Dorota Miśkiewicz: Zawsze mam jakieś „ale”…

Sony Music, Fot. Kama Czudowska

Zdarzało się wam razem muzykować?

Tylko w święta, za namową mamy. Raz, pamiętam, gdy byłam w liceum, wyciągnęliśmy z piwnicy wzmacniacz gitarowy, do tego podpięliśmy mikrofon, ja śpiewałam, mój brat grał na kanapie, która mu służyła za perkusję, a tata na pianinie. To było przeżycie! Wcześniej, w podstawówce, komponowałam i śpiewałam tylko w zamkniętym pokoju, gdy nikogo nie było w domu. I długo myślałam, że tworzyć należy w zamknięciu, a potem dzielić się tym, co powstało. Tata tak robił – wchodził i mówił: „Zobaczcie, co wymyśliłem”. Siadał do pianina i grał. A cała rodzina słuchała i chwaliła.

Prezentowałaś domownikom swoje kompozycje?

Do czasu. Obraziłam się, gdy pokazałam tacie, co wymyśliłam i nie usłyszałam: „Ale super!”, tylko: „Trochę za smutno”. Zaczęłam dzielić się swoimi kompozycjami z kolegą z klasy. On słuchał i mówił: „Dobre, dobre, smutne, ale dobre”. To mi bardziej odpowiadało. A po latach „odobraziłam się” i pokazuję tacie to, co tworzę.

Popatrz wstecz, zmieniłaś się bardzo jako artystka?

Analizując moje kolejne płyty, słyszę, że balansują na granicy jazzu i popu, coraz bardziej wymykając się klasyfikacjom. Myślę też, że są coraz bardziej pogodne. Jako dziecko wymyślałam sobie utwory na pianinie, bez słów. Długo pisałam smutno. Kilka wesołych piosenek, które popełniłam, uważałam za banalne. Niedawno zrozumiałam, że są po prostu optymistyczne. Zaczęłam w końcu dążyć w muzyce do radości. Pomógł mi w tym Marek (przyp. red. – Marek Napiórkowski, mąż Doroty), dla którego muzyka zawsze była źródłem radości i powstawała pomiędzy ludźmi. Pokazał mi, że nie muszę tworzyć w zamkniętym pokoju, że możemy wymyślać ją razem – siedząc na kanapie, patrząc się na siebie i reagując. Cała ostatnia płyta tak powstała. W czasie trzech wypadów do domu pracy twórczej ZAiKS-u – dwóch do Konstancina i jednego do Radziejowic.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »