy do czynienia z jakąś psychopatią, przemocą – powinniśmy ugryźć się w język. Bo to życie dziecka, nie nasze. Próbując narzucić mu swoje widzenie, możemy zepsuć stosunki nawet na zawsze.

Kasia nie planowała publicznego coming outu, stało się to przy jakiejś okazji. Przyjechała do Polski pracować przy moim serialu „Ekipa” i poznała Olgę (Chajdas, reżyserkę, jesienią wszedł do kin jej debiut reżyserski „Nina”). Ich związek trwa szczęśliwie do dziś. To, że Kasia wtedy go nie ukrywała, było czymś naturalnym. Według mnie jest coś głęboko toksycznego w podwójnym życiu, szczególnie jeśli nie mamy się czego wstydzić, bo przecież nie można wstydzić się miłości. Oczywiście, ujawnienie się wymaga pewnej odwagi, ale to o wiele łatwiejsze, gdy funkcjonuje się w środowisku, w rodzinie, w których inność jest akceptowana. Kasia miała pełną akceptację nie tylko z mojej strony, lecz także ze strony całej rodziny.

Kiedy mówię o akceptacji dziecka, to myślę o czymś istotniejszym, czyli o tożsamości, natomiast codzienne zachowania czy obowiązki egzekwowałam w miarę możliwości od najmłodszych lat. Moja najbliższa przyjaciółka uważa, że nie ma prawa niczego wymagać od dzieci. Ja uważałam, i to dość wcześnie – może dlatego, że było mi ciężko, również finansowo – że mam prawo wymagać od Kasi, na przykład sprzątania. Wyrażałam też poglądy na temat jej zachowań, jeżeli uważałam, że są niewłaściwe. Ale też zostawiałam jej, częściowo z konieczności, częściowo, bo tak uważam, dużą sferę wolności i samodzielności.

Co mi się udało?

To, że się przyjaźnimy, że ze sobą twórczo współpracujemy we wzajemnym poszanowaniu inności i czerpiąc wzajemnie ze swoich mocnych stron. Dużo nas łączy, ale w wielu sprawach Kasia ma inne gusta albo umie co innego niż ja.

Wzajemnie się uzupełniamy. Także w życiu. Kasia ma w sobie odwagę cywilną i jasność oglądu tego, co dobre, a co złe. A jednocześnie nie ma temperamentu politycznego takiego jak ja. Bardziej obchodzą ją podwórko i dzielnica, w której mieszka, co jest typowe dla młodszych pokoleń. Ma zdecydowanie bardziej eskapistyczne podejście do polityki niż ja, bo ja staram się czytać i słuchać racji różnych stron, a ona tego unika. Chyba jest bardziej wrażliwa niż ja i boi się, żeby to jej to nie zniszczyło. Moja odwaga polityczna bywa trochę tania. Jeżeli nie mogę kręcić filmów po polsku – co uwielbiam – to kręcę za granicą. Za moje zaangażowanie płacą Kasia czy moja siostra Magda.

Na pewno popełniałam błędy wychowawcze. Trzeba by spytać Kasię, jaką cenę zapłaciła za to, że nie poświęciłam moich zawodowych spraw dla bycia z nią albo dla jej poczucia bezpieczeństwa. Wydaje mi się jednak, że niespełniona i sfrustrowana matka nie może być dobrą matką. No, ale być może mogłam poświęcać jakieś swoje sprawy dla niej. Trudno to wyważyć. Wspierałam ją we wszystkim, co ją pasjonowało, nie pchałam jej w żadną stronę, także w życiu prywatnym. Kocham ją taką, jaka jest, i chcę, żeby czuła się spełniona.

  1. Kultura

Nowości książkowe – polecamy na lato

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Wakacje to dobry moment, aby odłożyć telefon na półkę i zatopić się w tradycyjnej lekturze. Polecamy książki, po które warto sięgnąć.

Dziwny ten świat

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza, s. 304.

To opowiadania dla każdego, kto choć raz poczuł, że odstaje, że nigdzie nie pasuje.

Wyrozumiała jest dla swoich bohaterów Ottessa Moshfegh, Amerykanka, córka Chorwatki i Irańczyka. A jej wyrozumiałość przejawia się w tym, że autorka, choć bywa też okrutna, oszczędza im moralizowania.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Jest tu historia nauczycielki w katolickiej szkole, która ucieka w alkohol („Około dziesiątej wieczorem przerzucałam się na wódkę i udawałam, że uszlachetniam się za pośrednictwem książki albo jakiejś muzyki, tak jakby Bóg miał wpaść i sprawdzić, co u mnie”). Jest „wiceprezeska dublerka”, reprezentująca firmę na spotkaniach, gdyż jej szef „wygląda jak pasterz kóz”. Jest para „dziwadeł”: on, niespełniony aktor, wypatrujący znaków od kosmitów, podejrzliwy i przesądny; i ona, która go nie znosi, ale i nie porzuca.

Bohaterowie są, owszem, oryginałami. Jak my wszyscy, czasem tylko bardziej, i to nam Moshfegh chce przekazać, bo: „Życie bywa czasami bardzo dziwne, a wiedza o tym nie umniejsza dziwności”.

Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza. (Fot. materiały prasowe)Ottessa Moshfegh „Tęsknota za innym światem”, Pauza. (Fot. materiały prasowe)

Ciemno, prawie noc

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie, s. 272.

Ten debiut najpierw cieszył się ogromną popularnością w Holandii, a w zeszłym roku przyniósł Rijneveld międzynarodowego Bookera. Celowo nie piszę „autorce” czy „autorowi”, bo mówimy o osobie niebinarnej, nieidentyfikującej się z żadną z płci. To książka pisana z perspektywy dziecka, ale niezwykle mocna. Narratorką jest tu dziesięcioletnia Jas, alter ego Rijneveld. Po tragicznym wypadku jej brata Matthiesa reszta rodziny traci ze sobą łączność. Rodzice uciekają w religię, Jas dorasta samopas. „Niepokój…” jest zachętą, żeby zajrzeć w mrok, bo też bez tego nie da się go obezwładnić.

Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)Marieke Lucas Rijneveld „Niepokój przychodzi o zmierzchu”, Wydawnictwo Literackie. (Fot. materiały prasowe)

Po drugiej stronie

Andrzej Stasiuk „Przewóz”, Czarne, s. 400.

W „Przewozie” nie ma drogi, stałego motywu Stasiuka. Jest rzeka, która oddziela Niemców od Sowietów, stając na przeszkodzie uciekinierom. Lubko pomaga im przeprawić się na drugi brzeg. Tylko czy gdzieś dalej czeka ziemia obiecana? To opowieść wojenna, w której nie ma przegranych i zwycięzców, a ludzie strzelają bez przekonania. Wojna jest realistyczna i nie ma sensu. To pierwsza od dziesięciu lat powieść Stasiuka, wyczekiwana, o której głośno było już przed premierą. I nie zawodzi pokładanych w niej nadziei.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Dom rodzinny

Ann Patchett „Dom Holendrów”, Znak Literanova, s. 336.

Patchett, która swego czasu znalazła się na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie według „Time’a”, jak mało kto potrafi uchwycić upływ czasu. Mija półwiecze, zmieniają się ludzie, nie zmienia się tylko ten dom. Nazywany jest Domem Holendrów (jesteśmy w Ameryce) ze względu na pochodzenie pierwszych właścicieli, wciąż jakoś tutaj obecnych. Tu dorasta para bohaterów, Danny i Maeve, tu się poróżnili ich rodzice, tu tych dwoje poznało swoją przyszłą macochę. I tu Danny i Maeve po latach wracają. Jaki będzie ten powrót do korzeni?

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

„Jak wywołałem byłą żonę” z Judi Dench – poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. 
(Fot. materiały prasowe M2 Films)
„Jak wywołałem byłą żonę”. W rolach głównych Dan Stevens, Leslie Mann, Isla Fisher i laureatka Oscara Judi Dench w swojej najzabawniejszej roli od lat. (Fot. materiały prasowe M2 Films)
Do kina weszła właśnie najgłośniejsza komedia tego lata. Gwiazda filmu, wspaniała Judi Dench, tylko nam zdradza, dlaczego ta produkcja ma dla niej wartość sentymentalną i, opowiadając o pracy na planie, wraca do swojej młodości i dzieciństwa.

– Propozycja, żebym zagrała Madame Arcati jest w pewnym sensie spełnieniem marzeń – mówi Dench siedząc w studiu, gdzie powstawała część zdjęć do filmu „Jak wywołałem byłą żonę”. Ta przyjemna komedia jest adaptacją teatralnej farsy brytyjskiego dramaturga Noëla Cowarda (1899-1973). Zgodnie z polskim tytułem (innym niż oryginalny „Blithe spirit”, czyli dosłownie „beztroska duszyczka”, choć u nas sztuka Cowarda znana jest jako „Seans”) to opowieść o wywołanym podczas seansu spirytystycznego duchu pierwszej żony. Duch wywołany zostaje przypadkiem, kiedy niejaki Charles Condomine, pisarz w kryzysie twórczym, wraca myślami do swojej nieżyjącej małżonki, muzy, źródła natchnienia i najlepszych literackich pomysłów. Nostalgia dopada go akurat w czasie prywatnej sesji wywoływania duchów prowadzonej przez cenione medium Madame Arcati. Efekt? Arcati ściąga panią Condomine z zaświatów, a Charles odzyskuje źródło natchnienia. Problem w tym, że w posiadłości państwa Condomine’ów rezyduje już druga żona. Czy można wysłać ducha z powrotem na tamten świat? A może lepiej próbować jakoś wytrwać w tak nietypowym trójkącie? Kto na tej sytuacji zyska a kto bezpowrotnie wszystko straci?

– Nie śmiem zdradzić, co jeszcze przydarzy się bohaterom, żeby nie psuć komuś zabawy – uśmiecha się Judi Dench. Ikona kina, słynna M. z serii o Bondzie, Królowa Elżbieta z „Zakochanego Szekspira” czy Evelyn Greenslade z „Hotelu Marigold”, o swojej najnowszej roli opowiada z rozbawieniem, ale i wzruszeniem, bo właśnie ta współpraca z kilku powodów miała dla niej wartość sentymentalną.

55-letniemu reżyserowi „Jak wywołałem byłą żonę” Edwardowi Hallowi na planie Dench cały czas powtarzała, jak bardzo przypomina on swojego ojca. Bo to właśnie ojciec Eda Halla był w karierze początkującej Judi Dench postacią kluczową. Peter Hall, wizjoner brytyjskiego teatru z doskonałą intuicją do wyłuskiwania aktorskich talentów, namówił młodziutką Judi, żeby opuściła dotychczasowy zespół Old Vic i grała u niego. Miał rację, to wtedy zaczęła się jej wielka sceniczna kariera, jej głośne szekspirowskie role, do których wkrótce dołączyły role filmowe.

– Poznałam Petera w roku 1962, przekonał mnie do rozwinięcia skrzydeł. Poznałam też wtedy jego rodzinę. Ed odziedziczył po ojcu talent. To takie osobliwe, bo „Jak wywołałem byłą żonę” jest przecież filmem o duchach i ja w pewnym sensie na planie widziałam nawet więcej niż ducha Petera w Edzie. Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam tego doświadczyć.

(Fot. materiały prasowe M2 Films)(Fot. materiały prasowe M2 Films)

Judi Dench przyznaje również, że jest inne wydarzenie, którego nie może zapomnieć, a które przywołują pytania o najnowszy film z jej udziałem. Film, przypomnę, oparty na sztuce Noëla Cowarda, postaci na Wyspach bardzo znanej, w środowisku teatralnym wręcz legendarnej:

– Byłam wtedy bardzo młodą aktorką i kiedy akurat nie grałam spektakli w Old Vicu, znajomi pokazywali mi wszystko, co się da w Londynie. Jednego wieczoru obejrzałam w Teatrze Savoy jakąś adaptację sztuki Cowarda, być może chodziło nawet o „Seans”, tego już nie pamiętam, w każdy razie po spektaklu powiedziano mi, że muszę kogoś poznać. To był on, Coward, ujrzałam go na szczycie schodów. Podszedł do mnie, przedstawiono nas sobie, uścisnęliśmy sobie dłonie. Nigdy tego nie zapomnę, moja ręka pachniała potem jego wodą po goleniu. Chyba potem specjalnie nie myłam jej jakiś czas [śmiech]. Dla mnie to był magiczny moment.

I wreszcie, praca na planie nad filmem, którego akcja toczy się w latach 30. XX wieku była dla Dench podróżą sentymentalną aż do czasów, kiedy była dzieckiem. Kręcili we wnętrzach modernistycznej willi zbudowanej przed II wojną światową, wypełnionej meblami z tamtego okresu, imponujący jest też wybór kostiumów, z których część pochodzi z archiwalnych muzealnych zbiorów z lat 30.

– Pamiętam te czasy. Urodziłam się przecież w 1934 roku – dodaje aktorka – Mój ojciec był lekarzem, z moją mamą, Dublinianką, mieszkali w Yorku. Najpierw urodzili się moi bracia, potem ja. Dużą popularnością cieszyło się wtedy pewne medium, kobieta nawiązująca kontakt z duchami. Mój ojciec ją osobiście poznał, nie wiem, czy jako lekarz czy to on przyszedł do niej. To był dzień po moich narodzinach. Wiem, że owa kobieta powiedziała mu „Bardzo miło mi słyszeć o twojej córce Judith”. Ojciec nie wiedział jeszcze, jak będę miała na imię. I tak właśnie zostałam Judith [śmiech].

Na pytanie, czy wierzy w życie pozagrobowe, Dench odpowiada, że ciężko jest stwierdzić, że po drugiej stronie niczego nie ma, zwłaszcza biorąc pod uwagę niektóre rzeczy, które jej się przydarzyły: – Uważam, że jest cały świat zjawisk, o którego istnieniu nie wiemy.

Dodaje też, że właśnie teraz jest idealny moment na historie takie, jak ta z filmu. O duchach, o miłości aż po grób. Zaadaptowaną na potrzeby kina, ale i naszych czasów, bo twórcy filmu postarali się, żeby wątek rywalizacji między dwoma żonami miał pro kobiece przesłanie. O zmianach względem oryginału Dench mówi z szelmowskim uśmieszkiem: – Ktoś je pokocha, kto inny uzna ją za zbrodnię na oryginale.

Ważne, jak podkreśla, że widzowie mają szansę zapomnieć. O czym?

– O słowie na sześć liter – Judi Dench najpierw zniża głos, po czym zaczyna bezgłośnie sylabizować „c-o-r-o-n-a” – Którego specjalnie nie wypowiem na głos.

I trudno nie przyznać jej racji. „Jak wywołałem byłą żonę” to film skutecznie poprawiający humor. Angielskie niebo wygląda tu jak niebo nad Toskanią, do tego dochodzą intensywnie kolorowe stroje, wnętrza i pocztówkowe krajobrazy, na czele z nieziemsko Białymi Klifami z Dover. Dzieje się dużo i szybko, sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a w finale sprawiedliwości staje się zadość. Przyłączam się do rekomendacji Judi Dench: skoro mamy lato, niech więc będzie lekko i przyjemnie.

  1. Retro

Walerian Borowczyk – reżyser, który zapoczątkował rewolucję seksualną w kinie lat 70-tych

Walerian Borowczyk wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich polskich korzeniach. (Fot. materiały prasowe HBO)
Walerian Borowczyk wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich polskich korzeniach. (Fot. materiały prasowe HBO)
Do czerpania inspiracji z jego filmów przyznają się Peter Greenaway, David Lynch, bracia Quay. U nas Walerian Borowczyk to postać ciągle budząca kontrowersje i nieco zapomniana, choć kilka lat temu na platformę HBO trafił film dokumentalny "Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka" poświęcony jego twórczości. Nadal jednak ciągnie się za nim fama libertyna, który lubił świntuszyć na ekranie.

Dokument „Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka” w reżyserii Kuby Mikurdy, przybliżający twórczość Borowczyka, można obejrzeć na platformie HBO.

Ktoś kiedyś nazwał Borowczyka „wizjonerem kina erotyzmu”. On sam nie znosił tego typu etykietek. Jak tylko mógł, bronił się przed przyprawianiem mu gęby filmowego speca od „tych rzeczy”, a także przed upychaniem jego fabuł jak leci w szufladce z napisem soft porno albo porno de luxe. Tłumaczył, że w sztuce trzeba umieć odróżniać temat od anegdoty i że pornografią w gruncie rzeczy może być wszystko, bo to kwestia spojrzenia i kontekstu. Przestrzegał przed dosłownym odczytywaniem jego filmów, dając tym samym do zrozumienia, że naga dusza interesuje go wcale nie mniej niż nagie ciało. Tym, którzy zarzucali mu nadmierne epatowanie seksem, Borowczyk w wywiadzie dla „Kina” odpowiadał: „Erotyka nie zabija, nie unicestwia, nie nakłania do zła, nie prowadzi do popełnienia przestępstwa. Wręcz przeciwnie, łagodzi obyczaje, przynosi radość, daje spełnienie, sprawia bezinteresowną przyjemność”.

Ani słowa o mojej matce

Znamienne, że jako dziecko lubił urządzać dla najbliższych przedstawienia kukiełkowe. Sam robił lalki, sam układał fabuły, no i sam je, oczywiście, reżyserował. To autorskie podejście do sztuki miało mu pozostać na zawsze. Jako dojrzały twórca czuł się odpowiedzialny za każdy detal swojego dzieła. W wypadku filmów był nie tylko ich reżyserem i scenarzystą, ale często także autorem scenografii oraz zdjęć, zdarzało mu się też osobiście podkładać pod postaci głosy.

Wspomnienie o kukiełkach jest tym cenniejsze, że Walerian Borowczyk był nie tylko artystą osobnym, ale i jako człowiek trzymał się na osobności. Bardzo starannie strzegł swojej prywatności, więc i z tego powodu nie wiadomo o nim zbyt wiele. Zwłaszcza że czasem wręcz zacierał za sobą ślady i mylił tropy. Na przykład w nocie do polskiego wydania zbioru swoich opowiadań „Anatomia diabła” (1992) twierdził, że przyszedł na świat w Wojnowicach w 1932 roku. Tak naprawdę urodził się 2 września 1923 roku w Kwilczu w Poznańskiem. Jego ojciec Wawrzyniec był inspektorem kolejowym, ale też malarzem. Dziś powiedzielibyśmy malarzem amatorem, jednak sam Borowczyk jego akwarele stawiał w tym samym rzędzie co dzieła największych francuskich impresjonistów. „On był powodem wyboru mojej drogi życiowej” – powie po latach. Charakterystyczne, że we wspomnieniach reżysera w ogóle nie pojawia się matka. Kiedyś przyznał, że nie ma nawet jej zdjęcia.

Uczył się w poznańskim Gimnazjum im. Ignacego Jana Paderewskiego, podczas wojny jako robotnik przymusowy trafił do podpoznańskiego Lubonia, gdzie pracował w zakładach przetwórstwa ziemniaczanego. Tylko dlaczego we wspomnieniach napisał, że kopał doły pod mostowe fundamenty?

Po wojnie w trybie przyspieszonym zrobił maturę i postanowił iść na studia. Myślał o polonistyce na poznańskim uniwersytecie, ale zanim złożył papiery, pojechał do Krakowa zdawać egzaminy do tamtejszej ASP. Kiedy się dowiedział, że został przyjęty do akademii, o żadnej polonistyce nie było już mowy. Studia zaczął w 1946 roku w pracowni malarstwa Zbigniewa Pronaszki. Był w jednej grupie z Janem Tarasinem i Jerzym Tchórzewskim, przyjaźnili się potem przez całe życie. Innym przyjacielem Borowczyka z lat studiów, takim na dobre i złe, był też (młodszy o kilka lat) Franciszek Starowieyski.

Co z innym kolegą z akademii Andrzejem Wajdą? Wstąpili na uczelnię w tym samym roku, ale stosunki między panami nie ułożyły się najlepiej. W każdym razie Borowczyk nawet po latach, gdzie tylko mógł, dawał wyraz swojej niechęci do reżysera „Popiołów”. Napisze po latach: „Mój kontakt z […] Wajdą był współżyciem przymusowym”. Doda jeszcze, że wykreślił go ze zbiorowej fotografii, którą zrobiono im po ukończeniu pierwszego roku ASP. Ktoś powie, że za niechęcią stała zwykła zawodowa zawiść. Mogły też wchodzić w grę względy osobiste. Na przykład zazdrość o kobietę. Wajda ożenił się z Gabrielą Obrembą, jedną z najatrakcyjniejszych studentek akademii, która zresztą jeszcze pojawi się w tej historii.

Był sobie raz...

Już podczas studiów zajmował się projektowaniem plakatów teatralnych i kinowych, publikował w gazetach swoje rysunki satyryczne. Rodziły się jego pierwsze filmowe fascynacje: swoją kamerą 8 mm kręcił krótkie dokumenty, własnoręcznie przygotowywał też przezrocza, malując obrazki bezpośrednio na taśmie fotograficznej. Niedługo te „dziecinne” zabawy miały się zmienić w całkiem dorosłą pasję.

W 1956 roku poznaje Jana Lenicę, ówczesnego dyrektora artystycznego pisma „Szpilki”. Borowczyk miał parę pomysłów na filmy animowane, które postanowili zrobić razem. Żaden z nich nie przypuszczał, że ta decyzja zupełnie odmieni ich życie.

Premiera ich pierwszej wspólnej animacji „Był sobie raz…” odbyła się w 1957 roku. To był szok. Okazało się nagle, że film animowany nie musi się wcale trzymać ideowych wytycznych towarzysza Żdanowa ani estetycznych kanonów narzuconych światu przez Disneya. Ba, może nawet nie mieć fabuły, być żartobliwą grą plam, kresek, figur geometrycznych i detali wyciętych ze starego pisma. Słowem – może być czystą igraszką, a przy tym reprezentować tzw. sztukę wysoką. Na ekrany polskich kin wchodził akurat „Kanał” Andrzeja Wajdy, który dał początek Polskiej Szkole Filmowej. Borowczyk z Lenicą niejako równolegle otwierali Polską Szkołę Animacji. Otwierali też nowy rozdział w animacji światowej. Marcin Giżycki, wytrawny znawca awangardy filmowej, napisał po latach w miesięczniku „Kino”, że w filmie animowanym istniały dwie epoki: „przed i po Janie Lenicy i Walerianie Borowczyku”.

Obaj zrobili razem jeszcze kilka filmów, m.in. „Dom”, który w 1958 roku zdobył Grand Prix na konkursie kina eksperymentalnego podczas wystawy światowej w Brukseli, co Borowczykowi i Lenicy otworzyło drogę do międzynarodowej kariery. Nagroda miała zresztą nie tylko honorowy wymiar, towarzyszyła jej także niebagatelna wówczas suma 10 tysięcy dolarów. Pieniądze się przydały. Zaraz po sukcesie „Domu” Borowczyk wyjechał na stałe do Francji.

Miłość francuska

Podpisuje pięcioletni kontrakt ze studiem Le Cinéastes Associés. Nadal kręci filmy animowane. I to znakomite. Borowczyk realizuje pierwszą we francuskiej kinematografii animację długometrażową – „Teatr państwa Kabal”, a za całokształt twórczości w dziedzinie filmu animowanego (zrobił ich w sumie ok. 50) dostaje prestiżową Nagrodę Maxa Ernsta.

Za granicą jest znany jako Boro. Twórca nie tylko animacji. Mówił: „Dwie różne techniki, lecz myśl jedna”. Pierwszym jego filmem aktorskim była nakręcona na kanwie noweli de Maupassanta krótkometrażówka „Rozalia” (1966), która zdobyła m.in. Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Zdobyła w dużej mierze dzięki Ligii Branice, żonie reżysera, grającej w filmie tytułową rolę. Nie sposób mówić zresztą o fabularnej twórczości Borowczyka, nie wspominając o Ligii.

Poznali się jeszcze w Krakowie. Wspominał: „Ożeniłem się z [...] najpiękniejszą i najinteligentniejszą, wszechstronnie uzdolnioną uczennicą Gimnazjum im. Józefa Hoene-Wrońskiego w Krakowie. W dniu ślubu w Urzędzie Stanu Cywilnego podarowałem Ligii tomik poezji Tadeusza Różewicza zatytułowany »Czerwona rękawiczka« i opuściliśmy Kraków. Zamieszkaliśmy w Warszawie”.

