Kiedy Werner Herzog kręci dokument, tak naprawdę robi fabułę. Kiedy bierze się za fabułę, możemy spodziewać się dokumentu. Na początku „Bucking Fastard" granica jest cieniutka. Reżyser relacjonuje proces bliźniaczek Chaplin, który w latach 80. znalazł się na pierwszych stronach brytyjskich gazet. Sióstr zespolonych do tego stopnia, że dobrowolnie zrezygnowały z własnej tożsamości. Tak samotnych, że gotowych zakochać się na śmierć i życie już od pierwszego wejrzenia. W ich jednogłosie niemiecki reżyser, jak w każdym swoim filmie, poszukuje poetyckiej prawdy – o kondycji ludzkiego losu i o potędze miłości. Lecz im bardziej się do niej zbliża, tym bliżej mu także do naiwnej baśni.
„Dla Davida Lyncha” – Herzog zaczyna swój najnowszy film dedykacją dla zmarłego kolegi po fachu. Który podobnie jak on upodobał sobie doczesne niesamowitości, dziwactwa których nie sposób logicznie wytłumaczyć, ekstrema ludzkiej psychiki, stany obsesyjne. Po „Zagadce Kaspara Hausera” przyszła pora na zagadkę sióstr Chaplin. Anomalię narzuca już czas, w którym rozgrywa się akcja filmu. Niby oglądamy historię, która wydarzyła się w latach 80., niby stylistyka, kostiumy bohaterek, czy chociażby zwyczaj słania listów, sugerują, że znajdujemy się w przeszłości. Oko płata nam figle, bo w rzeczywistości jest to świat social mediów i repostów, popularności internetowej. Filmowe siostry pozostają jednak w anachronicznej niewiedzy, ślepe na postęp, zaklęte w czasie.
Zamiast Grety i Fredy Chaplin mamy tutaj Jean i Joan Holbrooke (Kate i Rooney Mara). Herzog przemianował swoje bohaterki, ale ich osobliwa siostrzana relacja, bliźniaczy symbiotyzm, nie potrzebuje podrasowania. Mówią jednocześnie, pełnymi, zsynchronizowanymi zdaniami, ich głosy zespalają się w idealną harmonię. Przedstawiają się hybrydą swoich imion: Jeanie i Joanie. Ich włosy mają jednakową długość, ubranie jest identyczne, co do guzika, bez marginesu błędu. Zgadzają się tiki nerwowe, reakcje, uśmiechy. Długość i sprężystość kroku. Intensywność spojrzenia. Nawet błędy językowe – tytuł filmu wywodzi się od jednego z takich przejęzyczeń. Herbatę nalewają na cztery ręce, sprzątają trzymając odkurzacz w czterech dłoniach. Jeśli nie zmieszczą się razem w przejściu, nie przechodzą. Fizycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by były samodzielne, a jednak idą przez życie ramię w ramię. Są jedną osobą w dwóch ciałach.
Przy całej tej pożądanej i pielęgnowanej identyczności filmowe siostry zdają się jednak prowadzić cichy pojedynek na dominację. Zerkają kątem oka na reakcję swojej nieodłącznej towarzyszki, czasem szybko i gwałtownie wtrącą pół własnego zdania. Ale ta druga nie pozostaje w tyle. Wystarczy jeden oddech i już nadrabia straconą sekundę, zrównuje się ze swoją drugą połową w nieustannym, wycieńczającym pokazie sił. Toksyczna chemia działa dzięki imponującej ekranowej rywalizacji Kate i Rooney Mary. W rzeczywistości między aktorsko-siostrzanym duetem są dwa lata różnicy, jednak Amerykanki zdołały zespolić się na ekranie w nierozerwalną, skomplikowaną całość, jak gdyby przyszły na ten świat razem. Tworzą wybitny portret autodestrukcyjnej miłości.
Jean i Joan poznajemy w sytuacji, w której o ich pierwowzorach dowiedziała się opinia publiczna – podczas procesu sądowego. W ramach precedensu bliźniaczki zeznają jednocześnie, stojąc wspólnie na ławie oskarżonych. Sędzia unosi brwi ze zdziwienia, gdy melodyjnie relacjonują skandaliczną historię miłosną. Opowiadają o jednym spojrzeniu, które przerodziło się w pochłaniające uczucie, do grobowej deski. Wspólnym kochankiem bliźniaczek zostaje Gareth Mulroney – Orlando Bloom o manierze zapożyczonej z planu „Piratów z Karaibów” – miejscowy pijaczek, notoryczny kobieciarz, który wkrótce porzuca je dla innej, pojedynczej wybranki. Siostry nie uznają jednak zerwania więzi, która miała trwać wiecznie i wymierzają ukochanemu karę.
„Bucking Fastard" to nie jest dramat sądowy. Im bliżej poznajemy siostry, tym bardziej realizm zastępuje ich dziecięco naiwne postrzeganie. Wkraczamy w wymiar baśniowy, gdzie każde uczucie jest intensywne, każdy zawód oznacza apokalipsę. Gdzie czyny nie mają świadomych konsekwencji. W niewinności Jean i Joan czai się groza – wystarczy chwila nieuwagi, a zmieniają się w bliźniaczki z „Lśnienia”. Herzog nie roztrząsa powodów infantylnej współzależności, choć w tle pobrzmiewają echa przemocy domowej. Zamiast tego bada zamęt, jaki wprowadzają siostry, gdziekolwiek się pojawią. Zamiast doszukiwać się uszczerbków psychicznych, woli zachwycić się tym, co niesamowite. Do tej pory bliźniaczki integrowały się z otoczeniem, dopuszczając do swojego mikroświata wybrane osoby. Tworząc wyrwę w płocie, przerzucając drabinkę linową. Niemiecki reżyser nie zgadza się jednak na to, by żyły w izolacji, między tymi, którzy próbują je naprawić, a tymi, którzy chcą je wykorzystać. Nie chce, by rezygnowały z magicznej inności. Wyposaża siostry w dłuta, by mogły drążyć w skale, znaleźć miejsce, w którym nie będą przepraszać za to, kim są. Chciałabym podążyć za tą krzepiącą naiwnością, uwierzyć, że to miejsce faktycznie istnieje.
W filmach Herzoga nieodłącznym świadkiem, uczestnikiem, lustrem ludzkiego szaleństwa jest natura. Zapowiedzią historii, której doświadczamy w „Bucking Fastard" są zamknięte w klatkach papugi, a w dalszej części filmu do bohaterek, niczym do Małego Księcia, dołącza lis. W przeciwieństwie do powiastki filozoficznej Antoine’a de Saint-Exupéry’ego, zwierzę nie wypowiada ani słowa, ale jego obecność także jest dla sióstr lekcją – odpowiedzialności za wzajemną miłość, którą udało im się oswoić. A dla widzów przypomnieniem słynnej prawdy: „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.