fbpx

„Drapacz chmur” – recenzja

"Drapacz chmur" - recenzja
fot. materiały prasowe Vivarto

Rune Schjøtt, scenarzysta ciepło przyjętego w Polsce filmu „Zakochani widzą słonie” (2005), debiutuje w roli reżysera. Jego pierwszy samodzielny film jest jak przepyszna, ale pozornie tylko łatwa w przygotowaniu potrawa – sekret nie tkwi w wyszukanych składnikach, ale proporcjach, w jakich je zmieszano.
Jak na dobrze przyrządzoną komedię przystało, „Drapacz chmur” od pierwszej sceny zaskakuje widza pomieszaniem tradycyjnych ról – dziecięcych i dorosłych, męskich i kobiecych. Jon, choć jest już niemal dorosłym facetem, przyjaźni się z roztropniejszym od niego przedszkolakiem Benem, który służy mu za przewodnika po dorosłym życiu. To właśnie Ben w pierwszych scenach filmu tłumaczy widzowi, dlaczego Jon został w dzieciństwie przeklęty oraz jak tamto wydarzenie wpłynęło na obecny, opłakany obraz miasteczka, które stopniowo osuwa się w niebyt. I to właśnie przedszkolak Ben namówi Jona do inicjacji seksualnej, która nieoczekiwanie uratuje miasteczko przed anihilacją.

Zapytacie, gdzie w takim razie podziewa się ojciec? Trzeba przyznać, że niegdysiejszy właściciel zatrudniającej pół miasta fabryki i kochanek połowy żeńskiej populacji wciąż trzęsie miasteczkiem. W rozchełstanym szlafroku całymi dniami przesiaduje za konsolą autorskiej rozgłośni radiowej. Stamtąd narzuca rodzinie i sąsiadom jedynie słuszną filozofię, która w wielkim skrócie opiera się na założeniu, że źródłem wszelkiego zła jest popęd płciowy. On sam owego popędu został definitywnie pozbawiony w wypadku, za który odpowiedzialność lata temu zrzucono właśnie na Jona. Ojciec jest mu wprawdzie wdzięczny, bo uważa, że kastracja uczyniła go lepszym człowiekiem, miasteczko jednak Jona nienawidzi.

Nie lubi go także Edith, tak jak on wyrzucona poza społeczność niewidoma nastolatka, która nie może się doczekać dorosłości. Ponieważ zakłada, że jedyna droga w tym kierunku wiedzie przez inicjację seksualną, postanawia dosłownie użyć do tego Jona. Wyrachowane podejście Edith do seksu skontrastowane jest tu oczywiście z lirycznym nastawieniem głównego bohatera. Po wielu komicznych próbach uda mu się w końcu przekonać dziewczynę do swojego sposobu patrzenia na świat.

Ale żeby nie było za łatwo, na drodze do spełnienia stanie oczywiście – wykastrowany kiedyś przypadkowo przez syna – ojciec („udosłownienie” freudowskiego kompleksu Edypa nieprzypadkowe). Aby się od niego uniezależnić, a zarazem wyswobodzić miasteczko spod władzy tyrana, Jon będzie musiał unieszkodliwić go ponownie – tym razem świadomie i ostatecznie.

Kluczem do sukcesu, który wróżę „Drapaczowi chmur”, jest przede wszystkim wymieszanie w scenariuszu w dobrych proporcjach pozornie nieprzystających do siebie konwencji: lirycznej opowieści o dojrzewaniu i czarnego humoru (miejscami wyjątkowo czarnego). Świetne pomysły, które do tej pory Schjøtt mógł realizować tylko na poziomie scenariusza, w „Drapaczu chmur” przenoszą się na inne, nie mniej ważne elementy filmu. Na długo zapadnie widzom w pamięć nastrój tego upiornego miasteczka, spowitego jakby gęstą mgłą, wypunktowanego przez charakterystyczne miejsca: nieczynną bocznicę torów, smutny sklepik, w którym pracuje niewidoma Edith, przystanek autobusowy (jedyna furtka ucieczki z tego miejsca) czy przyczepę,w której mieszka matka Jona. Nie sposób pomylić nawet pomniejszych, trzecioplanowych postaci, zarysowanych mocną, komiksową wręcz kreską: podstarzałych rozerotyzowanych bliźniaczek, cierpiącego na wieczną czkawkę kierowcy autobusu czy zamkniętego w swoim świecie ojca Edith.

Elementów lirycznych użył reżyser oszczędnie, ale są tak po mistrzowsku pomyślane i wkomponowane w scenariusz, że równoważą gorzki smak całości. Tak jak pieczołowicie doklejane przez Jona na okiennej szybie „drugie miasto”, liryka dobudowuje tu drugie, ulotne i szczególnie wartościowe piętro filmu.

Nie można powiedzieć, żeby „Drapacz chmur” poruszał jakiekolwiek realne problemy czy roztrząsał odwieczne pytania ludzkości. Nawet psychoanaliza jest tu tylko zacytowana i użyta do zbudowania ciekawego, przewrotnego scenariusza. Nie wyjdziecie z kina ani lepsi, ani mądrzejsi, ani szczególnie odmienieni, a jednak warto poświęcić temu filmowi jeden wieczór. To po prostu kawał dobrego kina.

„Drapacz chmur” , Rune Schjøtt, Vivarto

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze