fbpx

Szary smak wojny: Jonathan Littell, Zapiski z Homs

Littel, Zapiski z Homs
fot. materiały prasowe

Chciałabym jeszcze raz spotkać się z Jonathanem Littellem – pisarzem, a nie historykiem czy reporterem wojennym.
Littel, Zapiski z HomsWygląda jednak na to, że do takiego spotkania prędko nie dojdzie, choć autor „Łaskawych” nie jest już młodzieniaszkiem i zapewne nie zdecyduje się już na wiele dziennikarskich eskapad w sam środek piekła. A takim było Homs, trzecie co do wielkości miasto w Syrii, w którym na początku 2012 roku wybuchła rewolta przeciwko autorytarnym rządom prezydenta Baszara al-Asada. Została zresztą krwawo stłumiona – dosłownie kilka dni po tym, jak Littell, wydelegowany do Homs przez „Le Monde”, opuścił miasto.

Tego, co zaobserwował, było zbyt wiele, by zmieściło się w klasycznym reportażu przeznaczonym dla dziennika. Powstała więc książka pt. „Zapiski w Homs”, w dużej mierze zawierająca to, co Littell utrwalał na gorąco, czasem z godziny na godzinę. Dlatego obok opisu rozlicznych męczeńskich śmierci (zabici i torturowani zwolennicy rewolucji nazywani są tu szahidami, jak męczennicy religijni) czy epizodów, obrazujących tłumienie rewolty przez siły rządowe, znalazły się tu także rozliczne wzmianki o jedzeniu. Na ogół „przepysznym”. Chyba tylko kulinarne wstawki mają w tej relacji optymistyczny wymiar.

Nie ukrywam, że oprócz informacji o tym, co właściwie działo się w Syrii, chciałam w „Zapiskach” znaleźć charakterystyczny styl Littella. Doszukać się w jego opowieści czegoś, co różniłoby ją od innych przekazów, nie tylko na temat tego konkretnego konfliktu zbrojnego. I znalazłam taki choćby fragment: „Po niemal wszystkich ludziach, których wymieniłem tu z imienia, inicjału czy pseudonimu, jaki sobie wybrali, by wziąć udział w tej przygodzie, nie pozostanie bez wątpienia nic prócz owych notatek i wspomnień w umysłach tych, którzy ich znali i kochali”. Nie zaznaczam w cytacie, lecz zaakcentuję osobno – Littell napisał o „tej przygodzie”. Nie wiem, czy inny reporter zdecydowałby się na nazwanie antyrządowej rewolty przygodą. Czy aż tak ironicznie potrafiłby określić cel swojej wyprawy i jej plon. Za mocno? Nie. Bohaterowie tej książki wręcz garną się do tego, by opowiedzieć dziennikarzowi swoją historię, bo chcą, żeby świat usłyszał o ich sprawie. Pragną swoją tragedię upowszechniać na wszelkie możliwe sposoby, korzystając także z nowoczesnych technologii. Nieomal tak często jak wzmianki o jedzeniu, w „Zapiskach” pojawia się obraz bojowników zgromadzonych przy laptopach, „siedzących” na Facebooku, twitterze czy youtube, gdzie przesyłają nielegalne filmy, na których udokumentowano zbrodnie. Można by o tym właśnie pomyśleć z ironią, gdyby nie fakt, że ich starania – tak jak i doniesienia dziennikarzy z całego świata, także tych, którzy za swoją „przygodę” zapłacili życiem – nic nie dały.

W gorących „Zapiskach” nie ma miejsca na pogłębioną refleksję. Kiedy notuje się pod ostrzałem snajperów, kiedy giną ci, z którymi wczoraj się rozmawiało – byłaby ona zapewne nie na miejscu. To kwestia i obranej formy przekazu, i przyzwoitości. Ale po lekturze nowej książki Littella przypominają się wyważone wnioski Susan Sontag, zebrane w tomie „O fotografii”, powstałym w czasach, kiedy najdoskonalsza sieć komunikacyjna obejmująca glob dopiero raczkowała. Zbrodnia utrwalona na zdjęciu i dzięki niemu rozpowszechniona, twierdziła ze smutkiem Sontag, powszednieje. Zbrodnia zarejestrowana ukrytą kamerą i pokazana światu już kilka minut później, spowszedniała znacznie bardziej. Czy naprawdę, jak chciałby uwierzyć Littell, obejrzenie w internecie makabrycznego dokumentu albo przeczytanie „Zapisków z Homs”, przyprawi jeszcze kogokolwiek o bezsenność? Oby tak było. Nikt nie ocali już szahidów z Syrii, ale każdy, kogo wojna bezpośrednio nie dotknęła, może jeszcze ocalić najlepszą stronę człowieczeństwa.

Jonathan Littell, Zapiski z Homs, przełożyła Małgorzata Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze