1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Elisabeth Kübler-Ross – pionierka psychiatrii

Elisabeth Kübler-Ross – pionierka psychiatrii

Dr Elisabeth Kübler-Ross na Uniwersytecie w Chicago w marcu 1970 roku. (Fot. Associated Press/East News)
Dr Elisabeth Kübler-Ross na Uniwersytecie w Chicago w marcu 1970 roku. (Fot. Associated Press/East News)
Dała głos niewysłuchanym. Elisabeth Kübler-Ross, jedna z największych pionierek psychiatrii naszych czasów, mogła leczyć rolników na szwajcarskiej wsi. Zamiast tego postanowiła zmienić świat i oswoić śmierć.

Nauka nie jest dla kobiet. Brat pójdzie na studia, ale ty? Wystarczy, że umiesz pisać i liczyć” – Ernst Kübler miał dość problemów na głowie, żeby przejmować się wybujałymi ambicjami córki. Elisabeth zawsze chciała być inna niż jej dwie siostry, Eva i Erika. Środkowa z trojaczków, robiła matce awantury, kiedy ta z oszczędności chciała ubierać dziewczynki w jednakowe ubrania. A teraz ten pomysł z medycyną? Chyba zwariowała.

Küblerowie byli nieugięci. Trwa wojna, do neutralnej Szwajcarii z całej Europy zjeżdżają ludzie za chlebem i schronieniem, a tego nie wystarczy dla wszystkich. Elisabeth, tak jak jej siostry, pójdzie po podstawówce do pracy: na służbę do bogatej pani. Nauczy się tego, czego trzeba do bycia żoną i matką. Słyszy bez przerwy, że dzięki poświęceniu i ciężkiej pracy każdy może trafić do Królestwa Niebieskiego. Tylko że Królestwo Niebieskie było dla Elisabeth podejrzane. W jej szkole dzieci pastora przychodziły na lekcje głodne i pobite. Kiedyś podzieliła się z jednym chlebem – wrócił dzień później z podbitym przez ojca okiem. Bo żebrał od obcych.

Zapamiętaj tę nazwę

Rok na służbie to i tak za długo: za oknami działa się historia, świat zmieniał się z dnia na dzień. W szpitalu zawsze potrzebują rąk do pracy. Elisabeth będzie sprzątać, podawać posiłki, prać. Cokolwiek, byle być bliżej lekarzy i pacjentów. Bystrą 14-latkę szybko awansowano na asystentkę w szpitalnym laboratorium, ktoś wreszcie docenił jej dobre stopnie z biologii i chemii. Nie rozumiała tylko jednego: dlaczego w najdalszym skrzydle szpitala, tym, gdzie leżeli umierający i syfilitycy, rzadko kiedy bywa ktoś z personelu? Panna Kübler znała tam każdego chorego. Przesiadywała z nimi po pracy, rozmawiała, pisała za nich listy. Widziała już kiedyś umierających ludzi, gdy leżała w szpitalu na zapalenie płuc, obok niej zmarło dziecko. Spokojnie, we śnie. Inne odeszło w męczarniach zapalenia opon mózgowych, więc śmierć była ukojeniem. Gdy sąsiad jej rodziców złamał sobie kark, spadając z drabiny, zdążył jeszcze pożegnać się z całą rodziną. Śmierć – normalna rzecz. Czy tylko w tym szpitalu bano się terminalnie chorych? A może to lawina wojennych strat sprawiła, że nikt już nie miał czasu dla odchodzących? Oddziały pękały w szwach. Wygłodzeni, odwodnieni i zawszeni uchodźcy wojenni opowiadali straszne rzeczy. „W Polsce Niemcy zbudowali obozy. Cała moja rodzina zginęła w komorach gazowych. Zapamiętaj tę nazwę: Majdanek” – powiedział jej pewnego dnia nowy lekarz. Kiedy zaraz po zakończeniu wojny szukano ochotników do Międzynarodowego Wolontariatu dla Pokoju, nie wahała się ani chwili. W Majdanku, który odwiedziła trzy lata po wojnie, straszyły puste baraki. Choć od wyłączenia kominów minęło już trochę czasu, w krematorium wciąż unosił się słodkawy smród. Na ścianach szop, w których kobiety i dzieci czekały na swój los, zobaczyła setki narysowanych przez nie motyli. Frywolność życia w obliczu zagłady.

Choroba narodowa

Nie było lekko, ale uparła się: w dzień praca w szpitalu, wieczorem i w weekend – wymarzona szkoła medyczna w Zurychu. Ojciec, zamiast ją teraz chwalić, mógłby przyznać, że przez swoje skostniałe poglądy i nieustępliwość zabrał córce mnóstwo czasu. Jako 25-latka była jedną z najstarszych studentek na roku. Kiedy zrobi dyplom, będzie starą babą!

Za to na szwajcarskiej wsi „starsza” pani doktor jest milej widziana niż jakaś smarkula: Elisabeth z radością przyjmuje pierwszą posadę lekarza rodzinnego. Jest już wtedy mężatką, wyszła za mąż za kolegę ze studiów, Amerykanina Emanuela Rossa. Życie upływa im w rytmie kaszelków, złamanych kończyn, gryp i ciąż jej pacjentów. Szkoda tylko, że sama Elisabeth ma wrażenie, że to prawdziwe, ciekawe jest gdzie indziej.

Od Nowego Jorku zakręciło się jej w głowie. Emanuel chciał wracać do ojczyzny, a dobra, szwajcarska żona zawsze robi to, czego chce jej mąż. Tak sobie żartowali. Dobrze było pracować razem jako stażyści w szpitalu na Long Island – śmiali się, że on może mieć ją na oku.

„Jest pani w ciąży, więc, niestety, nie możemy oferować pani rezydentury na pediatrii” – usłyszała pod koniec stażu. Wtedy po raz pierwszy zabrakło jej poczucia humoru. W Szpitalu Stanowym na Manhattanie nikt nie miał nic przeciwko ciężarnej lekarce na psychiatrii, ale atmosfera też nie sprzyjała żartom. Trudno było nie zauważyć, że im bliżej śmierci byli pacjenci, tym lekarze bardziej się od nich dystansowali. Żaden nie towarzyszył chorym w ostatnich chwilach. „Od tego mamy pielęgniarki” – słyszała wielokrotnie. Doświadczenia Kübler-Ross z wojennej Europy były nie do przecenienia: jako jedyna potrafiła rozmawiać z pacjentami o ich strachu i samotności. Kultura zaprzeczania i unikania tematu śmierci, praktykowana i przez personel medyczny, i przez bliskich, tylko ten lęk potęgowała. W chwilach, gdy ludzie najbardziej potrzebowali empatii i zrozumienia, dostawali od rodziny i lekarzy sztuczną obojętność lub źle udawany optymizm. Nie był to bynajmniej tylko nowojorski zwyczaj: w Denver, do którego Rossowie przenieśli się już z synem i córką, było tak samo. Podobnie w Chicago – ich kolejnym domu. W Ameryce nikt nie chciał o śmierci ani mówić, ani jej zauważyć. „To narodowa choroba. Poważniejsza niż cokolwiek, co widziałam na oddziałach dla schizofreników” – stwierdziła Elisabeth.

Boicie się mnie?

Chłopak w pierwszej ławce żuł gumę, ktoś z tyłu gadał, ktoś położył nogi na pulpicie. Studenci najwyraźniej mieli ją w nosie. Chora ze zdenerwowania doktor Kübler-Ross przygotowywała się do tego wykładu od tygodnia: jej przełożony poprosił ją o zastępstwo. Mogła mówić, o czym chciała, ale wybrała wykład o śmierci. Z wysiłkiem dobrnęła do końca notatek. Kiedy na salę pielęgniarz wwiózł na wózku inwalidzkim 16-letnią, bladą dziewczynę, zebrani zamarli. Elisabeth i umierająca na białaczkę Linda uknuły spisek: skoro nikt nie mówi studentom, jak mają się zachować przy terminalnie chorych, to trzeba im dać okazję do tego, żeby zadali komuś takiemu kilka pytań. „Jakie są pani wyniki badań krwi?”, „Czy ma pani powiększoną wątrobę?” – padały nieśmiałe pomruki z audytorium. Linda straciła cierpliwość. „Tylko o tym myślicie? O testach? Nikt z was nie myśli o mnie jako o człowieku! Chowacie się za tabelkami i wykresami, żeby nie musieć na mnie patrzeć. Ja, choć jestem od was młodsza, umieram. Nigdy nie pójdę do college’u, nie pójdę na randkę, nie urodzę dzieci. Nikt z was nie pyta o to, co czuję i myślę. Dopóki dr Ross nie zaczęła do mnie przychodzić, w tym szpitalu jedyną osobą do rozmowy była niepiśmienna sprzątaczka. Wy nie mówicie do mnie, tylko o mnie. Mówicie na mnie: »ona«, jakby mnie tu nie było. Boicie się mnie? Jestem zaraźliwa? Zarażę was śmiercią, jak podejdziecie za blisko?”.

Linda mówiła tak długo, na ile starczyło jej sił. O tym, że jej matka zmienia temat, gdy córka chce porozmawiać o odchodzeniu. Że ojciec dał ogłoszenie w gazecie, aby obcy ludzie przysłali jej kartki z życzeniami na 16. urodziny. Że nikt nie chce po prostu z nią być, żeby się nie bała. Studenci słuchali w milczeniu. Ktoś płakał. Nie było pytań. Przez następne pięć lat Elisabeth prowadziła swoje wykłady właśnie w taki sposób. Nie narzekała na brak chętnych chorych: do udziału zgłosiły się setki. W audytorium obok studentów medycyny i teologii zasiadali księża, rabini, pielęgniarki, paramedycy, socjologowie i psychoterapeuci. Niewielu lekarzy. „To, co robi na swoich wykładach doktor Ross, jest zbędne i pozbawione dobrego smaku. Wykorzystuje swoich pacjentów” – twierdziło środowisko medyczne. Wykłady zawieszono do odwołania.

Rozmowy o śmierci

Napisanie tej książki zajęło jej zaledwie dwa miesiące. Wydane w 1969 roku „Rozmowy o śmierci i umieraniu” powstały z jej rozmów z pacjentami, wykładów i notatek z lat pracy. „To dokładnie taka książka, jakiej szukałam w bibliotece, przygotowując się do tamtego pierwszego wykładu. Tylko wtedy nikt jej jeszcze nie napisał” – powiedziała w którymś z wywiadów. Do dziś „Rozmowy...” uznawane są za jedną z obowiązkowych pozycji, jaką powinien przeczytać każdy student medycyny i psychologii. Poleca się ją jako lekturę w szkołach pielęgniarskich, na studiach teologicznych i socjologicznych. Elisabeth opisała w niej pięć etapów żałoby – znanych dziś jako psychologiczny model Kübler-Ross. Są to stadia, przez które przechodzi każdy umierający: zaprzeczenie („nic mi nie jest”, „to nie może się przytrafiać właśnie mnie”), gniew („dlaczego ja?; to niesprawiedliwe!”), targowanie się („jeśli mi się poprawi, oddam pieniądze na biedne dzieci”), depresja („i tak umieram, nic już nie ma sensu”) i akceptacja. Etapy te dotyczą zarówno tych, którzy umierają, jak i tych, którzy przeżywają żałobę po stracie bliskich. Każdy przechodzi je we własny sposób i w różnej kolejności.

Na wykłady Elisabeth waliły tłumy, książka znikała z półek nawet po licznych dodrukach. Elisabeth zawzięcie propagowała ideę hospicjów i medycyny paliatywnej. Na ranczo w Kalifornii założyła Dom Pokoju – Shanti Nilaya – ośrodek dla umierających i ich rodzin. Wybrała jednak kiepskiego sąsiada. Jay Barham, założyciel sekty Kościół Aspektu Boskości (Church of the Facet of Divinity), przekonał ją, że to, co podejrzewała od dawna, jest prawdą: życie po śmierci istnieje, możemy rozmawiać z duchami, a istnienie jest tylko przystankiem do następnego wcielenia. Emanuel Ross miał dość: jego racjonalna żona najwyraźniej postradała zmysły. Złożył pozew o rozwód.

Seanse z duchami

„Biedna Elisabeth oszalała! Gada ze zmarłymi!” – żartowała z siebie 53-letnia Kübler-Ross przed dziennikarzami, gdy pogłoski o seansach spirytualistycznych, które urządzała na ranczo, trafiły do prasy. Shanti Nilaya wcale nie było hospicjum. „Naszym celem jest psychiczne uzdrowienie. Prowadzimy warsztaty pod tytułem »Życie, śmierć i proces przejścia«, z elementami psychodramy i rytuałami oczyszczenia” – zachęcała. Te ostatnie polegały między innymi na okładaniu gumowym wężem książki telefonicznej. Doktor Ross przekonywała uczestników kilkudniowych warsztatów, że sama rozmawiała z duchami – najczęściej z mężczyzną o imieniu Willy. Twierdziła, że żyła w czasach Chrystusa – miała wtedy na imię Isabel. Jay Barham, prowadzący warsztaty, zachęcał zebranych do kontaktów seksualnych z odwiedzającymi seanse duchami.

„Jakim cudem oddech ducha śmierdzi papierosami?” – zastanawiała się jedna z uczestniczek. Gdy podczas jednego z seansów ktoś nagle zapalił światło, goły Barham czym prędzej wybiegł z sali. Centrum pod San Diego zostało zamknięte w atmosferze skandalu, ale jego filie na Rhode Island, Hawajach, w New Jersey i Australii miały się znakomicie. „Jestem sceptycznym naukowcem i nie ryzykowałabym mojej reputacji, gdybym nie była przekonana, że te metody działają. Gdyby ludzie częściej mieli okazję poznać samych siebie, zajrzeć w swoją duszę, potrafiliby sami uleczyć wiele swoich chorób” – twierdziła niezłomnie Elisabeth.

Zajmie się nim pani?

Dom w Wirginii był jak nowy początek: miejsce na emeryturę, nowe centrum szkoleniowe. I nowe dzieci: te, których nie chcieli nawet ich rodzice. Ameryka lat 80. była w szoku: wszyscy bali się nowej, nieznanej choroby. Pewnego dnia na farmę przyszedł list. „Droga Doktor Ross, umieram na AIDS. Mam syna, który również jest chory, i nie mogę się już nim sama zajmować. Byłam w 70 agencjach, nikt nie chce go do siebie przyjąć, boją się go nawet dotknąć. Ile kosztowałaby opieka nad nim, gdyby zgodziła się Pani nim zająć?”. Elisabeth przyjęła do siebie chłopca i w ciągu kilku tygodni lawina listów od zdesperowanych rodziców przyprawiła jej listonosza o lumbago. Centrum holistyczne zamieniło się w hospicjum dla dzieci z AIDS i wirusem HIV. Ale i tym razem nie dopisali sąsiedzi. „Antychryst! Chce zarazić nas wszystkich!” – krzyczano na zebraniu w kościele metodystów miasta Headwater. Policja niechętnie przyznała doktor Ross ochronę, aby uchronić ją przed publicznym linczem. Pięć przecięć opon w samochodzie, cztery strzały z broni ostrej w okna i 12 wypalonych przez Ku-Klux-Klan krzyży na trawnikach. Później hospicjum dziecięce zamknięto. Pierwszy i ostatni raz w swoim życiu Elisabeth musiała się poddać. Dzięki jej niestrudzonej kampanii wszystkie dzieci trafiły do adopcji.

Straszny grzebuła

„Jestem gotowa na śmierć” – zadeklarowała po pierwszym z serii wylewów. „Czekam, ale on zwleka. Bóg to okropny grzebuła” – mamrotała dziewięć lat później 78-letnia Kübler-Ross, leżąc na wpół sparaliżowana w hospicjum w Arizonie.

Fundacja jej imienia, założona po jej śmierci w 2004 roku przez syna Kena, kontynuuje propagowanie nauk, książek Elisabeth i ruchu hospicyjnego.

W siódmą rocznicę śmierci doktor Ross jej córka Barbara dostała list od legendarnego boksera Muhammada Alego. Napisał w nim: „Elisabeth uczyła nas, że poznanie samych siebie to najlepsza droga do poznania sensu naszego istnienia. To nie przypadek, że kobieta, która nauczyła nas tyle o śmierci i umieraniu, była mistrzynią życia”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).