fbpx

Cyberiada w Teatrze Polskim w Poznaniu

Cyberiada w Teatrze Polskim w Poznaniu
Teatr Wielki Poznań, fot. Katarzyna Zalewska

„Cyberiada” jest w repertuarze poznańskiego Teatru Wielkiego pozycją dość wyjątkową, skutecznie przełamuje bowiem stereotypowe myślenie o operze jako o gatunku zachowawczym, skonwencjonalizowanym, pełnym patosu. Wprowadza całą gamę nowoczesnych rozwiązań scenicznych, jakich publiczność w tym gmachu jeszcze nie widziała.

Teatr Wielki Poznań, fot. Katarzyna Zalewska

Barwna i pełna zabawy z konwencją inscenizacja zaproponowana przez Rana Arthura Brauna podyktowana jest nie tylko fantastyczną tematyką, ale przede wszystkim – specyficzną muzyką. Libretto autorstwa kompozytora, Krzysztofa Meyera, stworzone na podstawie opowiadań Stanisława Lema, jest toporne językowo i dość skomplikowane fabularnie. Wprowadza nie tylko wiele postaci, ale i motyw „bajki w bajce” (tę złożoność podkreśla już sterylnie biała, dwupoziomowa i dwuramowa scenografia autorstwa Justina C. Arienti). Konstruktor Trull (bardzo udana kreacja Wojciecha Śmiłka) zostaje poproszony przez Królową Genialinę (Roma Jakubowska-Handke) o zbudowanie dla niej maszyn opowiadających. Kolejne akty rozgrywają się już na uboczu głównej historii, są właśnie proponowanymi przez maszyny opowieściami, w których jednak – nawet jeśli nie bezpośrednio – wciąż pojawia się Trull.

Meyer skomponowałCyberiadę już 43 lata temu, nadal jednak jest to kompozycja nowoczesna, zrywająca z tradycyjną harmonią i melodyjnością, skupiająca się w zamian na odkrywaniu nowych, wyjątkowych brzmień. W związku z tym dowartościowane zostały rozmaite instrumenty perkusyjne, które wysuwają się na pierwszy plan nie tylko muzycznie, ale także przestrzennie – zostały wyeksponowane na scenie. Muzycy – operatorzy takich „maszyn kosmicznych” jak wibrafon, lastra, krotale, bongosy, tamtam, terkotka czy woodblock – stają się nie tylko równoprawnymi aktorami, ale również obserwatorami i komentatorami scenicznej opowieści.

Naturalnie, ta awangardowa opera całkowicie odżegnuje się od klasycznych arii i bel canto, przez co staje się niebywale trudną nie tylko do zagrania (choć orkiestra pod batutą Krzysztofa Słowińskiego poradziła sobie z utworem bardzo dobrze), ale i do wyśpiewania. Zadania nie ułatwił śpiewakom także reżyser, proponując im nieustanne sceniczne działanie, liczne interakcje z innymi postaciami, elementami scenografii, a nawet skomplikowane choreografie i sceny walk. Na szczęście śpiewacy poradzili sobie zarówno muzycznie, jak i aktorsko, choć stworzony przez niego świat i wykreowane postaci były nie lada wyzwaniem. Mimo że muzyka Meyera nie jest łatwa do „podchwycenia” i zapamiętania, w ucho wpadają jazzujące wstawki, a nawet niektóre partie wokalne, choćby znakomity duet Natalii Puczniewskiej i Magdaleny Wilczyńskiej-Goś w roli dwugłosowego Wucha, podpowiadacza i doradcy.

Teatr Wielki w Poznaniu, fot. K.Zalewska

Trochę słabiej pod względem muzycznym wypadł chór, szczególnie w melorecytowanych partiach, ale niedociągnięcia skutecznie zakrywała warstwa inscenizacyjna – żywy ruch sceniczny i świetne, fantazyjne kostiumy (także zaprojektowane przez Justina C. Arienti). Chór staje się w spektaklu istotnym aktorem, już sama jego obecność na królewskim dworze jako barwnej (ale jednak ciągle jednolitej) masy, poruszającej się w ten sam, mechaniczny sposób, wskazuje na odniesienia do systemu totalitarnego. Bardzo wymownym momentem, choć trochę przyćmionym przez inne działania sceniczne, jest „eksterminacja” Wielowców – dworzan Króla Mandryliona (świetnie zagranego przez Marka Szymańskiego), którzy narzekają na zbyt wysokie podatki, albo po prostu, nie daj Boże, mogliby kiedyś zechcieć przygotować spisek przeciw władcy. Chórzyści po kolei wyprowadzani są ze sceny, aż Mandrylion pozostaje sam.

Dzięki umiejętnemu wpleceniu chóru w tkankę spektaklu, wspaniale dopełnia on także inne sceny, jak choćby próby odczytania listu od Trulla (nagranego na tablecie!) przez detektywów ze Sztabu Wojsk Zaszyfrowanych czy niszczenie Doradcy Doskonałego (wybornie dubbingowanego przez Janusza Andrzejewskiego) na rozkaz Króla Mandryliona. Znakomite oświetlenie i sztuczny dym dodały dynamiki, sprawiając, że scena ta jest niebywale plastyczna i, jak zresztą wiele innych w tej realizacji, chłonie się ją bardziej wzrokiem niż słuchem. Za sprawą fantastycznie poprowadzonych przez Marka Rydiana świateł, przedstawienie zyskuje żywe barwy, kontrastujące z surową bielą scenografii.

Sama muzyka nie byłaby w stanie utrzymać uwagi widza, dlatego Ran Arthur Braun zdecydował się na wprowadzenie innych elementów, których na próżno szukać w „tradycyjnych” realizacjach operowych. Na uwagę zasługują dopracowane w szczegółach sceny walki (wykonywane przez śpiewaków!), szczególnie ta z drugiego aktu, rozegrana pomiędzy Królem Rozporykiem (Karol Bochański) i rycerzem Winodurem Polimerycznym (Rafał Korpik). Trochę przeszkadzała tu obecność chóru, momentami zbytnio zasłaniającego pole bitwy i uniemożliwiającego śledzenie poczynań Chytriana (bardzo udana rola Tomasza Mazura), który – używając lalek będących miniaturkami postaci – animował rozgrywającą się walkę. Ten znakomity pomysł na podkreślenie „bajki w bajce” później powtórzony został jeszcze w przygotowanym dla Rozporyka śnie o „śniadaniu z dziewicami i muzyką”, szkoda jednak, że animacji bohaterów przy użyciu lalek nie uwypuklono jeszcze bardziej.

Sceny „senne” z drugiego aktu obfitują zresztą także w inne interesujące rozwiązania: w przezabawnej choreografii „śniadania z dziewicami i muzyką” u boku Rozporyka pojawiają się – także animowane przez Chytriana – tancerki, w innym śnie wzrok przyciągają popisy akrobatki powietrznej na jedwabnej szarfie. Akrobacje (w trzecim akcie nawet w duecie) są innowacyjnym, bardzo trafnym pomysłem, jednak sprawdzają się dopóty, dopóki towarzyszy im wyłącznie instrumentalna muzyka – soliści, którym przychodzi występować równocześnie z akrobatami, są niestety przez nich odsuwani na drugi plan. Ciekawie sprawdzają się też akrobacje iście kaskaderskie – w scenach, w których tempo akcji zwalnia, ponad głowami bohaterów pojawia się latający kosmonauta (Peeter Gross), nie pozwalając wybić się z rytmu spektaklu. Przedstawienie urozmaicają też zdalnie sterowane balony-rekiny czy deszcz balonów spadający na widownię pomiędzy aktami – wyłapują je później kosmonauci, co stanowi świetny pomysł na interakcję z publicznością.

Wystawienie (pierwsze w Polsce w całości) tak niełatwego muzycznie dzieła, jakim jest Cyberiada, to spore wyzwanie, a równocześnie ukłon w stronę Krzysztofa Meyera, obchodzącego w tym roku swoje siedemdziesiąte urodziny. Także komiczne (przynajmniej w „wierzchniej” warstwie) libretto nie daje łatwej recepty na zrealizowanie spektaklu – trzeba więc było poszukać równie niebanalnych rozwiązań scenicznych i poznański Teatr Wielki podjął to ryzyko. Najgorszą rzeczą byłoby literalne odczytanie opery, czego na szczęście reżyserowi udało się uniknąć. Braun potraktował dzieło ze sporym dystansem i przymrużeniem oka, nie trywializując historii, ale bawiąc się nią. Groteskowość i rozmyślnie przerysowana strona wizualna przedstawienia okazały się jego największym atutem – barwne, „żyjące” obrazy na długo pozostaną w pamięci. Zapewne nie każdy podjął tę grę z konwencją, ale ja – mimo obaw o powodzenie tego eksperymentu – zaufałam twórcom i weszłam w ten cyberświat.

„Cyberiada” libretto: Krzysztof Meyer (na podstawie cyklu opowiada Stanisława Lema), kierownictwo muzyczne: Krzysztof Słowiński, reżyseria i choreografia: Ran Arthur Braun, scenografia: Justin C. Arienti, Teatr Wielki w Poznaniu.