1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Jacek i Gaja Kuroniowie – miłość bezwzględnie rozdzielona przez los i historię

Jacek i Gaja Kuroniowie – miłość bezwzględnie rozdzielona przez los i historię

Ok. 1958-1959 r. Jacek Kuroń z przyszłą żoną Grażyną (Gajką), archiwum prywatne. (Fot. FoKa/Forum)
Ok. 1958-1959 r. Jacek Kuroń z przyszłą żoną Grażyną (Gajką), archiwum prywatne. (Fot. FoKa/Forum)
Poznali się na jednym z obozów. On, wówczas 21-letni, miał wyrzuty sumienia, że zakochał się w podopiecznej, 15-letniej zastępowej. Byli ze sobą niemal trzy dekady. W tym czasie jego zatrzymywali i zamykali na dłużej cztery razy. Ją raz internowali. I to wtedy wyszło na jaw, że jest śmiertelnie chora. Jacek i Grażyna „Gaja” Kuroniowie. Setki listów, słanych z i do więzienia, choć pisanych ze świadomością, że czytać je będą także funkcjonariusze SB, mówią o łączącym ich uczuciu właściwie wszystko. Oto fragmenty niektórych.

Wybrała Zofia Fabjanowska.

Więzienie 1965-67

Jacek został aresztowany po tym, jak wraz z Karolem Modzelewskim napisał krytyczny wobec ustroju „List otwarty do partii”.

Maleńka,
jak tu jest? No trudno powiedzieć, że dobrze, ale w każdym razie można żyć. Jem (na koszt państwa), śpię (w państwowej pościeli), palę (sąsiedzi z celi mają papierosy), no i oczywiście prowadzę bardzo miłe konwersacje z funkcjonariuszami państwowymi. Traktujmy tę historię jako mój urlop. Żałuję tylko, że nie zdążyłem Ci powiedzieć, jak bardzo Ciebie kocham. Całuję Ciebie, a Ty pocałuj Maćka [pięcioletniego wówczas syna Jacka i Gai, zwanego też Makiem – przyp. red.]. Ojca poproś, żeby się nie denerwował, ja sobie tu odpocznę – wrócę i na pewno szybko zrobię doktorat. Poza tym uściśnij wszystkich i każdemu powiedz, że go pozdrawiam z osobna.
Aha – co dzień pół godziny się gimnastykuję.
Ściskam.

Jacusiu!
Żyjemy zdrowi i cali. Jeśli przez moment pomyślisz, że jest inaczej, to należy Ci się pranie. To pismo musi być oficjalne i dlatego nie wiem zupełnie, co pisać, a chciałoby się pisać dużo. Proszę Cię, oszczędzaj siły i myśli na lepszą przyszłość.

Słoneczko,
tutaj cała sztuka polega na tym, aby żyć czasem teraźniejszym. Jak dotąd udaje mi się to znacznie lepiej niż moim współwięźniom. Bardzo dużo czytam. W absolutnym spokoju ducha przeszkadza mi troska o Ciebie – jak sobie dajesz radę w sprawach finansowych, no i czy Mak nie zabiera Ci za wiele czasu. Niestety, psiakrew, ja Ci nic nie mogę pomóc! Tylko pocieszam się, jak umiem, że sobie dasz radę. Strasznie Ci dziękuję za przesyłkę – teraz mogę już zgodnie z Twoimi poleceniami myć dwa razy dziennie zęby. Ale ta przesyłka to było coś więcej niż pasta, kapcie, papierosy i tak dalej. To przecież były przedmioty, których dotykałaś, które wysłałaś do mnie. We wszystkim był kawałek Ciebie.
Jest niedziela, tak sobie myślę, że jesteś w tej chwili na Mokotowie, u mamy – bardzo blisko ode mnie, ale przecież nie o odległość chodzi: myślisz o mnie, ja o Tobie. Kiedy się czeka, każdy dzień ciągnie się w nieskończoność. Spróbuj nie czekać, a zobaczysz – minie ten czas.
Pa, moje wszystko.
A to jest moja kartka do Maćka. Chyba już sam przeczyta:
MAK, BĄDŹ BARDZO DZIELNY. NIE PŁACZ, ALE SŁUCHAJ MAMY. NIEDŁUGO WRACAM. TATA JACEK.

Jacusiu!
Od dwóch dni na dworze rozpoczęła się wiosna. Zrobiło się zielono, cieplej, no i pachnie tak, że szaleństwo. Może to sadyzm pisać o wiośnie do człowieka, który widzi tylko skrawek nieba, a może nie jest aż tak źle? Miły mój, będę wysyłać listy, mimo że nie wiem, czy je czytasz. Następny będzie o Maćku – nazbierało się sporo historyjek.
Całujemy Cię mocno.
KOHANY TATA, BOŃĆ ZDRÓW. MIAŁEM PSYGODY. CAŁUSA POSYŁAM. MACIEK.

Dzień dobry, mój miły!
Dostałam dzisiaj Twój list na nasze dziesięciolecie. Znowu, po raz któryś (zliczyć nie potrafię), miałam okazję, żeby zacząć wierzyć w telepatię. Otóż w końcu lipca na spotkaniu towarzyskim (być może w dniu, kiedy Ty pisałeś ten list do mnie) rozmowa zeszła na temat Twój i Karola. Uczestnicy spotkania zaczęli: „Jacka poznałem w…”, „Znam go od…” i tak to trwało długo, długo. Chciałam przerwać tę falę kombatanckich wspominek i dla żartu powiedziałam: „Jacka znam od 1955 roku” i wtedy sama odkryłam, że to minęło już dziesięć lat. Odkrycie to wprowadziło mnie w bardzo seriozny nastrój i przestało mi być do żartu. Sumowałam sobie to dziesięciolecie i wtedy, i później.
Wtedy, dawno, dawno, kiedy nosiłam warkocze i chodziłam ubrana jak pensjonarka, Ty byłeś dorosłym czy prawie dorosłym (dla złagodzenia efektu) człowiekiem. I o ile potrafię zrozumieć swoją postawę (była jednak jak na ten wiek typowa), to zrozumienie Ciebie w tej sytuacji przekracza moje zdolności wyobraźni. Już kilkakrotnie rozmawialiśmy sobie o tym, jak to było na początku, i nie pamiętam, czy Ci to mówiłam, ale zawsze po takiej rozmowie czułam, że niewiele tu można wyjaśnić, powiedzieć, komentować. Zawsze zostaje to „coś”, co w rezultacie przyniosło nam tyle szczęścia, że zachłannością jest marzenie o dalszym jego tworzeniu. Ale nie wstydzę się tej zachłanności i nie wyrzeknę się jej nigdy.
Uśmiechaj się.

Dzień dobry,
ten list powinien być urodzinowy. Ty przecież 2 stycznia kończysz dwadzieścia sześć lat. Popatrz, jakie to dziwne – kiedy byłem z Tobą, zawsze zapominałem o tej dacie, jak zresztą i o wszystkich innych. Życzenia to taki substytut prawdziwych stosunków międzyludzkich. A po co ja Ci miałem mówić coś miłego raz do roku, kiedy zawsze starałem się Ci to mówić co dzień?
Cały mój świat – te zasadnicze wartości i te ulotne, przemijające i niepowtarzalne – to wszystko jest Tobą. Wybraliśmy sobie życie Don Kichotów, ale nie na zasadzie Sancho, który dał się zmamić nadzieją wyspy i gubernatorstwa, ale właśnie tak jak ten stary z La Manchy, wierząc, że jest jeszcze na świecie miejsce dla błędnych rycerzy. I za to najmocniej chcę Ci podziękować. I jeszcze za to, że kochamy te same wiersze i tak samo czujemy zapach bzu, nocny wiatr i jesienny deszcz. Za to wszystko i za mnóstwo rzeczy, których nawet nie potrafię nazwać, dziękuję Ci, moja mała Dziewczynko, w Twoje dwudzieste szóste urodziny.
A życzeń nie będzie, po co?

Więzienie 1968-71

Kuronia zatrzymano 8 marca 1968 roku jako inspiratora protestów studenckich przeciwko zdjęciu z afisza „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka.

Miły mój,
inaugurując nowy sezon, całuję Cię mocno, mocno. Co prawda na myśl, że znowu trzeba będzie pisać listy dla różnych „postronnych”, wzbiera we mnie agresja i gdybym mogła, zabiłabym, tylko nie wiem kogo.
Całuję wiele, wiele razy.

Mój Grażynku,
wczoraj dostałem paczkę. Dziękuję Ci, moja idealna żono kryminalisty. Niepokoisz się w listach, czy zawartość jest dobra. Wszystko, co przyślesz, będzie dobre, tylko – błagam – nie za drogo! Zielenina strasznie mi smakowała (sałata też) – dziękuję, jest już prawie zjedzona. Tempo wynika stąd, że dożywiam tu jednego młodocianego bigbitowca (gitarzysta basowy). Ale najbardziej, najpokorniej dziękuję Ci za listy, są naprawdę piękne, pomagają żyć, dodają sił. Przekonałem się już, jak bardzo jesteś dzielna, jak pięknie potrafisz sobie radzić, a to przecież 80 procent mojego samopoczucia. Gdybyś tylko jeszcze umiała podjąć jakąś pracę badawczą, właściwie mógłbym o sobie powiedzieć, że jestem szczęśliwy. Piszesz, że już tyle razy obiecywałaś i nic z tego nie wychodziło, ale pomyśl tylko, maleńka, że teraz sytuacja jest specjalna. Ja nie mogę pracować naukowo. W Tobie więc, moja maleńka, cała nasza nadzieja. Musisz żyć za mnie i za siebie. Nie wiem w tej chwili, co byś mogła robić. Przeczytaj jeszcze raz konspekt mojej pracy doktorskiej – może znajdziesz coś ciekawego dla siebie? To zresztą nieważne co, ważne, żebyś nie marnowała czasu. To właśnie powinien być Twój wybór i o to Cię proszę najbardziej, jak potrafię.
Uśmiechnij się do mnie, moje wszystko na świecie.

Więzienie 1977

Aresztowanie Kuronia razem z dziesięcioma innymi członkami i współpracownikami Komitetu Obrony Robotników miało miejsce 16 maja, bezpośrednio po akcji protestacyjnej wobec zabójstwa przez SB krakowskiego studenta Stanisława Pyjasa.

Grażyna, Grażka, Gajka,
wiadomo, że wyjdę i nawet w najgorszym układzie w dającej się zobaczyć perspektywie, ale nie teraz – teraz zaś muszę żyć tutaj i na tym życiu się skoncentrować. Cela jest moim mieszkaniem. Stopniowo wszystko, co jest za bramą, staje się nierealne. Im prędzej potrafisz osiągnąć taki stan i mniej w nim dziur wypełnionych marzeniami o wyjściu, tym łatwiej się siedzi. W moim życiu tutaj nie mogę przestać myśleć o Tobie i wcale nie chcę, nie chcę. Co to jednak znaczy: myśleć o Tobie? Często, może najczęściej – pragnienie. Tak, oczywiście pragnienie fizyczne także. Ale na ogół nie ono jest najważniejsze. Pragnę, łaknę Twojej obecności, rozmowy z Tobą, Twojej troski, uśmiechów, zainteresowania, uwag i relacji z tego, co się zdarzyło, co myślisz, co Ci się podoba… Pragnę, łaknę Twoich naburmuszeń – po to, żebym mógł Cię przepraszać i przeprosić. Pragnę Twojego gniewu, bo przecież za chwilę Ci przejdzie. Pragnę i łaknę być z Tobą, razem z Tobą przeżywać nasz świat. Czasem z olśniewającą jasnością przychodzi świadomość, że całe moje życie i cały świat są wspólne z Tobą. W takich chwilach – a na szczęście zdarzają się one i trwają – to, że kocham Ciebie, znaczy, że kocham życie... Zmęczenie, wielkie zmęczenie pracą i wtedy świt, a jeszcze chwilę przed tym, kiedy noc jest najciemniejsza, cisza. Nagle gwizd pierwszego ptaka, a za nim inne i niebo zaczyna różowieć. Ty śpisz i dopiero kiedy przynoszę Ci kradziony bez, otwierasz oczy. Mak – kłopoty z Maćkiem, że czegoś nie zrobił czy znów coś zrobił, a najpewniej, że myśli tylko o tym, jak wesoło spędzić czas, nie czyta i nie uczy się. Mamy zmartwienie, ale ja się do Ciebie uśmiecham i mówię, że przesadzasz. Woda w Wigrach – tak gęsto zielona i my płyniemy w horyzont. Książki [Jeana] Piageta. Ludzie, których kochamy, przyszli, siedzą, rozmawiamy, ja się ostro o coś kłócę. Później, kiedy już pójdą, powiesz, że było za ostro i będę się wstydził. Ale oni jeszcze wciąż siedzą i palą, a Tobie już zamykają się oczy. Nocny spacer i Wigilia na Mokotowie, i pasterka u Świętego Jacka. Kotlety baranie, lekko schrypnięty głos Okudżawy, wielowarstwowy smak koniaku… i znowu nagle gwizd ptaków w ciszy popołudnia – to idzie zmierzch. Widzisz, to wszystko jest nie całkiem o życiu za bramą. Tu też próbuję coś pisać, czytać, poznaję ludzi i staram się ich zrozumieć. Tu też wieczorem i przed świtem słychać gwizd ptaków. Ale przede wszystkim to jest o naszym wspólnym życiu. Z tak przeżywanej miłości jest cała moja siła, pogoda, spokój.
Z tego wszystkiego zapomniałbym Ci napisać, że zostałem skazany przez kolegium do spraw wykroczeń na 5 tysięcy złotych grzywny i 50 złotych kosztów za to, że „w dniu 15 kwietnia 1977 w mieszkaniu Heleny Łuczywo w Warszawie kierował zgromadzeniem pomimo rozwiązania tego zgromadzenia przez organa Milicji Obywatelskiej”. Historia jest tak ewidentnie wyssana z brudnego palca, że aż mi się nie chce pisać odwołania. Niemniej pewnie napiszę, dla zasady, choć wynik jest wiadomy.
Dziękuję Ci za to, że jesteś w moim życiu i za to, że jesteś taka.

Internowanie 1981-82

Jacek został internowany wraz z ogłoszeniem stanu wojennego 13 grudnia, Gaja - m.in. „z uwagi na współuczestnictwo w redagowaniu i przygotowaniu odzew i apeli o proklamowanie strajku generalnego” - dwa dni później.

Dzień dobry, moja śliczna, mała Dziewczynko,
wciąż mi się przypomina moje pierwsze więzienie. Pamiętam tamtą tęsknotę za Tobą. Lata mijają, a moje zakochanie, moja miłość nie powszednieje, nie szarzeje, jest tylko po wielokroć większa i może dziś, tu i teraz, bardziej bolesna. Ale nic to. Widać tak trzeba, to przecież cena naszego szczęścia. I wiem, po prostu wiem – dziś, tak samo jak przez te wszystkie lata, tylko ze znacznie większą pewnością, bo o te wszystkie lata jestem bogatszy – że nie ma mnie bez Ciebie.
Czekam na Twój list jak na Wolność albo i więcej.

Dzień dobry, mój jedyny, najdroższy, wspaniały,
źle zniosłam piętnastogodzinny transport więzienną suką, miałam po tym wielodniowe krwawienia. Okazało się w trakcie badań ginekologicznych, że mam guz na macicy, tak zwany mięśniak, który wymaga szybkich badań histopatologicznych i operacji.
Nie zgodzę się na szpital więzienny, podobno w Warszawie trwają starania o zezwolenie na szpital wojskowy. Piszę to po to, żebyś nie przestraszył się, kiedy się dowiesz, że jestem w trakcie operacji.
Uczę się tutaj, miły mój, francuskiego. Korzystam z okazji, że na moim piętrze mieszka pani docent z warszawskiej romanistyki.
Poza francuskim niewiele udaje mi się zrobić. W tak licznym skupisku, przy braku warunków do odizolowania się, mnóstwo czasu przecieka przez palce.
Bardzo tęsknię, ale o tym boję się pisać, nawet dotknąć – boli jak cholera.

Dzień dobry, mój mały, śliczny Dziewczynku,
przez pewien czas traktowałem pobyt tutaj jak rekolekcje. Czytałem Pismo Święte, medytowałem, starałem się usilnie uczestniczyć w mszach, a nie tylko być obecnym. W Wielkim Tygodniu bardzo ściśle pościłem. Dodaj, że brałem udział w głodówce, którą wywalczyliśmy sobie msze. W sumie miał to być taki psychiczny eksperyment. Nie wiem, czy należy uznać, że się powiódł, czy przeciwnie. W każdym razie nie przeżyłem nawrócenia. Nie mogę, nie chcę, nie potrafię mieć cudzych (żadnych) bogów przed Tobą. Tylko Tyś jest Bogiem, tylko Tyś jest święta…
Jestem po prostu poganinem i wcale, ale to wcale nie mam ochoty tego zmieniać. Modlę się do Ciebie co noc, patrząc na Wenus. W malutkim trójkąciku nieba widocznym z mojej celi około 23.00 pojawia się Wenus i przed północą uchodzi. Zaproponowałem Ci te nocne spotkania, jeśli możesz, bądź.
Całuję Ciebie najmocniej, jak potrafię.

Jedyny mój, dzień dobry,
dwa dni po wizycie w Białołęce byłam w szpitalu warszawskim, żeby ustalić termin operacji. Mili i dobrzy panowie doktorzy uznali bezwzględne wskazanie do natychmiastowej amputacji macicy i jajowodów i ze skierowaniem do szpitala na 7 czerwca wylądowałam w domu. Żal mi było, że tak nagle, że drugi raz Was nie zobaczę. Postanowiłam jeszcze poprosić Marka Edelmana o umówienie mi konsultacji w Łodzi u profesora Sieroszewskiego, sławy ginekologicznej. Marek zadziałał błyskawicznie, już 9 czerwca miałam termin. Wyruszyłam do Łodzi w letniej sukieneczce i z torbą na ramieniu. Marek zawiózł mnie do profesora, obejrzała mnie jeszcze pani docent i werdykt był wspaniały: można się wstrzymać z operacją, najpierw co najmniej dwumiesięczne leczenie hormonalne, potem decyzja, co dalej. Wracając z kliniki ginekologicznej do szpitala Edelmana, żeby odwiedzić leżącą tam Teresę [Bogucką – socjolog, dziennikarkę, pisarkę – przyp. red.], Marka zaniepokoił mój kaszel i dla spokoju własnego sumienia ustawił pod RTG. W trakcie wizyty u Teresy nagle się zakotłowało, lekarka radiolog uznała, że zdjęcie popsute, zrobiono następne, potem jeszcze dwa i nie było dla mnie ratunku. W łóżku znalazłam się natychmiast. Leczenie jest tak intensywne, że jeszcze nie ochłonęłam z wrażenia. Jestem niemiłosiernie pokłuta. Nie mówię o tyłku, bo do tego służy, ale o brzuchu, który atakują trzy razy dziennie, i o straszliwej kroplówce, która przez pięć–osiem godzin sączy się w żyłę z zawartością 30 milionów jednostek penicyliny. Łapa boli, słabość ogólna dopiero teraz się zaczęła.
Popatrz, taki ten list egocentryczny, ale chciałam, żebyś wszystko wiedział o mnie i jak najmniej się denerwował. Trochę się pomęczę, ale wygrzebię się z choróbska, to pewne.

Dzień dobry, moje Słoneczko,
z tego napięcia wysiadła mi alarmowa instalacja samoobrony. No i cześć – wolno mi teraz myśleć o wszystkim, myślę więc tylko o Tobie. Nie czytam gazet naziemnych ani podziemnych, nie słucham radia, chromolę lewicę, prawicę, centrum, w dupie mam etosy…
We dnie i w nocy piszę do Ciebie i piszę…

Jacku mój wspaniały, kochanie moje,
nadzieje na powrót do Warszawy w listopadzie są nierealne, dobrze będzie, jak wrócę około Bożego Narodzenia.
Ciekawość we mnie wielka, co przed nami, a to znaczy, mój miły, że zdrowieję i nabieram rozpędu do nowego etapu. Dotąd (oczywiście w tej chorobie) żyłam przeszłością, cały czas odwrócona za siebie, za nas. Teraz budzi się niepokój, ciekawość o przyszłość, chęć popróbowania życia. Nie martw się o mnie, powoli jest coraz lepiej, a będzie zupełnie dobrze. Doczekamy się na siebie i tym razem.
Całuję Twoje oczy. Bądź spokojny i szczęśliwy.

Dzień dobry Ci, moja przenajświętsza Dziewczynko,
coś, Córeńko najdroższa, pokręciłaś. Bo [w ostatnim liście] piszesz naprzód, że zdrowiejesz – powoli, ale systematycznie. Następnie, że tego Twojego zdrowienia nie uwzględnia prześwietlenie, które „ani drgnie”. A następnie, że na podstawie prześwietlenia różni koledzy Marka obawiali się, że umrzesz. W pierwszej chwili myślałem, że mnie sparaliżuje ze strachu. Uprzytomniłem sobie jednak, że gdyby tak to było, jak Ci się napisało, to Marek powiedziałby Ci, że sądząc na podstawie Twego „obrazka” – umrzesz. A tego on powiedzieć nie mógł. Ergo coś, kochanie moje, w tym liście pokręciłaś, dzięki Bogu. Tylko, Słoneczko moje najcudowniejsze, nie zmartw się tym, że mnie przestraszyłaś. Jak widzisz, tamto już sobie wytłumaczyłem, a fakt, że Marek opowiada Ci o tym, co było, nim „niebezpieczeństwo minęło”, już mnie ucieszył na długie zimowe wieczory. Kocham Ciebie. Tego nie sposób opisać ani nawet nazwać, to jest ze mną w każdym momencie, w każdym oddechu.
Pa.

24 grudnia 1982

Miesiąc wcześniej Kuronia przewieziono (uzyskał wreszcie zgodę władz) do szpitala w Łodzi, żeby pożegnał się z żoną. Nazajutrz Gaja umarła. W Wigilię pogrążony w żałobie Jacek napisał do swoich najbliższych list wspomnienie.

Opowieść wigilijna o Miłości, to znaczy o Gajce.
Kiedy mówię: „Wigilia”, to przeżywam najprzeróżniejsze blaski, zapachy, smaki, które w mojej pamięci przetrwały z wszystkich chyba moich wieczerzy wigilijnych. Przede wszystkim jednak przeżycia wigilijne wiążą się we mnie z ludźmi, z którymi dzieliłem stół i opłatek. Wszystko to jest przepojone Gają i w tym, i nad tym jest Gaja, Grażyna, Gaszka…
Żyjemy otoczeni bezmiarem okrucieństwa. Wcale nie dlatego, że są wojny, ludobójstwa, więzienia, tortury. Te i inne eksplozje zła są dlatego, że w tłumie, w którym żyjemy, każdy jest, musi być, egoistą i wszyscy jesteśmy, musimy być, obojętni dla siebie. Tymczasem człowiek może żyć tylko w miłości. Można powiedzieć, że każdy bezinteresowny ludzki gest ocala świat przed zagładą.
Noc wigilijna. Zimno i ciemno za oknem. Światło i ciepło w nas. Świątecznie. Jednak i tej świątecznej nocy wiemy, że miłość nie jest świętem. Jest pracą. Jest też bólem, strachem, gniewem, żalem, zgryzotą… Nie chcemy uniknąć tych ciężarów, bo to ciemność pozwala istnieć światłu, chłód – ciepłu, rozpacz – szczęściu.
Już teraz, tutaj wiem: Miłość jest nieśmiertelna, to tylko życie trwa zbyt krótko.

Jacek Kuroń rocznik 1934; polityk, historyk, działacz tzw. Czerwonego Harcerstwa, współzałożyciel KOR-u, dwukrotny minister pracy i polityki socjalnej, poseł na Sejm, kawaler Orderu Orła Białego. Zmarł 17 czerwca 2004 roku.

Grażyna Kuroniowa rocznik 1940; formalnie nigdy nie była członkiem KOR-u, choć aktywnie go wspierała. Zmarła 23 listopada 1982 roku na zwłóknienie płuc (wcześniej podejrzewano gruźlicę), chorobę wówczas nieuleczalną.

Listy pochodzą z książki 'Listy jak dotyk', Wyd. Karta. (Fot. materiały prasowe)Listy pochodzą z książki "Listy jak dotyk", Wyd. Karta. (Fot. materiały prasowe)

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze