fbpx

„Gra o tron” – dlaczego nas fascynuje?

„Gra o tron” – dlaczego nas fascynuje?
materiały prasowe

Kontrowersyjne, pełne seksu, przemocy i brutalnej prawdy o życiu… Ale poruszają też ważne wątki społeczne i są bliżej widza. Na przykładzie bijącej rekordy oglądalności „Gry o tron” dociekamy z kulturoznawcą Lidią Rudzińską, dlaczego tak kochamy seriale.
Jest pani na bieżąco z piątym sezonem „Gry o tron”?

Oczywiście! A pierwszy odcinek oglądałam równocześnie z premierą amerykańską, czyli o 3 w nocy. Byłam więc jedną z ofiar memów: Nie śpię, bo „Gra o tron” (śmiech). Czytałam wszystkie części sagi George’a R. Martina, więc nie należę do grupy, która nie wie, co będzie dalej, ale mimo to nie mogłam się doczekać nowego sezonu. To zabawne, jak teraz układa się rok kalendarzowy. Kiedyś mówiło się: „byle do Gwiazdki”, „po majowym weekendzie” czy „w okolicy Wszystkich Świętych”, a teraz październik to „Walking Dead”, kwiecień to „Gra o tron”, a jeszcze niedawno czerwiec–lipiec to kolejny sezon „Czystej krwi”. Tak przynajmniej mają fani seriali, do których się zaliczam.

Ostatnio widziałam taki rysunek: dziewczyna przychodzi do pracy zakręcona, z zamglonym spojrzeniem. Ktoś pyta: „Nowa miłość?”. Ona na to: „Nie, nowy serial”.

(Śmiech). To bardzo trafnie oddaje ten fenomen. Dziś już jeden serial nam nie wystarcza, zwykle oglądamy kilka naraz. Ale też współczesne seriale bardzo różnią się od tych sprzed kilku czy kilkunastu lat. Nie są to już tasiemce ze śmiechem „z puszki”, ciągnące się latami, dziś każdy serial jest podzielony na sezony, a na kolejne trzeba czekać około roku. Na szczęście producenci tak to wszystko organizują, że premiery seriali się nie pokrywają, a uzupełniają, więc najpierw oglądamy trzeci sezon „House of Cards”, potem przerzucamy się na piąty sezon „Walking Dead”, a następnie wchodzi czwarty sezon „Downton Abbey”, i w każdym świetnie się orientujemy. Nowe seriale przyzwyczajają nas do zupełnie innego typu oglądania. Teoretycznie raz na tydzień, zgodnie z ramówką stacji, ale praktycznie…

…połykamy cały sezon od razu – w tydzień czy jeden weekend. Po takiej dawce pojawia się zwykle swoisty syndrom odstawienia.

Niektórzy nazywają to nawet „chorobą sierocą fana”. To się zaczęło od książek wydawanych w cyklach, na których kolejne części czekało się z wypiekami na twarzy. I kiedy już się przeczytało siódmy tom „Harry’ego Pottera”, którego przygodami żyło się siedem lat, pojawiało się pytanie: „Co ja mam teraz dalej zrobić ze swoim życiem?”. Obecnie w sieci jest mnóstwo poradników na ten temat. Zwykle są to rady typu: Jeśli podobało ci się „Walking Dead”, ruszaj na „Z Nation”, a jeśli spodobało ci się „Breaking Bad”, zobacz „Mad Menów”, czyli klasyczne „klin klinem”.

Dzisiaj chcemy żyć serialem, wymieniać opinie, przerzucać się tekstami ulubionych bohaterów. Jestem fanką strony na Facebooku „Ubieram się na czarno, bo jestem z Nocnej Straży”, gdzie tuż po emisji każdego odcinka „Gry o tron” pojawia się mnóstwo memów, nieczytelnych dla osób, które nie są na bieżąco.

I tę potrzebę bycia na bieżąco zauważyły stacje produkujące seriale nowej generacji, jak HBO czy Fox, które starają się, by kolejne odcinki miały premierę tego samego dnia na całym świecie. Bo kiedy w Stanach ludzie oglądają już piąty sezon, a w Polsce telewizja decyduje się kupić dopiero pierwszy, na bank będzie miał znikomą oglądalność, bo wszyscy widzieli go już w sieci. Dlatego teraz premiera „Gry o tron” była o tej samej porze na całym świecie i miliony, razem ze mną, zarwały z tego powodu noc. A następnego dnia mogły wymienić się spostrzeżeniami ze znajomymi. Tym bardziej że ciężko uchronić się przed spoilerami. Parafrazując słowa Czerwonej Kapłanki z „Gry o tron” – „The night is dark and full of terrors” („Noc jest ciemna i pełna strachów”), tak „Internet is dark and full of spoilers”.

Seriale łączą?

Podobno są dwa rodzaje widzów serialowych. Pierwsi to ci, którzy zamykają się w domu, zaciągają zasłony i oglądają w samotności. Niektórzy grzmią, że to niezdrowe, aspołeczne, bo zamiast żyć z innymi, zamykamy się w wyimaginowanym świecie. Ale jest też grupa, która lubi oglądać w towarzystwie, umawia się z rodziną lub znajomymi na maratony serialowe. Popularne jest również oglądanie w parach, słyszałam, że wiele związków stało na granicy rozpadu, bo partner czy partnerka nie uszanowali prośby, by pod nieobecność drugiego nie oglądać kolejnego odcinka (śmiech). Oglądanie seriali jednoczy i jest więzotwórcze. Także dla osób z pierwszej grupy, które po weekendowym maratonie w samotności mogą porozmawiać o nim z kolegami. Proszę zauważyć, jak często okazuje się, że w gronie bliskich znajomych wszyscy oglądają te same seriale.

O serialach rozmawiają profesorowie na uczelni, menedżerowie czy artyści podczas wernisażu. A jeszcze kilka lat temu oglądanie seriali było obciachem.

Co więcej, obciachem było w ogóle oglądanie telewizji. W dobrym tonie było mówić, że nie ma się w domu telewizora. Dziś te same osoby, w tym profesorowie czy dyrektorzy banków, z zamiłowaniem opowiadają o tym, jaki serial oglądali w weekend. Kiedyś obciachem było także granie w serialu. Dziś od seriali zaczyna się wiele karier aktorskich. Ale też kiedyś seriale były trochę odmóżdżającą rozrywką dla mas, elementem tła, można było zacząć od dowolnego odcinka i świetnie orientować się w akcji. Od dzisiejszych seriali nie można się oderwać. Przegapisz dwa odcinki „Gry o tron” i nie wiesz, co się dzieje. Poza tym jest tu tylu bohaterów, tyle wątków i tyle niuansów. To ambitny, szeroko zarysowany świat, który wymusza od nas pewien rygor, wysiłek.

Nowoczesne seriale są bardziej wymagające, ale chyba nie tylko na tym polega ich fenomen?

Najlepsze seriale są obecnie głównie amerykańskiej produkcji. Ten szczegół jest ważny o tyle, że stanowią doskonałą przeciwwagę dla hollywoodzkich filmów, które są w Stanach obwarowane wieloma zakazami i nakazami. Jeśli film chce zarobić, musi być jak najbardziej uniwersalny, pozbawiony scen seksu, przemocy – typowe kino popcornowe dla całej rodziny. Seriale nic nie muszą, a wszystko mogą. Są więc odważniejsze, jeśli chodzi o poruszane wątki, ale też o sceny seksu czy przemocy. Poza tym kino ogranicza długość pokazywanego filmu, trudno wysiedzieć ponad trzy godziny podczas seansu nawet w najwygodniejszym fotelu. Serial nie musi się martwić wymogiem minutowym, nie musi skracać, nie musi być powierzchowny, może pozwolić sobie na rozbudowanie wątków, z czego korzysta właśnie „Gra o tron”. Dlatego kiedyś seriale były płytsze niż filmy, teraz są ambitniejsze. Poza tym pojawiają się w nich wyjątkowi bohaterowie, na których kino by się nie odważyło. Nie są jednoznaczni, albo dobrzy, albo źli, są kontrowersyjni. Dotyczy to nawet gatunku fantasy, bardzo przywiązanego do tego tradycyjnego podziału – trudno powiedzieć, kto w „Grze o tron”, która ten gatunek reprezentuje, jest dobry, a kto tylko zły. No, może poza Jofreyem, ale on jest z kolei tym typem bohatera serialowego, którego kochamy nienawidzić. To też jeden z wyznaczników współczesnych seriali – lubimy wyszukiwać w nich arcyzłych, ale niejednoznacznych bohaterów, i to oni przykuwają nas do ekranu. Są uwodzący, superinteligentni, zaskakujący, raz ich nie cierpimy, raz uwielbiamy. Jak Gregory House, który z jednej strony był geniuszem, a z drugiej… zwykłym chamem. Dziś mamy serial o kucharzu i dealerze amfetaminy – „Breaking Bad”, o kanibalu – „Hannibal”, o psychopatycznym mordercy – „Dexter” czy o bezwzględnym polityku – „House of Cards”.

Dlaczego są tak interesujący, a nie odpychający?

Bo serial korzysta z możliwości pokazania ich psychologicznej głębi, dzięki czemu Dexter przestaje być tylko mordercą, a zaczyna być pogmatwanym wewnętrznie sędzią wymierzającym sprawiedliwość, a Hannibal okazuje się zachwycającym geniuszem z niewielką skazą w postaci wyjątkowych upodobań kulinarnych (śmiech). Nowi bohaterowie przestają być szablonowo źli, stają się ludzcy, z krwi i kości. Taką głębię do tej pory można było znaleźć jedynie w książkach.

Dajemy się uwieść wrażeniu, że to realne, żywe osoby.

Myślę, że to działa w dwie strony. Jeśli ogląda pani serial, który ma 7 sezonów, a każdy z nich po 12 odcinków, w naturalny sposób zaprzyjaźnia się pani z jego bohaterami. Więź z bohaterem staje się tym silniejsza, im bardziej te postaci są interesujące i im bardziej możemy się z nimi utożsamić. Do tego dochodzi jeszcze jeden element charakterystyczny dla współczesnych wirtualnych czasów: zacieranie granic między nadawcą a odbiorcą. My nie czujemy się tylko widzami, my chcemy ten serial analizować, omawiać, czasem nawet współtworzyć. Pojawiają się faNety i fanfiki, czyli przestrzenie, na których próbujemy zawłaszczyć sobie ulubionych bohaterów i tworzyć nowe historie oraz sytuacje z ich udziałem. Fani tak kochają niektórych bohaterów, że nie chcą ich oddać tylko twórcom serialu.

„Gra o tron” jest dobrym przykładem na pokazanie serialu nowej generacji. To praktycznie film w odcinkach, zrobiony z wielkim rozmachem, za grube pieniądze. To pierwszy serial pokazywany w kinie, co tylko potwierdza jego wysoką jakość, choćby techniczną. „Gra” zadowala fanów typowej fantasy, mamy tu trochę smoków, magii i walki na miecze, a jednocześnie osoby, które nie czytają fantastyki, też oglądają z zapartym tchem. Bo jak się odrzuci smaczki zarezerwowane dla fantasy, zostaje intryga polityczna, kulisy walki o władzę, ludzkie emocje, bezsensowność wojny czy niszczący wpływ rodziny. Są tu wątki homoseksualne, feministyczne, kazirodcze – słowem, wszystko, co jest dziś ciekawe społecznie. To niesamowicie realistyczny, ale nadal magiczny świat, co jest ogromną zasługą twórcy książek George’a R. Martina. Potrafił podać idealną mieszankę historii, magii i brutalnej rzeczywistości.

„Gra o tron” wychodzi z opowieści rycerskich, ale jednocześnie depcze mit rycerskości.

Najlepiej widać to na przykładzie Sansy, bohaterki bardzo przywiązanej do tego mitu. Czeka na chustę i różę rzuconą podczas turnieju, wierzy w szlachetność i słucha pieśni o rycerskich czynach, ale życie gotuje jej rozczarowanie za rozczarowaniem. Jej pierwszy ukochany okazuje się brutalnym psychopatą, drugi – gejem, w końcu wydają ją za mąż za karła. To, co jeszcze przyciąga nas do tego serialu, to sztandarowe „Valar morgulis”, czyli „Wszyscy muszą umrzeć”. W filmach fabularnych, gdy bohater wpada w kłopoty, wiemy, że jakoś się z nich wywinie, w końcu to wokół niego koncentruje się fabuła, w „Grze” jest inaczej. Gdy nasz ulubiony bohater staje przed zagrożeniem, odczuwamy prawdziwy lęk o niego, bo wiemy, że wydarzyć może się absolutnie wszystko. Moment, kiedy widzowie to zrozumieli, był momentem, kiedy „Gra o tron” z dobrego serialu przeszła do serialu genialnego. Żaden film nie mógłby sobie pozwolić na zabicie głównego bohatera w połowie, bo nie miałby czasu, by zbudować kolejną postać. W „Grze” wszystkie chwyty są dozwolone i to trzyma nas przed ekranem. Choć nie przywiązać się do Martinowskich bohaterów jest niezwykle trudno, stąd liczne groźby pod jego adresem: „Jeśli Tyrion zginie, przestaję dalej oglądać” – piszą internauci.

W pierwszym sezonie ginie bohater, który był dobry i szlachetny. „Gra o tron” zdaje się nam mówić: „W tym świecie możesz być dobry, ale nie możesz być naiwny”.

Bądź szlachetny, ale bez przesady. Jest taka kapitalna scena w pierwszym sezonie, gdy Bronn walczy w pojedynku w imieniu Tyriona, stosując nieczyste zagrania. Kiedy jego przeciwnik spada w przepaść, rozlegają się głosy, że to niesprawiedliwe, bo Bronn nie walczył jak rycerz. Wtedy on wskazuje w kierunku przepaści i mówi: „Ale on walczył”. Tu nie ma miejsca na ideały i zamykanie się w kodeksie rycerskim – co zabawne, w tym serialu kodeksu bronią nierycerze, czyli np. Brienne, czyli kobieta, która chce walczyć, ale nigdy nie będzie mogła być pasowana na rycerza. Widzimy średniowiecze w momencie jego upadku, które bardzo przypomina naszą współczesność, też na progu upadku i zagrożeń w postaci terroryzmu czy wojny nuklearnej.

I tak jak w „Grze o tron” wygrają ci, którzy potrafią zobaczyć zagrożenie?

Po prostu wygrają inteligentni. To właśnie mówią seriale o naszej współczesności. Moralność nie ma już tak wielkiego znaczenia, przetrwają ci, którzy potrafią myśleć. Tacy jak Littlefinger, Varys i Tyrion. Gdyby „Grę o tron” pisał Tolkien lub gdyby miała być to średniowieczna opowiastka, to nazywałaby się „Walka o tron”. Ale tu nie chodzi o walkę, tylko o grę, nie zawsze czystą, lecz zawsze inteligentną. I to nas fascynuje!

Takie seriale jak „Gra” czy „House of Cards” pokazują, że doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jak brudny jest dzisiejszy świat i dzisiejsza polityka, i chcemy to zobaczyć. Chcesz mieć władzę, musisz się pobrudzić. Wszyscy bohaterowie „Gry o tron”, którzy przetrwali, mają coś na sumieniu.

Można powiedzieć, że seriale stawiają na inteligencję, także widza.

One wymagają od odbiorców pewnych kompetencji. Nie ma taryfy ulgowej. I dobrze, bo my, jako widzowie, nie chcemy spłyconej wizji świata. Dzisiejsze seriale przestały być tylko telewizyjne, stały się transmedialne, istnieją dla swoich fanów i dzięki nim. To oni kupują DVD, gadżety, koszulki, tworzą fandomy, czyli całe społeczności skupiające fanów. Seriale tworzą bliską relację ze swoimi odbiorcami. Są jednocześnie elitarne i egalitarne.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze