Joanna Kołaczkowska: Rzeźbienie w szarym mydle

Fot. Łukasz Gawroński

Dziadkowie mieszkali 20 kilometrów od Lubina, we wsi Dziesław, spędzałam tam każde wakacje. Szalałam z końmi, krowami, do tego stopnia, że dziadek uwierzył, że zostanę na gospodarstwie. Byłam pierwsza do sianokosów, zajmowałam się podbieraniem jajek, karmieniem zwierząt. Ten zapał trwał całkiem długo, całą podstawówkę, trafiłam nawet do technikum ogrodniczego z taką myślą, że potem pójdę może na studia rolnicze. Tylko że ja w technikum, którego nie wspominam z entuzjazmem, byłam już myślami gdzie indziej. Nie powiem gdzie, bo to nie było konkretne miejsce.

Efekt komiczny

Pamiętam bardzo dobrze moment, w którym odkryłam, jakie to proste. Cyk! I już się ludzie śmieją. Mama siedziała na widowni, a ja z zaplecionymi warkoczami, w stroju ludowym występowałam z zespołem.

Realizowałam się w tańcu ludowym, a najbardziej lubiłam w nim takie elementy, do których można było podejść indywidualnie, wykonać pewien ruch po swojemu. Podnosiłyśmy na przykład spódnice i pokazywałyśmy długie galoty i ja robiłam to tak, że ludzie się śmiali. Głośno, ich śmiech wybijał się ponad muzykę.

Uczęszczałam na taniec do miejskiego domu kultury. Zresztą co chwila zapisywałam się na jakieś kółka, dosłownie na wszystko, na co było można. Podziwiam siebie, że chciało mi się chodzić tymi małymi nóżkami przez całe miasto. Biegałam codziennie na inne zajęcia. W poniedziałek rzeźbienie w szarym mydle od 16.00 do 17.00, we wtorek na taniec, a po tańcu na plastykę. Prawdopodobnie tak napięty grafik wprowadzał w moim życiu pewien porządek, którego szkoła nie była w stanie wprowadzić.

Ten sam wewnętrzny zew, który poczułam podczas występów z zespołem, wrócił, kiedy byłam w studium nauczycielskim w Legnicy. Organizowaliśmy ze znajomymi różne akcje, jakieś śpiewanie z playbacku, przebierałam się na przykład za pana Zbyszka Wodeckiego i śpiewałam „Chałupy Welcome To”. Z perspektywy czasu widzę, jakie to było prościutkie, ale efekt komiczny był, a na tym mi zależało.

Do tego to ty się nie nadajesz

Do studium poszłam, bo myślałam, że będę nauczycielką. Miałam praktyki w podstawówce w Lubinie i, niestety, przychodziłam do domu wykończona psychicznie, za bardzo się wszystkim przejmowałam. Po nocach śniły mi się dzieci z głowami zwierząt. Że się do mnie zbliżają, że mnie atakują, majaczyłam przez sen. Skończyłam szkołę z dobrymi wynikami, miałam odpowiednie papiery, ale wiedziałam, że to nie dla mnie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »