fbpx

Teresa Torańska: Nie mam czasu na marzenia

Forum

Jedna z najważniejszych polskich dziennikarek. Wywiad jako gatunek podniosła do rangi reportażu. Teresa Torańska opowiada fragmenty prywatnej historii, sagi rodziny, po której nie zostało ani jedno zdjęcie.
Jesteś dziennikarką z powołania?

Z przypadku. Po studiach prawniczych dostałam nakaz pracy w wydziale finansowym Powiatowej Rady Narodowej w Piasecznie. Nic do roboty, wyobrażasz sobie? Postanowiłam uciekać i zdałam do studium dziennikarskiego. Ale tak naprawdę najwięcej nauczył mnie reporter Jerzy Ambroziewicz. Wysyłał w teren. Jechałam na jakiś reportaż. Złapałam ciężarówkę, bo lubiłam jeździć autostopem, rozmawiałam z kierowcą, opowiedział mi temat ciekawszy niż ten, który miałam. Ambroziewicz powiedział mi: „to się nie wysiada z ciężarówki, jedzie się dalej i zmienia temat”. Innym razem pisałam o spółdzielni mieszkaniowej w Falenicy. Nie znałam się na budownictwie, ale pochodziłam do magazynów, na budowę. Prezes poprosił do gabinetu, zapytał: „no to co, segmencik?”. Myślałam, że to żart i wszystko, co zobaczyłam, opisałam. Rozpętała się burza. Ambroziewicz został wezwany do KC. Zapytał mnie: „to co robimy?”. „A jak pan by się zachował, gdyby pan zobaczył to, co ja?”. Odpowiedział: „dałbym spokój”. „A jak miał pan 20 lat?” Ambroziewicz pracował w „Po prostu”. „Pisałbym drugi tekst”. Posłuchałam. I tak zarząd spółdzielni poszedł siedzieć.

Potem „spokorniałaś”?

Żartujesz? Pojechałam do Żnina sprawdzić, jak działa Związek Młodzieży Socjalistycznej. „Biorą pieniądze za nic” – próbowałam pisać wtedy prościutko. KC wezwało Ambroziewicza, a on mnie: „według drugiego sekretarza komitetu powiatowego partii niegodnie zachowywała się pani na terenie Żnina” i przeczytał donos napisany przez towarzysza Groszka: „dziennikarka Teresa Torańska biegała goła po korytarzu w hotelu i pijana ciągnęła mnie do łóżka, ale nie poszedłem, bo mam żonę i troje dzieci”. Mnie zatkało. „Przecież w ogóle nie spałam w hotelu, bo nie było miejsc. Spałam na kempingu w namiocie”. Pokazałam pokwitowanie. „Radzę nie pisać o organizacjach społecznych” – powiedział. Zrozumiałam, że dobrze, że nigdy nie należałam do żadnych organizacji. Nikt o mnie niczego nie wiedział i nie próbował z czegoś rozliczać.

Pamiętasz, kiedy wymyśliłaś „Onych” – legendarny zbiór wywiadów z komunistami?

Wydarzenia w czasie Solidarności działy się bardzo szybko, a mnie nurtowała jedna myśl. Chciałam spojrzeć w oczy komunistom. Uważałam, że nastąpił upadek ideologii. Była jesień ’80 roku, jechałam maluchem pod Lublin, na chłopskie strajki. Coś śpiewałam i w pewnym momencie przypomniałam sobie książkę Krzysztofa Kąkolewskiego „Co u pana słychać?”. 20 lat po wojnie odwiedził byłych nazistów i zadał im tytułowe pytanie. Nagle mnie olśniło. Zaczęłam od partyjnego działacza Wiktora Kłosiewicza, bo tylko jego numer był w książce telefonicznej. Nie miałam kontaktu ze środowiskiem komunistycznym. To, że mnie nie znali, było dobre. Byli mnie ciekawi tak samo jak ja ich. Zastanawiali się, co myśli ktoś spoza ich środowiska. Ta książka powstała dzięki Jaruzelskiemu, bo wprowadzając stan wojenny, dał mi dużo czasu. Piszę długo, tekst mi się sam nie leje na papier.

Dziesięć lat temu wspólnie z Marią Zmarz-Koczanowicz zrobiłaś film dokumentalny „Noc z generałem”. Rozmawiasz z Jaruzelskim w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Co czułaś?

Przy pracy nie mam emocji. Chciał nas wyrzucić. Jest taka scena, kiedy podnosi głos: „kończymy rozmowę”. Zaczęło się namawianie. W pewnym momencie zapytałam o tych, którzy właśnie – jak co roku – demonstrowali przed jego domem, palili znicze. Pytałam, co czuje. Zaproponowałam, żebyśmy poszli do kuchni, bo okno w kuchni wychodzi na ulicę. Poderwałam się: „idziemy?”. Nie mógł odmówić. Tam już tylko starałam się, żeby jak najdłużej patrzył w okno i powiedział, co naprawdę myśli.

W „Onych” jest rozmowa z Julią Mincową, w PRL-u szefową Polskiej Agencji Prasowej, żoną jednego z najbliższych współpracowników Bieruta. Wybucha Solidarność, system się wali, a ona wciąż ślepo wierzy w komunizm. Zaskoczyła cię?

Nie, większość komunistów wierzyła. Później dowiedziałam się, że wzięła mnie za enkawudzistkę, która przychodzi zbadać stan jej wierności i lojalności wobec partii. Myślała, że przyszłam ją zlustrować. Miała ponad 80 lat. Siedziała w łóżku, w szlafroku. Rzadko wstawała, raz tylko wyprowadziła mnie do drugiego pokoju i zaczęła oprowadzać wokół stołu art déco. Mówiła: „tu siedział Bierut, a tu Berman, tu Minc”. W jej twarzy widziałam radość. Takie sceny zapamiętujesz na całe życie.

Szczegóły są ważne?

Przygotowuję się do wywiadów jak do reportażu. Kiedy szłam na wywiad z Jaruzelskim, byłam po rozmowie z jego żoną, córką, z Michałem Bonim, bo przyjmował córkę na studia. Byłam po wizycie w Kurowie, gdzie się urodził. Żona powiedziała, że kiedy miał pięć lat, zmuszano go do jedzenia czerwonego barszczu, którego nienawidził. Tego dziennikarz może się dowiedzieć tylko od rodziny. Szczegóły pozwalają budować dramaturgię, rytm, muzyczność tekstów.

To prawda, że chciałaś zostać pianistką?

Muzyka była całym moim życiem. Miałam sześć lat, kiedy zdawałam do szkoły muzycznej. Miałam za małe rączki, więc powiedziano mi, że za rok zostanę przyjęta bez egzaminu. Przez całe lata uczyłam się gry na fortepianie. Mając 14 lat, zagrałam koncert z orkiestrą, poprawnie, ale czułam, że w tym wykonaniu nie ma duszy. Wiedziałam, czym jest dobra muzyka. Zrezygnowałam z pianistyki. Piszę tekst tak długo, aż uznam, że już lepiej nie umiem. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy tym razem się nie będę wstydzić. Jestem samokrytyczna, bo tego uczyła mnie mama.

Jakie są twoje najwcześniejsze wspomnienia z domu?

Białystok. Mama i my dwie w jednym łóżku sprężynowym z siennikiem, miało miedziane gałki na oparciach, a nad nim wisiał gobelin z końmi. Mama czytająca nam książki w tym łóżku. Cudowne wieczory, najlepsze w życiu. Mama nie lubiła bajek, czytała nam dorosłe książki, np. „Pana Tadeusza”. Nic z tego nie rozumiałam, ale pamiętam, że bardzo mnie podniecała Telimena. Zadawałam sobie pytania, dlaczego te mrówki, po co ona tam usiadła, po co w ogóle tam poszła? Zasypiałyśmy przy Czechowie, którego mama uwielbiała, bo dziadek czytał jej Czechowa po rosyjsku.

Wiesz coś więcej o rodzinnej przeszłości?

Mama urodziła się w 1915 roku w Wołkowysku (dzisiejsza Białoruś), ale była I wojna, w caracie przenoszono całe instytucje i dziadek, z pocztą, której był naczelnikiem, został przeniesiony do Smoleńska. Mama była kilkumiesięcznym dzieckiem. Do Wołkowyska wrócili dopiero w 1923 roku, kiedy miała osiem lat. Tam mieszkała dziesięć lat, zapisała się na romanistykę w Warszawie, zaczęła studia. Był czerwiec 1939, mama pojechała na wakacje do domu. Kiedy wybuchła wojna, wybrała się z moim ojcem pociągiem do Warszawy, po książki, które tam zostały. Spakowała, m.in. Encyklopedię Gutenberga, z której do dzisiaj korzystam, zwłaszcza kiedy szukam wiedzy o przedwojennej Polsce. Dojechali do Małkini, dalej już nic nie kursowało i pieszo wracali do Wołkowyska. Kiedy weszli Rosjanie, rodzice przekraczali granicę, siedzieli jeszcze dwie doby na tzw. ziemi niczyjej, na której podobnie jak oni siedział tłum ludzi. W Wołkowysku była już władza radziecka i mama, będąc osobą wykształconą, dostała nakaz pracy w polskiej wsi. Prowadziła białoruską szkołę w Janowiczach. Wołkowysk, gdzie i ja się urodziłam, jest naszą siedzibą.

Nie mówisz nic o ojcu i jego rodzinie.

To będzie moja ostatnia książka. Dziadek ze strony ojca był Rosjaninem, carskim oficerem. Babcia poznała go przed wojną jako uczennica Instytutu Błagorodnych Dziewic (szkoły dla dobrze urodzonych panienek) w Białymstoku, w której był nauczycielem. Potem jako kurator w Warszawie, później w Płocku, gdzie urodził się mój ojciec, rusyfikował Polaków. Jak widać po mnie – nie udało mu się. Z Płocka dziadkowie przenieśli się do Petersburga. Nadszedł rok 1917. Mój ojciec miał cztery lata, jego siostra sześć. Dziadek Aleksander wpadł w nocy do domu ze swoim adiutantem, obudził dzieci, wziął je na ręce. Były zaskoczone, na guziczkach carskiego munduru nie było prezentów: cukierków, czekoladek, choć zwykle je dla nich tam wieszał. Zmienił ubranie, pożegnał się z nimi i zniknął. Babcia mówiła, że prawdopodobnie uciekał na Kaukaz, gdzie miała powstać tzw. Białogwardyjska Republika. Być może został zabity po drodze. Kiedy uciekł, babcia nie mogła wyjechać z Rosji. Była Polką, ale dzieci zostały uznane za Rosjan i zabrano je do ochronki. Rodzina w Wołkowysku, bo podobnie jak rodzina mojej mamy też stamtąd pochodziła, przez kilka lat toczyła batalię przez Czerwony Krzyż, żeby babcię z dziećmi wydostać ze Związku Radzieckiego. Chodziło też o to, żeby uznano dzieci za Polaków. Wrócili w 1923 roku, kiedy otworzono granice. Pamiętam jedno zdjęcie dziadka Aleksandra. Po śmierci Stalina panował w Polsce strach. Babcia zawołała mnie i moją siostrę, pokazała nam zdjęcie dziadka siedzącego w fotelu, w zakładzie fotograficznym, trzymał w ręku lorgnon, mnie wydał się bardzo stary, łysy i brzydki. Kazała nam to zdjęcie zapamiętać i je spaliła.

Czy odwiedziłaś kiedykolwiek Wołkowysk?

Pojechałam tam pięć lat temu razem z przyrodnimi braćmi, Alikiem i Błażejem. Był z nami też mój Leszek. Znałam nasze adresy, ale zmieniono nazwę ulicy i numerację domów. Poszłam do najstarszej chałupinki. Kiedy otworzyłam drzwi, wyskoczył kot i już wiedziałam, że to na pewno Polacy, bo Białorusini nie trzymają zwierząt w domu. Otworzyła starsza pani. Powiedziałam, że szukam domu Bernatowiczów, a ona, że to następny. Zapytała, dlaczego szukam. „Bernatowicz to był mój dziadek”. Zapytała: „Tereska czy Halinka?”. Wyobrażasz sobie, co czułam. A potem wyjeżdżamy z Wołkowyska i Leszek mówi: „popatrz, drogowskaz na Janowicze”. Tam urodziła się moja starsza siostra. Skręcamy, słyszymy szczekanie psów. No to już absolutnie Polska. W tej wsi mama miała sowiecki nakaz pracy. Wszyscy rozmawiają po polsku. Podchodzi do nas jedna pani: „kogo szukacie?”. Mówię, że mama tutaj uczyła. „A jak mamy nazwisko?” „Eleonora Torańska”. „Halinka czy Tereska?” – pyta. „Boże, a ja jestem Karusia! Gdzie jest pani Lonia?”. Miała kilkanaście lat, kiedy mama zabrała ją z tej wsi do Wołkowyska, żeby pomagała przy dzieciach. Mój ojciec został aresztowany. Mama woziła paczki do Grodna, bo tam miał sprawę sądową o przekazywanie fałszywych informacji i sabotaż władzy radzieckiej. Karusia opowiedziała, jak raz mama nie zastała ojca w więzieniu. Był już wywieziony na Syberię, do gułagu w Mołotowsku. Powiedziano jej, że pałuczył diesiat’ let.

Za co?

Mama mówi, że za dowcipy o władzy sowieckiej, czyli za „sianie wrogiej propagandy”. Karusia zapamiętała, że uklękły przed obrazem Matki Boskiej. W Grodnie ojciec siedział blisko rok i chociaż cała mamy rodzina już z Wołkowyska wyjechała, bo powtarzano, że to już ostatni transport przed zamknięciem granicy, mama ze względu na areszt ojca nie decydowała się na to. Na blacie węglowej kuchni smażyła karmelki, które sprzedawała – z czegoś musiałyśmy żyć. Wkrótce po wywiezieniu ojca na Syberię przyszedł znajomy kolejarz. Powiedział, że to już naprawdę ostatni transport. Mama sprzedała dobytek, za fortepian dostała dwa kilogramy wełny owczej. Wywiozła nas, mimo że ojciec był na Syberii. To była jej najmądrzejsza decyzja w życiu. Granicę zamknięto.

Pamiętasz podróż?

Nic nie pamiętam. Znam z opowiadań. Jechałyśmy pociągiem. W czasie postoju w Warszawie mama zostawiła nas w pociągu, poszła zobaczyć miasto. Było w gruzach, postanowiła jechać dalej. W Szczecinku wyszła na ulicę. Spotkała brata. Zamieszkałyśmy w pięknym poniemieckim domu z ogrodem, do którego wychodziły wahadłowe drzwi. Mama wieczorem zastawiała je szafą, żeby nikt się do nas nie włamał. Przeniosłyśmy się do Sulechowa. I raptem mama ojca dostała wiadomość z Czerwonego Krzyża, że ojciec wraca. Był rok 1948, Stalin wprowadził amnestię, żeby oczyścić obozy i przygotować je dla „kosmopolitów”. Obejmowała więźniów z tzw. krótkimi wyrokami. Babcia zawiadomiła nas depeszą. Ojciec miał nasz adres, ale mama była pewna, że najpierw wysiądzie w Białymstoku, żeby zobaczyć swoją mamę. Wsadziła nas w pociąg i pojechaliśmy do babci. Tymczasem ojciec nie wysiadł w Białymstoku, tylko pojechał do Sulechowa. Tam dowiedział się od drugiej babci, gdzie jesteśmy, więc wsiadł w kolejny pociąg, co przecież nie było takie proste, i przyjechał do nas. Rodzice rozstali się po dwóch latach, ojciec był nie do życia. Mama mieszka teraz z nami, więc wiem, jaka jest niezależna i uparta. A ojciec, no co mam powiedzieć, mam sporo przyrodniego rodzeństwa.

Miałaś potem kontakty z ojcem?

Minimalne.

Nie brakowało ci go?

– Dziecku zawsze brakuje, zwłaszcza kiedy inni ojcowie przychodzą np. do szkoły muzycznej wieczorem, żeby je odebrać. Mnie odprowadzała i przyprowadzała mama.

O co zapytałabyś ojca?

Nie mam żadnych pytań. A złość wykrzyczałam w klasie maturalnej. Nie kochał ani mnie, ani innych swoich dzieci, nie potrafił. Może ciężkie życie go takim zrobiło.

Jakiego pytania byś nie zadała?

Uważam, że każde pytanie można zadać. Tylko po co?

Wiesz, kiedy ludzie kłamią?

Wyczuwam. Patrzę w oczy. Może jeszcze nie wiem, co ktoś kombinuje, ale potem jest autoryzacja i zdejmowanie majtek. Ludziom drży ręka, kiedy mają skłamać na papierze.

Jakie masz marzenia?

Nie mam czasu na marzenia. A jak się czegoś boję, to sobie wyobrażam, że jest odwrotnie. Zaklinam, żeby się nie spełniło. Boję się, że się dom spali, że mama upadnie, a mnie nie będzie w pobliżu.

Co jest najważniejsze?

Praca. Kończę książkę i zaczynam następną. Ale robię przerwy. Wiesz, co robiłam dzisiaj, zanim przyszedłeś? Prasowałam. Bo co to jest praca? Poczucie, że komuś jestem potrzebna, że się do czegoś nadaję.

Planujesz książkę o Julii Brystigerowej, ważnej funkcjonariuszce aparatu bezpieczeństwa. Jej syn długo odmawiał rozmowy na jej temat. Mogłabyś napisać tę książkę bez niego?

Tak, ale dokumenty nie pozwolą poczuć duszy komunistycznej, która dawała prawo zostawiać dzieci w ochronkach. Syn Brystigerowej miał szczęście. Miał kochanych dziadków
i ojca. Człowiek, który żył w tamtych czasach, potrafi przekazać atmosferę i zapach domu. Nawet jeśli nie pamięta szczegółów. Czasem wystarczy kilka zdań, które uruchamiają jego i moją wyobraźnię. Długo mi odmawiał. Za odmawianiem zawsze coś się kryje. Kiedy pierwszy raz z nim rozmawiałam, powiedział, że w czasie wojny przejechał z Donbasu do Włoch i po wojnie wrócił do Polski. Zadałam pytanie, które mi po latach wypomniał: „ale po co?”. Odpowiedział: „do matki”.

Teresa Torańska autorka książek „Widok z dołu”, „Oni” (przełożonej na kilkanaście języków), „My”, „Byli”, „Są. Rozmowy o dobrych uczuciach”, „Jesteśmy. Rozstania ’68”, „Śmierć spóźnia się o minutę”. Scenarzystka i współautorka filmów, m.in. „Karol Modzelewski”, „Było i już”, „Zofia Hertzowa”, „Noc z generałem”, „Dworzec Gdański”. Laureatka wielu prestiżowych nagród.