fbpx

Bartek Prokopowicz o swoim filmie „Chemia”

Bartek Prokopowicz o swoim filmie „Chemia”
fot. materiały prasowe

Kiedyś żyjący w swoim świecie i uciekający w marzenia, dziś mężczyzna po przejściach, który nie boi się pokazać tego świata innym. Bartek Prokopowicz opowiada Hance Halek o swoim filmie „Chemia”, tęsknocie za zwyczajnym życiem i Matce Boskiej.
Gdybyś miał powiedzieć, o czym jest „Chemia”?

O miłości… O dorastaniu, dojrzewaniu, męskości, ojcostwie, odchodzeniu, umiejętności przebaczania, egoizmie, strachu. Braniu i dawaniu. O tym, że chorzy na terminalne choroby, mimo ogromnego bólu i cierpienia, może w pewnym sensie mają łatwiej. Bo ich rozkładem dnia i życia jest wygrać z chorobą albo jak najdłużej przetrwać. Kiedyś pewien AA-owiec powiedział mi, że człowiek z chorobą alkoholową jest jak słoń w pokoju pełnym ludzi. Nie ma szans, żeby – gdy tylko się poruszy – kogoś nie nadepnął, nie potrącił. Myślę, że podobnie jest z ludźmi terminalnie chorymi.

Należy akceptować wszystko, co robi słoń?

Można próbować rozumieć i współodczuwać, ale czasem wściekłość słonia zabija towarzyszące mu osoby, które bywa, że same czują się źle: „Ja też żyję, mnie też boli, słyszysz?”. „Co ty wiesz o bólu, mnie to dopiero boli” – odpowiada słoń. Ale ból to przecież ból. I wtedy się wściekasz, złościsz, wreszcie oceniasz, ponieważ ocenianie jest ludzką sprawą, która przychodzi i odchodzi, jak cała reszta. Bo wszystko mija. I te złe, i te superchwile. Nic nie jest nam dane na stałe i na zawsze, ani miłość, ani dom, ani pieniądze. „Chemia” jest czymś, co powstało przy okazji, by the way, to nie jest moje życie.

A co jest twoim życiem?

Moi bliscy, jestem skupiony na tym, jak ogarniać te dwa metry kwadratowe dookoła mnie, żeby żyć uczciwie. Mniej na tym, jak budować swoją karierę. Oczywiście, fajnie, jeśli to, co mam do powiedzenia, dociera do świadomości ludzi, ale to nie jest mój pas startowy. Tyle dziś wiem. Trochę więcej, niż gdy jako 19-latek dostawałem się do szkoły filmowej, bo marzyłem o kręceniu filmów… A w szkole Xawery Żuławski, Łukasz Barczyk, Wojciech Żogała, Mateusz Szlachtycz, martensy i wielki świat, no i ja: długowłosy prawiczek w sandałkach, na szczęście bez skarpet, w miodowej marynarce ze studniówki. Z jedynym samodzielnym doświadczeniem, jakim jest jazda tramwajem numer 10 z Retkini na Sienkiewicza do liceum w Łodzi. Mieszkałem w środku siebie, w swoich lękach i pragnieniach, a poza tym w zasadzie nic mnie tak naprawdę nie interesowało. Byłem harcerzem, oglądałem filmy, coś tam czytałem, ale to mnie nie porywało. Rodzice zastanawiali się nawet, czy nie posłać mnie do technikum drobiarskiego. Na szczęście jednak w ostatniej chwili nauczyłem się robić zdjęcia (śmiech).

Ale dziecko ma przecież marzenia, chociaż tyle.

Bardziej dotyczyły niebycia tam, gdzie wtedy byłem. Marzyłem, że kiedyś to będzie, że kiedyś tam pojadę, kiedyś to zrobię, że będę zwiedzał, będzie inaczej.

Czekaj, czekaj. Zobaczyłam, jak siedzisz w tym swoim pokoju na tapczanie i zerkasz przez okno, u kogo najdłużej świeci się światło. Podglądasz ludzi i wyobrażasz sobie, co robią. Zaczynasz żyć ich życiem.

Tak, uciekam w nie. W ciągi myśli i wyobrażeń, nawet nie marzeń, w których wreszcie staję się Tomkiem Wilmowskim. Dzika przyroda, puszcza, hej, hej, przygodo, i ja. Zupełnie gdzie indziej… Na co dzień dużo czasu zajmuje mi szkoła, w której mam kłopoty, bo nie potrafię się uczyć i w niczym nie jestem orłem. Czasem wyjeżdżam z ojcem na plan albo z rodzicami na wakacje do Rumunii. Opiekuję się o pięć lat młodszym bratem, który dziś jest moim najbliższym przyjacielem, próbuję śpiewać w chórze, bo chór wyjeżdża do Bułgarii. Jestem nieobecny. Nie mam dziewczyny, z którą trzymam się za rękę, mam Matkę Boską, która łapie mnie za serce…

Urodziłem się w Częstochowie i do piątego roku życia mieszkałem w cieniu Jasnej Góry i pieśni: „Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze twym dzieckiem być…”. Patrz, widzisz ten tatuaż? Dziś chroni mi plecy. To Ona zresztą pomogła mi dostać się do szkoły filmowej. „Moja droga, jak ma coś ze mnie być, to super byłoby gdybym się do tej szkoły dostał, bo nie mam pomysłu na życie i przepadnę. Ty wiesz lepiej” – tak się do niej modliłem. I może brzmi to dziwnie, ale na egzaminie dostałem takie pytania, na które znałem odpowiedzi, wszystko szło jak z płatka, a na koniec pierwszego roku nakręciłem etiudę o sześcianie ze styropianu, który ożył.

Ach tak? Ożył i…

Spadł z dachu, a potem sam się na nowo złożył, bo miał własne życie. Dostałem za niego tróję minus i potem nie kręciłem już własnych etiud, lecz – w przeciwieństwie do innych operatorów – pracowałem z reżyserami. Bardzo chciałem być na planie, ale nie wiedziałem, o czym chcę kręcić filmy. Gapiłem się jednak na ten świat. Dzisiaj jako 43-latek mam historii i płaszczyzn na co najmniej parę filmów, niekoniecznie o własnych przeżyciach. Najbardziej chodzi mi o emocje. „Chemia” też nie jest autobiografią. To film, którym nikomu nie chciałem niczego udowadniać, sobie też, nikogo oskarżać, nikogo wybielać ani skaleczyć. To obraz trochę surrealistyczny, trochę przejmujący, ale nie tak jak u Smarzola „siekierą w łeb”. Tu siekiera opakowana jest w ładny papier, ale to nadal ta sama siekiera. Może zabić. Swoje wnioski starałem się przekazać aktorom i zależało mi, żeby dzięki nim pokazywali własne stany, opierając się na tekście literackim Kasi Sarnowskiej.

Jest tam parę ładnych liter, jak choćby „Upijam tchórza w sobie” albo „Mój dom spłonął i nic już nie zasłania mi księżyca”.

To haiku, które znalazła kierowniczka produkcji, a „Upijam tchórza w sobie” to już Kasia Sarnowska, której język włożyła sobie doskonale w usta Agnieszka Żulewska. Ten film w większości jest konwencją. Albo go kupujesz, albo mówisz: „To nie dla mnie”.

A co byś chciał usłyszeć ode mnie?

Chciałbym żebyś sobie powiedziała: „Przeżyłam odrobinę traumy na ekranie, ale już nie chcę tego doświadczać, bo mam przecież zajebiste życie”. Uważam, że „Chemia” pozostawia naprawdę wiele płaszczyzn do implikowania własnych demonów, smutków, lęków i radości. W Karlovych Varach publiczność często rechotała. Zastanawiałem się „Czemu oni się śmieją? Czy to jest zabawne? Czy może durne?”.

Ludzie często śmieją się wtedy, kiedy nie wiedzą, jak się zachować.

No tak, to jeden z naturalnych systemów obronnych, poza agresją i uciekaniem w używki, czyli piciem i biciem.

A ty – co wybierasz?

W pierwszym odruchu krzyczę i przeklinam na maksa, potem trochę mi wstyd, że znów coś odwaliłem, ale staram się już aż tak bardzo siebie nie biczować. Tak jak powiedział kiedyś mój kolega: „W końcu trzeba sobie zrobić przedziałek i odpierdolić się od siebie”. Bo przeszłość jest jedynie zbiorem doświadczeń, a przyszłości nie znamy. Brzmi jak z poradnika dla początkujących psychoterapeutów, ale to działa. Tak samo jak kolejny frazes, że dostajesz to, czego świadomie lub podświadomie chcesz. Ty wybierasz. A potęga twojego mózgu i duszy organizuje ci życie. Chcesz miłości i dobrego życia – dostaniesz to. Pragniesz cierpienia i toksycznej relacji – przyjdzie.

Chciałeś tego wszystkiego, choroby bliskiej osoby, jej umierania, własnej bezradności?

Myślę, że aż się prosiłem o klapsa. Chciałem wyjść zza tej swojej szyby, być ekstremalnie obecnym w życiu, wznosić się. Kochać, nienawidzić, doświadczać, dotykać wewnętrznych detonacji, które noszę w sobie od dziecka. Mówisz – masz. Dostałem cały pakiet. I ekstremalnie się zmęczyłem… Teraz chcę spokoju i dobra, zwykłości, rodziny, dzieci, które, wiem to, są największymi ofiarami mojego wyizolowanego życia z Magdaleną. Mojej córce, Honi, ta sytuacja na parę lat zabrała ojca, bo wciąż nie wiedziałem, co jest ważniejsze: chora/umierająca czy zdrowa/dorastająca. Ostatecznie, choć nie chciałem, zryłem swojej córce beret, i jedyne, co mogę teraz powiedzieć to: przepraszam. W swojej arogancji kłóciłem się wtedy też non stop z Bogiem, pytałem go: „Co jeszcze wymyślisz, co? OK, dawaj! Bring it over… Proszę bardzo, patrz, jak ciężko…! A teraz weź coś zrób, uratuj mnie, natychmiast”. Miliardy ludzi na świecie do ogarnięcia, a tutaj niebo ma się nagle rozstąpić, do Prokopowicza przyjdzie Bóg i powie: „Wstań, już czas, umyję cię ze wszystkich twoich cierpień i problemów, i wszystko będzie dobrze”. To tak nie działa, niestety. Gdybym potrafił, zachowałbym się wtedy inaczej. Nie potrafiłem, bo nie byłem gotów, ale nie było w tym żadnej premedytacji. Bywam porywczy, bo jestem z głośnego domu. Mój ojciec, który był drugim reżyserem, zawsze mówił do nas jak do trzeciego rzędu statystów: „Proszę o spokój! Dlaczego dziś znów jest mizeria?!” (śmiech).

Twoi rodzice widzieli „Chemię”?

Boją się obejrzeć, bo byli ze mną w całym tym czasie, gdy Magda odchodziła i jak to było publicznie komentowane. Na pewno byli też świadkami totalnej samotności swojego dorosłego dziecka i to musiało być dla nich straszne. Mógłbym opowiadać o hardkorze tamtego czasu, ale powiem krótko: Ona była piękną onkocelebrytką, a ja facetem, który nie daje sobie z tym wszystkim rady, i w końcu staje się ogrem… Powoli jednak zaczynam wychodzić do ludzi, spotykać się, mieć na nowo znajomych, budować przestrzeń na jakąś moją prywatność, wygłupiać się. Niech tylko się do końca ogarnę. Niech wybrzmi „Chemia” i czas mierzenia się z przeróżnymi opiniami, także z taką, że to „produkcja antyaborcyjna”. To nie o to chodzi, wszyscy mówią ciężarnej chorej na raka: „usuń, usuń”, ale okazuje się, że matki na chemii wcale nie muszą usuwać. Bo jest w Polsce doktor Jerzy Gieremek, który jako jeden z nielicznych na świecie prowadzi takie ciąże. To po prostu dawanie kobiecie wyboru, co jest niezwykle ważne, szczególnie w kraju, gdzie w małych miejscowościach kobiety nadal chowają wyniki do szuflady, bojąc się napiętnowania przez rodzinę albo sąsiadów. A co dopiero jak są łyse albo tracą piersi? W oczach innych pozbywają się atrybutów kobiecości.

Dla ciebie co jest atrybutem kobiecości?

Uczciwość, lojalność. Ciepłe ognisko domowe, ale też niepozbawianie się prawa do realizacji własnych marzeń. Ostatnio zastanawiam się, co to w ogóle znaczy męskość w czasach, gdy media sprowadzają ją do nowego samochodu i zegarka, ewentualnie gołych dup w „CKM-ie” albo bicepsu w sześć dni. I o tym będzie mój kolejny projekt „Faceci”, sześć etiud o współczesnym męskim świecie. To dla mnie też ciekawy czas bycia tatomamą dla Leona, który co chwilę mnie zachwyca swoim spojrzeniem na świat. Ostatnio powiedział: „Tato, wiesz, że ludzie idealni są bardzo samotni? Bo nigdzie nie pasują”.

fot. Jacek Poremba, archiwum Fundacji Rak'n'Roll
fot. Jacek Poremba, archiwum Fundacji Rak’n’Roll

Bartek Prokopowicz ceniony operator filmowy, mąż zmarłej w 2014 roku Magdy Prokopowicz, założycielki Fundacji Rak’n’Roll. Prywatnie tata Honoraty i Leona. Film „Chemia” jest jego debiutem reżyserskim (premiera 2 października).