fbpx

Film: Małe kino mały czas

Małe kino mały czas
123rf.com

„Parę osób, mały czas” – tak brzmi tytuł filmu o Mironie Białoszewskim.
I to zapewne byłby najlepszy tytuł dla tekstu o małych kinach. O kinach, gdzie jest cisza, spokój i przestrzeń dla wszelkich przeżyć i spotkań
– z reżyserem, z filmem, emocjami i samym sobą.

Kino, które jest w moim życiu od zawsze, to warszawskie kino Muranów – opowiada Agnieszka Prokopowicz, dziennikarka i krytyk filmowy. – Chodzę tam, odkąd dorosłam na tyle, by sama jeździć po Warszawie tramwajem. Oglądałam wszystko, co było w repertuarze, nawet filmy, o których nic nie słyszałam. Każdy, dosłownie każdy wywoływał we mnie mnóstwo emocji. Pierwsze ogromne przeżycie to był „Absolwent” Mike’a Nicholsa. Miałam 12 lat. Od tego momentu zaczęłam zastanawiać się nad wyborem drogi życiowej.

Dobrze wspomina też kino Iluzjon, gdzie obejrzała całą klasykę: Antonioni, Bergman, Jarmusch, młody Almodovar. Lubiła też kino Paradiso i kino Rejs, do których chodziła na studiach. Oraz kino Moskwa i Skarpa, w którym odbywały się festiwale filmowe. – Ze wszystkich filmów, które tam obejrzałam, została mi jedna myśl: trzeba żyć dobrze, mądrze i godnie, nie ranić innych, ale kochać i zauważać, co się dzieje dookoła. Na tych seansach uczyłam się życia – podsumowuje.

Jej przygoda z kinem rozwinęła się na studiach antropologicznych, gdy rozpoczęła pracę dziennikarską. Zaczęła jeździć na festiwale kina offowego i szybko przekonała się, że zawodowo będzie rozwijać się w taką stronę, żeby nie tracić kontaktu z tym, co kocha, czyli z kinem. – To był niszowy świat, takie niewielkie, intymne grono fanatyków – wspomina Agnieszka. – Jednak szybko pojawiły się duże kina, wielkie produkcje i teksty sponsorowane, a kina studyjne poszły w zapomnienie. Dlatego uważam, że na te małe filmowe światy należy chuchać i dmuchać. Choć przyznaję, że raz na jakiś czas dobrze jest pójść do porządnego multipleksu i obejrzeć „Avatara” na największym ekranie – dodaje.

Kino Muranów do tej pory nie straciło jej zaufania. Ostatnio widziała tam film „Miłość” Michaela Haneke. Przyznaje, że sceny z niego wciąż jej się śnią.

– Takich filmów nie można oglądać w dużym kinie przy odgłosach chrupanego popcornu i otwieranych puszek z napojami. Takie filmy wymagają intymności – stwierdza.

To właśnie małe kina grają najważniejsze filmy, które zmieniają nasze życie. Pokazują, że wartość jest w drobnych chwilach, w dbaniu o miłość, o rodzinę, przyjaciół. Są takimi małymi wielkimi olśnieniami.

Mądre i niemądre pytania

Roman Gutek, właściciel kina Muranów i organizator festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu, przyznaje, że kino zawsze było dla niego najważniejsze. – Gdy miałem kilkanaście lat, seans kinowy był dla mnie jak terapia: wywoływał wiele mądrych i niemądrych pytań i odpowiadał na nie lub jeszcze bardziej komplikował sprawy – śmieje się. – Znajdowałem tam bohaterów podobnych do mnie i dzięki temu nie czułem się kompletnym outsiderem. Myślałem też, że wiele osób zapewne chodzi do kina z tego samego powodu. Później, gdy już bardziej świadomie potrafiłem sobie wiele rzeczy poukładać, kino pomagało mi radzić sobie z różnymi życiowymi problemami. Bliscy mi byli wrażliwcy, tacy jak bohaterowie filmów Herzoga „Fitzccaraldo” czy „Aguirre”. A chęć pokazywania innym tego, co jest mi bliskie, skłoniła mnie do założenia kina. Tu przecież spotykamy się nie tylko z wizją reżyserów czy emocjami aktorów, ale też sami ze sobą…

I z innymi, zwłaszcza jeśli idziemy w towarzystwie. Agnieszka Prokopowicz, w zależności od filmu, zabiera ze sobą inną osobę. – Mamy potem wspólne doświadczenia i emocje – chodzimy z nimi, myślimy o nich, to nas terapeutyzuje i łączy – tłumaczy. – Czasem filmy ukazują nam coś, czego nie można nie zauważyć: nasze błędy, złe związki. Albo przypominają o rzeczach, o których zapomnieliśmy: o wartościach, celach, o tym, jak chcemy żyć. To przecież należy sobie codziennie przypominać. Mam na lodówce przypięte fotosy filmowe – patrzę na nie i wiem, o czym mam pamiętać. I z każdym rokiem coraz mniej potrzebuję do szczęścia. Wstaję rano i cieszę się z tego, że mam dwie nogi, dwie ręce, dzieci, przyjaciół i cudowną pracę. Może to lekcja, jaką wynoszę z tych filmów?

Agnieszka przyznaje, że takie seanse działają jak suplement diety, jak antydepresant: – Są lekarstwem dla moich emocji, zwalniają tempo życia i pomagają odnaleźć w nim sens. Gdy siadam w fotelu w kinie, nie mam wyboru. Muszę dać się ponieść akcji, nie mogę niczego przyspieszać, omijać czy wybierać. To taki dwugodzinny seans terapeutyczny. W każdym kinie mogę go doświadczyć, ale jak wybiorę sprawdzone, zaufane miejsce, to trafię do lepszego terapeuty. To też ma znaczenie!

Popcorn a dobre kino

Same kina zdają sobie sprawę z mocy sztuki, którą pokazują, więc organizują rozmaite panele dyskusyjne czy kinoterapie. Niektóre, tak jak warszawskie kino Praha, urządzają spotkania z filmem dla dzieci z rodzin patologicznych i trudnej młodzieży. Pokazują wtedy filmy bliskie ich doświadczeniom. Po seansie zawsze odbywa się dyskusja. Agnieszka też prowadzi takie spotkania. Ostatnio w Mediatece na Bielanach organizowała kinoterapię z dziećmi z 5. i 6. klasy podstawówki. Oglądali film „Billy Elliot” Stephena Daldry’ego – opowieść o chłopcu z przedmieścia, z biednej robotniczej rodziny, który zostaje baletmistrzem.

– Na początku na pytanie: „Czy wszystko jest możliwe?”, dzieciaki przewracały oczami, a po filmie wychodziły przekonane – opowiada Agnieszka. – Takich spotkań z filmem i dyskusji nie organizują multipleksy, ale małe kina i domy kultury. One mają naprawdę niezwykłe możliwości, tylko… nie mają pieniędzy na billboardy.

Zdaniem Romana Gutka małe kino zobowiązuje. Nie zobaczysz tam filmu błahego, który nie pozostanie choć na chwilę w pamięci. Bo intymna atmosfera, brak feerii świateł i orgii dźwięków skłania do zaglądania w siebie. Ludzie, którzy wybierają mniejsze kina, a rezygnują z multipleksów, tego właśnie oczekują. Sam w ubiegłym roku założył pierwsze w Polsce wielocalowe kino studyjne. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty przejęło we Wrocławiu duże kino Helios – stworzyło tam program edukacyjny, a przed salami kinowymi przyjazny i cichy bar z sałatkami. – Popcornu tam nie ma, bo pałaszowanie prażonej kukurydzy i oglądanie dobrego kina raczej nie powinny iść ze sobą w parze – mówi. – Realizowane są za to akademie filmowe, przeglądy, festiwale. Do tego bieżący repertuar – kilkanaście tytułów do wyboru, głównie ambitne kino, a w dużych salach dobre tzw. kino środka. Każdy może znaleźć salę dla siebie.

Jego największej miłości – Festiwalowi Nowe Horyzonty – obecnie odbywającemu się we Wrocławiu, od początku przyświecała idea spotkania w wybranym gronie. – Pokazywałem młodym uczestnikom festiwalu na przykład „13 jezior” Jamesa Benninga, film bez dialogów, składający się tylko z trzynastu 10-minutowych ujęć, będących zapisem zmian pojawiających się na powierzchni jezior. Albo „Ten Skies” tego samego twórcy, w którym kamera przygląda się chmurom w różnych porach dnia. I powolne, 6–7 godzinne filmowe poematy bezkompromisowego i radykalnego Filipińczyka Lava Diaza – opowiada. – Lubię takie kino, zapominam wtedy o bożym świecie i wchodzę w dialog z filmem, reżyserem, ze światem i ze sobą. Poprzednie miejsca festiwalu – Sanok, a potem Cieszyn – to był świadomy wybór, podobnie jak termin festiwalu – wakacje. Chciałem, żeby to się działo na końcu świata, żeby ludzie chcieli tu przyjechać. Żeby zanurzyli się w krainę kina i żyli nim przez kilka dni. Żeby mogło to coś w nich zmienić.

Kino po końcu świata

Może za kilkanaście lat filmy będą już ściągane tylko przez internet i nikt nie będzie chciał chodzić do kina?

– Nie wierzę w to – stwierdza Roman Gutek. – Bliska jest mi wizja brytyjskiego reżysera, Kena Loacha, który powiedział, że część kin powinna być traktowana jak opery i teatry, czyli miejsca pożytku publicznego, finansowane przez lokalne samorządy, a ich dyrektorami powinni być pasjonaci kina. Potrzebne są takie przybytki kultury, bo multipleksy nie zaspokoją potrzeb wszystkich.

– Mieszają mi się już filmy i kina, w których je widziałam, ale to nie jest najważniejsze – podsumowuje Agnieszka Prokopowicz. – Dzięki nim lepiej zrozumiałam siebie, przestałam oceniać, zaczęłam przyglądać się. Może kino jest właśnie po to, by nas uwrażliwić? Z różnych filmów i momentów życiowych mam w sobie zapis kina. Myślę, że gdyby ustalić dokładny harmonogram – daty i godziny – poszczególnych seansów, powstałaby z tego moja osobista biografia.

I też trochę szersza biografia: tych, którzy tam byli razem z nią, znajomych i nie. Bo do małych kin chodzą ludzie o podobnej wrażliwości. I nie trzeba się z nimi dobrze znać, wystarczy się rozpoznawać. To daje świadomość, że ma się swoich ludzi i swoje miejsce.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze