Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Kołysanki dla wisielca ciąg dalszy

Islandia
123rf.com

Jest lato 2002. Lato tylko z nazwy, bo tam, daleko, pory roku są sprawą umowną. W poniedziałek zima. We wtorek wiosna. W środę jesień. W czwartek lato. W piątek znowu zima.
Zakładam, że to był czwartek, czyli lato pogodowe i lato ustawowe. Biała łada niwa zaczyna czuć pod kołami wertepy. Asfalt dawno się skończył. Dziwny to był asfalt. Smoła zmieszana z muszelkami i pokruszonym szkłem. Ale tam takie coś się sprawdza. Sprawdza się też rosyjski samochód. Sprawnie pokonuje wzniesienia, dziury.

W kabinie kierowca i jego najstarszy syn. Wybrali się na karkołomną wycieczkę pod jęzor Długiego Lodowca. To, co jest oznaczone na mapie jako droga okresowa, jest puste. Świeci słońce, lecz czuje się w kościach przerażające zimno magnetyzujących hektarów lodu. Żywej duszy nie uświadczysz. No, może tylko elfy i chowańce kryją się za kamieniami. Ojciec i syn nie przeszkadzają. W tamtej szerokości geograficznej chowańce i elfy pojawiają się wyłącznie w przypadku naruszenia spokoju.

Łada podjeżdża pod lodowiec ze wschodniej strony. Z oddali jego powierzchnia przypomina idealną biało-modrą płaszczyznę. Gdy podjedzie się bliżej – kiedy się dotknie, postawi nogę – widać coś innego. Struktura jest popękana, a lód zmieszany z czarnym żużlem. Wyjmują z bagażnika raki. Mały spacer po lodowcu. Nie mają ograniczeń czasowych i nie boją się, że w pewnym momencie zaskoczy ich noc. Nocy w tym czasie nie ma. To znaczy jest, ale jest jasna jak dzień. Rekompensata za zimę podczas której dnia nie uświadczysz.

Po kilku godzinach schodzą z lodowca. Wypijają po kubku gorącej kawy. Termos się przydał. Teraz są rozgrzani i mogą wracać. Niwa rusza. W pewnym momencie zauważają na horyzoncie dwa czerwone punkciki. Zupełnie nie pasują do krajobrazu, który jest kamienisty i szary. Więcej, te punkciki zaczynają się poruszać, podskakiwać i wydawać dźwięki. Czy zdenerwowali elfy i chowańce? Nie ma innej drogi powrotnej. Trzeba się zmierzyć z losem. Do przodu, tylko do przodu. I jeśli trzeba będzie, to się poirytowane elfy przeprosi. Czerwone punkciki rosną. Stają się wyraźniejsze, a ich głosy rozpoznawalne. Help, help, help. Więc już wiadomo, że to ludzie… Jakim sposobem znaleźli się w tym miejscu? Kto zrobił im taki numer? Przecież, przy dobrym szczęściu, przejedzie tędy jakiś jeep może raz w tygodniu? Widocznie doświadczyli takiego szczęścia…

Opisane wyżej zdarzenie zostało przeze mnie wykorzystane w noweli pod tytułem „Kołysanka dla wisielca”. Książkę wydano w roku 2007. Znak przygotowuje jej wznowienie. Elfami byli Czesi – zostali naszymi przyjaciółmi.

Bratysława. Początek marca 2013 roku. Jestem na promocji słowackiego wydania noweli „Uspavanka pre obesenca”, w świetnym tłumaczeniu Julii Sherwood. Fragmenty tekstu czyta znakomity Robert Roth (proszę się nie sugerować nazwiskami, rzecz dzieje się na Słowacji). Po spotkaniu pakuję książkę w kopertę i wysyłam do Czech. Niech sobie Elfy przeczytają. Wszak czeski i słowacki to bardzo bliskie języki. Przeczytali. Kilka dni temu dostałem maila. W mailu m.in. było napisane: „Wzruszyliśmy się lekturą. Mój Boże, to już 11 lat…Pozwolisz, że poskładam tę scenę do końca. Wcześniej jakoś nie było okazji”. I w tym momencie leci zapis z pamiętnika. „Jest godzina 18. Beznadziejna sprawa. Chyba przyjdzie nam tu pozostać na zawsze. Godzina 18.15. Pojawia się łysy, islandzki farmer ze swoim synem. Jesteśmy uratowani. Siedzimy w jego ładzie. Farmer okazuje się być Polakiem! Koniec i początek świata! Więc te cukierki, które wsadzałam pod kamienie, aby uprosić elfy o pomoc, pomogły!”

Jaka szkoda, że nie wiedziałem o tym wcześniej. Dopisałbym.