fbpx

Richard Gere o jubileuszu „Pretty Woman”, medytacji i spotkaniu z Dalajlamą

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą
Richard Gere (fot. East News)

W serialu „MotherFatherSon” gra toksycznego rodzica. Prywatnie w kwietniu w wieku 71 lat znów został ojcem i zapewnia, że nie zamierza ingerować w życiowe wybory swoich dzieci. Nam Richard Gere mówi o sile, którą daje mu medytacja zen, o spotkaniach z Dalajlamą, ale też o… jubileuszu „Pretty Woman”.

W dwóch słowach. Jak byś sam się określił?
Irytujący marzyciel…

Czyli kto?
Facet, który w kinie wciąż szuka czegoś więcej niż jedynie kasowych produkcji. Wierzy w magię filmów, które mogą poruszać, skłaniać do refleksji, ale również wywoływać dyskusję i wpływać na myślenie ludzi, przygotowywać grunt pod zmiany społeczne, dając przykład tego, że jeden człowiek naprawdę może zrobić coś sensownego dla innych.

Zacznijmy więc od magii kina. Mija 30 lat od premiery najsłynniejszej komedii romantycznej wszech czasów „Pretty Woman”. Podobno Julia Roberts musiała cię namawiać, byś w tym filmie zagrał. Dlaczego?
Obawiałem się, że już na dobre zostanę zaszufladkowany jako etatowy amant, a wielbicielki nie dadzą mi spokoju. Po „Amerykańskim żigolaku”, w którym wcieliłem się w faceta do towarzystwa, taka opcja, mimo że grywałem już wtedy różne postaci – była bardzo prawdopodobna. Nigdy nie czułem się żadnym symbolem seksu, ale w wywiadach przypinano mi taką etykietkę. Moja żona Alejandra też tego nie rozumie, mówi, że wyglądam tak samo jak faceci, których mija na ulicy… (śmiech!) Poza tym ten film nie wydawał mi się wtedy ważny, nikt nie miał wobec niego wielkich oczekiwań. Pierwotny scenariusz był raczej depresyjny: opowiadał o osobach z dwóch różnych, ale równie okropnych światów. Zamiast happy endu było rozstanie w ciemnej uliczce po wypełnieniu umowy. Brrr! Dopiero gdy scenariusz przejął Disney, historia nabrała znanego dziś bajkowego charakteru. Stała się współczesną wersją Kopciuszka. Ostatecznie zgodziłem się w tym zagrać, bo to chwytający za serce film o nadziei, o tym, że zwycięża miłość, a kasa nie daje szczęścia. To także historia o potrzebie akceptacji i o tym, że można zmienić swoje życie.

A nie przeszkadzało ci, że „Pretty Woman” to opowieść o uprzedmiotowieniu kobiety, o kupieniu jej przez bogatego mężczyznę? Sama Julia Roberts twierdzi, że dziś, w dobie ruchu #MeToo taki film o męskiej dominacji już by nie powstał.
Zapewne tak. Chociaż sądzę, że postać Vivian można interpretować wielorako. Owszem, nie jest kobietą niezależną w sensie materialnym i wybiera wygodne życie u boku bogatego mężczyzny, którego darzy jednak uczuciem. Z drugiej strony jest bohaterką, która osiąga swoje cele, a o to przecież chodziło w emancypacji, by kobieta miała wybór. Vivian robi ze swoją seksualnością to, co chce. Wkracza dzięki temu do innego świata, ale nie jest w nim tylko dekoracją. Bierze z niego to, co dla niej najlepsze. Wybiera ostatecznie miłość, ale nie jest nigdzie powiedziane, że to wyklucza dalszy jej rozwój, inwestowanie w naukę, w siebie. Rozmawiałem o tym z Garym Marshalem, reżyserem filmu, który, niestety,
niedawno odszedł, i myślę, że ta historia nie jest wcale taka oczywista.

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą
Kadr z filmu „Pretty Woman” (fot. BEW PHOTO)

Kiedyś jednak byłeś innego zdania. Czy ta zmiana myślenia ma jakiś związek z buddyzmem zen, którego jesteś wyznawcą i praktykiem?
Chyba coś w tym jest. Rzeczywiście stałem się człowiekiem bardziej świadomym siebie i świata. Zen zakłada odrzucenie różnych uprzedzeń, które towarzyszą nam na co dzień i wpływają na to, w jaki sposób odbieramy rzeczywistość. One po prostu nas ograniczają.
Zen podkreśla rolę powrotu do „tu i teraz”. Dlatego nie zagłębiam się w przeszłość ani nie analizuję różnych wersji przyszłości. Skupiam się za to na teraźniejszości i czerpaniu radości ze zdarzeń, które dzieją się w dokładnie tej chwili. Chcąc żyć zgodnie z założeniami zen, kiedy jesz, powinieneś tylko jeść, a nie rozmyślać w tym czasie o tym, co stało się w pracy, czy o tym, co masz zrobić po obiedzie. Gdy zaś idziesz na spacer do lasu, powinieneś zwracać uwagę na przykład na korony drzew, a nie zajmować się pisaniem wiadomości w komórce. Zen odrzuca również tworzenie granic pomiędzy samym sobą a światem zewnętrznym. Chodzi o uzyskanie poczucia jedności z całym wszechświatem i wszystkimi jego elementami. A prowadząca do tego medytacja to rodzaj oczyszczenia umysłu, przyzwolenia na niekontrolowany przepływ myśli, rodzaj relaksu, odstresowania.

No dobrze, a tak konkretnie jak to się przekłada na twoje życie?
Znalazłem spokój, przestałem się szarpać sam ze sobą, zaakceptowałem siebie. Nie gonię za rolami, pieniędzmi, tak zwaną karierą, całym tym celebryckim blichtrem, imprezami, kobietami. Kiedyś czytałem, co o mnie piszą w mediach, i mocno to przeżywałem, porównywałem się z innymi aktorami. Chciałem się wybić, zaistnieć. Dziś już tego nie robię, nie muszę, nie potrzebuję. Żyję wygodnie, ale bez luksusów. Nie potrzebuję drogich, podkreślających status gadżetów. Ani zainteresowania paparazzich. Lubię pobyć sam, w ciszy. Mogę też żyć dłuższy czas bez pracy na planie i nie jest to dla mnie jakąś tragedią. Życie jest ważniejsze od kina! Ciekawsze, prawdziwsze. Ważniejsza od filmów jest moja rodzina, ważniejsze jest praktykowanie zen, ważniejsze są misje humanitarne, w których biorę udział. To nie znaczy, że już nie podoba mi się zawód aktora. Wykonuję go z pokorą, bez nadawania mu zbyt wielkiego znaczenia. Właściwie to jestem zaskoczony, że moja kariera trwa tak długo. Nigdy nie była przemyślana, niczego nie kalkulowałem. Jestem farciarzem, bo udało mi się pracować ze znakomitymi reżyserami, aktorami i scenarzystami.

Życiowy minimalizm i ograniczenia, które propaguje buddyzm, nijak się mają do stylu życia w Hollywood. Nie czułeś rozdwojenia?
Medytować i włączać świadomość można wszędzie. I w Hollywood, i na pustyni. Na pewno jeśli chodzi o drobne, praktyczne strony życia, to jest to pewien problem. Takie na przykład komary…

Słucham?
Komary – czasem nieźle potrafią człowiekowi dokuczyć. Buddyzm naucza szacunku dla każdej formy życia. Tak więc nie powinniśmy komarów zabijać. Staram się oczywiście tego przestrzegać, ale nie jestem też masochistą. (śmiech!) Jakiś dziennikarz zarzucił mi kiedyś, że nie żyję w ubóstwie i mam dochodową restaurację, chociaż sam jestem wegetarianinem. Ale przecież to nie stan posiadania jest najważniejszy, tylko cel, na który wydajemy nasze uczciwie zapracowane pieniądze, i sposób, w jaki żyjemy. Założyłem fundację „The Gere Foundation”, która walczy o wyzwolenie Tybetu spod chińskiej okupacji, ale zajmuje się także międzynarodowymi misjami humanitarnymi. Podczas kryzysu w Kosowie w 1999 roku odwiedziłem uciekinierów w Macedonii, w ubiegłym roku wsparłem organizację charytatywną „Open Arms”, która uratowała przeszło 170 imigrantów na Morzu Śródziemnym. Angażuję się także w działalność organizacji „Survival International”, wspierającej ginące plemiona Ameryki i Afryki w walce o ich prawo do zachowania odrębnej kultury. Dzięki temu mam poczucie, że robię coś wartościowego. Ale i dzięki kinu mogę robić coś dobrego dla innych. Na przykład zgodziłem się zagrać bezdomnego w filmie „Poza czasem” po to, by zapewnić praktyczną pomoc osobom w takim samym położeniu, w jakim znalazł się mój bohater. W rozmowach z brytyjskim dystrybutorem powiedziałem, że zależy mi, aby ten film pomógł lokalnym grupom bezdomnych. Kiedy go kręciliśmy, bardzo głęboko odczułem, jak to jest żyć na marginesie społeczeństwa, jak to jest być niewidocznym dla innych. Bezdomność może spotkać każdego. Dlatego trzeba troszczyć się o drugiego człowieka, patrzeć sobie w oczy, słuchać i być wysłuchanym. Bardzo szanuję papieża Franciszka za jego działania na rzecz ubogich. Podobnie jak Dalajlama ma serce pełne współczucia i nie wyróżnia siebie na tle reszty świata.

Podobno dobrze znasz Dalajlamę. Nie zdziwił się, czego hollywoodzki aktor szuka u niego?
On wie, że ludzie przyjeżdżają do niego po to, by pomógł im uwolnić swoją świadomość od cierpienia. Jego Świątobliwość zaskoczony był jedynie tym, że jako aktor, który chce uwiarygodnić swoich bohaterów w złości czy smutku, muszę najpierw jako osoba prywatna uwierzyć w ten smutek czy gniew. Nie zapomnę momentu, gdy mu o tym powiedziałem. Długo i przenikliwie patrzył mi w oczy, po czym wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Dopiero później zrozumiałem, że kiedy gram w filmie, który odnosi się do jakiegoś fragmentu rzeczywistości, to tak naprawdę jest ona niczym innym, jak funkcją mojego własnego umysłu. Na jednym z seminariów z Dalajlamą omawialiśmy sytuację, kiedy postrzegamy dane zdarzenie w sposób czysty, czyli bez jakichkolwiek projekcji czy udziału pamięci. To jest bardzo krótki moment skupienia na chwili, który powinniśmy w sobie trenować i rozwijać. Kiedy do akcji wkracza mózg, zaczyna wszystko oceniać w granicach tego, co jest mu już znane.

Ostatnio często grywasz ojców. W „Kolacji”, którą widziałam w Berlinie, oraz w serialu BCC First „MotherFatherSon” nie najlepiej radzisz sobie jednak z rodzicielstwem. W tym ostatnim grasz bohatera, którego wyśrubowane oczekiwania wobec syna, wrażliwego chłopaka o skłonnościach autodestrukcyjnych, doprowadzają do dramatu. Ciekawi mnie, jakim ty sam jesteś ojcem. Masz już 20-letnia syna Homera, a ostatnio znów zostałeś szczęśliwym tatą.
Jestem późnym ojcem. Homer przyszedł na świat, gdy skończyłem 50 lat. Z moją ówczesną żoną nazwaliśmy go Homer James Jigme, co po tybetańsku oznacza „nieustraszony”. To jednak ja sam siebie powinienem tak nazwać, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Teraz znów doświadczam stanu bycia ojcem dla mojego 2-letniego synka Aleksandra i właśnie narodzonego drugiego maleństwa. No i razem z Alejandrą wychowujemy także jej 7-letniego synka z poprzedniego związku.

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą
Kadr z serialu „MotherFatherSon” (fot. materiały prasowe)

Masz jakieś plany wobec swoich synów?
Między Homerem, który ma dziś 20 lat i jest dorosły, a moimi młodszymi chłopcami, jest 18 i 20 lat różnicy. Prawie całe pokolenie. Kiedy Homer się urodził, byłem młodszy i bardziej skupiony na pracy. Poświęcałem mu więc mniej czasu. I bardzo tego żałuję. Wiem, że już tego błędu nie popełnię. Na pewno też nie popadnę w nadopiekuńczość. Chcę być blisko nich, zwłaszcza teraz, kiedy są mali, i pomagać mojej żonie Alejandrze w ich wychowywaniu. Wiem, że przyjdzie czas, kiedy wyfruną z gniazda, a wcześniej zmierzą się z okresem buntu, kwestionowania różnych autorytetów, z moim włącznie. Jestem na to przygotowany. Na pewno nie będę im niczego narzucać, bo nie uważam, że wychowujemy dzieci dla siebie, a dla świata. Będziemy się z żoną starali wyposażyć ich w jakiś system wartości, który jest nam bliski, ale wskazać także alternatywy. To, co z tego zaakceptują i przejmą, będzie już zależało od nich. Chciałbym tylko, by czuli, że mogą na nas liczyć w każdej sytuacji, także wtedy gdy postawią na inne wartości. Cieszyłbym się, gdyby wyrośli na ludzi tolerancyjnych, otwartych na innych i żyjących w zgodzie z naturą. Reszta: rodzaj szkół, wybór zawodu, partnera, wykształcenie – to już ich sprawa i ich życie. Nie wymagam, by byli tak jak ja aktorami, buddystami ani aktywistami jak moja żona Alejandra. To tylko jedna z alternatyw, jeden z wielu pomysłów na życie. Ich mogą być zupełnie inne i uszanuję je.

Nowe małżeństwo sprawiło, że stałeś się bardzo rodzinnym człowiekiem…
Tak, znalazłem spokój u boku Alejandry, ale wybacz, nie będę o tym opowiadał. Chcę, by nasze życie prywatne było prywatne. Myślę, że moje wcześniejsze związki nie przetrwały także dlatego, że nie potrafiłem oddzielać spraw osobistych od tego, co pojawiało się w mediach. Życie na świeczniku zniszczyło, niestety, wiele całkiem dobrze rokujących relacji.

Twoje dzieci zapewne pochłaniają cię bez reszty. Do tego potrzebna jest dobra forma. Jak udaje ci się ją utrzymać?
Uwielbiam się starzeć. Mój tata ma 95 lat i wciąż bardzo sprawny umysł. Fizycznie jest trochę wolniejszy, ale wciąż się porusza samodzielnie. Dążę do tego rodzaju długowieczności. Czuję, że wciąż, mimo siedemdziesiątki na karku, mam niezłą kondycję umysłową i fizyczną. Do tego jestem wegetarianinem. No i moi synowie nieustannie dodają mi energii.

Masz jeszcze czas i warunki, żeby medytować?
Każdy oddech otwiera nową możliwość. Tak, medytuję codziennie i tobie też to polecam. Ciągłość codziennej praktyki jest czymś, czego bardzo potrzebuję. Stało się to moim nawykiem. Jest to praktyka cierpliwości i pełnego kontaktu ze swoim umysłem. Większość z nas nie doświadcza tego stanu. Żyjemy dość powierzchownie. A ja nie chcę, by moje życie przeciekało mi przez palce. Czuję, że mam jeszcze sporo przed sobą…

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze