fbpx

Wywiad z Jakubem Ćwiekiem

Wywiad z Jakubem Ćwiekiem
fot Agata Krajewska

Pisarz Jakub Ćwiek będzie gościem Festiwalu Apostrof.
Piszesz dużo i poruszasz się w bardzo wszechstronnej tematyce. Debiutowałeś Kłamcą, zbiorem opowieści o nordyckim bogu kłamstw na usługach chrześcijańskich aniołów. Pisałeś książki inspirowane historią drugiej wojny światowej oraz amerykańskiej wojny secesyjnej. Przez pół roku mieszkałeś z bezdomnymi, żeby w Ciemność płonie oddać atmosferę katowickiego dworca głównego. Zawsze jednak dominowały w tym wszystkim elementy fantastyczne. Grimm City to jednak rasowy kryminał, gdzie fantastyka jest ledwo dostrzegalnym tłem. Skąd taka zmiana?

Szczerze mówiąc, ja nie do końca widzę tę zmianę. Fantastyka jest dla mnie trochę jak przyprawa. Weźmy taki cynamon. Jasne, że czasem masz ochotę na słodką cynamonową bułkę i wtedy jest go dużo, ale czasem jest ci on potrzebny tylko, by wyostrzyć smak – dajmy na to – kawy i wtedy dajesz go odrobinę. Zawsze miałem fantastykę bardziej za rodzaj perspektywy, innego kąta, z którego można spojrzeć na wiele spraw. Równając w górę, do nieosiągalnych dla mnie mistrzów, można Amerykę opisać jak Gaiman w Amerykańskich bogach, można jak Steinbeck w Gronach gniewu. Ich spojrzenia nawet się nie przetną, ale obie książki mówią nam prawdę o tym wielkim kraju.

Traktujesz Grimm City jako pierwszy, nieśmiały jeszcze, krok w stronę tak zwanego mainstreamu? Badasz nowe terytoria?

Nie wiem, czy umiem zdefiniować mainstream, i dlatego ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Jestem fanem literatury gatunkowej i mam w sobie mnóstwo zupełnie różnych opowieści. To, że większość z nich zawierała motywy fantastyczne wiąże się z tym, że uważam fantastykę za coś w rodzaju Augmented Reality – rzeczywistości poszerzonej, która pozwala się zapuszczać na zupełnie inne terytoria. Ale sednem każdej opowieści jest dla mnie zawsze człowiek i opowieść o nim, a to mogę robić także w kryminale, dramacie historycznym, sensacji. Wszystko kusi i czasem czuję się trochę jak dziecko w sklepie ze słodyczami. I kto wie, może to czas na lukrecję?

Powieść Grimm City. Bestie polecają Katarzyna Bonda i Mariusz Czubaj. To naprawdę świetne rekomendacje! Spodziewałeś się takich opinii?

Szczerze mówiąc, miło zaskoczyła mnie rekomendacja, zwłaszcza takiej treści, od Kasi Bondy. Z Mariuszem Czubajem nadajemy często na zbliżonych falach. Inne rzeczy nas kręcą w popkulturze, ale mamy punkty styku, a nade wszystkim pewien filmowy, powiedziałbym właśnie, gatunkowy sposób patrzenia na świat. I wychwytywania rytmu opowieści. Rzekłbym, że kawałki grające nam w duszy są na to samo metrum i dzięki temu tak dobrze czyta mi się zawsze jego książki. Cieszy mnie wielce, że to działa w obie strony. Książki Katarzyny Bondy to z kolei budowane na solidnym dziennikarskim researchu, niespiesznie splatane historie, w których bardzo ważny jest każdy detal, nie tylko ten będący fabularnym rekwizytem. Świadomość, że miasto Grimm wytrzymało test jej uważnego spojrzenia, wielce mi schlebia.

Wyjawiłeś jakiś czas temu, że pomysł na Grimm City dojrzewał w Tobie ponad dziesięć lat. Ile w dzisiejszym Grimm City zostało z oryginalnego pomysłu?

W oryginalnym pomyśle więcej było baśniowej dosłowności. Kiedyś naprawdę marzyło mi się to, co potem zrobiono w wyśmienitej serii komiksowej „Baśnie”, to znaczy wplecenie bohaterów z opowiastek zebranych i spisanych przez Grimmów i wrzucenie ich do świata noir. Potem jednak rzeczy, które wcześniej miały być w tle, wysunęły się na pierwszy plan. Mogłem opowiedzieć troszkę o świecie jak z czasów Capone, o kształtowaniu się religii, o zwykłych ludziach i ich zwykłych problemach. Zręby świata, który miałem dawno temu, pasowały pod tę opowieść jak ulał. Wystarczyło tylko… uczynić to miasto prawdziwym. Przeniosłem więc magię tam, gdzie jej miejsce – do podań i legend, a na pierwszy plan wyciągnąłem trochę brudu, zarówno z ulic, jak i z dusz. Słowem, poprzestawiałem w tej historii suwaki i potencjometry.

Akcja Twojej powieści mogłaby się spokojnie rozgrywać w dowolnym amerykańskim mieście lat dwudziestych ubiegłego wieku. Czy któreś konkretne było pierwowzorem dla Grimm City?

Właściwie moje Grimm City to trochę świat prohibicji w pigułce. Jest tu i kawałek Atlantic City reprezentowany przez dzielnicę Troll’s Face i Nowy Jork ze swoim Manhattanem i Central Parkiem, ale i wszystkim, co brudne, szare i dalej od centrum. Wiele jest też z Chicago, swego czasu najbardziej skorumpowanym miastem w Stanach. Ostatnio jednak, po podróży przez Stany, coraz częściej dochodzę do wniosku, że to miasto ma w sobie wiele z Baltimore. Zarówno tego z serialu Prawo ulicy, jak i tego, którego smutnymi ulicami miałem okazję spacerować.

W książce czuć specyficzny klimat gangsterskich opowieści. Są i rodziny mafijne, i skorumpowane sądy, i niemal archetypiczne dla gatunku noir postaci, jak bokser po przejściach, dziennikarka, która nie przepuści żadnego tematu, zmęczony życiem policjant. Korzystasz z wielu schematów i przekuwasz je na nowo, tworząc zupełnie świeżą jakość. Wyjawisz, dlaczego akurat taki klimat? Wynika to z Twojej fascynacji erą Ala Capone czy może z wyrachowania i badania rynkowych trendów?

Ja chyba w jakimś stopniu sam jestem trochę z innej epoki. Może niekoniecznie z czasów Capone czy później Lucky’ego Luciano, ale gdzieś tam w sercu czuję sentyment do zadymionych barów, boksów z czerwonymi kanapami, muzyką dostarczaną ze sceny prosto do duszy. Wierzę też w prawdziwych bohaterów, to znaczy takich, którzy po prostu we właściwym momencie robią właściwe rzeczy. Do tego nie trzeba ekstremalnych sytuacji, ale w nich najlepiej to widać. Myślę, że dlatego tak lubimy klisze – bo szukamy drogowskazów postaw.

A pytanie o rynkowe trendy troszkę mnie zaskoczyło, bo z tego co wiem, u nas, jeśli już ma chwycić kryminał retro, to mocno osadzony w rzeczywistości i jednak swojski, a nie fantastyczno-amerykański, prawda? Natomiast na tym polu nie mam raczej nic do powiedzenia. A nawet gdybym miał, ugiąłbym kark przed kunsztem Marcina Wrońskiego i dał sobie spokój.

Jak przygotowywałeś się do pisania Grimm City?

Właściwie nie jakoś szczególnie. W sensie nie było tu żadnego specjalnego researchu, który wymusiłby na mnie zmianę rytmu dnia. No, może oprócz kilku dłuższych spacerów po Nowym Jorku. Oglądałem i czytałem dużo filmów i książek powiązanych z kinem gangsterskim i kryminałami noir, przeplatałem to materiałami historycznymi, ciekawostkami z maili od pasjonatów gangsterskich czasów. Odświeżyłem sobie Grimmów, ale bardziej dla klimatu, dla smaczków niż samej opowieści. Poczytałem znowu Campbella i Proppa, bo to ich publikacje stanowiły w największym stopniu bazę dla moich religii. No i słuchałem dużo jazzu, bluesa i nade wszystko króla bardów Billy’ego Joela. Bez niego i jego muzyki zdecydowanie nie byłoby Grimm City.

W swoje książki uwielbiasz wplatać motywy popkulturowe, bawisz się z czytelnikiem. Nie inaczej jest w Grimm City – często nawiązujesz tu do baśni i bajek. Jak ważne są (czy były) baśnie w Twoim życiu?

Bardzo. W sensie nie one same, ale to, że nakazy i zakazy są uzasadnione i to w sposób zajmujący i porywający wpłynęło na mnie ogromnie. To dzięki baśniom właśnie poznawałem rolę opowieści w życiu człowieka. A ta jest nadrzędna. Wszystko, co robimy, to instynktowne, biologiczne reakcje i zachowania lepiej lub gorzej umocowane w naszych umysłach właśnie opowieściami. Uważam w ogóle, że w taki sposób należałoby uczyć historii – nie jako paczki dat, ale jako splotu przyczyn i skutków składających się na długi warkocz wydarzeń. Anegdoty jak drobne kawałki wielkiej mozaiki.

Poza pisaniem książek zajmujesz się tworzeniem scenariuszy. Parałeś się pracą w branży reklamowej. Ostatnio podjąłeś próby na scenie stand-uperskiej. Skąd bierzesz czas na to wszystko? Zdradź swój sekret.

Sekretem jest… nie mieć czasu wolnego. To bardzo proste, choć sam odkrywałem to dość długo. Człowiek nie potrzebuje czasu naprawdę wolnego, takiego, w którym nic nie robi. Zawsze wtedy szuka sobie zajęcia i to zajęcie jest bezproduktywne. Zapanowanie nad piętnastominutówkami we własnym życiu jest kluczem do sukcesu. Po co w toalecie bez sensu scrollować Facebooka, skoro to świetny czas na czytanie książki. Czuję, że robota mi nie idzie, bo jestem ospały? Może to najwyższa pora na kwadrans drzemki. I tak dalej. Możemy wszystko, pod warunkiem że wiemy, co robimy. I wtedy nagle się okazuje, że czasu jest naprawdę sporo. A, bo byłbym zapomniał. Ja generalnie też nie za dużo śpię.

W środowisku jesteś uznawany za świetnego gawędziarza. Tłumy przychodzą na Twoje spotkania, żeby posłuchać jednej z licznych anegdot. Czy to doświadczenie – zdaje się, że bywasz również konferansjerem – pomaga Ci w jakiś sposób w stand-upie?

Z jednej strony pomaga, z drugiej przeszkadza. Pomaga w ten sposób, że nie boję się tłumu. Nie przeszkadza mi świadomość, że stoję z mikrofonem przed tysiącem ludzi i mam do nich mówić. To robię, odkąd pamiętam. Ale też prelekcja czy wiele z moich prac konferansjerskich opartych było albo na ścisłym, bardzo dokładnym scenariuszu albo, to częściej, na pełnej swobodzie. A stand-up wymaga bardzo konkretnego, jasnego określenia siebie i swojego rytmu. Uczę się tego, tak jak uczę się zwalczać nawyki, którymi obrosłem. Na szczęście mam przyjaciela, Michała Pałubskiego, który w naszej stand-upowej grupie robi za pana Miyagi z Karate Kida. Więc jakoś tak jestem pewien, że pójdzie dobrze.

Co będzie następne? Jakie masz plany na przyszłość? Zarówno tę najbliższą, jak i tę odleglejszą.

Na dalszą? Teraz, gdy Grimm City. Bestie są już na rynku, a kto chce, może posłuchać mojej opowieści w odcinkach Jednooki król, czekam niecierpliwie, aż ukażą się Drobinki nieśmiertelności – mój pierwszy zbiór opowiadań niefantastycznych. To było wielkie wyzwanie, opowieści inspirowane moimi podróżami po Stanach, moją fascynacją tym krajem, skrajnie różne, smutne, nostalgiczne, zaskakujące. Wybrałem dla tej powieści dobrych mistrzów – Kinga, Steinbecka, McCarthy’ego, Mathesona i paru innych – i choć z żadnym nie śmiałbym się równać, to zmierzanie do celu z takim gwiazdozbiorem nad głową bardzo pomaga. Poza tym oczywiście wspomniany stand-up, w którym czuję się coraz fajniej – super doświadczenie takie jeżdżenie jako anonimowy człowiek od open mica do open mica w całym kraju – a także poważne plany filmowe. Już w tym roku ukaże się pierwsza internetowa produkcja studia Brodaction Studio, które założyłem wspólnie z Michałem Pałubskim i Maciejem Linke. Film może trochę zachwiać monopolem Kevina na święta. Zobaczymy.

A na bliższą przyszłość? Drzemka. Tego mi właśnie teraz trzeba. Piętnaście minut drzemki.

Jakub Ćwiek na Festiwalu

15.05, g.18:00, Poznań,Empik Ratajczaka
16.05, g.18:00, Gdańsk, Empik Galeria Bałtycka
21.05, g.16:00, Katowice, Empik Silesia