fbpx

Przed kamerą mogę wszystko

Mówią o niej: libański Pedro Almodóvar w spódnicy. Tak jak on z czułością pochyla się nad historiami kobiet. Tyle że w innej oprawie i kontekście. Współczesne Libanki w filmach Nadine Labaki to kobiety rozdarte między indywidualnymi pragnieniami a narzuconymi im rolami społecznymi. Szukające własnej tożsamości.
Choć nie uważa się za feministkę, to jej kino dotyka wielu tabu i hipokryzji tłamszących swobodę życia w Bejrucie uchodzącym za najbardziej tolerancyjne miasto arabskie. Najpierw sukces „Karmelu”. Ostatnio film „Dokąd teraz?” – znakomicie przyjęty na festiwalu w Cannes. Nadine Labaki opowiada w nim o absurdzie wojny z kobiecego punktu widzenia. Z zaskakującą lekkością, wdziękiem i humorem. Nie interesuje jej kino polityczne. Chce wyrażać w nim siebie. Kobietę, matkę, artystkę, indywidualność.

Byłaś w ciąży, kiedy zaczęłaś pisać scenariusz do filmu „Dokąd teraz?”. Macierzyństwo cię natchnęło?

Tak! Można to tak ująć. Była wiosna 2008 roku. Z powodu mojej ciąży ograniczyłam obowiązki zawodowe i sporo czasu spędzałam w domu, w Bejrucie. To podyktowane było także zamieszkami ulicznymi, kolejnym konfliktem na tle religijnym. Wychodzenie z domu nie było bezpieczne. Widziałam przez okno, jak ludzie do siebie strzelają, płoną barykady, słyszałam nieustające sygnały karetek pogotowia. To było przerażające. Myślałam wtedy o matkach chłopców i mężczyzn, którzy do niedawna byli sąsiadami, a teraz zabijali się i ranili nawzajem na ulicach. Dręczyło mnie, co te kobiety czują. Ja też przecież nosiłam pod sercem mojego synka. Myśl, że za kilkanaście lat on również mógłby narażać swoje życie z powodu kolejnego błahego konfliktu, wydawała mi się nie do zniesienia. Czy byłabym w stanie go powstrzymać? Po co wydawać na świat życie, które tak łatwo i głupio może zostać zmarnowane? Tymczasem egzystencja w Bejrucie to nieustające pasmo okresów pokojowych i bratobójczych wojen. Tutaj niczego nie da się planować. Nie ma kobiety czy rodziny, która nie opłakuje straty syna, męża, brata. Ten film zadedykowałam więc wszystkim libańskim matkom i w ogóle kobietom z mojego kraju.

Absurd wojny z kobiecego punktu widzenia to temat bolesny i trudny. Mimo to twój film zaskakuje połączeniem tragedii i komedii, humoru i powagi, realizmu i magii w jednym.

Życie w Bejrucie ma właśnie taki słodko-gorzki smak, że przywołam tytuł mojego filmu „Karmel”. Jeśli całe twoje dzieciństwo i młodość upływały na obserwowaniu wojen przeplatanych okresami względnego spokoju, to uczysz się przystosowania. Żyje się dniem dzisiejszym, mocno i intensywnie. Jeśli jest pokój, potrafisz się nim cieszyć bardziej niż ktoś, dla kogo taki stan jest na porządku dziennym. Cieszą drobiazgi – wspólna kolacja z rodziną, plotki z przyjaciółkami. Radość przeplata się z bólem, chwile szczęścia z cierpieniem. Ja też tak mam. Jestem ekstremalna w wyrażaniu moich emocji. Kiedy coś dobrego mnie spotyka, to śmieję się pełną piersią. A jeśli płaczę, to całkowicie zatracam się w szlochu… Naprawdę! Dlatego taniec, musical czasem pełniej oddaje tak wielką skalę emocji kobiet libańskich niż słowa. A humor? To, jak wiesz, broń ludzi, którzy czują się marginalizowani. Jeśli nie mogę czegoś zmienić w moim życiu albo nie mam na to wpływu, mogę to obśmiać, zadrwić z tego, także z siebie samej. I to daje siłę, by przetrwać. Tak samo jak poczucie solidarności z innymi libańskimi, podobnie doświadczanymi przez los kobietami. Nie chciałam zrobić filmu politycznego i martyrologicznego. Chciałam, by powstała opowieść uniwersalna, która zdarzyć się może wszędzie. Wtedy to był konflikt religijny, ale zarzewiem walk może być polityka, spór między rodzinami czy sąsiadami, nietolerancja dla odmiennych poglądów itd.

Kobiety z libańskiej wioski odmawiają seksu swoim mężczyznom, aby powstrzymać ich od angażowania się w kolejne krwawe konflikty między muzułmanami a chrześcijanami. Świadomie sięgnęłaś do komedii Arystofanesa „Lizystrata”?

Tak. Znam Arystofanesa. Odmowa seksu to faktycznie najstarsza i najskuteczniejsza broń kobieca. Jednak ja jestem bardziej perfidna niż grecki mistrz, ponieważ ten wątek trochę zmodyfikowałam. Moje bohaterki nie dość, że odmówiły małżeńskiego obowiązku, to na dodatek zaprosiły do wioski ukraińskie tancerki brzucha…

Mężczyznom dostało się podwójnie. Czy reżyserowanie filmów i bycie w nich aktorką jest dla ciebie rodzajem terapii?

Mimo iż Liban uchodzi za jeden z najbardziej otwartych i tolerancyjnych krajów arabskich, to jednak pozycja kobiety nadal daleka jest od tej, jaką cieszą się kobiety z Europy Zachodniej. Wprawdzie Libanki ubierają się niemal po europejsku, chętnie korzystają z dobrodziejstw chirurgii plastycznej i salonów piękności i wyczuwa się tu bardziej ducha kultury śródziemnomorskiej niż arabskiej, to prawda jest taka, że tylko na planie czuję się bezpiecznie. Jako aktorka mogę odgrywać role kobiet, w które nigdy nie miałabym odwagi wcielić się w realnym życiu. W filmie „Karmel” zagrałam właścicielkę salonu piękności, która jest rozdarta między miłością do żonatego mężczyzny a wiernością religii oraz szacunkiem dla rodziców, którzy nie uznają takich związków. Przed kamerą mogę robić to bez poczucia winy. Jako reżyserka opowiadam o tym, co mnie dręczy, boli, niepokoi. Mogę wyrażać siebie na różne sposoby. I w tym sensie uprawianie tego zawodu jest dla mnie terapią. Pomaga mi zrozumieć siebie, moje miejsce w świecie. Pozwala mi on także podróżować, zdobywać doświadczenie za granicą. Właściwie nie wyobrażam sobie, bym mogła robić coś innego.

Czy kobiecie reżyserce w kraju arabskim jest jednak trudniej, czy musi pokonać o wiele więcej barier niż mężczyzna filmowiec?

Pewnie cię zaskoczę, ale moje problemy z uprawianiem zawodu reżysera nigdy nie wynikały z tego, że jestem kobietą. To po prostu bardzo ciężka praca sama w sobie i nie należy jej łączyć z płcią. Jest w Libanie kilka kobiet reżyserek, ale nie zawsze się znamy, bo prawie nie ma w tym kraju przemysłu filmowego, szkół, pedagogów, wytwórni, ekip technicznych, producentów. Ja sama uczyłam się kina, oglądając kasety wideo i zagraniczne stacje telewizyjne. Na uniwersytecie w Bejrucie zapisałam się na kierunek dziennikarski, bo wydziału reżyserii nie było w programie. Jestem więc samoukiem, a warsztat filmowca zdobywałam, kręcąc muzyczne teledyski i telewizyjne reklamy. By zrealizować swój pierwszy film, musiałam znaleźć producenta zagranicznego, i to są znacznie większe przeszkody niż to, czy jesteś kobietą, czy mężczyzną. Dzięki francuskiej producentce otrzymałam stypendium w Cannes. A poza tym niezależnie od płci trzeba mieć w sobie cechy przywódcze, umieć zdobywać pieniądze, organizować aktorów. Ja często korzystam z amatorów, potrafię zjednywać sobie ludzi, negocjować. Łączę chyba w sobie cechy męskie i kobiece. No i nigdy nie bałam się marzyć. Zawsze wierzyłam w siebie i wiedziałam już od dziecka, co chcę w życiu robić. Dlatego mi się udało. Czułam, że jako reżyserka mogę kreować światy, które są moją ucieczką od polityki i wojny, moim sprzeciwem, buntem, marginesem wolności.

Na planie towarzyszy ci rodzina. To chyba też bardzo duże wsparcie?

Tak, mój mąż Khaled Mouzanar jest kompozytorem muzyki do moich filmów, a siostra Caroline – kostiumologiem. Khaled dobrze mnie zna. Jesteśmy małżeństwem już od pięciu lat. Jego muzyka zawsze pobudzała moją wyobraźnię. Właściwie to najpierw pokochałam jego kompozycje, a dopiero potem ich autora. Khaled doskonale wie, jak wpleść muzykę w scenariusze moich filmów. Zdarzało się, że nie musiałam nawet z nim rozmawiać, żeby zrozumiał, o co mi chodzi, co chciałabym usłyszeć w filmie. Nie rywalizujemy ze sobą, ale się uzupełniamy, inspirujemy. Jest moim przyjacielem i pierwszym krytykiem. Nie zawsze we wszystkim się zgadzamy, natomiast zawsze się wysłuchujemy. Jego muzyka rodzi się w sposób naturalny. Pamiętam, kiedyś robiłam kolację, a Khaled bawił się z naszym synkiem. I nagle odstawił małego do kojca, a sam, jak w gorączce, zaczął zapisywać nuty. Powstało coś fantastycznego, co na pewno wykorzystam.

Nie uważasz, że mężczyźni, którzy nieustannie dążą do wojen i konfrontacji, jak ci w twoim filmie, są mniej dojrzali od kobiet?

Może, ale ja patrzę na to trochę inaczej niż ty. Uważam, że mężczyźni są z natury bardziej impulsywni, łatwiej i szybciej ulegają emocjom. My zaś jesteśmy bardziej powściągliwe, bo kieruje nami instynkt opiekuńczy wobec tych, których kochamy. Mężczyźni w mniejszym stopniu myślą o konsekwencjach swojej rywalizacji czy ambicji niż kobiety. To ma związek z instynktem macierzyńskim. Nigdy nie było moją intencją ośmieszanie mężczyzn czy też udowadnianie wyższości kobiet. To, jacy oni są, i różnice między nami wynikają z naszej natury i biologii. Zresztą zarówno libańscy mężczyźni, jak i ci z Europy Zachodniej tak samo przechodzą dziś kryzys tożsamości. Są może w mniejszym stopniu niż kobiety rozdarci między różnymi modelami życia a rolami społecznymi. Z jednej strony – jest presja, by traktowali kobiety po partnersku. Z drugiej – ojcowie mówią im, że kobietę trzeba trzymać krótko. Kiedy słyszę, że w Europie czy USA kobiety są silniejsze psychicznie od mężczyzn i lepiej sobie radzą zawodowo, to wiadomo, że dotyczy to tylko niewielkiej grupy kobiet świetnie wykształconych i dobrze zarabiających, często, niestety, płacących za to samotnością. Tymczasem i na Wschodzie, i na Zachodzie mamy o wiele większy odsetek kobiet nieaktywnych lub programowo niechętnych braniu udziału w wyścigu szczurów. Myślę, że ludzie Zachodu łatwo ulegają propagandzie i stereotypom w rodzaju – jak Arabka, to tylko w czadorze i w domu, a jak Europejka, to kobieta wyzwolona.

To pytanie musiało w końcu paść. Jesteś feministką?

Nie wiem. Nigdy nie myślałam o sobie jako o feministce. Są tematy, które widzę inaczej i które, mam nadzieję, zostaną przepracowane na nowo. Nie jestem jednak jakąś wojowniczką o prawa kobiet. Oczywiście, robię kino kobiece, bo mam inne doświadczenia życiowe niż moi koledzy reżyserzy. Dlatego nie mogę powiedzieć tak jak kobiety filmowcy z Europy, że albo robi się dobre, albo złe kino, i płeć w wyborze tematu (podkreślam tematu, a nie drogi zawodowej) nie ma żadnego znaczenia. Nie zamierzam się na siłę unowocześniać, ale chciałabym, by dzięki moim filmom ludzie w Libanie i na świecie inaczej spojrzeli na sytuację kobiet.

To znaczy jak?

Problemem, który pokazałam już w „Karmelu”, było rozdwojenie kobiety libańskiej między wartościami świata zachodniego a tradycjami arabskimi. Z jednej strony – moje bohaterki marzą o tym, by wreszcie być sobą i realizować się swobodnie, a z drugiej – cierpią, obawiając się reakcji otoczenia, rodziny, sąsiadów. To jest szarpanie się między indywidualnymi pragnieniami a rolami społecznymi kobiet. Bejrut to nie jest miasto moloch, w którym każdy może się zaszyć i czuje się anonimowy, a więc żyje, jak chce. Dorosłe dzieci, a zwłaszcza niezamężne córki, nawet po ukończeniu 30. roku życia mieszkają z rodzicami. Życie towarzyskie sprowadza się głównie do odwiedzin rodzinnych czy sąsiedzkich. W ten sposób wszystko jest pod kontrolą. Libańscy żonaci mężczyźni mają kochanki, ale te zawsze muszą pozostać w ukryciu. Wiele młodych kobiet, które współżyły przed ślubem, poddaje się operacjom przywracania dziewictwa. Tematem tabu są także związki homoseksualne albo miłość kobiet dojrzałych. Za wielki problem i hańbę dla rodziny uchodzą także związki między chrześcijanami a muzułmanami. Jest w tym wszystkim sporo hipokryzji, bo w całym świecie arabskim uchodzimy za najbardziej europejski kraj, wolny i tolerancyjny, a tymczasem borykamy się z przesadą. To wynika jednak z tego, że wciąż szukamy własnej tożsamości.

A może problemem jest paradoksalnie bliskość w rodzinach, czego niepełne rodziny europejskie wam zazdroszczą. Że oto w krajach arabskich nikt nie jest pozostawiony sobie.

Coś w tym jest. Łączy nas niewidoczna pępowina, która jednak tłamsi naszą indywidualność i pragnienia, bo domaga się respektowania tradycji. Ja sama, chociaż jestem aktorką i reżyserką, mimo iż na planie robię, co chcę, nie czuję się wolna. Cały czas nadsłuchuję, co o mnie mówią inni. Sąsiedzi i rodzina są bardzo ważni w Libanie. Jeśli w restauracji poprosisz kelnera o stolik dla jednej osoby, to upewni się, czy dobrze usłyszał. Chodzimy wszędzie z rodzicami, rodzeństwem, kuzynami. I zawsze staramy się ich nie zranić, nie rozczarować, nie sprawić im przykrości.

Czy rewolucje w krajach arabskich, które obserwujemy ostatnio, wpłyną twoim zdaniem na zmiany obyczajowości?

Popieram te zrywy, bo budzą nadzieje na zmiany, ale jednocześnie jestem ostrożna w sądach. Nie wiem jeszcze, jak to się przełoży na sprawy obyczajowe, a tym bardziej na przemiany społeczne i polityczne. Zależy, jakie ugrupowania przejmą władzę i czy będą popierały reformy demokratyzacji tych krajów. To wciąż duża niewiadoma i niepokój. Pytanie, które jest tytułem mojego filmu „Dokąd teraz?”, nadal więc pozostaje bez odpowiedzi.

Powiedziałaś, że nie czujesz się feministką. A jak reagujesz, gdy słyszysz o sobie: „libański Almodóvar w spódnicy”?

Och, to mi ogromnie pochlebia. Kocham jego filmy, ale one w znacznym stopniu opierają się na jego fantazjach i obsesjach, podczas gdy moje historie są wzięte z życia. Na pewno łączy nas to, że oboje opowiadamy o kobietach z wielką miłością i czułością, ale to niejedyny mój mistrz. Uwielbiam także kino Larsa von Triera, braci Coen, Woody’ego Allena oraz kurdyjskiego reżysera Bahmana Ghobadiego.

Czy po spektakularnych sukcesach obu twoich filmów nie kusi cię realizacja filmu poza Libanem? Może w Hollywood?

A wyobrażasz mnie tam sobie? Wyglądałabym jak papuga w klatce, zwłaszcza że nadal chcę robić filmy w języku arabskim, według scenariuszy, które sama napiszę. To jest mój świat, moja rzeczywistość, która z amerykańskim snem, poza kreskówkami Disneya zapamiętanymi z dzieciństwa, nie ma absolutnie nic wspólnego.

NADINE LABAKI libańska aktorka i reżyserka. Urodziła się w 1974 roku. Pierwszy teledysk nakręciła w 2001 roku. Do 2006 roku zrealizowała ich 18. Jej debiutanckim filmem pełnometrażowym był „Karmel”, który zachwycił krytyków i publiczność festiwalu filmowego w Cannes w 2007 roku. Z entuzjazmem w ubiegłym roku przyjęto jej kolejny obraz
„Dokąd teraz?”. Jako aktorka wzięła udział m.in. w: „Ramad”, „Seventh Dog” i „Karmelu”.