Zofia Wichłacz: „Umiem już wrócić do siebie”

Zofia Wichłacz, fot. Aleksandra Loska

Zamiast w Szkole Teatralnej uczy się na planach międzynarodowych produkcji i konsekwentnie buduje swoją karierę. Właśnie wyświetlane są dwa duże seriale z jej udziałem: „World on Fire” w BBC i „DNA” w telewizji duńskiej. – Moje marzenia się spełniają – mówi Zofia Wichłacz.

Jak dostaje się takie role?
Od początku wiedziałam, że chcę pracować nie tylko w Polsce, i starałam się, żeby to stało się możliwe. Pamiętam, jak ktoś mądry, komu zwierzyłam się z tego marzenia, powiedział: „Najpierw musisz zbudować porządny fundament w kraju, grać tylko w dobrych produkcjach, które trafią za granicę. Wtedy masz szansę na dobrego agenta w Wielkiej Brytanii i w Stanach”.

I co z tym zrobiłaś?
Usiadłam i spisałam, jakie kroki powinnam podjąć. Nie jestem kimś, kto buja w obłokach, marzy o graniu za granicą i nic nie robi. Działam. Czytałam kiedyś artykuł, jak robić taki plan, że trzeba podejść do tego bardzo skrupulatnie. Przydał mi się.

I już po pierwszym filmie, który trafił za granicę, pojawił się agent?
Tak, moja agentka ze Stanów zobaczyła mnie właśnie w „Mieście 44”. Bardzo mi pomogła. Cieszę się, bo jak patrzę na ten ostatni rok, to widzę pierwsze efekty moich działań, czyli dwa duże zagraniczne projekty. Po drodze zagrałam też w serialu „1983” dla Netflixa, który też traktuję jako ważny krok, bo pojawił się w wielu krajach na całym świecie. A dzięki udziałowi w „World on Fire” [Świat w ogniu] zdobyłam agenta w Wielkiej Brytanii.

Możesz zdradzić jakieś szczegóły na temat serialu?
To brytyjska produkcja dla BBC, akcja toczy się w pierwszym roku drugiej wojny światowej w Polsce, Niemczech, Anglii i we Francji. Serial opowiada o zwykłych ludziach, których losy się splatają. Gram, obok Helen Hunt, jedną z głównych bohaterek, Polkę, którą poznajemy, gdy jest szczęśliwa i zakochana w Harrym z Manchesteru (w tej roli Jonah Hauer King), ale wybucha wojna i wszystko traci. Więcej nie mogę powiedzieć.

Zofia Wichłacz, fot. Aleksandra Loska

Masz szczęście do ról bohaterek wojennych. Pierwszą taką, w „Mieście 44”, przypłaciłaś terapią. Teraz było łatwiej?
Tak, bo jestem starsza, bardziej doświadczona. Ale też było mi łatwiej dzięki tamtej terapii potrzebnej wtedy, ale też pomocnej w ogóle.

Co takiego ci dała?
Pomogła mi poukładać wiele rzeczy w głowie. „Miasto 44” to był mój pierwszy film, w dodatku bardzo obciążający, mocno go przeżyłam nie tylko jako aktorka, ale też jako człowiek. Dzięki terapii stanęłam na nogi. Potem uznałam, że chcę ją kontynuować dla samej siebie. I to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Większość z nas ma coś do przerobienia. Dzięki terapii możemy zrozumieć siebie, swoje lęki, schematy, według których działamy, i potem świadomie w życiu wybierać, a nie iść utartymi ścieżkami. Mnie terapia – i doświadczenie, jakie zdobyłam przy pracy – pomogła lepiej radzić sobie z tak zwanym wychodzeniem z roli. Zagrałam ostatnio dwie mocno obciążające, a nie jestem przygnębiona. Można, oczywiście, zastanawiać się, po co mi to wchodzenie w mroczne stany, czy to nie masochizm.

No właśnie, po co?
Tak naprawdę na tym polega mój zawód! A im większe wyzwanie, trudniejsza rola, tym większa frajda. Mówi się, że jesteśmy freakami i dziwakami, i coś w tym jest, bo kto z własnej woli wchodzi w trudne stany emocjonalne? [Śmiech]. Chodzi o to, żeby mieć narzędzia, które pomogą się przy tym nie spalać. Mam na takie role wewnętrzną zgodę, nie kosztuje mnie to tyle co kiedyś, bo umiem już do siebie wracać. Myślę, że w zawodzie aktora najważniejsza jest właśnie ta umiejętność, dobra relacja ze sobą. Co jeszcze dają mi takie role? Kiedy gram dziewczynę, która w życiu traci właściwie wszystko, to naprawdę doceniam to, co mam.

Czyli nie boisz się zaszufladkowania: dziewczyna od ról wojennych?
Nie. Na tamten rynek weszłam trochę incognito, jestem dla nich w pewnym sensie debiutantką. To wspaniałe uczucie, uwalniające, bo w Polsce moje role są porównywane do poprzednich, a tam dopiero zapisuję swoją kartę. Owszem, zapaliła mi się na moment czerwona lampka: „Uważaj na szufladkę”, ale zaraz przyćmiła ją inna: „Grasz w bardzo dobrym serialu, w dużej produkcji, ze świetnymi aktorami, reżyserami”. To był mój świadomy wybór. A poza tym rola w „World on Fire” była zupełnie inna od poprzednich. Owszem, opowiadamy w nim o wojnie, ale to serial uniwersalny. Nie miałam poczucia, że się powielam.

A może jesteś do takich ról stworzona?
Nie, dla mnie nie ma znaczenia, czy to rola kostiumowa, czy współczesna. Liczą się scenariusz, postać do zagrania, twórcy, którzy za tym stoją. A w jakiej epoce ta historia jest osadzona, to drugorzędne.

Plan „World on Fire” różni się od tego w Polsce?
Na pewno dbałość o nas, aktorów, o nasz komfort pracy była na znacznie wyższym poziomie niż na planach w Polsce. Miałam wrażenie, że tam nie liczą się czas ani pieniądze. To było, oczywiście, bardzo miłe, ale starałam się mieć na baczności, bo takie pławienie się w ciepełku może być niebezpieczne.

Niebezpieczne? Dlaczego?
Bo trzeba skupić się na pracy, a nie na tym, że mieszkamy w pięknym mieście, mamy fantastyczne warunki, wszyscy są mili i w ogóle jest cudownie. Praca na Zachodzie jest bardzo komfortowa, ale trzeba pamiętać, dlaczego się tam jest i jakie mamy zadanie.

Boisz się, że o tym zapomnisz i zaczniesz gwiazdorzyć?
Nie. Zawsze mam z tyłu głowy myśl, że muszę ciężko pracować, że od tego wszystko zależy.

Tak masz sama z siebie czy się tego nauczyłaś?
Zaszczepiła mi to mama, to od niej mam to, żeby dawać z siebie wszystko. Jestem jej za to wdzięczna, bo to ułatwia życie. Jeśli skupię się na pracy, to nie ma obawy, że dostanę zawrotu głowy.

Zofia Wichłacz, fot. Aleksandra Loska

Rola w duńskim serialu „DNA” jest konsekwencją udziału w tym poprzednim, brytyjskim?
Do tego projektu zostałam zaproszona znacznie wcześniej. Ale tak jak w przypadku „World on Fire” zaprocentowało to, co już zrobiłam. W tym serialu też jest wątek polski. To była równie wspaniała przygoda, teraz jestem fanką Danii i Duńczyków, a Kopenhaga skradła moje serce.

Bo mają hygge, kochają rowery?
Rzeczywiście wszyscy jeżdżą tam na rowerach, w związku z czym mają czystsze powietrze i mniejsze korki. Kopenhaga to takie kompaktowe miasto – wszędzie blisko, wokół mnóstwo restauracji i kawiarni, no i woda. A Duńczycy chyba naprawdę praktykują to swoje hygge, bo wydają się szczęśliwi, wyluzowani, żyją bez pośpiechu i kompleksów. A przy tym są otwarci, serdeczni i tacy jacyś nadzwyczaj pogodni. Zachwyciłam się nimi, świetnie się rozumieliśmy. Dania wydaje mi się bardzo przyjaznym krajem do życia.

Co zmieniły te seriale w twoim życiu?
Wywróciły je do góry nogami. Najpierw przeniosłam się na trzy miesiące do Pragi, pracowałam w Manchesterze, a przy „DNA” pojechałam do Danii, potem znów do Pragi, na koniec zdjęć do Francji. Na początku pracy było dużo emocji, ekscytacji, że oto realizuję swoje marzenia. Potem poczułam, że okrzepłam, że się osadziłam w sobie. Na planie „World on Fire” dostałam ogromną akceptację.

Jak ci ją okazywano? Inaczej niż w Polsce?
Na początku się dziwiłam: „Wow, jacy ci Brytyjczycy są wylewni, komentują wszystko, co robimy, a najczęściej podkreślają to, co im się podoba”. W Polsce nie spotkałam się z takim podejściem do pracy aktora. Dzięki niemu jeszcze bardziej uwierzyłam w siebie, że jestem w dobrym miejscu, że się rozwijam, że to bardzo dobry trening aktorski. Przyjmowano mnie wszędzie z otwartymi ramionami. Czułam się super także dlatego, że nikt nie zajmował się tym, że na przykład odeszłam ze szkoły teatralnej, a w Polsce to zawsze już będzie koło mnie stało. Ta anonimowość, koncentracja na graniu, ten brak kontekstów, to wszystko bardzo mi się podobało.

W Polsce masz problem z tym, że cię rozpoznają?
Do niedawna byłam zupełnie nierozpoznawalna, ale to się zmieniło. Jak wychodzę ze znajomymi na miasto, to coraz częściej widzę, że ludzie mi się przyglądają. Czasem ktoś podejdzie i miło zagada, powie jakiś komplement, i to jest fajne, ale z drugiej strony – to mnie paraliżuje. Dlatego na wyjazdach czuję większą swobodę.

Czy to znaczy, że będziesz szukała teraz pracy tylko za granicą?
Nie, skąd. Będę rozważać każdą propozycję i nie zamykam się na Polskę. Po ponad dwóch latach grania w serialach mam głód roli w dobrym filmie kinowym.

Twoi rówieśnicy zarabiają na Instagramie i reklamach. Nie kusi cię to?
Oczywiście, miałam takie propozycje. Ale nie chcę wchodzić w świat eventów, celebryckich działań, które przynoszą łatwe zarobki. To nie moja bajka. Chcę się skupić na graniu.

Skąd w tobie taka pewność, co wybierać. Ktoś ci doradza?
No co ty! Zawsze miałam silny wewnętrzny głos, że powinnam coś robić albo nie. Staram się słuchać tego głosu i iść za nim. Jak czuję, tak na 70 proc. i więcej, że w coś mam nie wchodzić, to nie wchodzę.

To już wiadomo, dlaczego po pół roku studiowania rzuciłaś szkołę teatralną. Czy nie pozbawiłaś się jednak tym samym fajnego etapu niefrasobliwej młodości, doświadczenia życia w grupie?
Na pewno mnie coś ominęło, bez dwóch zdań. Czasami myślę o tej hipotetycznej Zosi, która by spędziła cztery lata na studiach, niekoniecznie na aktorstwie, może na UW. I to jest cena za to, co mam. Jednak niczego nie żałuję. Wiem, że zrobiłam dobrze, ostatni rok tylko mnie w tym utwierdził. Pewnie już nigdy nie skończę studiów, ale za to dostałam tak wiele innych pięknych rzeczy. I to jest OK.

Zofia Wichłacz, fot. Aleksandra Loska

Powszechna jest raczej niezgoda na to, żeby coś nas omijało.
Staram się nie skupiać na tym, czego nie mam, czego nie przeżyłam. Od FOMO (fear of missing out) wolę JOMO (joy of missing out), czyli satysfakcję z tego, że zostanę w domu z książką i że nie muszę być wszędzie [śmiech]. Wiadomo, że mogłabym wybrać dziesięć innych dróg, ale co z tego. Czuję, że jestem na tej dobrej. Myślę o niej jak o maratonie, a nie o sprincie. Biegnę spokojnie, ale konsekwentnie.

Jest w twoim życiu miejsce na jakieś szaleństwo?
Oczywiście! Ostatni mój rok był całkiem szalony – loty w różne miejsca kilka razy w tygodniu, hotele, życie na walizkach, nowe miejsca i nowi ludzie. No i mnóstwo pracy na planie. Niesamowity koktajl emocjonalno-hormonalny. Sam mój zawód jest na tyle szalony, że już chyba nie łaknę szaleństwa w życiu. Wolę po pracy wrócić do hotelu, zrobić sobie kąpiel, poćwiczyć jogę, pomedytować, poczytać.

Twoje życie bardzo się zmieniło. A ty?
Też chyba się zmieniam. Kiedyś byłam introwertyczna, zamknięta, lubiłam poukładane życie. Teraz otwieram się na nieznane, odpuściłam sobie kontrolowanie się, uwielbiam intensywność, zmienność. Mam to szczęście, że propozycja zagrania w serialach wpasowała się w odpowiedni moment mojego życia, w którym potrafię się poskładać, jak się połamię. Pracuję bardzo intensywnie, a dalej mam energię, nie czuję wypalenia. Raczej mam poczucie szczęścia, rozwoju. Skończyłam pracę, mogę spokojnie udzielić wywiadu, pojeździć na rowerze, porozglądać się. Na razie nie mam nowego projektu. Mogę po prostu pożyć.