1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wojciech Fangor: Pomysł na finał

Wojciech Fangor: Pomysł na finał

</a>
– Nie jestem człowiekiem wierzącym, religijnym ani zaangażowanym ideologicznie – mówi Wojciech Fangor. – To skąd pan czerpie siłę? – pyta Robert Rient.

Czym jest zdolność zwana słuchem kolorystycznym?

Tym, czym słuch absolutny w muzyce. Niektórzy potrafią doskonale identyfikować nawet złożone barwy, wiedzą, z czego się składa kolor, jak go odtworzyć, co zrobić, by współbrzmiał, jak wykorzystać kontrast. Malowanie to operowaniem kolorem, zawsze jest oparte o jakiś pretekst, temat.

Co było pana pierwszym pretekstem?

Do trzeciego roku życia mieszkałem w kamienicy przy Nowowiejskiej w Warszawie. W łazience stała blaszana wanna, a naprzeciwko niej wysoki, okrągły piec w kolorze wiśniowym. U góry miał metalową koronę. Paliło się w nim, żeby była gorąca woda. Gdy wsadzali mnie do wanny, patrzyłem na piec, który huczał, drżał i bałem się. Mając trzy lata, rysowałem piec, by go opanować.

W oczach dzieci wszystko jest nowe, nieznane.

Przyjazne albo zagrażające. Świat wywołuje u dzieci wrażenia zmysłowe, emocjonalne. Szklana butelka, w której odbija się światło, może zachwycać. Jak jest się narażonym na działanie fenomenalne, to nie ma rozumowego usprawiedliwienia, nie wiadomo, co działa. A jak się nie wie, to pojawia się lęk. Aby opanować demony i zrozumieć, co na mnie działa, rysowałem, malowałem. Podejrzewam, że zwierzęta malowane w jaskiniach kilkadziesiąt tysięcy lat temu powstawały na tej samej zasadzie. Konieczność ujarzmienia, udomowienia zwierząt, od których zależała egzystencja tych ludzi, powodowała, że rysowali, bo jak narysowali, to mogli opanować to, co dzikie. Dzieci też rysują, by opanować to, co nieznane, uspokoić świat.

Czytaj też: Wojciech Fangor: socrealizm i psychodelia
Ładnie pan rysował jako dziecko?

Jak miałem jakieś sześć lat, matka wzięła moje rysunki, które od najmłodszych lat zbierała, i posłała na wystawę twórczości dziecięcej. Wszystkie zostały odrzucone. Już wtedy rysowałem z perspektywą, przestrzennie, moje rysunki nie miały dziecięcej naiwności, tego wdzięku, prymitywizmu.

Może to była zapowiedź tego, co się stało w 1958 roku podczas wystawy „Studium Przestrzeni”, pierwszego environmentu? Wystawa nie spodobała się widzom i krytykom.

Nikomu się nie podobało: malarzom, politykom, znajomym, tylko kilku architektów coś w tym zobaczyło.

I jak się pan z tym czuł?

Byłem zadowolony, a nawet mnie to bawiło. Wiedziałem, że stworzyłem coś zupełnie nowego. To było zaproszenie, by wejść w obraz, a nie patrzeć na obraz. Dopiero jak zrobiłem 150 rozproszonych obrazów i zobaczyłem, że one się ruszają, że nikt tego wcześniej nie zrobił, byłem zachwycony. Ale sam zachwyt to za mało. Starałem się zrozumieć. Każdy artysta chce rozumieć, co go porusza. Nie wiadomo, ile użyć koloru czarnego, a ile białego, jedno przechodzi w drugie. Jak zmrużę oczy, zmienia się ilość światła, czarne się powiększa, białe się kurczy. Jak oświetlam obraz, to białego robi się więcej. Jak patrzę, to się rusza, bo oko widzi, że to nie jest w ognisku, więc stara się zogniskować soczewkę – to nie pomaga, więc zmniejsza ilość światła, źrenica się kurczy i to też nie pomaga, nie robi się ostro, ciągle jest rozmazane. Mniej światła, więcej światła i obraz zaczyna się ruszać. Efekt paralaksy. Jeśli nie mam nic ostrego w obrazie, to on jest poza powierzchnią, taka odwrotność iluzji perspektywicznej, wspaniałego wynalazku z czasów renesansu. A ja chciałem stworzyć coś nowego, tak, by obraz patrzył na widza, a nie widz na obraz.

I stworzył pan pojęcie „pozytywnej przestrzeni iluzyjnej”. Sukces to dzieło talentu, pracy, wyboru, przypadku?

On nie zależy od jednego, czas ma również znaczenie, okoliczności, miejsce. Jakieś pięć lat temu miałem wypadek samochodowy. Stary mercedes uderzył mnie w tylne koło. Auto zostało zniszczone, ale nikt nie był ranny. Gdybym jechał 1 km/h wolniej, to pewnie skończyłoby się poważną kolizją, może śmiercią, bo uderzyłbym tamten samochód w bok. Gdybym jechał 1 km/h szybciej, uniknąłbym wypadku. To był przypadek.

Życie zależy od przypadków?

Szalenie! W 1943 roku trafiłem przypadkowo w sam środek walki Niemców z Armią Krajową. Gdy byłem prowadzony na rozstrzelanie, jeden z Niemców popchnął mnie na bok i krzyknął, żebym uciekał. Zrobiłem tak i ocalałem. Rok później zostałem schwytany przez Niemców, gdy przebywałem w Rabce. Pociągiem towarowym zawieźli mnie na przymusowe roboty pod Tarnowem, wtedy też pewien Niemiec krzyknął, żebym uciekał. Nie zrobiłem tego, czując, że chce się popisać, zastrzelić mnie. Po raz kolejny udało mi się przeżyć.

Przypadek przypadkiem, ale dokonywał pan w swoim życiu wielu wyborów, podejmował świadome decyzje...

Wyborów dokonywałem, lecz one dyktowane są doświadczeniem, a doświadcza się przypadkami. Pierwszy jest fenomenalnym zjawiskiem, a gdy zdarzają się następne, podobne, mamy już receptę, można wtedy dokonać wyboru. To tak jak z prowadzeniem samochodu, najlepsze lekcje wyciągamy z niedoszłych wypadków.

Widzi pan sens w planowaniu, skoro przypadki nas determinują?

W każdym z nas jest tęsknota, nadzieja, chęć dokonania czegoś. Artysta chce się wypowiedzieć. Ta chęć jest stała. A ochota zazwyczaj powiązana jest z możliwościami. Jak natura oferuje słuch kolorystyczny, to wtedy pojawia się poczucie, że potrafię. A jak potrafię, to pojawia się ochota, by to robić.

Jako artysta jest pan egoistą?

Każdy, kto ma instynkt samozachowawczy, jest egoistą. Jestem indywidualistą, w jakimś sensie zapatrzonym w siebie, a nie w społeczeństwo. To zapatrzenie nie wymaga pomocy grupowej. Przynależność do grupy rozwadnia, tam trzeba dzielić siebie, stać się częścią. Ja się boję grupy, tłumu. Boję się organizacji. Czuję się wtedy bezbronny, nie władny. Dlatego nie byłem w harcerstwie czy wojsku, w żadnej grupie artystycznej ani partii politycznej. Nie jestem człowiekiem wierzącym, religijnym, zaangażowanym ideologicznie.

Skoro nie od ludzi, to skąd pan czerpie siłę?

Zawsze wierzyłem w siebie.

A ta wiara skąd?

Nie wiem, wydaje mi się, że mam dobre rozeznanie. Odebrałem naukę w szkole przypadków. Niczego nie żałuję. Wszystkie moje decyzje były właściwe, również te powodowane irracjonalnym przeczuciem. Artysta potrzebuje być ceniony za nadzwyczajność, a nie za to, że jest jak wszyscy, jak grupa, która staje się lustrem.

Pan myśli o sobie jako o kimś wyjątkowym?

Nie, bo nie myślę o sobie na tle społeczeństwa, o tym, jak wypadam. Oceniam się sam ze sobą. Jestem tym, który tworzy, produkuje i jestem tego odbiorcą. Sam z sobą czuję się zaspokojony na poziomie dawania i odbierania, ale naturalnie, społeczeństwo jest mi potrzebne. Jak ktoś kupuje mój obraz za duże pieniądze, jestem bardzo zadowolony, ale sprawy psychologiczne, duchowe są zaspokajane tutaj, wewnątrz mnie.

Czas w tym pomógł?

To, że jestem stary?

Tak.

Na pewno. Czas i doświadczenie, które mam, powoduje, że jestem ekspertem od siebie, jak coś robię, to natychmiast wiem, czy to, co robię, jest dobre. W każdym z nas siedzi krasnoludek i czeka na okazję, czeka, by podpowiedzieć, uświadomić coś ważnego. I nagle zdarza się jakiś przypadek i w tym momencie krasnoludek mówi: „uważaj, to jest to”.

Można go nazwać intuicją.

Tak, w szerszym znaczeniu. W wywiadach zawsze mnie pytają, dlaczego wyjechałem z Polski, pan takie emocjonalne sprawy porusza. A pan z zawodu jesteś dziennikarzem?

Przed pisaniem przez kilka lat zajmowałem się psychologią.

A to widać, to dobrze, ja wolę takie rozmowy.

Za kilka dni skończy pan 90 lat, jakie to uczucie?

Źle, bo mam kręgosłup przetrącony. Mogę siedzieć, ale mam trudności w chodzeniu, nie mogę się wyprostować. W Santa Fe jeździłem na nartach, jak się pakowałem, chwyciłem duży, ciężki obraz, chciałem go zdjąć ze ściany i wyskoczył mi dysk.

Bolesne.

Strasznie, chodziłem na czworaka. Bolało bez przerwy. Po pewnym czasie już się przyzwyczaiłem. Teraz chodzę zgięty w pół.

Może pan pracować?

Tak, tylko muszę siedzieć. Teraz namalowałem swój autoportret. Duży obraz, na którym siedzę na wózku, takim balkoniku, który pomaga się przemieszczać. Kręgosłup mnie uderzył, zmienił moje życie, samopoczucie, fizjologię. Muszę się z tym pogodzić, z bólem, podróżami w nocy do toalety. To część mojego życia, fenomenów, które mnie spotykają. Tak jak dla dwulatka nowa jest woda, trawa, słońce, tak dla mnie nowy jest ból mięśni, przetrącony kręgosłup. Muszę to opanować, zrozumieć, ujarzmić.

Ale nie narzeka pan, nie ocenia. Dlaczego?

To fenomen, po co na niego narzekać. Na moim autoportrecie jestem nagi, na wózku, obok toalety, taka brzydota życiowa, ale dobry obraz. A jak jest dobry obraz, to już nie ma brzydoty (śmiech). To nie jest moja przemyślana decyzja, że nie narzekam, to podświadomy ratunek. Tak jak wtedy, gdy jako trzylatek rysowałem przerażający piec, który charcząc, podgrzewał wodę. Namalowałem się takim kaleką, by zrobić z tego dobrą strukturę, bo mogę nad nią zapanować.

A jak już pan to opanuje, to co dalej?

Mieszkałem w Londynie, Paryżu, Berlinie, Nowym Jorku, Nowym Meksyku i w wielu innych miastach. Siedemnaście razy się przenosiłem z miejsca na miejsce. Będę podążał za teraźniejszością, to dobry pomysł na zakończenie życia.

Zakończenie?

Przecież nie początek. Jestem racjonalnie myślący, wiem, że ludzie rzadko dożywają mojego wieku. Jeszcze rok, dwa, trzy lata i koniec.

To nie przestrasza?

Nie, wielokrotnie byłem blisko śmierci. Nie wierzę, że jest coś dalej. Mam tylko nadzieję, że moja obecność na tym świecie zostawi jakiś ślad. Nie mam absolutnie problemu z tym, co ze mną było, zanim się urodziłem i nie mam problemu z tym, co będzie dalej. Nic nie będzie. Przedtem się nie żyło i później się nie będzie żyło. Jest tylko teraz.

Wspomina pan?

Nie często, nie szukam przeszłości. Czasami wspomnienia same przychodzą. Dzisiaj pamiętam lepiej to, czego doznawałem mając trzy lata niż to, gdzie położyłem okulary. Ważne jest to, co dziś i teraz, bo tylko teraźniejszość jest fenomenalna. Przyszłości nie ma, przeszłość bardziej lub mniej jest skonstruowana, przeżuta, zrozumiana.

Kiedy będzie można zobaczyć pana autoportret?

Zaprezentuję go 19 października na otwarciu wystawy w Muzeum Narodowym w Krakowie. Mogę panu pokazać...

...Teraz?!?

Teraz, teraz. Nikt go nie widział poza moją żoną, ale skoro już o nim tyle panu naopowiadałem, to chodźmy.

Wojciech Fangor, ur. w 1922 roku w Warszawie malarz, grafik, plakacista i rzeźbiarz. W latach II wojny światowej studiował prywatnie u Tadeusza Pruszkowskiego i Felicjana Szczęsnego Kowarskiego, w 1946 roku otrzymał zaocznie dyplom w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W 1961 roku wyjechał z Polski, mieszkał m.in. w Stanach Zjednoczonych. Do kraju wrócił w 1999 roku. W 1958 roku wraz ze Stanisławem Zamecznikiem przygotował wystawę „Studium przestrzeni” w Salonie Nowej Kultury w Warszawie. W 1970 roku stworzył scenografię dla Martha Graham Dance Company. Laureat nagrody Fundacji Alfreda Jurzykowskiego oraz Ministra Kultury RP

 

 

 

 

Czytaj też: Wojciech Fangor: socrealizm i psychodelia

Partnerem wystawy „Wojciech Fangor. Przestrzeń jako gra”, którą będzie można oglądać w Muzeum Narodowym w Krakowie od 19 października 2012 roku do 6 stycznia 2013 roku, jest Fundacja Zwierciadło. Na wystawie pokazanych zostanie 20 wielkoformatowych płócien Wojciecha Fangora, które pochodzą z kolekcji Fundacji Zwierciadło – jednego z największych prywatnych zbiorów prac malarskich mistrza.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze