fbpx

Zamieszkajmy razem – recenzja

"Zamieszkajmy razem"
Aurora

„Zamieszkajmy razem” to dość zabawna komedia, której twórcom udaje się sięgnąć po na wskroś aktualne problemy współczesnej Europy, zamieszkanej przez starzejące się społeczeństwo.

"Zamieszkajmy razem"
Aurora/więcej w galerii

Reżyser Stéphane Robelin mierzy się ze stereotypami dotyczącymi postrzegania starszych ludzi, uwidaczniając ich potrzebę zachowania godności i samostanowienia, zarówno o kształcie późnych godzin życia jak i śmierci.

Lekki ton, w którym opowiedziana jest historia grupki starzejących się Francuzów w „Zamieszkajmy razem”, przypomina „Tulipany” Jacka Borcucha (2004). Starość w obu tych filmach to okres w życiu, w którym w reszcie można znaleźć odpowiednio dużo czasu dla przyjaciół i zapytać o istotę relacji z nimi. Przywołane obrazy udowadniają, że mylą się ci, którzy uważają, że ludzi w późnym wieku nie sięgają strzały Erosa.

To wokół miłosnych perypetii głównych bohaterów zorganizowana jest w dużej mierze fabuła „Zamieszkajmy razem”. W filmie Stéphane’a Robelina uwagę przykuwają kreacje, nadal pięknych, ikon kina – w roli Jeanne wstępuje Jane Fonda, w Annie wcieliła się Geraldine Chaplin. W polskim filmie nie można było oderwać oczu od Małgorzaty Braunek w roli Marianny.

Wydaje się więc, że starość to jeszcze jeden etap, który nie różni się znacznie od pozostałych w życiu Europejczyka klasy średniej – kobiety pozostają piękne, a wspólnie spęczony czas umila dobre wino. „Zamieszkajmy razem”, obraz skromny – aby nie powiedzieć prosty – pod względem zastosowanych filmowych środków wyrazu, nie omija jednak tematów trudnych. Bohaterowie za wyznacznik przyzwoitego poziomu życia nie tylko przywykli uznawać przyjemnie spędzony czas w gronie przyjaciół, ale także niezależność, będącą gwarantem zachowania godności. I nie zamierzają z tymi nawykami rozstawać na starość. Są aktywni w stawianiu czoła przeciwnościom losu, jakimi teraz okazuje się pogarszający ich stan zdrowia. Tak powstaje tytułowy pomysł ich wspólnego zamieszkania – małżeństw Jeanne i Alberta oraz Annie i Jeana wraz z ich odwiecznym przyjacielem Claude’em, aby byli w stanie zapewnić sobie nawzajem opiekę.

Wspólne mieszkania to nie tylko znalezienie najwygodniejszego sposobu na starość. W tej decyzji uwidacznia się etos samoorganizacji świadomej grupy społecznej, to forma sąsiedzkiej pomocy mieszkańców jednego z europejskich miast. Bohaterowie spokojnej starości szukają w swoim gronie – osób o podobnych problemach, których współczucie nie będzie udawane. Syn jednego z bohaterów chce umieścić go w domu spokojnej starości – i obawa takiego rozwiązania w pewnym stopniu decyduje o dystansie relacji ojca i syna, ale wydaje się, że można z tego przedstawienia wyciągnąć szersze wnioski o kryzysie relacji rodzinnych. Starsi ludzie są skrępowani swoim cierpieniem wobec dorosłych, ciągle młodych, skupionych na samorealizacji dzieci. Podobne zjawisko zostało przedstawione w „Miłości” Michaela Hanekego, w której córka jest do pewnego stopnia nieproszonym gościem w mieszkaniu umierającej matki. Potrzeba zachowania godności, którą może zapewnić kontakt z ludźmi dzielącymi podobne doświadczenia wydaje się być w obu tych filmach bardzo ważna.

„Zamieszkajmy razem” Stéphane’a Robelina, mimo diametralnie odmiennego tonu od „Miłości”, porusza jak film Hanekego. To w końcu jeden z najbardziej palących tematów współczesnej debaty publicznej – to, czy mamy prawo także wobec bliskich ludzi zrezygnować z przekraczania kolejnych granic cierpienia i zadecydować o śmierci. O tym, że Jeanne unika lekarza, który przedłużyłby jej życie, ale także cierpnie, wie jej mąż Albert. I solidarnie nie pozwala przekroczyć lekarzowi bramy wspólnego domu, trochę jakby krył żonę w utarczce z surowym belfrem. Bohaterom Stéphane’a Robelina udaje się zachować młodość właśnie w takich gestach sztubackiej niesubordynacji wobec racjonalnego systemu. Po to, by ich dobra zabawa stała się naszym udziałem, śmiało można wybrać się do kina.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze