1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Nicole Kidman: "Mój przepis na sukces"

Nicole Kidman: "Mój przepis na sukces"

"Kobieta ma prawo poświęcić dla macierzyństwa, co chce, ale może zmienić zdanie." (fot. BEW)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Za genialnym posunięciem, jakim był pomysł na „Wielkie kłamstewka”, stoi ona. W kinie zwykle delikatna, wręcz eteryczna, poza ekranem ma dość siły i determinacji, żeby forsować w branży filmowej nowe standardy. 

Jest 2018 rok, wrześniowy poranek, na zegarze piąta, budzik wyrywa Nicole Kidman ze snu. Kolejny dzień zdjęciowy drugiego sezonu „Wielkich kłamstewek” zapowiada się doskonale, a jednak w pewnym momencie Kidman dopadają wątpliwości. – Spałam może pięć godzin, a mimo to miałam energię, chęć do życia i działania. Patrzyłam na siebie w lustrze łazienki i myślałam, jaką jestem szczęściarą, i nagle to wszystko wydało mi się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Uszczypnęłam się tak mocno, że jeszcze następnego dnia miałam ślad. Ale nie obudziłam się, nie musiałam. Z radości, że to nie jest sen, wyściskałam tego dnia na planie przyjaciółki znacznie mocniej niż zwykle – relacjonuje, kiedy spotykamy się w Kalifornii.

Dwukrotnie prosi, żeby tłumacząc naszą rozmowę na polski, na pewno użyć słowa „przyjaciółki”, nie koleżanki czy aktorki. Zaskakująca prośba, jeśli wziąć pod uwagę, że zawsze podkreśla, że nie tak łatwo nawiązuje głębsze przyjacielskie relacje, w dodatku jest nieśmiała i zawsze pracuje w wielkim skupieniu, przez co czasem ludzie, którzy z nią grają, mają ją za wyniosłą. Zresztą i w naszej rozmowie tłumaczy: – Poznaję mnóstwo nowych ludzi, ale w relacjach jestem wierna jak pies. Nigdy nie zapominam o swoich przyjaciołach. Jak lwica walczę o nich w chwilach kryzysu, nigdy nie wymieniam ich na nowych.

Tym bardziej znaczące są „przyjaciółki”, przy których tak się upiera. Pojawiają się w jej wypowiedziach na temat ekipy „Wielkich kłamstewek” równie często jak hasło „kobieca solidarność”. Nic dziwnego.

Ten serial to pod wieloma względami ewenement. Sześć świetnych aktorek na jednym planie. Sześć równoprawnych, rozbudowanych ról, a do tego historia napisana, wyreżyserowana i wyprodukowana przez kobiety. W nadal zmaskulinizowanej branży filmowej faktycznie można mieć wątpliwości, czy to przypadkiem nie sen. Przyjaciółki, o których mówi Nicole, to ona sama, Reese Witherspoon, Shailene Woodley, Laura Dern i Zoë Kravitz: „piątka z Monterey” [od nazwy malowniczej miejscowości nad oceanem, w której rozgrywa się serial – przyp. red.], czyli pięć mam, które łączy mroczna tajemnica. Teraz do i tak gwiazdorskiej obsady dołączyła jeszcze Meryl Streep.

I chociaż ten sukces, jak każdy, ma wielu ojców (a w tym przypadku matek), nie sposób oprzeć się wrażeniu, że „Wielkie kłamstewka” to jednak przede wszystkim triumf Kidman. Z co najmniej dwóch powodów.

Brakujący element układanki

Triumfem na pewno jest jej rola Celeste. W pierwszym sezonie to porażające studium przemocy domowej. Cała wirtuozeria tkwi w tym, że odkrywamy prawdę wolno i po kawałku. Przecież Celeste i jej mąż to taka ładna para! Pełna pasji i namiętności, wszystkie matki dzieci chodzących do szkoły w Monterey po cichu zazdroszczą chemii, która łączy tych dwoje. I przecież ona nie ustępuje jemu pod względem temperamentu. Naprawdę? Kiedy wreszcie zdajemy sobie sprawę z faktycznej skali problemu, czujemy się dokładnie tak jak bohaterka Kidman, która dotąd żyła w ułudzie i do której prawda z całą mocą dociera w momencie, w którym jest już właściwie na nią za późno.

Niektórzy recenzenci zachwycają się, że to najlepsza rola w karierze Kidman. Nawet jeśli potraktujemy te peany z pewną rezerwą, trafne wydają się oceny, że występ w „Wielkich kłamstewkach” to powrót gwiazdy.

Zresztą ona sama, słynąca z tytanicznej pracy, profesjonalizmu i poświęcenia, przyznaje, że oddała tej roli więcej niż dużo. – Kiedy odgrywaliśmy z Alexandrem Skarsgårdem brutalne sceny między małżonkami – wspomina – uświadomiłam sobie, jak to wygląda w prawdziwym życiu. Co innego czytać o tym, rozmawiać, słuchać, a co innego tego doświadczyć. Skarsgård widział, że źle to znoszę. Był naprawdę kochany, próbował mnie rozbawić na przykład żartem, że wszystko zostaje w rodzinie, bo najpierw poszłam do łóżka na planie „Dogville” z jego ojcem Stellanem, a teraz z nim. Dbał o mój komfort psychiczny, ale mimo wszystko bardzo tę rolę odchorowałam. Pamiętam, że któregoś dnia po powrocie do domu napuściłam pełną wannę wody, weszłam do środka i przez długie godziny płakałam.

Doskonała kreacja aktorska to jedno, ale serial to także sukces Kidman na innym polu. Świetny tytuł w portfolio jej firmy producenckiej – Blossom Films. A przy okazji tworzenie na rynku filmowym nowych standardów. Kidman, zamiast narzekać na sytuację kobiet w branży albo czekać, aż coś się zmieni, wzięła sprawy w swoje ręce. Zainspirowana publiczną debatą o parytetach w Hollywood, założyła sobie, że co półtora roku wyprodukuje film reżyserowany przez kobietę. Po czym sama, co dobrze widać po ultrasfeminizowanej ekipie „Wielkich kłamstewek”, podbiła jeszcze stawkę. Książką Liane Moriarty, na podstawie której powstał serial, interesowała się też Reese Witherspoon, która ma firmę producencką Hello Sunshine. Jednak zamiast toczyć boje, obie panie postanowiły połączyć siły.

Razem z grającymi w filmie aktorkami stworzyły dream team. Nawiązały między sobą wyjątkową, międzypokoleniową więź (najstarsza w tej grupie Streep za chwilę skończy 70 lat, najmłodsza Woodley nie ma jeszcze trzydziestki). Aktorki spotykały się po pracy, wychodziły na miasto, zapraszały się do siebie. Nicole mruży w uśmiechu oczy: – Reese zachowywała się jak nasza matka. Nigdy nie pozwalała nam za nic płacić, po kryjomu regulowała rachunki, a kiedy próbowałyśmy ją przechytrzyć, i tak znajdowała na nas sposób. Shailene była buntowniczką, która uświadamiała nas w sprawach ekologii. Dużo mówiła o swoim aresztowaniu, kiedy protestowała przeciwko budowie gazociągu w parku narodowym. Zoë z kolei tłumaczyła nam, jak to jest dorastać jako córka znanych rodziców. Dla mnie, matki czworga dzieci, te opowieści były bezcenne, bo pozwoliły mi spojrzeć na świat z perspektywy moich córek i syna – kontynuuje.

A za chwilę dodaje: – Nasze życie osobiste swobodnie mieszało się z pracą. Na planie rozmawiałyśmy o problemach i radościach ustami naszych bohaterek, w przerwie pomiędzy ujęciami przy kawie mogłyśmy pogadać o tym, co dzieje się w naszym prawdziwym życiu. Taki system pracy jest jak darmowa terapia. Dostałam wiele odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

'Wielkie kłamstewka' (fot. materiały prasow) "Wielkie kłamstewka" (fot. materiały prasow)

Spójrz, mamo!

Które ze wspomnianych pytań i odpowiedzi Kidman potraktowała jak terapię? Sama mówi najpierw ogólnikami: – Poruszyliśmy w serialu nie tylko temat przemocy domowej, lecz także samotnego macierzyństwa, umiejętności życia w rodzinie patchworkowej. Ale też na przykład przemocy w szkole, gnębienia dzieciaków przez rówieśników. Patrząc na to wszystko, musiałam zmierzyć się z własnymi demonami.

Dopiero kiedy rozmawiamy o wątku nadopiekuńczości, chronienia dziecka za wszelką cenę przed złem tego świata, bardziej się otwiera: – W moim odczuciu takie zachowanie to kłamstwo, a nie rzeczywista ochrona przed czymkolwiek. Matki, które „zagarniają” swoje dzieci i za wszelką cenę próbują zatrzymać je przy sobie, działają tak naprawdę we własnym interesie. Ja zawsze starałam się kierować dobrem dzieci. Zawsze pilnowałam, żeby nie żyły w bańce. Bo któregoś dnia mogłaby pęknąć, a ja wyrządziłabym im jeszcze większą krzywdę. Dużo o tym myślałam na planie.

To odniesienie do własnego życia ma mocny wydźwięk, jeśli weźmie się pod uwagę najstarszą córkę i syna Nicole: 26-letnią Bellę i 24-letniego dziś Connora – których adoptowała ze swoim pierwszym mężem Tomem Cruise’em i nad którymi Cruise po rozwodzie, kiedy były jeszcze małe, przejął opiekę. To ulubiony temat tabloidów i portali plotkarskich, od niemal dwóch dekad z upodobaniem rozpisujących się o złych stosunkach między Nicole a Connorem i Bellą (cała trójka próbowała, bezskutecznie, owe doniesienia dementować). Jako powód niezmiennie podaje się wpływ Toma i Kościoła scjentologicznego. Na ten akurat temat aktorka nigdy publicznie się nie wypowiada, natomiast zdarzyło jej się mówić o bólu związanym z rozwodem. Najsmutniejszą z tych wypowiedzi jest chyba ta związana z przyznanym Kidman Oscarem za rolę Virginii Woolf w filmie „Godziny”.

Kiedy gwiazda po oscarowej gali wróciła do pokoju hotelowego z nagrodą Akademii w ręku, poczuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej.

Swoją statuetkę, jedynego jak do tej pory przy czterech nominacjach Oscara, oddała mamie. Jako wyraz wdzięczności za to, że ją ukształtowała, powtarzając, że marzeń nie powinno się odkładać na później.

Rada podparta doświadczeniem w postaci własnego niespełnionego marzenia. Janelle Kidman, żona Antony’ego Kidmana, cenionego australijskiego psychologa klinicznego, sama nie mając pieniędzy na studia medyczne, została pielęgniarką. Jednocześnie wychowała obie córki – Nicole i o trzy lata młodszą Antonię, dziś znaną australijską dziennikarkę – na niezależne, świadome swoich praw kobiety.

Jednym z pierwszych dziecięcych wspomnień aktorki jest udział w wiecu feministycznej organizacji w Sydney Women’s Electoral Lobby, w której jej matka przez lata prężnie działała.

„Jeśli osoba, która cię wychowała i miała na ciebie tak istotny wpływ – tłumaczyła dziennikarce magazynu »Tatler«” Nicole – nie zrobiła kariery, na jaką zasługiwała, to do czegoś zobowiązuje. To trochę tak, jakbym odnosiła sukcesy także dla niej. Spójrz, mamo, to także twoja statuetka!”.

O własnym dzieciństwie Kidman opowiada bez upiększania: – Urodziłam się w Honolulu, ale dorastałam w Australii, kraju, który jest odseparowany od reszty świata. Australijczycy są przez to nieco zamknięci na inne kultury. Czują się dobrze we własnym sosie i chociaż lubią gości, to trzymają ich na dystans. Nigdy mi się to nie podobało. Zawsze byłam ciekawa świata, jestem wielką szczęściarą, że dziś mogę tak łatwo przemieszczać się z miejsca na miejsce.

– Najtrudniejszy był dla mnie czas liceum. Nienawidziłam tam chodzić. Kiedy wracałam ze szkoły, kładłam się na łóżku, na którym siedziała moja mama, płakałam i żaliłam się jej na wszystkie nieszczęścia, które mi się przytrafiały. Do dziś rozumiem osoby, które twierdzą, że szkoła średnia to horror. Na tym etapie życia jesteśmy przecież tak nadwrażliwi, że małe potknięcia wydają nam się końcem świata. Mój świat był w gruzach codziennie – wspomina.

W jednym z wywiadów przyznała też, że mama opisała ją jako „intensywne”, mając na myśli kłębiące się w Nicole emocje, i nieco osobne dziecko. Może to tylko sprawa charakteru, ale chyba znaczenie miało też to, że płomiennorudej Nicole, z jej porcelanową cerą, australijski klimat zwyczajnie nie służył. Jako że do popołudnia nie wolno jej było wystawiać się na słońce, sporo siedziała w czterech ścianach. Tak odkryła dla siebie książki (już jako 13-latka przeczytała jednym tchem „Wojnę i pokój”), a potem teatr.

Kiedyś stwierdziła, że chyba nikt w domu nie spodziewał się, że ona zostanie aktorką. I że nie zdobędzie, w odróżnieniu od jej siostry Antonii, która skończyła prawo, stopnia naukowego.

Chodziła do tej samej szkoły teatralnej co Naomi Watts, już wcześniej znały się z liceum, ale ich trwająca do tej pory przyjaźń zaczęła się w 1990 roku na planie filmu „Randka na przerwie”, w którym obie zagrały. Zbliżyły się do siebie na tyle, że kiedy (jeszcze tego samego roku) Tom Cruise zachwycił się Kidman, oglądając ją w thrillerze „Martwa cisza”, i zaproponował jej rolę w „Szybkim jak błyskawica”, wyjechały do USA razem. To był przełomowy moment.

Choć goni nas czas

Kidman i Cruise przeszli do historii jako najgorętsza para Hollywood lat 90. Wystąpili razem w trzech filmach – oprócz „Szybkiego jak błyskawica”, podczas kręcenia którego wzięli ślub, w kostiumowym „Za horyzontem” i wreszcie  – w „Oczach szeroko zamkniętych”, ostatnim filmie wielkiego Stanleya Kubricka. Grają tu z Tomem małżeństwo w kryzysie. Nieco ponad rok po premierze naprawdę ogłosili separację, a potem rozwód.

Nicole przyznała niedawno, że po rozstaniu rozważała różne warianty przyszłości i rozsądny wydał jej się plan, że może zaadoptuje dziecko i wychowa je sama. I właśnie kiedy zabierała się do jego realizacji, „przydarzył jej się”, jak to zgrabnie ujęła, Keith [Keith Urban, znany muzyk country – przyp. red.].

Wzięli ślub w 2006 roku, mieszkają w Nashville, mają dwie córki – 11-letnią Sunday i dziewięcioletnią Faith [z ang. „wiara” – przyp. red.]. Imię drugiej jest, zdaje się, nieprzypadkowe. Kidman, która sama dorastała w katolickiej rodzinie, podkreśla, że wychowywanie córek w wierze jest dla niej bardzo ważne i chociaż jej mąż nie jest katolikiem, chodzą wszyscy razem co niedzielę na msze. Nie jest również tajemnicą, że to między innymi dzięki pomocy Paula Colemana, australijskiego kapłana i przyjaciela rodziny Kidmanów, Nicole opuściła sektę scjentologiczną.

Powtarza, że jest szczęśliwa. Nie ma problemu, żeby publicznie mówić o tym, jak niesamowitą radością jest dla kobiety, której lekarze powiedzieli, że nie może urodzić dziecka, donoszona ciąża. Uważa, że o stracie towarzyszącej poronieniu wciąż mówi się publicznie, a nawet w gronie rodzinnym, za mało. Przyznała, że ma za sobą doświadczenie i ciąży pozamacicznej, i przedwczesnej utraty dziecka (jeszcze w czasie trwania pierwszego małżeństwa) i że doskonale zna żałobę, która towarzyszy takim przeżyciom. Starszą córkę Sunday, mimo komplikacji, urodziła sama. Młodsza przyszła już na świat dzięki surogatce.

– Kobieta ma prawo poświęcić dla macierzyństwa, co chce – mówi z powagą, ważąc słowa. – Szanuję każdy wybór, nigdy nie wywyższam się nad innych i nie mówię, że popełnili błąd albo że ich model życia jest zły. Ale nie ma we mnie zgody na nieweryfikowanie podjętych decyzji. Jeśli matka rezygnuje z kariery, żeby zająć się domem, należy regularnie sprawdzać, czy nic się w tej kwestii nie zmieniło. Mężczyzna, który wykorzystuje sytuację i powtarza partnerce, że to jej wybór, zamiast wsłuchać się w jej potrzeby, przestaje być partnerem. Staje się tyranem.

W tym miesiącu Kidman skończy 52 lata. Twierdzi, że pięćdziesiątka była ważną cezurą w jej życiu. Obie córki chodzą już do szkoły, są bardziej samodzielne, to daje nowe możliwości. W ostatnim wywiadzie dla „Variety” stwierdziła również, że w jej wieku człowiek zdaje sobie sprawę, że okazje, jakie przed nim stawia życie, są już ograniczone: „Teraz, kiedy jestem starsza, czas jest zdecydowanie cenniejszy”. I faktycznie, trzeba przyznać, że ten uciekający cenny czas Kidman wykorzystuje coraz lepiej.

'Wielkie kłamstewka' (fot. materiały prasowe) "Wielkie kłamstewka" (fot. materiały prasowe)

O kurach i dla kur domowych

Nigdy w swojej karierze nie zwolniła tempa. I chociaż często mówi się, że dla aktorek po czterdziestce nie ma dużych ról, dla niej były. A jednak ostatnie kilkanaście lat w karierze Kidman to – z nielicznymi wyjątkami – same „sprawdzone chwyty”. Skoro była zachwycająca w „Portrecie damy”, „Wzgórzu nadziei” czy „Moulin Rouge!”, uznano, że kino kostiumowe to jej żywioł. Z jednej strony plotkowało się, że przesadza z zabiegami odmładzającymi (tylko raz, parę lat temu przyznała, że próbowała botoksu, ale szczęśliwie ma to za sobą, dzięki czemu znowu może ruszać mięśniami twarzy). Z drugiej – czemu się dziwić, skoro reżyserzy wtłaczali ją w role dużo młodszych od niej kobiet (31-letnia Grace Kelly, młoda Diane Arbus, 25-letnia Gertrude Bell)?

Z im większym rozmachem opowiedziana historia, tym chętniej do obsady zapraszano Kidman. Tak jakby nikt nie pamiętał, jaką siłę rażenia miała choćby jej rola w „Dogville”, gdzie za całą dekorację posłużyła ciemna hala z wyrysowanymi na podłodze kredą umownymi pomieszczeniami.

Powrót do kameralnego, ale niezwykle przejmującego kina zafundowała więc sobie sama – zakładając dziewięć lat temu Blossom Films i produkując „Między światami” (w którym zagrała też główną rolę). Historię małżeństwa, które straciło czteroletniego synka. Przy okazji, wraz ze wspólnikiem, aktorka uczyła się wszystkiego od podstaw, na błędach. Budżet „Między światami”, po miesiącach chodzenia i szukania funduszy, ostatecznie obcięli o 75 procent. A kiedy trafili na plan, okazało się, że w pobliżu studia jest… pas startowy. Dzisiaj uważa, że nic tak skutecznie nie nauczyło jej pokory w pracy.

Źródłem ciekawych propozycji dla Kidman stała się też telewizja nowej generacji. W kontynuacji mrocznego serialu „Tajemnice Laketop” Jane Campion publiczność odkryła Kidman na nowo – wygląd jej bohaterki, z widocznymi piegami i w burzy siwych włosów, odbiega tu od codziennego image’u aktorki. Pomysł, żeby i z „Wielkich kłamstewek” stworzyć serial, był więc posunięciem genialnym. Choć w pierwszym momencie, jak wspomina (głośno się przy tym śmiejąc) Kidman, wydawało się, że wszystko skończy się katastrofą: – Pamiętam pierwszą recenzję „Wielkich…”, którą w ogóle przeczytałam. Dziennikarz po obejrzeniu jednego odcinka napisał, że ma do czynienia z serialem o kurach domowych i dla kur domowych, który poziomem stoi niżej niż „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Trzęsłam się, kiedy to przeczytałam. Natychmiast zadzwoniłam do Reese, która uspokajała mnie, że nie wszyscy ludzie wydają wyroki po obejrzeniu jednej ósmej dzieła. Od tamtej pory zawsze proszę dziennikarzy, żeby uszanowali naszą pracę i chociaż wymaga to poświęcenia tylu godzin, wydali opinię dopiero po zapoznaniu się z całością.

Premiera drugiego sezonu serialu 'Wielkie Kłamstewka' (fot. BEW) Premiera drugiego sezonu serialu "Wielkie Kłamstewka" (fot. BEW)

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

„Łasuch” – recenzja serialu

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)
Bajka, której akcja dzieje się w postapokaliptycznym świecie? Czemu nie, dorośli mają swojego „Mad Maxa”, teraz czas na młodszych widzów.

Świat opanowała pandemia, tym razem jednak nie wystarcza noszenie maseczek, a na horyzoncie nie widać skutecznych szczepionek. Choroba jest śmiertelna i zaraźliwa, więc wybucha chaos. Jedyne obowiązujące teraz prawo, to prawo silniejszego. Niemal w tym samym czasie przydarza się zagadkowy fenomen. Dzieci przychodzące na świat z nieznanych powodów okazują się hybrydami, częściowo ludźmi, a częściowo zwierzętami. Taki jest właśnie bohater tej historii Gus, pół chłopiec, pół jeleń. Wygląda, jak zwykły 10-latek, ale ma jelenie rogi i uszy oraz wyjątkowy węch. Przez pierwsze lata żył z ojcem w głębokiej głuszy, z dala od ludzi i cywilizacji. Teraz jest zmuszony wyruszyć w świat, żeby odnaleźć swoją mamę. A zadanie to niełatwe, bo hybrydy nie cieszą się wśród ludzi popularnością.

Kadr z serialu 'Łasuch'. Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)Kadr z serialu "Łasuch". Premiera 4 czerwca na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe)

„Łasuch” to kolejna po „The End of the Fucking World” frapująca adaptacja komiksu. Choć jego wydawca sugeruje, że lepiej, żeby czytali go dorośli, serial sprawdzi się jako kino familijne, choć w wypadku dzieci w wieku 12 lat i starszych. Odcinki trzymają w napięciu, są świetnie zrealizowane i poruszają aktualnym, ekologicznym przesłaniem.

8-odcinkowy serial „Łasuch” można oglądać na platformie Netflix od 4 czerwca.

  1. Retro

Saganka - Brigitte Bardot literatury

Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Saganka w latach 80. w Paryżu. Swoje ekstrawaganckie wybryki tłumaczyła słowiańskimi korzeniami. Brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało jej brakować pieniędzy, siadała do pracy. (Fot. BEW PHOTO)
Dla jednych była głosem pokolenia lat 50. – Brigitte Bardot literatury. Dla drugich burżujką, „hotelową” egzystencjalistką. „Pomyśl tylko – mówiła krótko przed śmiercią do syna – whisky, ferrari i hazard! Przecież to o wiele bardziej zabawne niż jakieś szydełkowanie, zajmowanie się domem i oszczędzanie. Tak czy owak, byłam pewnie ostatnią osobą, która przekonująco pisała o przyjemnościach”.

Cécile – bohaterkę debiutanckiej powieści „Witaj, smutku” – młodziutka pisarka Françoise Quoirez stworzyła po części na swój obraz i podobieństwo. Nastolatka, dokładnie tak jak ona, ma bogatego tatę i spędza lato na słonecznej Riwierze. Wakacje nie są do końca beztroskie, bo dziewczyna oblała egzaminy, ale tata szczęśliwie wcale nie ma ambicji, żeby córka miała dyplom, stawia na dobrą zabawę. Ambicje ma za to jego nowa narzeczona. Cécile knuje więc intrygę, podsuwa ojcu ponętną byłą kochankę. Tu już nie ma podobieństw: w rzeczywistości Quoirez pochodzi z porządnego mieszczańskiego domu, gdzie hołduje się chrześcijańskim wartościom, matka wychowuje dzieci, ojciec dba o ich dobrobyt i nie dyskutuje z córką przy drinku o romansach. Poza tym Françoise szczerze martwi się, że zawaliła studia na Sorbonie, i częściowo dlatego w godzinach popołudniowej sjesty pisze powieść, chcąc powetować rodzicom rozczarowanie i zaimponować znajomym. „Powiedziałam przyjaciołom, że piszę książkę – wyjaśniała potem – i po prostu musiałam to zrobić”.

Talent niewątpliwy

Pod koniec wakacji powieść była gotowa. Florence Malraux, córka poety André Malraux i przyjaciółka Françoise, poradziła wysłać maszynopis do kilku wydawców. René Julliard był szybki – przeczytał rękopis w nocy, a rano zdecydował się na publikację. W śmiałej opowieści o cynicznej nastolatce, która podczas wakacji przechodzi inicjację seksualną, w dodatku bez miłości, zwietrzył sukces. Podobieństwo autorki do jej bohaterki było niekwestionowanym wabikiem. Kiedy Cécile mówi: „Ideałem wydawało mi się życie bezecne i podłe”, można być niemal pewnym, że to wyznanie samej autorki. Krytycy stwierdzą, że jej postawa jest „odzwierciedleniem nastroju i postawy młodego pokolenia wchodzącego w życie po wielkim szoku wywołanym wojną i rozbiciu starych idei dobra i zła, wartości moralnych, zakazów i tabu”.

„Witaj, smutku” ukazało się we francuskich księgarniach w 1954 roku. Tytuł zaczerpnięty z wiersza Paula Éluarda oddawał nastrój melancholii. Ze względu na dobre imię rodziny autorka przybrała pseudonim Françoise Sagan (od nazwiska jednego z bohaterów „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta, ukochanego pisarza młodziutkiej Quoirez). Książka okazała się bestsellerem, przełożono ją na 30 języków i wydano w ponad pięciu milionach egzemplarzy (pierwsze polskie wydanie książkowe ukazało się w roku 1957, ale polscy czytelnicy znali „Witaj, smutku” wcześniej, kiedy to „Przekrój” zaczął drukować powieść w odcinkach, odtąd pisarkę zaczęto u nas pieszczotliwie nazywać Saganką).

„Talent niewątpliwy – oceniali krytycy – ocierający się o geniusz”. François Mauriac, sławny katolicki pisarz, laureat Literackiej Nagrody Nobla, pisał o Françoise z mieszaniną admiracji i zgrozy. Jego określenie „zachwycający mały potwór” przylgnęło do niej jak ulał. W 1957 roku Otto Preminger kręci na podstawie powieści film z jasnowłosą, obciętą na chłopaka Jean Seberg w roli głównej.

Nonszalancja

Mieszanina inteligencji, egoizmu i dziewczyńskiej brawury zjednywały Sagan fanów. Młoda debiutantka stała się ulubienicą intelektualistów z Saint-Germain-des-Prés na czele z Jeanem-Paulem Sartre’em, z którym regularnie jadała obiad w La Closerie des Lilas. Podczas pobytu w USA widywano ją w towarzystwie Trumana Capote’a i aktorki Avy Gardner, a leciwa malarka Tamara Łempicka, gwiazda art déco, gdy spotkała Sagankę na Capri, zaprosiła ją na kolację, kusząc listą znakomitych gości.

– A kogo obchodzi, kto tam będzie? – odparowała Françoise. Spóźniła się kilka godzin. Przyszła „ubrana swobodnie, bosa, z papierosem i kanapką w ręce, została wprowadzona do jadalni, gdzie przystąpiła do jedzenia bardzo spóźnionej kolacji, co wprawiło w zdumienie gospodynię. Mimo takiego stroju i zachowania (co u innych Tamara uznałaby za naganne), Sagan oczarowała zarówno gości, jak i samą malarkę, która uważała, że talent kompensuje wszystko inne”. Image nastolatki w espadrylach i trykotowej koszulce w paski towarzyszył jej nawet, kiedy była już dojrzałą pisarką.

Współcześni mówili, że urzekała wdziękiem Piotrusia Pana, ale jej siostra Suzanne określała to dosadniej, mówiąc, że „była zepsutym, rozpuszczonym bachorem. Przez całe życie cieszyła się całkowitą bezkarnością”.

Średnia z trójki rodzeństwa, przyszła na świat po śmierci brata Maurice’a, który zmarł w niemowlęctwie. Nic dziwnego, że narodziny Françoise rodzice przyjęli jako dar niebios i rozpieszczali ją od kołyski. Wyrosła na chudą, niezbyt ładną nastolatkę, patrzącą butnie spod przydługiej grzywki. Czytała zachłannie Rimbauda, Cocteau, Flauberta, Faulknera, Hemingwaya, Camusa, Fitzgeralda, Malraux, Prousta i Stendhala. „Odkąd nauczyłam się czytać, marzyłam, żeby zostać pisarzem” – wyjaśniała po latach. Na razie po nauce w klasztornej szkole z internatem, gdzie – jak mówiła – ostatecznie straciła wiarę w Boga i jego cuda, zaczęła studiować literaturę, ale zamiast na wykładach przesiadywała w kawiarniach, słuchając jazzu. W towarzystwie ukochanego brata Jacques’a i bandy jego znajomych spędzała czas na piciu i zabawie. I tak jej zostało – z nonszalancją brała z życia to, co najlepsze. A gdy zaczynało brakować na to funduszy, siadała do pracy. Pisała powieści, biografie, sztuki teatralne, scenariusze filmowe, piosenki, m.in. dla Juliette Greco. Już po sukcesie pierwszych powieści (wydana w 1957 roku książka „Pewien uśmiech” utwierdziła jej pozycję) zarabiała krocie.

„W twoim wieku pieniądze to niebezpieczna sprawa – przestrzegał ojciec. – Wydawaj je”. Wydawała. Jej miłość do luksusowych samochodów była szeroko omawiana przez prasę. „Kto nigdy nie poczuł dreszczu przekraczania prędkości, ten nigdy nie poczuł dreszczu życia” – powiedziała kiedyś. Chociaż wypadku z 1957 roku (prowadziła astona martina) omal nie przypłaciła życiem, nie zrezygnowała z szybkiej jazdy. Kilka miesięcy przeleżała w szpitalu – miała złamaną podstawę czaszki, połamane żebra i miednicę, wgniecioną klatkę piersiową.

Jak uciec przed życiem

To wtedy nauczyła się łagodzić ból morfiną. Z czasem uzależniła się też od kokainy. O nałogach mówiła bez ogródek, ale też podkreślała, że to, co robi, to wyłącznie jej sprawa.

„Nie znam nikogo, kto nie byłby od czegoś uzależniony” – mówiła. W końcu nieraz przemycała piersiówkę dla Sartre’a w czasach, kiedy lekarz kategorycznie zabraniał mu pić. W 1985 roku, towarzysząc w podróży do Kolumbii prezydentowi Francji François Mitterrandowi, przedawkowała kokainę na pokładzie jego samolotu, a kilka lat później została dwukrotnie oskarżona i skazana za posiadanie i przewóz narkotyków. „Przewóz oznacza transport z mojej jadalni do mojej sypialni” – skwitowała. Kiedy podczas rewizji w domu jej własny foksterier pod okiem policjantów dobrał się do torebki swojej pani i wylizywał kokainę, Saganka z właściwą sobie ironią powiedziała: „Widzicie? On też to lubi”.

Kiedy indziej stwierdziła, że „jedynym sposobem na inteligentną ucieczkę przed życiem jest opium”. Chlubiła się prababką Rosjanką i słowiańskimi korzeniami tłumaczyła wszelkie ekstrawaganckie wybryki i słabości. Których było zresztą wiele.

Choćby hazard. Denis Westhoff, syn Saganki, barwnie opowiadał o przyczynach kupna jej domu w Normandii, niedaleko Honfleur: „W 1959 roku moja matka poczuła się zmęczona koniecznością spędzania wakacji w Saint-Tropez, które stało się zbyt popularne i zatłoczone. Szukała spokojniejszego miejsca dla siebie i przyjaciół i wynajęła dom w Normandii na miesiąc, od 8 lipca do 8 sierpnia. Miejsce było niebezpiecznie blisko kasyna w Deauville. Matka i jej przyjaciele: pisarz Bernard Frank i tancerz Jacques Chabot, spędzali przy stole do ruletki całe noce. Przez miesiąc przegrali majątek, ale ostatniej nocy Sagan nieoczekiwanie wygrała 80 tysięcy franków. Zebrała pieniądze i nad ranem pijana wróciła do domu, prosto do łóżka. Kiedy właściciel przyjechał, żeby sprawdzić stan domu, Françoise, zbyt zmęczona i śpiąca, żeby uczestniczyć w inspekcji, zapytała, czy nie chciałby go sprzedać. »Tak« – odpowiedział właściciel. »Za ile?« »Za 80 tysięcy franków«. Matka wyjęła sumę wygraną poprzedniej nocy, kupiła dom i poszła spać”.

Miłość i śmierć

W Normandii poznała swojego drugiego męża – amerykańskiego rzeźbiarza i modela Roberta Westhoffa (pierwsze małżeństwo ze starszym o 20 lat wydawcą Guyem Schoellerem trwało dwa lata, rozwiedli się w 1960 roku). Małżeństwo z Westhoffem też wkrótce się rozpadło. „Kiedy się urodziłem, byli szczęśliwą i kochającą się parą – wspominał rodziców syn Denis. – Żyli w nocy, spali w dzień. Było im razem całkiem dobrze, a rozwiedli się w końcu z praktycznych powodów: on wolał mężczyzn, ona – raczej kobiety”.

Sagan nigdy otwarcie nie przyznała się do biseksualizmu, ale jej związek z projektantką mody Peggy Roche nie był dla nikogo tajemnicą. Spędziły razem prawie 20 lat. Peggy była jej kochanką, opiekunką – pilnowała finansów, trzymała na dystans tłum pasożytów, który otaczał hojną i niefrasobliwą pisarkę. „Moje pieniądze były zawsze »ulotne« i zależało mi na nich jak na czymś, co wchodzi drzwiami i natychmiast wychodzi oknem – pisała Saganka. – I gdyby nawet pod tym oknem jakieś wyciągnięte ręce potrzebowały tych pieniędzy i nań oczekiwały lub gdyby tam były jakieś gigantyczne kasyna gry bądź kosze na śmieci, nie powinno to obchodzić nikogo poza mną”.

Kiedy Peggy umarła w 1991 roku, Sagan była zdruzgotana, bez oparcia w przyjaciółce popadała w coraz to nowe kłopoty. Była zamieszana w głośną aferę koncernu Elf. Za radą kogoś życzliwego sama lokowała tam dochody i namawiała do tego przyjaciół, cały proceder okazał się praniem pieniędzy.

Umierając (bezpośrednim powodem zgonu był zakrzep w płucu), Sagan miała długów na prawie milion euro. Dom w Normandii, rękopisy, obrazy, meble, samochody zostały zlicytowane. Jak domek z kart runęła sceneria świata bogatej burżuazji, która zawsze stanowiła tło jej powieści.

Mówiła, że nie boi się śmierci, że kilka razy była bliska przejścia na drugą stronę i wie, że tam nic nie ma. Zawsze wybierała życie. „Śmierć mnie nie interesuje – pisała – nawet moja własna”.

Korzystałam m.in. z książek: Françoise Sagan „Sara Bernhardt. Śmiech szalony”, Wydawnictwo Artystyczne i Filmowe 1992; Laury Claridge „Tamara Łempicka”, Rebis 2001.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła".

  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.