fbpx

Julie Delpy spędza „Dwa dni w Nowym Jorku”

Julie Delpy spędza "Dwa dni w Nowym Jorku"
fot. materiały prasowe Kino Świat

Przez pierwsze pięć minut kontaktu z kinem Julie Delpy można mieć wrażenie, że zaszła pomyłka i oglądamy jakiś nowy film Woody’ego Allena.
Zgadza się wiele elementów: bohaterowie ich filmów są przede wszystkim strasznie gadatliwi. Od pierwszej sceny pękają w szwach od wypowiedzi wielokrotnie złożonych, wystrzeliwanych przez aktorów w tempie karabinowej serii, co chwila potykających się o jakiś językowy niuans, który staje się przedmiotem konfliktu między bohaterami. Aktorzy gestykulują przesadnie, w kadrze wiją się wyrzucane ręce i pulsują powykrzywiane twarze. To znak, że grają postaci neurotyczne, z jakichś przyczyn niedające sobie rady z własnymi emocjami, jak gdyby język – choć tak bogaty – nie wystarczał im do walki ze światem. Myleniu Allena z Delpy sprzyja fakt, że akcja jej najnowszego filmu – „Dwa dni w Nowym Jorku” – toczy się w ulubionym mieście Woody’ego. Ale na tym chyba kończą się zbieżności.

Od razu zaznaczam, że film trzeba zobaczyć, by docenić wzrastającą umiejętność Delpy do pisania genialnych scen komediowych, którymi film jest tak naszpikowany, że widzowie nie nudzą się ani przez chwilę. Pomysł na zrąb fabuły jest bardzo prosty: do Nowego Jorku, gdzie Marion żyje ze swoim synkiem, partnerem i jego córką, przyjeżdża w odwiedziny jej „paryski ogon”: ojciec, który umie komunikować się tylko po francusku, siostra-nimfomanka oraz jeden z jej wielu partnerów, który okazuje się także byłym kochankiem Marion. We w miarę uporządkowany mikroświat artystki i jej chłopaka-prezentera radiowego, który do tej pory myślał o sobie, że jest kontrowersyjny, wkracza trójgłowy element chaosu, który samym swoim istnieniem wywraca wszystko do góry nogami.

Julie Delpy ma to wielkie i rzadkie szczęście, że choć jej ścieżka kariery przebiegała z dala od klasycznej drogi do Hollywood, może robić niezależne, autorskie filmy, które na dodatek cieszą się powodzeniem. Przy założeniu, że nikt postronny nie ingerował znacząco w ostateczny kształt „Dwóch dni w Nowym Jorku”, można ten film ustawić w szeregu z innymi dziełami Delpy i spróbować powiedzieć co nieco o ewolucji przedstawianych w nich przekonań czy wręcz filozofii życiowej. Paskudny to termin, ale zauważyć trzeba, że głos reżyserki coraz odważniej przyjmuje postać komentarza z offu, który objaśnia nam, co właśnie zobaczyliśmy na ekranie i jak to się ma do „życia w ogóle”.

To właśnie jeden z symptomów przemiany Delpy, a zarazem przyczyna, dla której nasze ścieżki się rozchodzą – choć prawdopodobnie tylko na jakiś czas. Cynizm „Dwóch dni w Paryżu”, tak bardzo mi bliski, został tylko trochę osłodzony na końcu historii. Właściwie do ostatnich chwil nie było wiadomo, czy związek głównych bohaterów przetrwa potężną burzę, wywołaną przez pozornie błahe konflikty. W „Dwóch dniach w Nowym Jorku” Delpy – jak na mój smak – przesadza z lukrem. Być może wynika to z jej nagłej potrzeby, by powiedzieć tym razem znacznie więcej, nie tylko o popapranych związkach z partnerami życiowymi, ale też o przemijaniu, godzeniu się ze śmiercią i życiu jako ciągłej walce o znaczenie „tu i teraz”. Czy doświadczenie utraty matki z jednej strony, a uczenie się macierzyństwa z drugiej, które Delpy-reżyserka przekazuje Delpy-bohaterce, może tak radykalnie zmienić nie tylko światopogląd, ale też podejście do sztuki? Delpy bardzo chce być w tym filmie mentorką, więcej daje odpowiedzi niż stawia pytań – to nie może się podobać ambitnym widzom.

Na koniec dodam łyżkę miodu: mistrzowska jest umiejętność Delpy przeplatania scen komediowych elementami refleksyjnymi, w których reżyserka chowa na chwilę swoje ironiczne najeżenie i odsłania „miękkie podbrzusze”. Fascynujące, jak lekko udaje się Delpy przejść od rwanej, niespokojnej atmosfery wernisażu fotografii Marion do kameralnego spotkania artystki z Vincentem Gallo i (skąd to się nagle wzięło?!) rozmów o naturze ludzkiej duszy. Trzeba wirtuozerii, by na tych wirażach nie stracić panowania nad pojazdem. Tylko dlaczego, skoro Delpy się ani raz nie wywraca, nie odczuwam już z tej jazdy takiej przyjemności, jak jeszcze w Paryżu?