fbpx

Edward Norton: Jeszcze mi się chce

"Kochankowie z księżyca"
mat. prasowe

Introwertyczny, skrupulatny, trudny, potrafi przerwać spotkanie. Edward Norton przychodzi, siada naprzeciwko, włącza tryb nagrywania w telefonie. „Ma pan świadomość, że rozmowa zostanie opublikowana w języku polskim?” – pytam. „Droga pani, proszę dać mi pół roku”. Mija jednak 10 minut i wyłącza dyktafon. Mówi z rozwagą.
Jestem świeżo po pokazie „Kochanków z Księżyca, Moonrise Kingdom” Wesa Andersona [polska premiera 23 listopada – przyp. red.], w którym wcielił się pan w postać harcmistrza Warda. Pierwsza refleksja – dobrze wygląda pan w szortach…

Prawda? A nie każdemu się udaje, nie każdemu uchodzi. Swoją drogą trafił mi się nadspodziewanie dobry fason. Idealnie leżał, choć trochę pił w pasie. Tak czy owak grałem harcmistrza, musiałem odpowiednio wyglądać.

Powstał film precyzyjny niczym symfonia. To zaskakujące, bo opowieść traktuje o dzieciństwie – niby to czas beztroski, spontaniczny i niewinny, a konstrukcja wydaje się misternie i rzetelnie utkana z wielu elementów, jest logiczne następstwo zdarzeń, wszystko uporządkowane tak po…

…dorosłemu? Też mi się podobało, że nad dziećmi – głównymi bohaterami tego filmu – wiszą jakiś smutek, nostalgia, świadomość, że ten najpiękniejszy okres w życiu kiedyś się skończy. I że nie można tego zmienić. Ani nacieszyć się na zapas młodością. Dzieciaki patrzą na dorosłych, nie chcą być tacy jak oni, ale przecież nigdy nie ma pewności, co przyniesie życie. Dlatego dzieci mają plan. I to się przełożyło trochę na konstrukcję filmu. Podoba mi się to porównanie, że film jest jak utwór muzyczny, Wes pracuje niczym kompozytor, wszystko jest dopracowane, wręcz matematyczne. W naszej branży technologia ulega ciągłej transformacji. I wyzwala nowe pomysły, ciągłe poszukiwania. Zaintrygowało mnie, że Wes postanowił zrobić woltę ku przeszłości, nakręcił film kamerą Super 16. Na szczęście nie idealizuje okresu dzieciństwa. Pokazuje ten czas w pewnej konwencji, ale nie ściemnia, że to chwile pełne wyłącznie radości i pląsania po łące.

Powracając do pani pytania – powstał film o pewnej strukturze, co jest zasługą reżysera oraz czasu, którym dysponowaliśmy na jego realizację. Najbliższy jest mi rodzaj pracy obowiązujący w teatrze, wyrosłem w tej tradycji, jestem przyzwyczajony do pewnych metod. Praca nad „Kochankami z Księżyca…” przypominała pracę nad spektaklem. Tylko tempo było szybsze. Pomyślałem w tej chwili o planie zdjęciowym filmu „25. godzina” Spike’a Lee. To dopiero były błyskawiczne zdjęcia. Mieliśmy bardzo mało czasu, ale Spike jest na tyle precyzyjnym reżyserem, że nie było tego czuć na ekranie. Reżyserzy, którzy są określeni zawodowo, czyli wiedzą, czego chcą, i mają wypracowany swój język filmowy, najczęściej rygorystycznie podchodzą do etapu preprodukcji. Ważne są próby z aktorami, przebiegi między postaciami, research, dokumentacja – to wszystko musi pracować na zachowanie stylu, na to, by ci reżyserzy mogli opowiadać historie, które będą rozpoznawane jako ich kino. Kiedy już stają na planie, wiedzą, gdzie ustawić kamerę, wiedzą też, po co ją tam postawić – krótko mówiąc, mają założenia, które skrupulatnie i sprawnie realizują. Dlatego udaje im się robić filmy szybciej. Dla porównania mogę powiedzieć, że okres zdjęciowy „Kochanków z Księżyca…” to jedna czwarta tego, czym zwykle może się cieszyć reżyser realizujący hollywoodzkie kino. Ale praca z Wesem jest wspaniała. Wszystko jest spójne – próby, dyskusje, zdjęcia próbne, próby stolikowe. Gdy zdarza nam się pracować nad konkretnymi scenami jeszcze przed ich nakręceniem, zawsze mamy do dyspozycji lokacje, kostiumy i rekwizyty.

Jak pracowało się z dziećmi?

Świetnie. To była świeża krew. Akurat dzieciaki, z którymi spotkałem się na planie, nie udawały mądralińskich, a zdarzało mi się pracować z małymi gwiazdami, które grają doświadczonych zawodowców, co mnie irytuje. Na szczęście te tutaj nie imitowały zachowań dorosłych. Pozostały sobą, co świetnie wpływało na atmosferę, a jednocześnie wykonywały wszystkie polecenia, były bardzo profesjonalne.

Może działała na nie powaga munduru? Zagrał pan harcmistrza, to najwyższy harcerski stopień, stanowisko, które musi generować odpowiednie zachowania.

Myślę, że słuchały tego, co mam do powiedzenia, pomimo munduru.

Jak się pan czuł w tak określonym, formalnym kostiumie?

To nie był dla mnie najszczęśliwszy wybór, wiadomo, kostium nie może dominować nad postacią, a ten, tak jak pani mówi, jest silnie określony, łatwo tu popaść w jakąś karykaturę. Ważne było, że to grany przeze mnie harcmistrz Ward uwielbia mundur. Od tego rozpocząłem przygotowania do pracy nad postacią. On w mundurze czuje się świetnie, bo jest człowiekiem, który lubi stać na czele jakiejś społeczności, lubi hierarchię, której może przewodniczyć. Mundur to pozycja, on lubi atrybuty, pewne symbole, które określają go w ramach danego porządku. Wierzy w system, w ten mały harcerski świat, który stworzył. To dla niego niemal religia. Musiałem to pokochać tak samo jak on.

Musiałem? Czyli obce są panu takie… systemy? Nie należał pan do skautów w dzieciństwie?

Wręcz przeciwnie. Choć mój ogólniak to było miejsce, gdzie też panował pewien system, to atrybuty były zupełnie inne – kokaina, policja, która przyjeżdżała na sygnale, wypasione auta, odjeżdżanie z piskiem opon spod szkoły. Żadnych skautów.

Anderson mówi, że dla niego ten film jest wspomnieniem dzieciństwa, którego nigdy nie miał. Czuje pan podobnie?

Wes wspaniale to ujął. Chodzi o dzieciństwo, które byłoby przygodą, podróżą. Niestety, prawda jest taka, że większość z nas w dzieciństwie nie była na tyle odważna, by podążyć za swoim marzeniem, by po prostu chwycić za rękę dziewczynę marzeń i uciec, biec z nią przed siebie byle dalej. I nie chodzi tylko o chłopców. Większość dziewczyn, które wtedy znałem, nie podjęłaby wyzwania.

Wes Anderson nałożył na lata 60., w których dzieje się akcja filmu, ciekawy filtr. Ukazał je jako dość niewinny wyimek z historii USA. Rzeczywistość była jednak trochę inna.

Nie wiem… według mnie wczesne lata 60. – a ten okres pokazujemy – są jak późne lata 70. w USA albo jak późne lata 50., ale jeszcze przed Wietnamem, więc nie tak złe. Poza tym nasz film nie jest oddaniem rzeczywistości jeden do jednego. Nie jest też psychologicznym studium życia bohaterów. Jak to zwykle bywa w przypadku filmów Wesa, one wydają się trochę poza czasem. Jest tu oczywiście dużo symboli z lat 60., chyba najwięcej właśnie z tego okresu, niemniej jednak te elementy nie determinują całej historii.

Ostatnio grał pan rzadziej. W 2011 roku nie wziął pan udziału w żadnym projekcie. Urlop?

Nigdy nie robię planów, nigdy też się z nikim nie ścigam. Nie mam ambicji, że na przykład muszę zagrać w określonej liczbie filmów w ciągu roku. Nie stawiałem sobie tego typu wyzwań, choć rzeczywiście były lata, kiedy grałem bardzo dużo. Ale tylko dlatego, że dostawałem tak świetne propozycje. Nie zastanawiałem się, były tak dobre, że akceptowałem je od razu, dopiero potem sprawdzałem grafik. Tak już mam, jeśli coś mi przypadnie do gustu, angażuję się natychmiast całym sercem.

Co robił pan przez ten rok, kiedy nie grywał w filmach?

Pracowałem nad serialem realizowanym dla HBO. To projekt, który powstaje pod egidą mojej firmy producenckiej oraz firmy Brada Pitta.

Czyli jest szansa, że doczekamy się ekranizacji książki „Undaunted Courage”?

Miejmy nadzieję. Pracowałem nad adaptacją książki Stephena Ambrose’a, ale nie zamierzam grać, plany są takie, żebym współprodukował serial i wyreżyserował co najmniej jeden z dziesięciu odcinków, które mają powstać. Historia opowiada o słynnej ekspedycji dwóch amerykańskich podróżników i odkrywców, Meriwethera Lewisa i Williama Clarka. Ta produkcja skupia moją uwagę od dwóch lat, dodatkowo zaangażowałem się w budowę teatru w Nowym Jorku.

Współtworzy pan zespół teatralny Signature Theatre Company, który działa niemal od 20 lat. Czy to oznacza, że wybudowaliście w końcu dla siebie siedzibę?

Tak. I mówię to z dumą, bo to pierwsza tak duża nowa placówka teatralna. Od 50 lat, czyli od czasu powstania Lincoln Center, nie wybudowano w Nowym Jorku niczego tak wielkiego. Mieści się na 42. ulicy. Kompleks składa się z trzech teatrów, całość zaprojektował Frank Gehry, otwieramy w styczniu.

Dlaczego właśnie teraz zdecydowaliście się na budowę?

Zespół się rozrastał, nasze plany ewoluowały. Potrzebowaliśmy przestrzeni dla naszej działalności. Czuliśmy, że chcemy gdzieś osiąść na stałe, a jednocześnie rozszerzać działalność. Miasto mocno się zaangażowało, współuczestniczy w pracach renowacyjnych całej 42. ulicy. Film Wesa był więc też odskocznią od teatralnych obowiązków. Był swoistą nagrodą. Ale tak naprawdę w tym zawodzie najciekawsza jest różnorodność. To ona sprawia, że jeszcze mi się chce. Gdybym miał poczucie, że cały czas ćwiczę ten sam mięsień, byłoby to nudne, czy może raczej niewarte wysiłku.

Niedawno oglądaliśmy pana w „Dziedzictwie Bourne’a”.

Przyjąłem tę propozycję ze względu na osobę reżysera. Tony Gilroy wyreżyserował „Michaela Claytona” w 2007 roku, film, który uwielbiam do dziś. Cenię go za prostotę rozwiązań, a jednocześnie za wieloznaczność postaw bohaterów, których portretuje. Praca z Tonym różni się od pracy z Wesem, ale dla mnie ważne jest to, że Tony potrafi wracać wielokrotnie do interesujących go motywów – reinterpretuje je, przedstawia w nowych kontekstach. Tony ma ostry sposób komentowania rzeczywistości. Podoba mi się, jak ukazuje coraz bardziej wiodącą rolę korporacji w naszym życiu, łącznie z życiem rządów poszczególnych państw. Rozwijał i pogłębiał to w kilku filmach. Z zainteresowaniem przyglądam się stawianym przez niego pytaniom.

Przyjmując propozycję zagrania u Wesa Andersona, kierował się pan jego dorobkiem, scenariuszem „Kochanków z Księżyca…”, a może swoją rolą?

Wszystko było ważne. Uwielbiam jego filmy. Byłem szczęśliwy, gdy zaproponował mi rolę, która zresztą od razu mnie zaciekawiła. Polubiłem Warda. Rozśmieszył mnie, uważam, że to fajna postać. Sprawia, że chce ci się śmiać, ale nie śmiejesz się z niego, bardziej do niego.

Humor u Andersona jest specyficzny, jest na tyle śmiesznie – albo w dialogu, albo w sytuacji – że to już wystarcza, nie można grać komediowo.

Zgadzam się. Wiele osób uważa, że filmy Wesa to komedie, więc należy puszczać oko do widza czy grać wręcz slapstickowo. Jestem innego zdania. Trik polega na tym, że postaci w jego filmach są niezwykle poważne i uczciwe względem tego, co robią. Dopiero rozdźwięk między ich podejściem a samą czynnością oraz okolicznościami generuje uśmiech widza. Humor rodzi się z powagi. Musisz grać prostymi środkami. Dlatego dla mnie jego filmy to nie są komedie czy improwizowane komedie, bo z takim terminem spotkałem się ostatnio. To nie jest kino gatunkowe. U Wesa jest inna presja, bardziej przypomina to pracę nad dramatem.

Jak wyglądają jego scenariusze?

Są bardzo dobre, precyzyjne, wszystko jest w nich określone, domknięte. To lektura, która dla aktora staje się relaksem. Wiesz, że masz w ręku materiał, nad którym chętnie się pochylisz. Wes ma bardzo dobrą energię, sprzyjającą pracy zespołowej. Jest ciepłym facetem, otwartym na uwagi, umie zachęcić do wykazania się inicjatywą, z drugiej strony wie, czego chce, nie jest pogubiony. Jest elokwentny, komunikatywny i dokładny w egzekwowaniu swoich idei i pomysłów.

Harcmistrz Ward pali papierosy. Dziennikarze często pytają pana, dlaczego zgodził się pan przyjąć tę rolę, skoro jest przeciwny paleniu. Odpowiada pan wymijająco.

To pytanie pada nazbyt często. Tak to jest, gdy pojawia się jakaś informacja w Internecie i potem wszyscy ją cytują.

Wywiady są też po to, by dementować plotki.

Informacje, które pojawiają się na różnych stronach filmowych, nawet tych powszechnie uznanych za wiarygodne, najczęściej są błędne. Pomijam różnego rodzaju przekłamania, po prostu większość z nich jest nieprawdziwa. Internet wprowadza czytelników w błąd, trudno cokolwiek na to poradzić. Już wcześniej widywano mnie z papierosem i nie wzbudzało to takiego zainteresowania. Coś jest w tym filmie, coś ludzi drażni w „Kochankach z Księżyca…” albo w granej przeze mnie postaci, że ten papieros stał się motywem wiodącym wielu rozmów. Też się nad tym zastanawiałem, może jest tak, że widzowie wyobrażają sobie postać, która pracuje i ma być wzorem dla dzieci, jako niepalącą? Taki wizerunek jest szczególnie popularny teraz, gdy prześcigamy się w walce o zdrowie, w boju o młody wygląd. My jednak opowiadamy o latach 60. Papierosy były wówczas elementem życia, sposobu bycia. Proszę popatrzeć chociażby na serial „Mad Men”, on to ukazuje w sposób bardzo realny.

Seriale stają się dziś poważną konkurencją dla kina?

Tak. Często powstają też sprawniej niż filmy kinowe. Gdy już rozpocznie się realizacja, jakaś siła pcha projekt do przodu. Ale nie ma reguły, przeciwności pojawiają się na każdym kroku, na każdym etapie. W tej branży w ogóle trzeba cały czas szukać nowych motywacji, wyzwań, rozwiązań. Inaczej nie ma sensu. W pewnym momencie zdajesz sobie sprawę… nie, bardziej przyzwyczajasz się do tego, że zrobienie filmu czy serialu zajmuje dużo więcej czasu, niż zakładałeś na początku. I to jest dobre. Musisz pogodzić się z faktem, że twój film lub film, w którym grasz, trafia do kin nie po roku od pierwszego dnia zdjęciowego, ale po trzech latach. Jeśli uda ci się przezwyciężyć różnego rodzaju frustracje, jesteś w stanie osiągnąć względny spokój. Ta praca przynosi wiele satysfakcji i radości, nie chodzi o nagrody, sama w sobie jest wyróżnieniem. Z czasem granice się zacierają, chcesz czuć mocniej, chcesz szybciej, lepiej, wyżej, więcej. Jeśli uda ci się przewartościować swoje nastawienie i oczekiwania, możesz poczuć się wręcz komfortowo.

Ma pan bogaty dorobek, obok aktorstwa filmowego i teatralnego zajmuje się pan również reżyserią, także dokumentalną, produkcją, montażem, a nawet muzyką. Po latach pracy któreś z doświadczeń, czy może raczej któreś ze spotkań, okazało się szczególnie ważne?

Wie pani, to chyba kwestia szczęścia. Miałem szansę współpracować z filmowcami, na których kinie wyrosłem. – To byli Miloš Forman, Woody Allen, Spike Lee. To za sprawą między innymi ich filmów zrodziła się we mnie potrzeba kina, bo potrzeba obcowania z teatrem była obecna od najmłodszych lat. Istotne było również spotkanie z ludźmi bliższymi mojemu pokoleniu – z Wesem Andersonem, Davidem Fincherem, Johnem Curranem. Każdego, z którym dane mi było pracować, wyróżniają osobowość, niepowtarzalny talent, wspaniałe cechy, charyzma, wizja, często też pokora. Wszystko miało znaczenie, wszystkie doświadczenia. Kiedy pracujesz tak długo jak ja w jednej branży, uczysz się rozpoznawać, kto w czym jest dobry, jaka jest jego największa zaleta. I korzystasz z tego, uzupełniasz siebie, czerpiesz, budujesz, tworzysz swoje emploi. Ja nie dość, że uczyłem się przy każdym filmie, to uczyłem się od najlepszych.

Edward Norton amerykański aktor, reżyser i producent filmowy. Debiutował w filmie „Lęk pierwotny” u boku Richarda Gere’a – otrzymał wówczas nominację do Oscara, po raz drugi dwa lata później za rolę w „Więźniu nienawiści”. Znany z takich filmów jak „Skandalista Larry Flynt”, „Wszyscy mówią: kocham cię”, „Podziemny krąg”, „Iluzjonista”.