fbpx

Paweł Królikowski: Między dobrem a dobrem

Paweł Królikowski: Między dobrem a dobrem
Fot. Rafał Masłow

„Kim jestem? Jeśli powiesz, że głupkiem bożym, to się nie obrażę, ale Jeśli głupkiem, to tak!” – mówi Paweł Królikowski, znany i lubiany aktor. Rozmawiamy „pod prąd”, o tym, co dziś wydaje się śmieszne, nienowoczesne. Ale czy takie jest? Może warto zrobić remanent na strychu, gdzie trzymamy – jak nam się zdaje – przetarte idee, zakurzone tęsknoty? Pretekstem są wiersze księdza Marka Chrzanowskiego, które Paweł Królikowski w lirycznym dialogu z Małgorzatą Kożuchowską czyta na niekomercyjnej płycie „By starczyło czasu na miłość”.
W zeszłym roku nagrałeś wiersze księdza Marka z okazji Bożego Narodzenia. A tym razem z Małgorzatą Kożuchowską stworzyliście z wierszy księdza liryczny, ba!, miłosny dialog. Co cię skłoniło, by wziąć udział w projekcie właściwie nieznanego autora? Czy to, że mieszka w twojej rodzinnej Zduńskiej Woli?

Owszem, ksiądz Marek jest z parafii św. Antoniego w moim rodzinnym mieście, ale to ma znaczenie pokrewne dinozaurom, czyli czwartorzędowe. Choć to z tej parafii zadzwonił do mnie proboszcz i poprosił, żebym przed Bożym Narodzeniem przeczytał kilka wierszy odpowiednich na ten czas, bo chcą je wydać na płycie, by móc dzielić się tymi ładnymi słowami. Zgodziłem się. Na płycie wiersze są przetykane kolędami w wykonaniu uczniów miejscowych szkół. To ładna robota, nowoczesna forma komunikowania się z parafianami.

W tym roku Marek zaproponował, byśmy nagrali płytę z wierszami o ludzkich zdarzeniach. Pomyślałem, żeby przeczytać je z Małgosią Kożuchowską, a kilka, żeby zaśpiewała Justyna Majkowska, wokalistka z najlepszego okresu Ich Troje, która też mieszka w Zduńskiej Woli, i to w domu stojącym w miejscu, gdzie stał dom moich dziadków…

I powiem ci, że poza wszystkim jest coś fajnego w tym, że w takim małym świecie, w czasie gdy musimy radzić sobie z kryzysem, wystarczy piękne hasło, a ludzie dają coś z siebie. Przestałem się dziwić, kiedy zdałem sobie sprawę, że wiersze Marka są piękne, a ludzie są głodni pięknych słów.

„Gdy mnie kochać przestaniesz/powiedz mi szeptem na ucho/tak by serce nic nie słyszało/i zmień kwiaty w wazonie/a potem przestaw fotel/na którym siedziałem/spal we wspomnieniach/moje fotografie/stań przy oknie/i czekaj na mój powrót”. Piękne słowa. Ale zapewne dostajesz dużo równie pięknych propozycji?

Otóż takich właśnie nie. I moje zainteresowanie kulturą wynika z ich niedoboru, z głodu, z ogromnej potrzeby żywienia się tym, co piękne. Może jestem postrzegany jako ktoś niezdolny do interpretacji treści estetycznych? „Taki głupek boży”? Jeśli tak powiesz, to się nie obrażę, ale jeśli powiesz: „głupek”, to tak! Pewnie mnie tak widzą, skoro – choć podobno mam nie najgorszy głos – nie przeczytałem jeszcze w życiu ani jednego audiobooka. A ja jestem na kulturę zachłanny, więc jak dostałem te wiersze i zobaczyłem, że to taki apetyczny kąsek, postanowiłem się nimi zająć. Na początku trochę mnie przytłoczyły, dostałem 400 stron maszynopisu. Taka ilość dobra może człowieka zmanierować. Przestraszyłem się rutyny konsumenta, czytelnika, ale wybrałem 40 wierszy, które wpadły mi w oko i w serce. Mój wybór to mały fragment twórczości Marka, który pisze poezję o Bogu, pisze medytacje, ale też wiersze o ludzkich zdarzeniach. „By starczyło czasu na miłość” to tylko mój cywilny, męski punkt widzenia. Jeden wątek, który wyciągnąłem z jego twórczości, bo ułożyła mi się z niej opowieść, którą albo kiedyś słyszałem, albo przeżyłem, albo po prostu chciałem usłyszeć, i to opowiedzianą wierszem.

O czym jest ta opowieść?

Nie powiem konkretnie: był on i ona, Jan i Barbara. To tylko ludzkie zdarzenie: prawdopodobne, ale nie wiadomo, czy miało miejsce. Na tym się zasadza istota sztuki, że opowiadam historię, w którą można uwierzyć. Czy ci ludzie istnieli? To nie ma znaczenia. Ważne, że opowieść wciąga, że jest zbudowana z prawdziwych emocji, słów i zdarzeń…

I miłości, bo tej w tych wierszach jest wiele: „W kwitnącym wrzosie/jest miłość/w wietrze bijącym skrzydłami/w moje oczy/nawet w skałach […]”. I to nie tylko miłości do Boga, ale też do ludzi. Czy dlatego zdecydowałeś się je mówić?

W wierszach księdza Marka jest nie tylko to, co zapisane, ale przede wszystkim to, co ukryte. Nie będę teraz przed tobą rozwijać tych wszystkich kolorowych papierków, w których są te przedziwne cukierki jego wierszy. Powiem tylko, że czasem są one gorzkie, ślazowe, takie kopalniaki, które mają swój smak, ale nie każdy je lubi. Zwłaszcza ci przyzwyczajeni do smaków prostych, słodko-kwaśnych, landrynkowych. To są słodycze, do których trzeba dorosnąć, do których kosztowania trzeba mieć dar. Trzeba umieć i lubić częstować nimi siebie – i to nie zawsze, nie każdego dnia, ale wtedy kiedy mamy poczucie, że zasługujemy na nie.

Rozumiem, że dla tego ukrytego znaczenia zdecydowałeś się je interpretować. Ale chciałabym zrozumieć, o czym tak pięknie mówisz?

Nieśmiało próbuję podążać w kierunku takiej sceny, w której dokonujemy wyborów między dobrem a dobrem. Bo to jest wybór, który ma wartość i wagę. Każdy z nas kiedyś będzie musiał go dokonać. Czasem to wybór szczególnie trudny. Taki jest, gdy na jednej szali mamy na przykład miłość i potrzebę, i ogromną ochotę, a nawet determinację, by kochać jedną osobę – kobietę – założyć z nią rodzinę, mieć dzieci: Kasię i Jurka, Włodka, i Martynkę, i może jeszcze małego Krzysia. Ale wtedy przyjdzie nam do głowy, żeby zostać kapłanem. Powołanie to drugie dobro. A to poczucie jest tak mocne i ma w sobie tyle światła, że musimy zrezygnować z marzeń, postanowień, bo wiemy, że mamy być dla Boga, że mamy być dla innych, że mamy być sługą, a nie panem swojego życia. No i kto jest w stanie powiedzieć, która z tych rzeczy więcej waży? Nikt. Waga stoi w miejscu.

Kultura konsumpcyjna siada na tej szali wagi, na której jest napisane: egoistyczne szczęście.

Ale które z nich takie jest? W zależności od naszego humoru, w zależności od tego, czy jest rano, czy wieczór, czy biliśmy się z kolegą i mamy rozbity nos, czy wygraliśmy kumulację w totka, te szale mogą się w naszej wyobraźni wahnąć. Ale tak naprawdę pozostają niewzruszone. Nam się może zdawać, że coś waży więcej, że coś waży mniej, i wtedy możemy dokonać wyboru. Na szczęście jesteśmy niedoskonali i nie tkwimy w miejscu, patrząc bezradnie na wagę. To jest nasza siła i nasze rozgrzeszenie, ta ludzka niedoskonałość, kiedy staraliśmy się z całej siły, ale i tak coś idzie nie tak, jak powinno, jak byśmy się spodziewali, a nawet jak spodziewali się wszyscy inni…

Kiedy przeczytałam tomik „Dotykanie błękitu”, pomyślałam: to wiersze o miłości zmysłowej – do kobiety. Trudno więc uniknąć pytania: co ksiądz może wiedzieć o takiej miłości?

Od księdza Marka i kilku innych księży, których spotkałem w życiu i z którymi udało mi się nawiązać sensowniejszą rozmowę, dowiedziałem się, że za sutanną nie jest schowany cyborg, który wyrzekł się swojej seksualności, tylko człowiek, który dokonał wyboru. Jeśli jest wierny sobie i swojej przysiędze, może przyznać się do cierpienia. Przyznać się do tego, że podobają mu się kobiety. Podobnie przyznać może zakonnica, że podobają się jej mężczyźni. I dla mnie to jest niezrozumiałe i niepojęte cierpienie. Ale czym jest ono dla nich? W wierszach Marka wszystko odnosi się do Boga, do źródła miłości prawdziwej, do której tęskni ludzkie serce. Marek tak o tym mówi, a ja się pod tym podpisuję. Jestem więc w stanie uwierzyć, że można to cierpienie przekuć w energię i siłę na zasadzie podobnej do tej, która sprawi, że lód przechodzi w gaz, omijając stan ciekły. To jest właśnie to doświadczenie. Przejście z lodu w gaz…

Bolesna transformacja. Więc po co?

Na szczęście na tej transformacji zyskujemy, a nie tracimy. To bolesne doświadczenie staje się źródłem energii życia. Dzięki niemu nie zapominamy, kim jesteśmy. Nie pozwala nam na to nasze cierpienie. Samo „ja” nam na to nie pozwala, daje siłę, byśmy umieli płakać, gniewać się na cały świat, a potem z tego otrząsać. Siłę, żeby pokonywać to wszystko, co staje nam na drodze do szczęścia.

Nasze niedoskonałości, słabości i przeciwności losu nas budują. Świadomość, że możemy nad nimi zapanować albo że właśnie nie możemy i tylko wciąż się z nimi borykamy, tworzy to napięcie między plusem a minusem, z którego sypią się iskry. One mogą wywołać pożar, który spali świat, ale także dać ciepło domom.

Pięknie powiedziane. Ale tak po ludzku trudno zrozumieć, jak kochać, rezygnując z bliskości fizycznej, z seksu?

Rozmawiałem o tym z księdzem Markiem, ale też nie mam potrzeby jako facet wchodzić w intymność innego faceta i go wypytywać o seks. Byłem kiedyś świadkiem takiej rozmowy w jednej z telewizji i wiem, że można ją poprowadzić, ale wtedy jest tak jak w sklepie, gdy wywlecze się na ladę cały asortyment. A ja myślę, że czasem lepiej, kiedy coś jest niedomówione. Jest tajemnicą. Udaje się wtedy ocalić jakąś ludzką wartość. Ja nie muszę wiedzieć, jak dokładnie wygląda każdy kamień na drodze, którą ci ludzie idą. Ale znam kierunek i staram się poznać sens tej wędrówki, i to jest najważniejsze.

„A może podarujesz mi swoją samotność/ja tobie swoją/wymienimy się nimi jak uśmiechami zza stołu/a potem nie poznamy, która jest która/i pokochamy obie”. Samotność to chyba największy kamień na tej drodze. Benedykt XVI ogłosił, że nie będzie liberalizacji celibatu. A ty – człowiek, który ma dużą rodzinę – co w tym kamieniu dostrzegasz?

Na przykład to, czy z jednej miłości można zrobić ofiarę dla drugiej? Czy da się uszczęśliwić wszystkich i mieć wszystko? No, nie. Trzeba umieć mówić: „przepraszam, nie”. To wielka sztuka dokonywania wyborów. Marek na wyborach nie traci, to się czuje, kiedy czytamy jego wiersze, właśnie dlatego, że ma świadomość, jak świat jest skonstruowany. Świat składa się z kobiet i mężczyzn, ale to, jak razem funkcjonujemy, jest skomplikowane i różnorodne. Nawet geniusz lingwista może znać najwyżej kilkanaście języków, ale ma świadomość, że są ich na świecie tysiące. Gdyby nie ta różnorodność, nasz język nie byłby tak bogaty. Przecież są w nim słowa łacińskie, germańskie. Stały się częścią polszczyzny i ją wzbogaciły. Doświadczenie celibatu także wzbogaca spojrzenie na świat.

Ksiądz Marek odpowiada za prace instytutu życia konsekrowanego dla dziewcząt i kobiet. Pomyślałam: „dewocja!”. Dzięki tej poezji zastanawiam się: „Może są wartości, których nie znam?”.

W każdej sferze mamy prawo wyboru. A jeśli te dziewczyny mają w sobie tyle upoetycznionej wiary i religijności, by wybrać samotne życie, to czemu się z tego właśnie śmiać?

Położyliśmy wzorzec metra w Sèvres pod Paryżem, żeby zawsze móc zobaczyć, jak ten metr wygląda. My nigdy nie będziemy mieli równo metr. Zawsze to będzie takie 90 albo 110 cm, ale mamy punkt odniesienia. Wiemy, do czego aspirować. Potrzebny jest taki wzorzec czystości i przyzwoitości.

Jako leciwy i doświadczony facet powiem tak: rezygnacja z seksu jest dla mnie nie do wyobrażenia. Ale słucham o tym z zainteresowaniem, z szacunkiem, choć sam idę inną drogą. Mam męskie patrzenie i powiem jak facet: po prostu baby mi się bardzo podobają. A te, które czują w sobie taką misję, jestem w stanie uszanować i – jak by to powiedzieć, żeby nie było zbyt śmieszne – wolę na nie nie zwracać uwagi.

Kiedy ksiądz Marek miał rekolekcje w Otwocku u sióstr benedyktynek, pojechałem do niego w odwiedzimy i szczerze powiedziałem: „Jakie to piękne kobiety!”. A on na to: „Panu Bogu nie zazdrość”. Marek podobnie jak ja znajduje w kobietach piękno, ale on ubiera ten zachwyt w słowa. Wzbudza go może jeden dotyk dłoni, jedno uderzenie serca, uśmiech, coś ulotnego, co wiersz czyni trwałym.

W „Duchowości ateistycznej” André Comte-Sponville pisze, by obalić stereotyp ateisty materialisty. Czy się z tym zgadzasz?

Pamiętam, że miałem taką maleńką iluminację, że tak jest, gdy umarł mój przyjaciel z podwórka Jacek Skowroński. Dobrze mu się wiodło. Ale zachorował i umarł w ciągu kilku tygodni. Jego ojciec poprosił, żebym powiedział coś nad grobem Jacka. A on i jego rodzina to byli agnostycy. „Wiesz, wujku – powiedziałem – bo tak się do niego zwracałem – poczułem, że muszę powiedzieć, że mam swojego Pana Boga, że w momentach, kiedy nie umiem sobie poradzić, mam dokąd podnieść oczy”. Jacek był agnostykiem, umysłem ścisłym, absolwentem Politechniki Warszawskiej, wierzył w świat policzalny. Nad jego grobem powiedziałem: „Z tych ścisłych nauk byłeś taki dobry. I wychodzi na to, że cię nie ma. Ale mówiłeś, że energia nigdy nie ginie, a twoje życie było energią, więc mimo że cię tu dzisiaj z kolegami trzymamy w urnie, wiem, że jesteś między nami”. Tak to przeżyłem, tak mi się emocje poukładały. Może więc nie wszyscy ubieramy to, co czujemy, w dekoracje religijne. Jacek był dobrym człowiekiem. Wyciągaliśmy od niego ostatnie grosze, żeby kupić sobie chuligańskie, nastoletnie papierosy i tanie wino. Rozrabialiśmy u niego w domu, a on w kuflu robił sobie herbatę, ogromną bułkę z serem i czytał książki.

Zająłeś się poezją księdza w czasie, gdy modna jest duchowość Wschodu. Dlaczego?

Zawsze mnie urzekało to, co powiedział papież Jan Paweł II zapytany o Gandhiego, że może się z nim spotka w niebie, o ile sam tam trafi. Nie przekreślał więc wyjątkowości osoby z innej religii, ale punktem wyjścia do oceny była wizja tego człowieka – jaki był wobec innych? Jak żył? Jeśli jednak chodzi o poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania, to ja mam wrażenie, że w ich propozycjach nie ma nic tak naprawdę jaskrawo nowego, czego nie znamy, nie odkryliśmy. Nie znajdę dzięki nim nowego włącznika światła, którego bym nie znał, o którym bym nie wiedział, którego bym się lękał. Natomiast mam poczucie, że ta droga prowadzi zawsze do relatywizacji wartości, jakkolwiek byśmy je zdefiniowali. No, ale ludzi Wschodu są miliardy, a my, Europejczycy związani z kulturą judeochrześcijańską, jesteśmy małą grupką kibiców, których łatwo zakrzyczeć i ograć.

Ksiądz Marek mówi, że zobaczył w tobie człowieka, który ma serce. A co jego wiersze wniosły w twoje życie?

To, co staram się powiedzieć, układając słowa nieco koślawo moimi grubymi rękami. Dały mi… przetarcie żarówki, która się zakurzyła, a która oświetla to, co piękne i mądre. O Marku powiem tak: sens jego wierszy sprowadza się dla mnie do pięknego postanowienia: ja z tą moją miłością do ciebie idę, do Boga i do innych ludzi, idę do świata. I gdyby wszyscy, kochając jednego człowieka, umieli kochać innych…

Wiersze z tomików „Dotykanie błękitu” (Wyd. Sióstr Loretanek, Warszawa 2011) „Diamenty i łzy” (Wyd. Sióstr Loretanek, Warszawa 2008).

Paweł Królikowski aktor znany m.in. z serialu „Ranczo” (za rolę Kusego otrzymał w 2007 roku statuetkę Melonika), „Pitbull”, „Na dobre i na złe”. Jest mężem aktorki Małgorzaty Ostrowskiej-Królikowskiej. Mają pięcioro dzieci. W 2010 r. wspólnie zagrali w filmie w reżyserii ich syna Antoniego „Noc życia”, do którego muzykę skomponował ich drugi syn Jan.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze