Margot Robbie – Pani z planem

Margot Robbie podczas konferencji prasowej "The Shape of Water", listopad 2017 rok (fot. BEW PHOTO)

Margot Robbie ma talent i urodę, lecz owe atuty nie wystarczają, by zostać gwiazdą światowego formatu. Potrzebny jest również plan.

Stwierdzenie, że Robbie mozolnie pięła się po szczeblach kariery, byłoby przesadą. Jednak angażu do „Pewnego razu… w Hollywood” Quentina Tarantino nie dostała na niewątpliwie piękne oczy. Wcześniej zdążyła namieszać w amerykańskiej branży filmowej jak żadna Australijka od czasu Nicole Kidman. Do Los Angeles trafiła przez Wielką Brytanię, gdzie sześć lat temu wystąpiła u boku innej sławnej cudzoziemki, a mianowicie Kanadyjki Rachel McAdams, w komediodramacie „Czas na miłość”.

Karykatura prowincjuszki

Margot zauważył i wprowadził do pierwszej ligi Martin Scorsese, proponując rolę Naomi – żony oszusta finansowego Jordana Belforta (Leonardo DiCaprio) w „Wilku z Wall Street”. Mówiła niczym rodowita mieszkanka Brooklynu, według wpływowej recenzentki Sashy Stone „ukradła każdą ze scen, w której miała choćby trzy linijki dialogu”. Później musiała już tylko przełamać myślowe schematy decydentów szufladkujących ją jako blond misia o bardzo małym rozumku. Zrobiła to wyjątkowo inteligentnie.

Sięgnęła do pokładów mitologii nowej ojczyzny, a konkretnie lat 90. – dekady, w której ziściła się przepowiednia Andy’ego Warhola, że kiedyś każdy będzie miał swoje 15 minut sławy. Za rządów seryjnie zdradzającego żonę Billa Clintona runęła nieprzekraczalna bariera oddzielająca informację od rozrywki. Zawrotne kariery robiły 16-letnia „Lolita z Long Island” Amy Fisher, która przestrzeliła szczękę żonie kochanka, prostytutka Divine Brown – aresztowana z Hugh Grantem na Bulwarze Zachodzącego Słońca, Lorena Bobbitt, co obcięła małżonkowi przyrodzenie i wyrzuciła z pędzącego samochodu, by nie mógł znaleźć.

Ameryka bez reszty oddała się podglądactwu skrywanemu wcześniej za fasadą konwenansów. Bohaterką jednej z najgłośniejszych medialnych oper mydlanych została reprezentantka USA w łyżwiarstwie figurowym Tonya Harding. Zasłynęła, gdy jej narzeczony wynajął zbirów z bejsbolowymi pałami, by połamali nogi jej olimpijskiej konkurentce Nancy Kerrigan.

Sprawa stała się tak głośna, że o konflikcie między zawodniczkami zrobiły paradokumentalne filmy wszystkie sieci telewizyjne. A Robbie uświadomiła sobie, że blisko ćwierć wieku później można na kanwie bulwarowej legendy opowiedzieć nie tyle o łyżwiarskim dramacie głębokości naparstka, co raczej jego socjologicznej otoczce i szerzej – o amerykańskiej kulturze masowej.

Owszem, w „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” wyglądała jak karykatura prowincjuszki ze społecznych dołów, która chce się zrobić na bóstwo. Ale cyrkowy wizerunek podkreślał subtelność kreacji. Margot bardziej nadawałaby się do roli księżniczki Nancy – hołubionej przez działaczy, kibiców a nawet sędziów za urodę, nienaganne maniery, wyniesioną z domu ogładę, lecz zdołała odwrócić bieguny sympatii i antypatii bez wygładzania chropowatości postaci. Wspaniale sportretowała uosabiającą mentalność, tudzież estetykę wiochy dziewczynę, która mimo talentu nie daje rady wejść na sportowe salony, bo urodziła się – jak mawiają Amerykanie – „w strefie przelotów”, którą mieszkańcy inteligenckich, zamożnych wybrzeży oglądają tylko z wysokości dziesięciu kilometrów. Była groteskowa i tragiczna, zagrała całą sobą – m.in. nauczyła się całkiem nieźle jeździć na łyżwach. Dostała 90 proc. pozytywnych recenzji (wedle rankingu Rotten Tomatoes), nominacje do Oscara i Złotego Globu, zdobyła nagrodę stowarzyszenia krytyków filmowych (CCA) – jaka jest dokładnie nazwa i skrót.

Na łamach lipcowego „Vogue’a” wyznaje, że dopiero po tym sukcesie ośmieliła się napisać list do swego idola Tarantino. „Uwielbiam pańskie filmy i marzę o nawiązaniu współpracy. Jakiejkolwiek. Choćby tyciej” – cytuje aktorka. Wybrała dobry moment. Reżyser skończył akurat własny list miłosny skierowany do Hollywood schyłku lat 60. – scenariusz filmu o symbolicznej cezurze między epoką eisenhowerowsko-kennedy’owskiej beztroski a nixonowskiego pesymizmu i rozgoryczenia, którą stanowiły morderstwa dokonane przez sektę Charlesa Mansona.

Margot Robbie w roli Sharon Tate

Tex Watson, Susan Atkins, Linda Kasabian i Patricia Krenwinkel zadźgali, zatłukli i podziurawili kulami będącą w ósmym miesiącu ciąży Sharon Tate (żonę Romana Polańskiego), adorującego ją fryzjera gwiazd Jaya Sebringa, scenarzystę Wojciecha Frykowskiego, dziedziczkę kawowej fortuny Abigail Folger oraz syna dozorcy Stevena Parenta.

Na brzuchu Tate wycięli literę X, jej krwią napisali na drzwiach wejściowych „Świnia” (Pig). Następnej nocy równie okrutnie zamordowali dyrektora sieci supermarketów Lena LaBiancę i jego żonę Rosemary, zostawiając napisy: „Powstańcie”, „Śmierć świniom” i „Helter (sic!) Skelter” (od tytułu piosenki Beatlesów). Samych ciosów nożem zadali 169.

Zbrodnie uznano za symboliczny koniec hipisowskiej rebelii. Prasa pisała, że pogubione dzieciaki przyjechały do San Francisco z kwiatami we włosach, a wyjechały z krwią na rękach. Jednak Tarantino nie ma zwyczaju kręcić filmów historycznych. Woli kreować mity. Wulgarne, postmodernistyczne, inspirowane w równej mierze francuską Nową Falą oraz filmem noir co tanimi kryminałami, precyzyjnie wyznaczające granicę między dobrem a złem. Nie inaczej jest tym razem. Manson – drobny cwaniaczek, zawodowy kryminalista i cyniczny manipulator wykreowany przez media na demona, a przez rockandrollowców na wyzwolonego z okowów mieszczańskiej moralności buntownika – został potraktowany tak samo jak przywódcy III Rzeszy w „Bękartach wojny”. Zemsta jest rozkoszą artystów! Zaś bieg dziejów na bardziej pasujący Quentinowi zmienia Bruce „Smok” Lee, karate mistrz!

Gdy przyszedł list od Margot, reżyser zastanawiał się nad obsadą. Już wcześniej znajomi sugerowali, że powinien dać rolę Tate Australijce, więc nieco zabobonny – jak większość pracowników branży, w której o triumfie bądź klęsce decyduje często przypadek – natychmiast zaprosił aktorkę do domu. Siedziała przy kuchennym stole i czytała scenariusz, on zaś podawał a to czipsy, a to australijskie piwo Victoria Bitter, po które specjalnie wyskoczył do sklepu. Decyzji nie przypieczętowały, oczywiście, czułe słówka.

– Margot jest podobna do Sharon Tate – stwierdził Tarantino w jednym z wywiadów. – Jednak, co ważniejsze, emanuje podobną niewinnością i prostolinijnością, a to cechy kluczowe dla fabuły.

Margot Robbie w roli Sharon Tate w filmie „Pewnego razu… w Hollywood”, 2019, reż. Quentin Tarantino (fot. BEW PHOTO)

Ponadto zdążyła dowieść, że umie nie tylko brać piankowe kąpiele, sącząc szampana i dobrze wyglądając („Wilk z Wall Street”), machać bejsbolem, wyglądając jeszcze lepiej („Legion samobójców”), tudzież przydawać feminizmu dla ubogich oraz fasadowej niezależności archetypowi „damy w opałach” („Tarzan: Legenda”).

Współprodukowała „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”, podejmując kluczowe decyzje kreatywne, które – jak dowiodła lawina prestiżowych nagród i nominacji (razem 95) – okazały się więcej niż słuszne. Kolejny raz w podwójnej roli gwiazdy i producentki wystąpiła przy kręceniu czarnego jak smoła dreszczowca „Terminal” – odzwierciedlającego jej fascynację Tarantinem jeszcze dobitniej niż wspomniany list.

Żywoty świętych

Grając Elżbietę I („Maria, królowa Szkotów”), pozwoliła się oszpecić garbatym nosem, łysiną, bliznami po ospie i grubą warstwą przeraźliwie białego pudru, by prawdzie historycznej stało się zadość. Charakteryzacja nie przesłoniła ludzkiej twarzy królowej: inteligencji, zazdrości, uporu, ambicji, która sprawiła, że dla władzy wyrzekła się miłości. Lecz właśnie puder, a nie interpretacja postaci dodał aktorce splendoru. Tak się bowiem porobiło w Hollywood, że jeśli chcesz, by cię docenili, musisz iść do make-upowej Kanossy wzorem Nicole Kidman („Piętno”, „Godziny”), Charlize Theron („Monster”), Jennifer Aniston („Cake”), Julii Roberts („Sekret w ich oczach”), Salmy Hayek („Frida”). Margot nie przywiązuje nadmiernej wagi do wyglądu.

– Nienawidzę określenia seksbomba – twierdzi. – Trochę głupio tak się wkurzać, bywają gorsze epitety, ale z pewnością nie jestem osobą, która sprawia, że rozmowy cichną, wszystkie głowy się odwracają.

Najchętniej nosi dżinsy, T-shirt i zero makijażu. Niedbały wizerunek poza wygodą gwarantuje anonimowość, gdy wypuszcza się do miasta na ulubionego steka.

– Kocham mięso – zwierzała się „Vogue’owi”. – Wegetarianką próbuję być w poniedziałki ze względu na ekologię i tak dalej, ale to kurewsko trudne.

Dużo przeklina, często się śmieje, gwiazdorów wymagających, by napełniać im wanny evianem, uważa za „świrów, którzy najwyraźniej muszą odreagować kompleksy”. W podstawówce przebrana za gotycką wiedźmę chodziła na hardcore’owe koncerty. Jako znana już aktorka taplała się w błocie niejednego rockowego festiwalu. Podczas wycieczki do Marrakeszu zainteresowała się tańcem brzucha i wzięła serię lekcji.

Od dziecka wiedziała, kim chce zostać, jak będzie duża. Robiła magiczne sztuczki, powtarzała z pamięci filmowe dialogi, grała w szkolnym teatrze. Kiedy miała 16 lat, do jej rodzinnego, liczącego 12 tys. mieszkańców przemysłowego miasteczka Dalby, na wschodnich rubieżach stanu Queensland, przyjechała studencka ekipa filmowa. Po kilku tygodniach spędzonych na planie dziewczyna bez namysłu spakowała manatki, wsiadła w samolot i poleciała do Melbourne, żeby robić karierę. Dostała rolę w młodzieżowym serialu „Księżniczka z Krainy Słoni”, więc głodem nie przymierała, ale profesjonalny agent okazał się za mało asertywny jak na jej temperament i ambicje. Przez wiele tygodni sama wydzwaniała do firmy produkującej najpopularniejszą na kontynencie operę mydlaną „Neighbours” („Sąsiedzi”), aż dostała rolę. Niełatwą, gdyż jej postać, Donna, była strasznie gadatliwa, więc Margot codziennie musiała uczyć się na pamięć 60 stron maszynopisu.

Niestety, perspektywy artystycznego rozwoju miała ograniczone, bo – jak tłumaczy – Australijczycy cieszą się z twoich sukcesów dopóty, dopóki nie zaczniesz nadmiernie wyrastać ponad resztę. Wtedy sięgają po kosę. Dlatego „Neighbours” to rodzaj farmy, z której plony zbierają Amerykanie. Na planie serialu kariery zaczynali Russell Crowe, Naomi Watts, Guy Pearce, Heath Ledger, Chris Hemsworth. Robbie studiowała ich biografie niczym żywoty świętych, ale jeszcze więcej uwagi poświęcała utalentowanym kolegom i koleżankom, którym po drugiej stronie Pacyfiku się nie udało. Analizowała ich błędy, szukała prawidłowości, układała własny, niezawodny przepis na sukces. Gdy przyszedł czas przedłużenia umowy, była gotowa. Zamiast złożyć podpis, wyjechała do Los Angeles.

Klucz otwierający wszystkie drzwi

Próbowała załapać się do nowej edycji „Aniołków Charliego”. Dzięki przygotowanemu na tę okazję nienagannemu akcentowi ze środkowego zachodu dostała rolę w serialu „Pan Am”. Zdjęcia odbywały się w Nowym Jorku, pokochała to miasto. Mieszkała w najmodniejszej wówczas dzielnicy Williamsburg, wieczorami siedziała na schodkach przed domem, sączyła piwo i chłonęła feerię barw, etnicznej egzotyki, ulicznej gadki, stylizacji. „Pan Am” padł po jednym sezonie, zaś angaż u Scorsesego Margot zawdzięczała w dużej mierze improwizacji, na którą odważyła się podczas castingu. – Raz się żyje – stwierdziła i wymierzyła DiCaprio bynajmniej nieudawany policzek. Reżyser był zachwycony, co ciekawe – gwiazdor również. Dała z siebie wszystko, dostała nagrodę Empire dla najlepszej debiutantki i nominację do MTV Awards (MTV Movie Awards?) za aktorski przełom roku.

Promując „Wilka z Wall Street” w Londynie, zaprosiła na premierę członków ekipy swojego następnego filmu „Francuska suita”. Balowali do rana, niestety, Margot musiała wracać do Los Angeles, by zdążyć na rozdanie Złotych Globów.

– Kurde, dlaczego nie możemy mieszkać wszyscy razem! – rzuciła przed odlotem i nie były to puste słowa. Trzy dni później wróciła, wynajęła z nowymi przyjaciółmi dom, a szczególnie upodobała sobie pracującego przy „Francuskiej suicie” jako asystent reżysera Toma Ackerleya.

Na weekendowych imprezach odgrywali „postacie z najbardziej rozrywkowych filmów”, np. z „Boogie Nights”: Tom przebierał się za dilera kokainy Rahada, Margot, oczywiście, za Wroteczkę. Założyli razem wytwórnię LuckyChap, w 2016 r. wzięli ślub. Skąd nazwa firmy? – Byliśmy nawaleni, nikt nie pamięta – przyznaje aktorka. – Chyba chodziło o Chaplina. To tak jak z pijackim tatuażem, budzisz się, jest i koniec.

Miała w ręku klucz otwierający wszystkie drzwi – poważną kreację u jednego z gigantów kina. Musiała tylko umiejętnie ten klucz wykorzystać: potrzebowała roli w kasowym megahicie. Reżyser „Tarzana: legendy” Jerry Weintraub dostrzegł w niej „Audrey Hepburn – nieziemską, dochodową, elegancką”, lecz przedsięwzięcie niosło spore ryzyko wizerunkowe. Biały chłopiec awansuje na króla afrykańskiego ludu, przeprowadza się do Anglii, wiedzie życie arystokraty, po czym na wieść, że czarnym źle się dzieje, wraca, by ich wyzwolić. To niby co: sami nie dają rady? Potrzebują przywództwa białego człowieka, w dodatku z wyższych sfer? Rasizm i elitaryzm! A na dokładkę seksizm.

– Modliłam się: „Boże, przeprowadź nas bezpiecznie przez wzburzone odmęty Twittera” – żartuje aktorka w rozmowie z „Vanity Fair”. Udało się.

Wątpliwości nie budziła natomiast – zewnętrznie przypominająca Tonyę – Harley Quinn w „Legionie samobójców”. Robbie, oczywiście, przeanalizowała najpierw wszystkie za i przeciw. Wyszło, że fani lubią narzeczoną Jokera najbardziej ze wszystkich żeńskich postaci DC Comics, więc nie grozi jej porażka w stylu Halle Berry, która przejechała się na „Kobiecie-Kocie”, Umy Thurman jako Trującego Bluszczu („Batman i Robin”) czy Jennifer Garner („Elektra”). Potraktowała rolę jako rodzaj polisy ubezpieczeniowej.

Kolejny raz kalkulacje nie zawiodły. Film zarobił 750 mln dol., a teraz Margot produkuje autorski, dozwolony tylko dla dorosłych „Birds of Prey”, w którym szurnięta pani psychiatra awansowała na postać pierwszoplanową. Aktorka stanowi antytezę szablonowego millennialsa, który wiele żąda, lecz mało robi, bo nade wszystko ceni wygodę.

– W jej wieku nie byłam tak dojrzała i silna – ocenia Kidman. – Nie miałam też możliwości produkowania filmów, nie kontrolowałam własnej kariery. Grzechy branży – mizoginia, seksualne molestowanie, dyskryminacja płacowa kobiet – to dla Margot Robbie historia. Jest nową twarzą starego, złego Hollywood.