1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Retro
  4. >
  5. Fryderyk Chopin – złożony z przeciwieństw

Fryderyk Chopin – złożony z przeciwieństw

„Był jakby kondensatem wspaniałych, rządzących się własną logiką niekonsekwencji” – pisze George Sand o Fryderyku Chopinie. (Ilustracja: BEW Photo)
Gdy przyjechał do Paryża, nosił niemodny tużurek (kolor nieznany). Szybko zamienił go na modny tużurek ciemnoniebieski, wcięty w pasie, do tego biała koszula i czarna peleryna podbita szarym jedwabiem. Stroje Chopina to jego oręż w walce o uznanie i pieniądze. Kompozytor potrafił świetnie zaplanować swoją karierę i sprzedawać swój wizerunek.

Wygląd: drobny, chudy, wzrost 170 cm, waga około 50 kg. Stopy małe, dłonie wąskie, silne. Włosy gęste, jasne, czoło wysokie. Oczy niebieskie, małe.
Głos: cichy, łagodny, czarujący.
Zachowanie: „wrodzona dystynkcja i doskonałe maniery”, poczucie humoru, dusza towarzystwa, świetny tancerz i aktor. Ale też: drażliwość i ataki wściekłości. Gdy kogoś nie znosi, udaje ataki kaszlu, by opuścić pokój.
Charakter: skrajnie skryty. George Sand: „zwierza się naprawdę jedynie swemu fortepianowi”.
Umysł: precyzyjny, przenikliwy, krytyczny. Ale też: „Przytomność często mię odchodzi. Jeżeli coś mam przed oczyma, co mię interesuje, mogą mię konie rozjechać i nie będę wiedział”.
Proces twórczy: mozolny, rzemieślniczy; bezustanne cyzelowanie i poprawianie. Artysta nigdy nie mówi i nie pisze o natchnieniu.

Wizerunek Chopina według przeciętnego Polaka to ciągle ten sam stereotyp: cierpiętnik, niezaradny, wielki duchem – słaby ciałem. Uosobienie narodowych kompleksów. Nic z tego. Cierpiętnikiem nie był, w kwestiach finansowych zadziwiająco obrotny, karierę planował precyzyjnie i realizował konsekwentnie. Skomplikowana, złożona z przeciwieństw osobowość: „Był jakby kondensatem wspaniałych, rządzących się własną logiką niekonsekwencji” – pisze George Sand, a jej córka Solange dodaje: z jednej strony szlachetny, prawy, gotów do pomocy, a z drugiej: „zdradzał dziwactwa, niewytłumaczone uprzedzenia, skryte, ale uparte antypatie”.

Niektórzy badacze ujrzeli w nim nawet typ schizoidalny (bo autyzm, nadwrażliwość, skłonność do wahań, wątpliwości i perfekcjonizm).

Trzewiki błyszczące jak lustro

Gdy przybył do Paryża nocą, we wrześniu 1831 roku, nosił niemodny tużurek i miał mizerny bagaż. Wynajął mieszkanko na piątym piętrze przy Boulevard Poissonnière i wyruszył w miasto, by wynająć niedrogo jakiś fortepian. Paryż go zachwycił, ale dostrzegł też od razu jego śmieszne strony: „Jakoż nie wiem, czy gdzie więcej pianistów jak w Paryżu – nie wiem, czy gdzie więcej osłów i więcej wirtuozów jak tu”.

Szybko zmienił wygląd: lakierki, czarna peleryna na podszewce z szarego jedwabiu, biała jedwabna koszula, tużurek ciemnoniebieski wcięty w pasie. Śnieżnobiałe rękawiczki glacé robione na miarę – czyściło się je w specjalnych sklepach. Już jako 15-latek miał zadatki na eleganta: z upodobaniem rozprawiał o kroju spodni i jakości materiału, ale w Paryżu doprowadził wygląd do perfekcji. Z próżności? Nie miał wyjścia. Strój był jego przepustką do wyższych sfer, które decydowały o powodzeniu artysty. „[…] Chopin stanął przed bardzo poważnym zadaniem, z którego wywiązał się w sposób równie rzeczowy, co błyskotliwy. Właściwie znalazł się w położeniu ambitnych bohaterów Balzaka: musiał zdobyć Paryż. […] Zabrał się natychmiast do wymyślania siebie z siebie. Wiedział bowiem, że podsunięty Paryżowi obraz własnej osoby, czyli według dzisiejszej terminologii – własny image, w dużej mierze zdecyduje o jego dalszej karierze artystycznej” – pisze prof. Ryszard Przybylski.

Tak więc musiał bywać w towarzystwie, co naraziło go na cierpką uwagę Mickiewicza, że się „po salonach wyciera”, i musiał się wyróżniać.

Przybylski: „Wszyscy polscy artyści, którzy na początku lat 30. znaleźli się w Paryżu, a w kieszeni brzęczał im jaki taki grosz, musieli dokonać wyboru między dystynkcją i prowokacją”. Słowacki wzorem francuskich dandysów, którzy dbałość o strój doprowadzili niemal do karykatury, wybrał prowokację: „Pierwszy raz ubiorem zwróciłem oczy dam – pisał w 1832 roku do matki – bo miałem białe szarawarki, kamizelkę białą kaszmirową, w ogromne różnokolorowe kwiaty, tak jak dawne suknie damskie, i kołnierz od koszuli odłożony – do tego laseczkę z pozłacaną główką i glansowane rękawiczki”. Na wycieczkę po Alpach ubrał się tak: bluza haftowana zielonym jedwabiem, czarny skórzany pas, znowu białe szarawarki, kapelusz z biało-czarnej słomki z purpurową wstążką.

Dla romantyków strój był deklaracją wolności, wyrazem indywidualizmu. Rok przed przyjazdem Chopina Paryż wzburzyło wydarzenie, w którym kolor stał się narzędziem ideowej rewolucji: na premierze „Hernaniego” Wiktora Hugo przyjaciele autora stawili się w czerwonych kamizelkach. „Ludzi dzieliliśmy na płomienistych i szarych, pierwsi byli przedmiotem naszej miłości, drudzy – odrazy. Pragnęliśmy życia, światła, ruchu, odwagi myśli i wykonania […].Ponadto mieliśmy szczególne upodobanie, miłość do czerwieni; kochaliśmy ten szlachetny kolor, który jest purpurą, krwią, życiem, światłem, żarem” – pisał Teofil Gautier, uczestnik słynnej premiery.

Fryderyk Chopin. (Fot. BEW Photo)

Kolor to protest dandysów wobec burżujskiej szarzyzny i czerni. „Dandys, człowiek publiczny, aktor teatru miasta, chroni swoją indywidualność za maską powierzchowności […]. Żywi upodobanie do łudzenia i przebrania, ma ostre wyczucie szczegółów i akcesoriów. Pogarda dla pieniądza jako celu, upodobanie do ostentacyjnego zbytku i do gry […] stanowią część ich moralności, antykapitalistycznej i antyburżuazyjnej. Dandyzm jest etyką, koncepcją życia, która podnosi celibat i ducha włóczęgi do rangi świadomego oporu ” – pisze Michelle Perrot w „Historii życia prywatnego”.

Jednak Chopin, który lubił wysmakowanie dandysów, nie lubił ich ostentacji. Kiczowate prowokacje Słowackiego mogły w nim budzić tylko politowanie, nigdy nie włożyłby kamizelki w kolorach tęczy i nie zapiąłby jej na złote klamerki. Jego kamizelki musiały być w dyskretny wzorek. Żadnych pasków na spodniach. Żadnych cytrynowych albo różowych rękawiczek. Zawsze zapięty pod szyję, nie wykłada kołnierzyka jak Słowacki, a przed nim Byron. On nosi krawat biały, tradycyjnie wiązany, nie bawi się w wiązanie go na 72 sposoby, które wymyślili dandysi. Jego kreacje dżentelmena, zewnętrzny przejaw arystokracji ducha, mają wzbudzić szacunek wyższych sfer. I wzbudziły. Franciszek Liszt: „traktowano go jak księcia”.

Nawet w okresach choroby Chopin nigdy nie pozwalał sobie na niechlujność, niestaranność, niesumienność – i bardzo nie lubił tego u innych. Gdy przychodziły ataki, bolał, że jest nieufryzowany. Gdy umierał, służący do końca golił go i układał mu włosy… Skrajne zamiłowanie do porządku obejmowało także zapisy nutowe. Do Juliana Fontany, który kopiował któreś z jego dzieł, napisał: „szanuj mój manuskrypt i nie gnieć mi ani smól, ani drzej, bo tak kocham moje nudy pisane”.

Nawet jeśli miał do późna w noc spotkanie towarzyskie – zaczynał lekcję muzyki punktualnie o 8.00: „Dżentelmen w każdym calu, elegancki, ubrany bez zarzutu w liliowy, niebieski lub jasnobrązowy tużurek, jego drobne i wąskie stopy okrywały piękne trzewiki z jasnej skóry, błyszczące jak lustro” – opisuje jeden z uczniów. Inny: „Najbardziej błyszczące, jakie kiedykolwiek widziałem. Nosił, co tylko było najbardziej eleganckiego, najwyszukańszego. Zawsze robił wrażenie, że ma na sobie wszystko prosto z igły”.

Podobną dystynkcję miały jego kolejne mieszkania. Piękne meble, wytworne dywany. Zasłony z jedwabiu i tiulu, kapy haftowane przez wielbicielki. I zawsze fiołki, układane w niskich wazach. Apartament przy Chaussée d’Antin: meble z różanego drewna, niepraktyczne, ale efektowne białe obicia, w salonie fortepian Pleyela, dziś cenny eksponat muzeum chopinowskiego. Piękne obrazy i grafiki, wspaniała porcelana, stare stołowe srebro. Ale także dziwaczne bibeloty (przyjaciela poprosił, by w galerii Palais Royal kupił rączkę ze słoniowej kości do drapania się w głowę: „mała rączka, zakrzywiona zwykle, biała, na czarnym kijku osadzona”).

Te wypieszczone mieszkania były też dla takiego jak on wygnańca niekończącą się próbą zadomowienia się, stworzenia własnej, intymnej przestrzeni i przystani.

Płaszcz za 140 franków

Jego znajomi artyści pieniędzy mieli mało, ale kochali luksus i żyli ponad stan za wybłagane u wydawców zaliczki. Balzak ciągle ukrywał się przed wierzycielami. Gdy Chopin przyjechał do Paryża, do legendy przeszło przyjęcie Dumasa dla 400 osób. To akurat nic go nie kosztowało, bo powymieniał upolowane przez siebie dziesięć saren i trzy zające na łososia, jesiotra, 500 butelek bordo, 500 szampana i 300 burgunda, a znajomych malarzy namówił na dekorację apartamentu.

Chopin nie cierpi stylu życia bohemy, jej ekstrawagancja i hałaśliwość kłócą się z jego rezerwą i dobrymi manierami. Podziela za to skłonność romantyków do luksusu. Nie szasta jednak pieniędzmi tak jak oni. Na pomoc z domu nie może liczyć, ojciec w listach delikatnie napomina go, by oszczędzał. Dużo wydaje na operę. Zaprasza przyjaciół do modnych restauracji. Pije tylko świetne gatunki wina. Stroje zamawia u najlepszych: buty u Rappego, ubrania u Dautremonta (za płaszcz brał przeciętnie 60 franków, ale za płaszcz ze złotymi guzikami policzył Chopinowi 140). Dopóki nie kupił powoziku za 1000 franków, za wynajęty powóz ze stangretem w liberii musiał płacić 450 franków miesięcznie (przejazd dorożką kosztował 1–2 franki). Na to wszystko nie uskładałby ze sprzedaży kompozycji, chociaż wykłócał się z wydawcami o honoraria, bo się cenił. Musiał dawać lekcje i uczył niezmordowanie. Własny image okupił katorgą. To był jego „młyn”.

„Pięć lekcji mam dzisiaj dać. Myślisz, że majątek zrobię! – Kabriolet nieledwie więcej kosztuje – i białe rękawiczki – bez których nie miałbyś dobrego tonu” – pisał do Dominika Dziewanowskiego. W 1832 roku, po dwóch publicznych koncertach, rzucił Paryż na kolana („Cały Paryż ogłupiał” – relacjonował Antoni Orłowski) i uczniowie zaczęli się ustawiać w kolejce. W Paryżu miał ich grubo ponad 100… Po lekcji uczeń zostawiał na kominku honorarium w kopercie – 20–30 franków.

„Młyn” nie przeszkadzał jednak Chopinowi w precyzyjnym, kształtującym image doborze uczniów. Liczyły się dwie rzeczy: talent i pochodzenie – najlepiej arystokratyczne... Nauczycielem był jednak sumiennym i niezrównanym. Gdy uczeń był zdolny, lekcja ciągnęła się godzinami. Kiedy grał źle, zapominał o dystynkcji: machał rękami, łamał ołówki, szarpał się za włosy. „Co to jest? – krzyczał – szczekanie psa?!” Jedna z uczennic wspomina: „chwile dzikie, przykre, złe, gniewne, w których łamał krzesła, tupał nogami”.

Fartuch pracownika

Nienawidził koncertować w wielkich salach. Wolał prywatne, kameralne koncerty w domach polskich emigrantów i paryskich salonach. Lisztowi powiedział: „ja się nie nadaję do występów publicznych – audytorium mnie onieśmiela, duszę się w oddechach tłumów, paraliżuje mnie ciekawy wzrok, zmusza do milczenia widok obcych twarzy”. Sand w 1841 roku: „Dał się wreszcie przekonać, lecz nie chce programów, nie chce tłumnej publiczności, nie chce, by o tym mówiono. Tyle rzeczy go przeraża, że proponuję mu, żeby zagrał bez świec i bez audytorium na niemym fortepianie”. Oczywiście sukces. Sand: „w dwie godziny uderzeniami rąk zgarnął do kieszeni sześć tysięcy kilkaset franków pośród braw, bisów i tupotu najpiękniejszych kobiet Paryża”.

Ale Chopin, jak to on, potrafił wykorzystać tę swoją słabość. Taktyka: rzadkie koncerty publiczne i występy kameralne tylko dla wybranych, dawała świetne efekty. O koncertach prywatnych – jak opisuje to prof. Przybylski – szybko zaczęły krążyć legendy: ci, którzy dostąpili tej łaski, mówili o objawieniu, o kontakcie z Absolutem, o metafizycznych przeżyciach. Kiedy więc Bóstwo Muzyki zgodziło się wreszcie na publiczny występ, nie było mowy ani o pustej sali (widoku pustych krzeseł Chopin bał się panicznie), ani o krytyce, choć dziennikarzom jak inni muzycy się nie podlizywał.

Musiał jednak cenić kontakt z szeroką publicznością, skoro kazał się pochować w koncertowym fraku. Przybylski: „Był to jego ostatni znak, przekazany już z trumny. Znał wartość znaków. Serce oddał Warszawie, aby wiadomo było, gdzie ukształtowała się jego tożsamość. Frak koncertowy zabrał ze sobą do matki ziemi, aby rozsypał się w proch razem z jego ciałem. Był to w końcu tylko fartuch pracownika, który zszarpał swe zdrowie w »młynie życia«”.

Po śmierci Chopina jego rzeczy sprzedano na licytacji. Były wśród nich: kilimy, chińskie wazy, srebra, kryształy, zegar i komoda Boulle’a, złoty zegarek, komplet nowych rękawiczek, sześć sztuk kalesonów, paczka pończoch, 19 koszul.

Na ogłoszeniu o licytacji nie ma jego nazwiska: siostra Ludwika uznała, że dzięki temu nie zlecą się wielbiciele i przyjaciele Chopina będą mogli te pamiątki kupić taniej. Mąż nigdy jej nie darował takiej rozrzutności…

Korzystałam m.in. z książek: Ryszard Przybylski „Cień jaskółki”; Maria Gordon-Smith, George R. Marek „Chopin”; Mieczysław Tomaszewski „Chopin. Człowiek, dzieło, rezonans”; Teofil Gautier „Pisarze i artyści romantyczni”.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze