1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Julia Child - pierwsza na świecie gwiazda kulinarnego show telewizyjnego

Julia Child - pierwsza na świecie gwiazda kulinarnego show telewizyjnego

Julia Child w swoim programie „French Chef”. (Fot. Forum)
Julia Child w swoim programie „French Chef”. (Fot. Forum)
Kuchnia jest dla nas duszą domu – mówiła kuratorom Instytutu Smithsona w 2001 roku. Całą jej kuchnię z domu w Cambridge dokładnie odtworzono w Muzeum Narodowym Historii Amerykańskiej jako skarb narodowy USA.

Zanim poznała Paula, nie miała drygu do gotowania. Nie musiała – pochodziła z bardzo zamożnej rodziny w kalifornijskiej Pasadenie. Jej rodzice Julia Carolyn i John McWilliamsowie – dziedziczka wielopokoleniowej fortuny i wiceszef jednej z największych amerykańskich firm produkujących żywność – zatrudniali nie tylko kucharza, ale też ogrodników, pokojówki i nianię. I tu zaskoczenie, bo w konserwatywnym domu McWilliamsów nie jadało się wykwintnie: na stole królowały tłuste kurczaki, tłuczone ziemniaki, szpinak w sosie śmietanowym i biszkopty.

„Jako nastolatka nie wykazywałam żadnego zainteresowania kuchnią. Zawsze miałam zdrowy apetyt, ale nikt nie zachęcał mnie do gotowania, a sama tym bardziej nie widziałam w tej czynności sensu” – napisze Julia po latach w „Moim życiu we Francji”. Dziewczynki z bogatych domów raczej nie uczyły się przygotowywać posiłków, a już z pewnością nie zajmowały się tym zawodowo. Gdybym nie zaczęła gotować, pewnie poślubiłabym jakiegoś bankiera i została alkoholiczką. Kobiety z klasy średniej nie robiły wtedy kariery – opowiadała w wywiadach.

Pięć i pół metra dzieci

Julia chciała czegoś więcej. Po skończeniu anglistyki na Smith College postanowiła, że będzie pisać. Pojechała do Nowego Jorku, licząc na pracę w „Newsweeku” albo „New Yorkerze”. Posady tam nie dostała, ale zatrudniła ją agencja PR pewnej fabryki meblowej. Zarabiała 18 dolarów tygodniowo, ale jakie wtedy były ceny! Za 50 centów na lunch można było zjeść zupę, rybę i deser. Do głowy jej nie przyszło, żeby gotować.

Kiedy zachorowała jej matka, panna McWilliams wróciła do Pasadeny. Śmiertelnie się tam nudziła. W 1941 roku, kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, Julia zobaczyła szansę na wyrwanie się z domu. Chciała zaciągnąć się do wojska, ale nie przyjęto jej ze względu na... wzrost. Miała 187 cm, rozmiar buta 44 i była równie postawna jak dwójka jej młodszego rodzeństwa.

Wychowałam pięć i pół metra dzieci – mawiała ich matka. Julia dostała w zamian pracę sekretarki w Biurze Służb Strategicznych, które po wojnie zmieniło nazwę na CIA. Marzyła, żeby zostać szpiegiem, ale za bardzo rzucała się w oczy, więc musiała się zadowolić pracą papierkową. Zdolna i błyskotliwa, szybko awansowała. W końcu trafiła do placówki na Cejlonie, gdzie segregowała tajne dokumenty i prowadziła korespondencję. To właśnie tam poznała o dziesięć lat starszego i kilkanaście centymetrów niższego Paula Childa – światowca, malarza, fotografa, poetę i kartografa, który rysował mapy sztabowe.

Po wojnie ona wraca do Kalifornii, on pracuje w Waszyngtonie. Pisze do niego stęskniona: „Czuję, że żyję tylko wtedy, gdy cię widzę, przytulam i zjadam”. Z kolei Paul przekonuje ją, by przeprowadziła się do niego i zaczęła mu gotować, bo wtedy „będą mogli jeść siebie nawzajem”. Pobierają się w 1946 roku.

Stali się nierozłączni na prawie pół wieku. Mąż był jej najlepszym przyjacielem, agentem, wspólnikiem biznesowym, krytykiem kulinarnym i pierwszym czytelnikiem jej książek. Wspierał ją, gdy pod koniec lat 60. zachorowała na raka piersi i przeszła podwójną mastektomię. To on zaprojektował dla niej kuchnię – tę, którą dziś można oglądać w Smithsonian – z podwyższonymi stosownie do jej wzrostu blatami, haczykami na ulubione rondle, patelnie i chochle, z magnetycznymi listwami na jej liczne noże.

Wszystko jest tutaj na swoim miejscu, tylko podłoga wygląda na czystszą niż u mnie w domu – powiedziała podczas otwarcia wystawy.

Julia proszona na wizję

Na pierwszą małżeńską kolację przyrządziła obrzydliwy móżdżek w winie, Childowie musieli więc pójść do restauracji. Wtedy Julia postanowiła nauczyć się dobrze gotować. Okazja nadarzyła się już wkrótce, gdy Paula wysłano na placówkę do Francji, a żona pojechała z nim. Pierwszy francuski posiłek zjedli w Rouen, gdzie zamówili wino, ostrygi i sole meunière – solę w sosie maślanym. Od tej chwili Julia miała już trzy miłości: Paula, jedzenie i Francję. „Przymknęłam oczy i wciągnęłam wonie unoszące się nad talerzem. Potem nabiłam kawałeczek ryby na widelec, uniosłam go do ust i spróbowałam. Przeżuwałam wolno: mięso było delikatne i miało lekki, lecz wyraźny posmak oceanu, który wspaniale komponował się z przyrumienionym masłem. Połknęłam pierwszy kęs. Istna rozkosz” – opisuje to doświadczenie Julia Child w książce „Moje życie we Francji”.

Childowie zamieszkali w centrum Paryża. On pracował jako attaché kulturalny w ambasadzie, ona z pasją uczyła się francuskiego, robiła zakupy na bazarach, poznawała miejscowych sklepikarzy, a przede wszystkim – lokalne smaki.

„W Paryżu, a potem w Marsylii miałam pod ręką najlepsze na świecie jedzenie i entuzjastyczną publiczność w osobie mojego męża, więc wydawało się logiczne, że powinnam się nauczyć la cuisine bourgeoise – dobrej, tradycyjnej, francuskiej kuchni domowej” – pisze Julia w „Moim życiu…”. Postanowiła zapisać się do jednej z najlepszych szkół kulinarnych na świecie – Cordon Bleu. Fundusze na naukę zapewniła jej amerykańska ustawa G.I. Bill, dzięki której weterani drugiej wojny światowej mogli liczyć na edukację. – Zaczęłam gotować, gdy skończyłam 32 lata, wcześniej tylko jadłam – powie już jako kulinarna gwiazda. Była jedną z niewielu kobiet w szkole i jedyną Amerykanką. Właścicielka Cordon Bleu szczerze jej nie znosiła, ale Julia się nie zrażała. Ukończyła najtrudniejszy kurs – dla szefów kuchni.

„Nauczyli mnie tam gotować wszystko: od ślimaków po dziczyznę. Wreszcie znalazłam prawdziwe i satysfakcjonujące zajęcie”. Niedługo później w klubie kulinarnym Cercle des Gourmettes poznała Simone Beck i Louisette Bertholle, Francuzki z mozołem – bo nie znały dobrze angielskiego – piszące książkę kucharską dla Amerykanów. Wkrótce już we trzy pracowały nad książką i otworzyły L’Ecole des Trois Gourmandes: szkołę, w której mieszkające chwilowo w Paryżu Amerykanki uczyły się gotować „po francusku”.

W 1961 roku Paul przechodzi na emeryturę i Childowie wracają do Stanów Zjednoczonych. Zamieszkali w małym domku w Cambridge pod Bostonem.

– Będziemy musieli żyć skromnie, ale jeśli poprowadzę dwie lekcje gotowania tygodniowo, znacząco zasilę domowy budżet – mówiła Julia. Zostawało dość czasu na dokończenie pracy z Simone i Louisette. W końcu, po ośmiu latach, ich wspólne dzieło było gotowe i liczyło prawie 800 stron.

Tyle że wydawnictwo, które upatrzyły sobie autorki, uznało opasły tom bez ilustracji (na dodatek oferujący francuską kuchnię narodowi, który żywił się głównie fast foodami i mrożonkami) za mało atrakcyjny. Zainteresowała się nim dopiero Judith Jones, redaktorka z wydawnictwa Alfreda A. Knopfa. Spodobała jej się książka z przystępnymi instrukcjami „dla amerykańskich kucharzy i kucharek, którzy nie mają służby”. Właściciel oficyny twierdził jednak, że zje swój kapelusz, jeśli książka pod tytułem „Mastering the Art of French Cooking” [Doskonalenie się w sztuce francuskiego gotowania] się sprzeda.

Pierwsze wydanie w 1961 roku rozeszło się błyskawicznie: książkę wznawiano 47 razy, przetłumaczono na kilkanaście języków i do dziś sprzedano ponad 2,5 miliona egzemplarzy. Dzięki honorariom za książki, a potem programy telewizyjne Childowie kupili okazałą posiadłość w Cambridge i dom w ich ukochanej Prowansji.

– Alfred musiał zjeść dużo kapeluszy – śmiała się Jones.

Jak zaczęła się przygoda z telewizją? Cztery miesiące po premierze „Mastering the Art...” publiczna bostońska WGBH zaprosiła Julię do 30-minutowego programu o książkach. Child przyjechała do studia uzbrojona w gigantyczną trzepaczkę, miedzianą misę, patelnię, tuzin jaj, pieczarki i małą kuchenkę elektryczną. Po krótkiej rozmowie z prowadzącymi duża kobieta z loczkami z werwą ubiła jajka, pokroiła grzyby i błyskawicznie zrobiła francuski omlet. Widzowie oszaleli na jej punkcie. Po programie stacja dostała kilkadziesiąt listów, których autorzy domagali się natychmiastowego powrotu Julii Child na wizję. Podpisała więc ze stacją umowę na 27 odcinków własnego programu. Za każdy z nich miała dostawać 50 dolarów.

Spokojnie, nikt was nie widzi

Tak narodził się „French Chef” – „Francuski szef kuchni”, a wraz z nim pierwsza na świecie gwiazda kulinarnego show telewizyjnego. W niskobudżetowym programie początkowo naczynia zmywali wolontariusze, a gotowe potrawy po programie licytowano, by choć w części pokryć koszty wyszukanych czasami składników.

„Okazało się, że nie mam wyczucia czasu, jedna minuta niczym się dla mnie nie różni od pięciu, co, ku mojemu przygnębieniu, wyszło na jaw już w drugim programie, kiedy po raz pierwszy przyrządzałam zupę cebulową. Musiałam zademonstrować, jak profesjonalnie i szybko sieka się cebulę, potem ją zeszklić i zrumienić, a następnie pokazać kilka sposobów podania zupy, przypiec grzanki, posypać je tartym serem i zapiec. Wykonałam te czynności w szaleńczym tempie i udało mi się wszystko pomieścić, kiedy jednak niosłam gotową zupę do jadalni, okazało się, że mamy osiem minut w zapasie. Tragedia. Musiałam więc usiąść i przez cały ten czas mówić do kamery” – napisała Child we wstępie do książki „Francuski szef kuchni”, która jest swoistą kroniką jej kulinarnego serialu.

Nikt się nie spodziewał, że program utrzyma się na antenie przez dziesięć lat i będzie liczył 119 odcinków. Julia była zabawna i energiczna, nie miała w sobie nic z tajemniczej kulinarnej bogini w stylu Nigelli Lawson. W prostych koszulowych bluzkach, z nieodłączną ścierką za paskiem, wciąż tak samo uczesana, mówiąca specyficznym dyszkantem i nadmiernie gestykulująca pani Child podbiła serca widzów. Być może pokochali ją właśnie za tę bezpretensjonalność? Pokazywała, jak wykonać podstawowe czynności: obrać pomidor, zrumienić mięso, przygotować zaczyn do ciasta drożdżowego.

– Zwyczajne składniki kupione w każdym sklepie mogą zamienić się w prawdziwe dania kuchni francuskiej – mawiała. – Potrzeba tylko dwóch szczególnych przypraw: czasu i miłości – do ludzi i do gotowania.

Jej potrawy z pewnością nie były niskokaloryczne. Używała ogromnych ilości masła i uważała, że bez niego w kuchni nie można się obejść.

– Jeśli boicie się masła, dodajcie śmietanę – mówiła do kamery. – Dietetyczną żywność można jeść tylko wtedy, kiedy czekasz, aż stek będzie gotowy.

Nie udawała, że wszystko zawsze jej wychodzi, nie peszyła się wpadkami, śmiała się ze swoich błędów. Zdarzało jej się zapodziać łyżkę, zrzucić ze stołu garnek albo wstawić mięso do lodówki zamiast do piekarnika. – Zdecydowanie wolę, kiedy wszystko dzieje się w sposób naturalny, jak wtedy, gdy mus nie chce opuścić formy, ziemniaki kleją się do patelni, a szarlotka powoli się zapada. Jednym z sekretów gotowania jest uświadomienie sobie, że trzeba wprowadzać poprawki, jeśli się da, lub pogodzić się z sytuacją, kiedy nie można nic zrobić.

W jednym z programów na oczach widzów (a w okresie największej popularności „Francuskiego szefa kuchni” oglądało 50 milionów Amerykanów) upuściła…

No właśnie, co? Wokół tego wydarzenia narosły legendy. Według jednych Julii Child miał wyślizgnąć się z rąk natarty przyprawami kurczak, inni zarzekali się, że widzieli, jak na podłogę upada udziec jagnięcy. W rzeczywistości był to placek ziemniaczany, który wylądował na blacie i rozpadł się na kawałki. Niewzruszona kucharka pozbierała je, wrzuciła na patelnię i powiedziała do kamery: – Pamiętajcie, że jesteście w kuchni sami, nikt was nie widzi. Nieważne, co się stało, nigdy nie przepraszajcie.

Madonna od warząchwi

Prawdę mówiąc, wielu widzów podejrzewało, że Julia, która chętnie dodawała wina do potraw, hołduje zasadzie: szklaneczka do garnka, szklaneczka dla kucharki.

– Program miał tak ograniczony budżet, że wystarczało tylko na odrobinę burgunda do potrawy. Swój kieliszek Julia napełniała wodą z rozpuszczalnym bulionem wołowym. Zmiany nadeszły dopiero, gdy program stał się popularny, a telewizja wprowadziła kolor śmiał się Paul Child. Po „Francuskim szefie kuchni” jego żona prowadziła kolejne programy, m.in.: „Obiad z Julią” [„Dinner with Julia”] i „ Julia i Jacques gotują w domu” [„Julia and Jacques Cooking at Home”]. Za swój pierwszy show dostała telewizyjnego Oscara – nagrodę Emmy. Odznaczono ją amerykańskim Prezydenckim Medalem Wolności i francuską Legią Honorową. Na swój sposób hołd oddawali jej też niezliczeni parodyści. W roli żywiołowej kucharki najlepiej sprawdził się Dan Aykroyd: w 1978 roku w programie „Saturday Night Live” przebrany za kobietę obcinał sobie palec podczas patroszenia kurczaka, wykrwawiał się i umierał.

– Ocalcie wątrobę! – krzyczał, wydając ostatnie tchnienie, a Julia zaśmiewała się przy tej scence. Jej przezabawne wpadki na wizji zainspirowały też podobno twórców Muppetów do stworzenia postaci szalonego szwedzkiego kucharza. „Madonna od warząchwi”, jak nazwał ją magazyn „Times”, do tej pory inspiruje też rysowników. Kilka lat temu w cyklu „Kobieca siła” wydawnictwa Bluewater Productions ukazała się komiksowa kronika jej życia. Tak naprawdę Child nie lubiła zamieszania wokół siebie. Nie występowała w reklamach, odmawiała firmowania własnym nazwiskiem garnków i akcesoriów kuchennych. Nie zamierzała stać się celebrytką, chciała tylko gotować i zarażać swoją pasją innych. Co roku przed Świętem Dziękczynienia telefon w domu Childów się urywał (do lat 90. numer Julii był w książce telefonicznej), a ona cierpliwie udzielała obcym ludziom rad, jak upiec idealnego indyka. Kiedy kilku ogrodników z Kalifornii chciało nadać jej imię róży w żółtym jak jej ulubione masło kolorze, nie zgodziła się. Ale kwiat i tak nazwano Julią Child. Meryl Streep, która brawurowo zagrała tę ekscentryczną mistrzynię kuchni w filmie „Julie i Julia” z 2009 roku, mówiła w jednym z wywiadów: – Julia nie tylko kochała męża i gotowanie, ona kochała życie.

Zmarła na niewydolność nerek w sierpniu 2004 roku, na dwa dni przed 92. urodzinami. Jej ostatnim posiłkiem była francuska zupa cebulowa. Taka sama jak ta, którą ponad 40 lat wcześniej przyrządziła we „Francuskim szefie kuchni”.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).