Był rok 1956, Borowczykowie dostali mieszkanie na osiedlu Praga II, takim praskim MDM-ie. Często odwiedzali ich znajomi z Krakowa, był wśród nich i Sławomir Mrożek, który właśnie tutaj poznał swoją pierwszą żonę Marię – jak napisze potem Borowczyk, równie piękną (!) jak jej siostra… Gabriela Obremba.

Ligia w Warszawie przez półtora roku studiowała aktorstwo w wyższej szkole teatralnej, potem przeniosła się na wydział aktorski łódzkiej filmówki, studiów tych jednak nie ukończyła, wyjechała z mężem do Paryża. W Polsce zagrała jeszcze parę epizodów w kinie. W późniejszych filmach męża będzie występować wyłącznie jako Ligia Branice. Tak było choćby w pełnometrażowym debiucie Borowczyka „Goto, wyspa miłości” (1968), kafkowskiej z ducha przypowieści o totalitaryzmie i miłości totalnej. Branice zagrała tu żonę tyrana (w tej roli Pierre Brasseur wystylizowany na Józefa Stalina) władającego skrawkiem oderwanego od lądu i rzeczywistości świata. W „Blanche” (1971), swobodnej adaptacji „Mazepy” Juliusza Słowackiego, aktorka, grając u boku Michela Simona, wcieliła się w macochę zakochaną w swoim pasierbie.

Ostatnim obrazem Borowczyka, w jakim pojawiła się Ligia, był „Za murami klasztoru” (1977). Odważnie prezentuje tu swoją nagość, Borowczyk zaś bez oporów nagość żony filmuje. Najlepszy dowód na to, że reżyser traktował ciało kobiety jak dzieło sztuki. Choć zapewne tak jak i dla Buñuela było ono też dlań „mrocznym przedmiotem pożądania”.

Filmy „Goto…” i „Blanche” Borowczyk uznawał za najlepsze w całej swojej twórczości. A jednak światowy rozgłos i komercyjny sukces przyniosły mu tytuły zupełnie inne. „Opowieści niemoralne” (1974), „Bestia” (1975), „Ulicznica” (1976) czy „Heroiny zła” (1979), które Borowczyka postawiły – obok Pasoliniego i Bertolucciego – w rzędzie najważniejszych animatorów rewolucji seksualnej w kinie lat 70. Jean-Paul Sartre o „Bestii” mówił jako o „wielkiej epopei podświadomości”, a Alberto Moravia przy okazji „Za murami klasztoru” porównywał Borowczyka do Boccaccia. Cenzura obyczajowa w różnych krajach miała w tym względzie trochę inne zdanie. Na przykład we Francji „Opowieści niemoralne” początkowo były objęte zakazem dystrybucji.

I nic dziwnego. Fellatio na początek, potem samogwałt w wykonaniu bogobojnej panienki przy użyciu ogórka, sceny z życia „wampirzycy z Siedmiogrodu”, księżnej Elżbiety Batory (w tej roli Paloma Picasso, córka wielkiego malarza), a na koniec zmysłowe karesy Lukrecji Borgii z ojcem papieżem i bratem kardynałem. Tak w największym skrócie można by streścić wątki kolejnych „niemoralnych” nowelek pomieszczonych w filmie. To było naprawdę mocne uderzenie, nawet jak na ojczyznę markiza de Sade. I to pomimo że Borowczyk w swoim filmie więcej sugerował, niż pokazywał. Za to w „Bestii” widać właściwie już wszystko, łącznie z gigantycznym penisem kudłatego monstrum uwiedzionego (ba, zamęczonego w seksualnym uniesieniu) przez Piękną.

Bezwzględny histeryk

„Chciał mnie rozbierać w scenach, które wcale do tego nie upoważniały. Nie potrafił zapanować nad swoimi emocjami” – powie po latach w wywiadzie Grażyna Długołęcka, która zagrała u Borowczyka w „Dziejach grzechu” (1975) według powieści Stefana Żeromskiego. To jedyna fabuła zrealizowana przez reżysera w Polsce, cieszyła się zresztą u nas ogromnym powodzeniem – zobaczyło ją ponad osiem milionów widzów. Długołęcka, wówczas jeszcze studentka, zagrała Ewę Pobratyńską, o której miłości i moralnym upadku film opowiada. Na łamach „Przeglądu Tygodniowego” aktorka pracę na planie wspominała jako jeden wielki koszmar. Borowczyk w wydanej we Francji publikacji „Moje polskie lata” wszystkie zarzuty Długołęckiej z pasją odpierał, nazywając aktorkę mitomanką i kobietą bezradną wobec swego nienormalnie rozbudzonego libido.

Ostro? Niby tak, ale reżyser z zasady nie bawił się w wersal. Poza tym nigdy niczego nie zapominał ani niczego nie wybaczał. Zwłaszcza najmniejszego słowa krytyki. A czytał wszystko, co się w kraju ukazywało na jego temat. Często zresztą bywał w Polsce, miał mieszkanie w Warszawie (na stałe Borowczykowie zamieszkiwali w pięknym domu w Le Vésinet pod Paryżem, mieli też dom w Rzymie, który reżyser kupił, co lubił podkreślać, za honorarium otrzymane za reżyserię „Emmanuelle V”). O tym, że bardzo emocjonalnie podchodził do drukowanych o nim opinii, świadczy choćby napisana przez niego rok przed śmiercią książka „Co myślę, patrząc na rozebraną Polkę”. To jedna wielka filipika wymierzona w tych wszystkich, których reżyser uznawał za swoich wrogów. A zaliczał do nich głównie polskich krytyków filmowych, którzy według niego robili wszystko, by go w kraju zdyskredytować i pokazać jako zboczeńca. W książce padają konkretne nazwiska, a najczęściej towarzyszącym im epitetem jest słowo „idiota”. Darowane zostaje tylko Zygmuntowi Kałużyńskiemu i Bolesławowi Michałkowi, którzy Borowczyka raczej dowartościowywali.

Z Kałużyńskim akurat szczerze się przyjaźnił, nie miał mu więc za złe, gdy ten nazywał go „bezwzględnym histerykiem”. Niebezpodstawnie. Na festiwalu w Mannheim Borowczyk jako przewodniczący jury potrafił w trakcie projekcji chodzić po sali kinowej i wymyślać tym widzom, którzy jedli cukierki i szeleścili papierkami. Podczas pokazu prasowego „Dziejów grzechu” skrzyczał szacownego doktora Płażewskiego, który zamiast patrzeć na ekran, coś tam skrzętnie notował w swoim słynnym kajecie. Czy Walerian Borowczyk nie miał dystansu do siebie? Wygląda na to, że nie. Co jest o tyle dziwne, że był jednocześnie człowiekiem o niezwykłym zmyśle ironii i niesamowitym poczuciu humoru. W końcu tzw. „momenty” w jego filmach z założenia na ogół mają nie tylko bulwersować, ale i bawić. Na tym właśnie polega przewrotność jego reżyserskich prowokacji.

Znowu w Polsce

Wielokrotnie podkreślał, że chociaż większość życia spędził we Francji, nigdy nie zapomniał o swoich korzeniach. Pewnie dlatego tak mu zależało, żeby nad Wisłą zaistnieć w podobnym stopniu jak nad Sekwaną, gdzie przez lata uchodził za twórcę nie tylko kontrowersyjnego, ale i błyskotliwego. We Francji Boro to była marka. W Polsce Borowczyk czuł się przemilczany i odrzucony przez swoich. To go bolało i wściekało zarazem, ale był bezradny, tym bardziej że przez ostatnich kilkanaście lat życia nie kręcił już filmów, jego awantury o „stare kino” musiały wydawać się więc niektórym zupełnie bez sensu. A już zwłaszcza „urodzonym romantykom” (a tylko tacy wszak pomieszkują między Odrą a Bugiem), którzy tematy dotyczące cielesności i seksualności z zasady uznają za niegodne sztuki.

I świat, i czasy, i nasz kraj się zmieniają. Może zatem czas Borowczyka, artysty niepokornego i przekornego, dopiero nadchodzi?

Korzystałem m.in. z książek: Waleriana Borowczyka „Co myślę, patrząc na rozebraną Polkę”, Oficyna Wydawnicza Rytm; Stanisława Różewicza „Było, minęło…”, wydawnictwo Iskry.

Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.