fbpx

12 prac Arianny

W wieku 55 lat założyła bloga, który zapoczątkował rewolucję na rynku tradycyjnych mediów. Dziś twórczyni internetowej gazety „The Huffington Post” Arianna Huffington jest jedną z najbardziej wpływowych kobiet w Ameryce – właśnie wyruszyła na podbój Europy.
Jej ulubiony grecki bóg to Hermes. Mityczny boski posłaniec, łącznik Olimpu z ludźmi. Własnej siostrze Arianna Huffington bardziej przypomina Atenę, boginię mądrości i wojny, bez reszty oddaną sprawie. Ale to, czego dokonała Greczynka, kojarzy się z wyczynami herosów. Gdy papierowe gazety walczą o przetrwanie, a kolejne serwisy internetowe wprowadzają opłaty – ona daje nadzieję na przyszłość dziennikarstwa. Jej „The Huffington Post” nie tylko nie przeżywa kryzysu, nie tylko pozostaje darmowy, ale zarabia miliony i gromadzi więcej czytelników niż gigant „The New York Times”. Brzmi nieprawdopodobnie? No cóż: gdyby Herakles była kobietą – i gdyby urodziła się we współczesnych Atenach – jej droga mogłaby wyglądać właśnie tak…

Praca pierwsza. Lot w górę

„Najwyżej wznoszący się Grek od czasów Ikara” – napisał o niej później „The Guardian”. A pierwszym na liście zadań, jakie postawiła przed sobą Arianna (wówczas Stassinopoulos), był właśnie wylot z Grecji. Bo w przeciwieństwie do mitycznego Heraklesa, któremu prace zlecał zły król, Arianna karkołomne zadania stawiała przed sobą sama. Gdy jako nastolatka zobaczyła w gazecie zdjęcie brytyjskiego Uniwersytetu Cambridge, powiedziała matce: „jadę”. Matka pochodziła z Rosji, skąd uciekła w czasie rewolucji. Ojciec podczas drugiej wojny światowej wydawał podziemną gazetę. Gdy hitlerowcy go nakryli, trafił do obozu koncentracyjnego. Huffington nie pochodziła więc z rodziny, w której odważny pomysł zostałby przyjęty z rezerwą. Rodzice zgodzili się na Cambridge. Na egzamin pojechała z mamą. I tak w wieku lat 19 wyprowadziła się z Grecji na stałe. Lot w górę tu dopiero się zaczął. Na najlepszych uniwersytetach świata pozycję studentów wyznacza przynależność do uczelnianych klubów – a Ariannę zafascynował prestiżowy Cambridge Union.

Wspomina: „Stał się dla mnie jak katedra. Chodziłam na każdą debatę. Musiałam chyba tam siedzieć z ustami otwartymi z wrażenia”. Wkrótce potem została przewodniczącą tego klubu i z tej okazji zaproszono ją do BBC w towarzystwie Bernarda Levina. „Mnie – jako ciekawostkę: kobietę z obcym akcentem wybraną na szefa Cambridge Union. Jego – jako sławnego felietonistę »Timesa«, intelektualistę o encyklopedycznej wiedzy muzycznej. Ja miałam lat 21, on – 42. On nie wiedział o mnie nic. Ja […] wycinałam z gazety jego felietony, podkreślałam i wklejałam do teczki. Nie, nie dokładałam do nich zasuszonych kwiatów, ale równie dobrze mogłabym to robić. […] Pod koniec nagrania zaprosił mnie na kolację za tydzień. Wszystko, co pamiętam: to, że cały ten tydzień spędziłam na przygotowaniach, odświeżając sobie aktualne wiadomości z Irlandii Północnej, ostatnie doniesienia ze Związku Radzieckiego i ostatnie nagrania Wagnera” – wspominała potem Greczynka. To musiało skończyć się romansem. Arianna związała się z Levinem – i od razu dostała przepustkę na najlepsze londyńskie salony. Jeździli po francuskich restauracjach i festiwalach muzycznych całego świata. Do dziś Huffington wspomina Bernarda Levina jako miłość swojego życia. Czy w tym momencie mogło nastąpić szczęśliwe zakończenie? Pewnie tak. Gdyby nie to, że przed Arianną stało jeszcze 11 zadań.

Praca druga. Skok za ocean

Jest rok 1980 i panna Stassinopoulos wraz z mamą lądują w Nowym Jorku. Arianna ma zacząć nowe życie i leczyć rany po rozstaniu z Levinem, który nie był zainteresowany ślubem. Mama ma doprowadzić córkę do szczęśliwego zamążpójścia; kto oglądał „Moje wielkie greckie wesele”, ten zrozumie. Sama Huffington żartowała później, że jej mama przypomina matkę z tego filmu. Na razie Arianna realizuje się w dziennikarstwie: pisze teksty do prestiżowego „National Review” i wydaje książki, między innymi o Marii Callas i Pablu Picassie. Obie stają się bestsellerami. Greczynka obraca się w wyższych sferach i poznaje teksańskiego magnata naftowego Michaela Huffingtona. Upragniony ślub biorą w 1986 roku. Na „wielkim greckim weselu” bawi się cała śmietanka Wschodniego Wybrzeża USA, a mama Arianny, trzymając w ustach cygaro, wyznaje reporterom ze szczerością: „Wydałam ją za mąż. Mogę wracać do Grecji”. Zaś młoda pani Huffington wraz ze ślubnym welonem bierze na siebie nowe zadanie. Wejście do polityki.

Praca trzecia. Gra na męża

Teksas jest tym dla USA, czym Lubelszczyzna dla Polski. To matecznik partii konserwatywnej, a interesy nafciarzy wyznaczają linię polityki republikanów wobec Bliskiego Wschodu. Arianna wchodząc w środowisko męża, stała się tubą prawicy. W 1994 roku Michael Huffington startuje w wyborach do senatu, a żona wspiera go na łamach mediów i w telewizji. Jednak tak jak mityczny Herakles nie wszystkie zadania miał zaliczone – tak i Arianna nie zawsze ze swych misji wychodzi zwycięsko. Mąż przegrywa; porażką kończy się też późniejsza kampania republikańskiego kandydata na prezydenta Boba Dole’a, w którą Huffington się zaangażowała. I wówczas Arianna wykonuje zaskakującą woltę.

Praca czwarta. Prawa do lewego

– Czy polityk może zmieniać zdanie bez obaw o oskarżenia o bycie chorągiewką? – pytał ją później czytelnik na łamach brytyjskiego „Timesa”. – Oczywiście! – odparła. – Jeśli zmienią się okoliczności i dostępne staną się nowe dowody, myślę, że to bardzo ważne, aby polityk umiał powiedzieć: „Zmieniam pozycję ze względu na to, na tamto” – wyjaśniała Huffington z całą stanowczością. Sama opuszcza pozycje republikańskie w drugiej połowie lat 90. Na przekór interesom nafciarzy zaczyna wspierać ideę napędu hybrydowego. Ba, w ramach kampanii na rzecz paliw alternatywnych produkuje spoty reklamowe, w których używanie samochodów terenowych jest jak wspieranie terroryzmu na świecie. Z Michaelem Huffingtonem rozwodzi się w 1997 roku.

Praca piąta. Pokonać terminatora

„Hybryda kontra hummer” – tak Arianna podsumowuje swą własną kampanię wyborczą. Nawiązuje znowu do paliwa. Ona jeździ ekologiczną toyotą z napędem hybrydowym. W hummerze tony ropy spala sam Arnold Schwarzenegger. Rodzona Greczynka i rodzony Austriak ścierają się w wyścigu o fotel gubernatora Kalifornii w 2003 roku. Huffington jako kandydatka niezależna, Schwarzenegger – z ramienia Partii Republikańskiej. Oprócz nich ściga się ponad 130 innych śmiałków, ale Arianna i Arnold są wśród pięciu mających szansę. Pojedynki słowne tych dwojga są najbardziej zaciekłe. Sondaże dają jednak miażdżącą przewagę aktorowi. Arianna nie chce kolejnej porażki – i wycofuje się nagle z wyborów, aby odejść z polityki. Dopiero po tym kroku na dobre rozwinie skrzydła.

Praca szósta. Ujarzmić sieć

Zaczęło się od bloga. Najpierw pod nazwą „Ariannaonline”. Potem – „The Huffington Post”, nazywany pieszczotliwie „HuffPo”. Kto z wydawców poważnych gazet umieściłby swoje nazwisko w tytule? Krok ryzykowny – i pewnie dlatego „HuffPo” początkowo nie traktowano poważnie. Ot, internetowa zachcianka dojrzałej milionerki. Szybko jednak bardziej niż bloga strona zaczyna przypominać gazetę. Jest tu i serwis informacyjny, i polityczne komentarze, i odesłania do ciekawych tekstów z innych mediów, i wreszcie porcja plotek o gwiazdach. Artykuły, zdjęcia i filmiki. A nade wszystko – blogi innych osób. Arianna tych ostatnich początkowo rekrutuje spośród znajomych. Intelektualistów, dziennikarzy, polityków. Potem jedni przyciągają kolejnych. Wkrótce „HuffPo” staje się platformą zrzeszającą najlepszych amerykańskich blogerów. Obu stronom transakcja się opłaca. Oni zyskują w „HuffPo” poczytne miejsce, gdzie mogą zawiesić blogi. Ona dostaje wartościowy wkład w treść swojego portalu. Teraz zaczyna już działać efekt śnieżnej kuli. Im więcej ludzi czyta „HuffPo”, tym więcej dobrych autorów chce publikować. A im więcej dobrych autorów, tym więcej czytelników. I tak w koło: najlepsi dziennikarze, gwiazdy i celebryci. Wszyscy dostają szansę, by zaistnieć. Wkrótce blogerów jest ponad dziewięć tysięcy. Gazeta jest interaktywna, a Arianna znowu mówi o hybrydzie. O łączeniu nowych mediów ze starymi. O czerpaniu tego, co najlepsze z tych dwóch światów. Stare dziennikarskie wartości to rzetelność i świetny warsztat. Cnoty nowych przekaźników to szybkość reakcji i otwartość na kontakt z czytelnikiem. „The Huffington Post” chce i tego, i tego. Zatrudnia zespół dziennikarzy, którzy tworzą profesjonalną redakcję – a jednocześnie czerpie z całej sieci. W ten sposób powstaje fenomen. Raz wymieniany w światowej czołówce najbardziej wpływowych blogów, innym razem – najlepszych gazet. A Arianna jest teraz gotowa na najtrudniejsze zadania.

Praca siódma. Prześcignąć Szarą Damę

Kto od ponad 100 lat był niekwestionowaną królową amerykańskiej prasy? Szara Dama – jak za oceanem nazywa się czarno-białe płachty „The New York Timesa”. To ona wiodła prym i wyznaczała standardy. Także w Internecie: jej strona biła rekordy popularności, z wynikiem około 25 milionów czytelników miesięcznie. Do czasu. Gdy „HuffPo” stał się na tyle opiniotwórczy, że o pytanie od jej dziennikarza sam poprosił na jednej z konferencji Barack Obama, i na tyle poczytny, że miesięcznie zgromadził 26 milionów czytelników – naczelny „The New York Timesa” Bill Keller uderzył. Oskarżył Ariannę Huffington, że żeruje na tekstach jego gazety. Napisał: „Huffington odkryła, że jeśli weźmiesz plotki o celebrytach, filmiki o uroczych kociakach, posty od nieopłacanych blogerów i wiadomości z innych mediów, wkleisz to wszystko na stronę i podlejesz lewicowym sosem, przyciągniesz miliony ludzi. Jak wielki jest jej instynktowny geniusz agregacji!”. Taki przytyk od Szarej Damy musiał boleć. Greczynka się jednak nie speszyła. Na prima aprilis jej portal zamieścił informację: „Dziennikarze »The New York Timesa« mogą za darmo czytać pierwsze sześć liter każdego słowa i oglądać zdjęcia uroczych kociaków. Aby zobaczyć resztę, muszą wykupić prenumeratę”. Arianna wypunktowała też Kellerowi, że od kiedy wprowadził opłaty za dostęp do części materiałów archiwalnych, liczba czytelników spadła, podczas gdy popularność „HuffPo” stale rośnie. Tym samym Arianna potwierdziła, że chce dokonać kolejnego wyczynu. Zmierzyć się z tragicznym paradoksem, który zabija właśnie prasę. Produkowanie tekstów słono kosztuje, a czytelnicy w sieci chcą mieć wszystko za darmo. Czy da się to pogodzić?

Praca ósma. Dać wszystko za darmo

– Oczywiście! – wykrzyknęłaby nasza pani Herakles. W tej kwestii starła się z innym herosem amerykańskich mediów Rupertem Murdochem. Magnat prasowy i telewizyjny miał dość wykradania jego treści przez różne portale sieci i zapowiedział wprowadzenie opłat za dostęp do swoich tytułów. A Huffington uważa, że to błąd. I znów w jej argumentacji pojawia się wątek hybrydy. Przyszłość należy jej zdaniem do mieszanki mediów „for profit” i „non profit”, czyli tych tworzonych dla zysku i tych z poczucia misji. A pieniądze w Internecie w przyszłości będzie przynosić reklama. To kwestia czasu, teraz system dopiero się tworzy – ale tak jak papierowe gazety nie zarabiają na sprzedaży (tylko na reklamach właśnie), tak i internetowe nie zarobią na odcięciu się finansową zaporą od użytkowników. Jeśli tego spróbują, stracą tylko czytelników. Kto ma rację, Rupert czy Arianna? No cóż: on koniec końców pozostawił swe gazety otwarte. A ona? Zarobiła majątek.

Praca dziewiąta. Zdobyć miliony

Sensacyjna wiadomość obiegła świat w lutym 2011 roku. „The Huffington Post” sprzedany! Koncern internetowy AOL kupił go za – bagatela – 315 milionów dolarów. Gdy Greczynka i jej wspólnik Kenneth Lerer zakładali portal, zainwestowali około miliona. Wzbogacili się więc ponad 300-krotnie, a Arianna została do tego szefową całego pionu wydawniczego w AOL. Pełen sukces? Nie do końca. Znów sprawy potoczyły się jak w heraklejskim micie. Zwycięstwo niesie w sobie pułapkę – i zarazem nowe wyzwanie.

Praca dziesiąta. Ugłaskać blogerów

„Hej, Arianna, masz drobne na zbyciu?” – pod tym hasłem na Facebooku zaczęli się jednoczyć blogerzy „The Huffington Post”. Przypomnijmy: darmowi blogerzy. Współautorzy sukcesu portalu, którzy nie dostali za swą pracę ani centa. Dopóki „HuffPo” zarabiał na siebie, godzili się na opisany układ. Gdy przyniósł właścicielce fortunę – zapragnęli wyciągnąć z niego swój udział. I tak dziewięć tysięcy autorów złożyło zbiorowy pozew, w którym domagają się od Arianny 105 milionów odszkodowania. Na to ona ze spokojem zapowiedziała, że starych blogerów szybko zastąpią nowi. I faktycznie: chętnych do publikowania w najbardziej wpływowym blogu świata nie brakuje. Prawników na Manhattanie – też nie. A Huffington ruszyła, by zdobyć Europę.

Praca jedenasta. Podbić Europę

Powstał już „HuffPo” brytyjski. Na początku roku wystartowała wersja francuska. W Polsce Greczynkę chce ubiec Tomasz Lis. Jego ekipa pracuje nad rodzimą wersją portalu, który żartobliwie już teraz określa się mianem „LisPost”. Co na to sama Arianna? No cóż: przed nią dwunasta praca. Po wszystkim, czego dokonała, nie spocząć teraz na laurach.