1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Męskie zawody

Męskie zawody

123rf.com
123rf.com
Podział na zawody męskie i żeńskie powoli odchodzi do lamusa. Kobiety są obecne w każdym środowisku zawodowym. W Polsce w armii służyło 2800 kobiet, a 400 z nich to pilotki, 8% wszystkich pracowników Biura Ochrony Rządu to funkcjonariuszki, a w Policji jest ich aż 14%. W ramach akcji „Niewykluczone” zainicjowanej przez markę Urinal opowiadamy o kobietach w (pozornie) męskich zawodach i przeszkodach (realnych), jakie musiały pokonać, aby zrealizować swoje pasje. A także o tym, jakie zawody są popularne „tu i teraz” i do jakich warto się przygotować w przyszłości, aby nie dać się wykluczyć.

Na początek propozycja małego eksperymentu. Wpisz w wyszukiwarkę internetową dowolną nazwę zawodu, który jawi Ci się jako absolutnie męski. Z pewnością wykonuje go już jakaś kobieta. Maszynista lokomotywy? To Pani Michalina Piwońska, która otrzymała pierwszą w Polsce licencję maszynisty. Kobieta-górnik? W kopalni „Mysłowice – Wesoła” przy obróbce węgla, przy taśmie, codziennie przez 8 godzin pracuje brygada kobiet. No to może chociaż w gronie ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego nie znajdziemy żadnej kobiety. Ależ skąd?! Pierwszą ratowniczką wysokogórską była Zofia Radwańska-Paryska, która rozpoczęła swoją misję ratownika już w 1947 roku! Ostatni bastion męskości, czyli tzw. „budowlanka”? Także zdobyty. Na rynku działa już Remontowa Ekipa Damska REDAM.

Kobiety, które zdecydowały się na zawód do tej pory zarezerwowany dla  mężczyzn, musiały pokonać wiele barier. Przede wszystkim tych w sobie: że podołają, że pogodzą ciężką pracę z obowiązkami domowymi, że mają prawo prosić o podział obowiązków rodzinnych, że nie stracą na kobiecości. Musiały powtórzyć za Barakiem Obamą „Yes, we can”. Tak, możemy, potrafimy, podołamy, damy radę.

Walka ze stereotypami

Jeśli udało im się zrobić ten pierwszy krok, pozbyć się kompleksów, znalazły sposób na pogodzenie kobiecości z męskim zawodem. Nie kopiują mężczyzn, pracują po swojemu. I tak górniczki z mysłowickiej kopalni obrabiają węgiel w pięknych fryzurach, makijażu, ba – nie przeszkadzają im nawet tipsy pomalowane na czerwono. Pięknie komponują się z czernią węgla. Kolejną przeszkodą do pokonania była nieprzychylność otoczenia. Przez lata to się zmieniło, okazało się, że mniejszą siłę fizyczną panie świetnie kompensują sprytem, pomysłem, oryginalnym konceptem, umiejętnościami społecznymi, spokojem, umiejętnością negocjacji, siłą przekonywania. Dziś już nie dziwią kobiety na męskich dawniej stanowiskach.

A co na to biologia?

No i dobrze, udało się pokonać wewnętrznego krytyka, udało przekonać otoczenie, a co na to nasza kobieca fizjologia? I jej także nie dajemy się wykluczyć z żadnej dziedziny życia. Mamy swoje sposoby na walkę z typowo kobiecymi dolegliwościami: migreną, bólami menstruacyjnymi – joga, medycyna tradycyjna i alternatywna, kąpiele ziołowe, suplementy diety, zdrowy tryb życia, urozmaicone posiłki; wysiłkowym nietrzymaniem moczu – ćwiczenia Kegla, czy nękającymi aż 50% kobiet zakażeniami układu moczowego – tu pomaga odpowiednia higiena intymna i profilaktyka w postaci przyjmowania ekstraktu z żurawin np. Urinalu.

Tu i teraz

Wiemy, że kobiety przez lata, wybierając zawód (jeśli w ogóle mogły go wybrać, a nie być po prostu „panią domu”), musiały walczyć z własnymi wewnętrznymi barierami, otoczeniem i biologią. A jakie zawody – wykonywane już przez panie i panów najpopularniejsze są „tu i teraz”, w 2013 r.:
  • Dentysta – prężnie rozwijająca się gałąź medycyny, gwarantująca pracę na wiele lat, bo w kwestii pięknego, białego, równego i zdrowego uśmiechu jest jeszcze wiele do zrobienia,
  • Trener fitness – ciągle rośnie zapotrzebowanie na specjalistów, którzy spełnią nasze marzenia o pięknym ciele Adonisa lub Afrodyty,
  • Pielęgniarka domowa – wg danych GUS-u żyjemy w starzejącym się społeczeństwie, dlatego teraz i w przyszłości osoby opiekujące się osobami chorymi i starszymi w domach będą niezbędne,
  • Asystent lekarza – to również świetny zawód przygotowujący do opieki nad starszymi, słabszymi, chorymi.
Łatwo zauważyć, że wszystkie powyższe zawody wymagają oprócz empatii, umiejętności pracy z ludźmi, specjalistycznej wiedzy – zdrowia fizycznego, jako takiej siły, zdolności do bycia dłuższy czas „na nogach”. Warto przygotować się do nich nie tylko merytorycznie na kursach i uczelniach, ale także pod względem fizycznym, tak aby częste u kobiet schorzenia jak np. zakażenie układu moczowego nie popsuło nam zawodowych planów i czerpania z nich przyjemności.

Jak ro zrobić? Ćwiczyć, dbać o higienę ciała ducha i snu, polubić żurawinę lub… Urinal, preparat  dbający o kondycję naszego układu moczowego.

Zawody przyszłości

Odważne pionierki, pierwsze kobiety w męskich zawodach utorowały drogę reszcie. Za kilka lat nikt nie będzie się dziwił dziewczynom wykonującym prace, dziś jeszcze kojarzone z mężczyznami, a przez ekspertów uznanych za zawody przyszłości np.
  • Nowoczesny rolnik – w przyszłości sztuką będzie taka uprawa ziemi, by być jak najbardziej konkurencyjnym. Pojawią się nowe rozwiązania, jak uprawy wertykalne, a nie horyzontalne, które pozwolą zaoszczędzić wiele przestrzeni.
  • Kontroler pogody – dziś to brzmi jeszcze nieprawdopodobnie, ale kiedyś niezbędne będą osoby umiejące zarządzać czymś, czego dzisiaj nie potrafimy jeszcze dobrze wyprognozować…
  • Inżynier nanomedycyny – tworzący mikroskopijne części służące do samodzielnego przeprowadzania niewielkich badań medycznych.
Nie wiemy dokładnie, na czym te zawody będą polegać i jakich predyspozycji wymagać, bo też do końca nie potrafimy sobie wyobrazić pionową uprawę rzepaku, piętrowe kurze fermy i planowanie Mępogody. Jesteśmy jednak pewni, że w każdym zawodzie niezbędne jest zdrowie! Czyli: dieta, higiena, czas na relaks i Urinal. Tyle, że w przypadku zawodów przyszłości warto tę wiedzę zaszczepić naszym córkom i wnuczkom.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego

Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego (fot. archiwum prywatne)
Lekarka Marta Kucharska i jej szpitalne lekcje z oddziału zakaźnego (fot. archiwum prywatne)
Doświadczenie zawodowe zwykle zbiera się latami, czasem jednak krótki, ale bardzo intensywny okres jest w stanie nauczyć nas najwięcej. Marta Kucharska, lekarka pracująca na pierwszej linii frontu – w oddziale zakaźnym we Wrocławiu – opowiada nam o stresie, zmęczeniu, koktajlu rozmaitych emocji, ale i bezcennych wnioskach, jakie wyciągnęła z pandemii.

Od wielu lat pracujesz na oddziale zakaźnym. Co zmieniło się w twojej pracy od czasu wybuchu pandemii? 
Bardzo wiele, właściwie od początku marca pracujemy na ciągle zmieniających się warunkach. Pracuję w szpitalu jednoimiennym, przeznaczonym dla pacjentów z podejrzeniem lub z potwierdzonym zakażeniem SARS-CoV-2. Musieliśmy przeorganizować cały szpital, stworzyć warunki do izolacji i leczenia coraz większej liczby pacjentów, stworzyć w miarę sprawdzające się „szablony” postępowania, których celem jest minimalizowanie ryzyka błędów.

Mówisz "musieliśmy", kogo masz na myśli? 
Praca w czasie pandemii to praca zespołowa. Nie jestem dyrektorem, ordynatorem ani wyżej postawionym urzędnikiem, jestem natomiast lekarzem praktykiem, który stoi na pierwszej bądź drugiej „linii frontu”, stąd często pierwszym, który zauważa, że coś nie działa, który zgłasza określone problemy przełożonym bądź razem z zespołem proponuje rozwiązania. A liczba problemów podczas pandemii jest naprawdę bardzo duża. Rozwiązanie jednych prowadzi do kolejnych, bywa że jeszcze trudniejszych do rozwiązania, wymagających współpracy różnych placówek, instytucji, ośrodków. Dlatego w radzeniu sobie z pandemią tak istotna jest elastyczność oraz – co raz jeszcze podkreślę – gra zespołowa. Ważne jest, by każdy w ramach własnego podwórka starał się działać najlepiej jak może i patrzył perspektywicznie.

Co jest do tego potrzebne? 
Zaangażowanie, umiejętność zachowania spokoju, pokora – to tylko niektóre słowa klucze pozwalające po prostu dobrze wykonywać swoją pracę w szpitalu.

A co jest najtrudniejsze? 
Trudno jest mierzyć się z absurdami, które zdarzają się wszędzie, ale w medycynie mogą skutkować utratą czyjegoś zdrowia bądź życia. Trudno stawiać czoła ignorancji, uważam, że to jedna z najgorszych cech, jaka może dotknąć medyka. Trudno jest być bezradnym, mieć do czynienia z sytuacjami, w których medycyna dochodzi do granic swoich możliwości. Tyle możemy zrobić, dalej się nie da, a pacjent bądź rodzina ciągle patrzą na nas, jakbyśmy mieli jeszcze pochowane rozwiązania awaryjne. Trudno jest leczyć pacjenta, o którym wiemy, że niedługo umrze i jest z tym niepogodzony albo niepogodzona jest z tym jego rodzina. Trudno jest przekazywać informacje, że rokowania są poważne. Albo po prostu czuć się głupim, że się nie wie, a trzeba działać natychmiast. Bo medycyna to jedna wielka lekcja pokory. Choćbyśmy nie wiem ile książek i artykułów przeczytali, ile szkoleń odbyli i umiejętności wytrenowali – to tak rozległa dziedzina, że jeden umysł jej nie posiądzie. I każdego dnia możliwa jest bolesna weryfikacja tego, czego nie wiemy. Teraz dochodzą do tego inne aspekty: praca w niewygodnym kombinezonie i ze świadomością, ile osób wśród personelu medycznego się zakaża. Niepewność co do przebiegu choroby u pacjentów. Myśli, czy czegoś nie przeoczyłam, czy pacjenci są naprawdę tak zaopiekowani, jak myślę. A potem powrót do domu, do dwóch, trzech najbliższych osób, bo z większą liczbą spotkać się nie mogę.

Jak się czujesz? Masz czas to zaobserwować, wyrazić? 
Z tym czasem jest niestety kłopot. Po tym wszystkim marzy mi się wyjazd choć na kilka tygodni, na odludzie, z daleka od silnych emocji. W naturę, w góry, do lasu, gdzie mogłabym się wysypiać, czytać książki i pisać. Ale to potem. Jak zapewne się domyślasz, lekarze, ale też medycy w szerokim rozumieniu tego słowa, i bez epidemii mają zwyczaj brać pracę do domu. Czasem trudne, wręcz niemożliwe jest pozostawić ją na progu szpitala. Czyjś stan dramatycznie się pogorszył, ktoś umarł, ktoś nas obraził albo wyzwał od konowałów. Teraz na chwilę takie głosy ucichły, mamy swoje pięć minut – bycia bohaterami, za cenę narażania zdrowia i życia, ale obawiam się, że to wróci. Niestety, w ostatnich latach obserwujemy narastającą negatywną postawę wobec personelu medycznego – jako społeczeństwo staliśmy się roszczeniowi, wymagający wobec innych (bo niekoniecznie wobec siebie) i przekonani o własnej racji, bo na przykład ktoś coś przeczytał w Internecie. Łatwo nam przychodzą krytykowanie, ocenianie i anonimowy hejt. Ostatnio chodzą mi po głowie dwa, znane jeszcze ze szkoły podstawowej czy średniej, wiersze. Jeden to „List do ludożerców” Tadeusza Różewicza, drugi – „Przesłanie Pana Cogito” Zbigniewa Herberta. Myślę, że warto do nich wrócić.

Jak się wraca do domu po takiej burzy emocji? 
Po całym koktajlu różnych skrajnych stanów, jakich doświadczamy w szpitalu, od sukcesu po poczucie klęski, od satysfakcji po skrajne niezadowolenie, od radości po smutek – trudno wrócić do domu i nie zabrać ze sobą jakiegoś tobołka. Szczególnie po nocnych dyżurach, po dobie pracy, gdy obrywa zarówno psychika, jak i ciało. Niestety, ofiarami na- szych fatalnych tobołków są często najbliżsi, którzy muszą wysłuchać, co mamy do powiedzenia, a potem zmierzyć się z naszą drażliwością, przemęczeniem, skłonnością do konfliktowania się o byle co. Jako medycy mamy też takie myślenie: „Nie pracujesz w tym zawodzie, to nie wiesz, co to znaczy”, i jest to po części prawda. Czujemy się niezrozumiani, a czasem zwyczajnie niedowartościowani, sfrustrowani, sfrajerowani. „Jak to, tyle zrobiłem dla tego pacjenta, a teraz jego rodzina chce sądzić szpital?”; „Jak to, tak ciężko pracowałem, a teraz w domu zarzucają mi, że nie mam sił dla najbliższych?”.

Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne) Marta Kucharska w pracy (fot. archiwum prywatne)

A podczas pandemii?
Podczas pandemii jest jeszcze gorzej. Nie dość, że pracujemy z czymś zupełnie nowym, nieznanym i na nowych, dynamicznie zmieniających się warunkach, nie dość, że jesteśmy stawiani przed coraz innymi sytuacjami, do których jeszcze nikt nie stworzył scenariusza, nie dość, że „to coś” stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia również nas samych i naszych bliskich – to jesteśmy jeszcze bombardowani całą masą informacji. Stąd przez pierwsze tygodnie czułam, jakbym w ogóle nie wychodziła z pracy. Miałam koszmary, choć normalnie rzadko śnię. Dlatego też miesiąc temu, gdy zaproponowałeś mi rozmowę, odmówiłam. Był to czas dużego stresu, silnej mobilizacji, przygotowania, skupiania się na celu, a nie na własnych emocjach. Faktycznie, jak do walki. Uznałam, że myślenie o sobie w tamtym momencie może mi tylko zaszkodzić. Analizowanie strachów i lęków wtedy mogłoby tylko utrudnić mi wykonywanie zadania. Teraz ja, moi koledzy i koleżanki nadal jesteśmy zmobilizowani, traktujemy całą tę sytuację zadaniowo, ale już jestem w stanie zaobserwować różne stany i emocje. Niestety, nie są one często przyjemne.

Jak radzicie sobie z takim obciążeniem psychicznym? Jak ty sobie radzisz? A może nie radzisz? 
To trudne pytanie. Sama czasem nie wiem, czy sobie radzę. Oczywiście, że się boję, oczywiście, że się złoszczę. Choć lęk jest teraz nieco inny niż na początku. Początkowo, kiedy jeszcze wszystko było w teorii, bałam się o siebie i swoich bliskich. Wiele rzeczy trzeba było przeorganizować. Teraz o siebie boję się mniej, choć może to i źle. Rodzinę przekonałam do konieczności izolacji na tyle, na ile to możliwe. Moje kontakty osobiste ograniczają się do tych wynikających z pracy w szpitalu i dwóch, trzech najbliższych osób. Z resztą kontaktuję się telefonicznie, o ile jeszcze mam na to siłę. Boję się za to sytuacji, w których nie będę wiedziała, co zrobić, a że realia mocno się pozmieniały, jest to wielce prawdopodobne. Zamiast pacjentów „typowo zakaźnych” mamy ich teraz całe spektrum: pacjentów onkologicznych, hematologicznych, kardiologicznych, u których dodatkowo doszło do zakażenia koronawirusem, a obecne warunki utrudniają standardowe postępowanie medyczne. Dlatego bardzo cieszę się, że mam taki zgrany, zaangażowany i chętny do pomocy zespół.

Dlaczego wybrałaś taką specjalizację? Co cię zafascynowało?
Choroby zakaźne są stosunkowo niszową specjalizacją. Mnie spodobały się już w pierwszych latach studiów, co do których wcale nie byłam przekonana. Jestem humanistką, chciałam pisać, podróżować. Ale patrząc z perspektywy lat, cieszę się, że wybrałam tę specjalizację. W pracy na oddziale chorób zakaźnych znajduję i liczne motywy humanistyczne, i te związane z podróżowaniem. Kiedyś chciałabym wyjechać na misję. Ponadto tu mogę stanąć po stronie słabszych, mających mniej szczęścia, wobec których skierowane jest ostrze nietolerancji. Jako zakaźnik mam całą gamę pacjentów, o nierzadko bardzo zawikłanych życiorysach. Takie zderzenia wiele uczą i pokazują, kto jest kim naprawdę. Bywa, że prawdziwe pokłady chęci pomocy i współczucia znajdujemy u tych, których w ogóle o to nie podejrzewaliśmy. I odwrotnie. Ktoś ma pięknie uładzony życiorys, a robi na oddziale piekło i nie sięga w swym myśleniu dalej niż czubek własnego nosa. To są też bardzo cenne lekcje. Lekcje tolerancji, lekcje tego, że nie mnie kogoś oceniać. Mierzi mnie powierzchowne przypinanie łatek, od których aż roi się w mediach społecznościowych. Mam wtedy ochotę odpowiedzieć: „Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem”.

Co dodaje ci siły?
W domu siłę dają mi cisza, przyroda, obecność bliskich. W pracy: poczucie, że gdy pomagam komuś w chorobie, to jednak robię coś ważnego. Szacunek do życia. Współczucie wobec słabszych. Nie mogę się doczekać, kiedy znów wrócę do swojej zalesionej bazy na Pogórzu Kaczawskim, gdzie będę mogła włóczyć się po lasach i łąkach, a wieczory spędzać przy ognisku w towarzystwie bliskich i przyjaciół. Regeneruje mnie pisanie, ale do tego potrzebuję nieco więcej czasu i wolnej głowy, niż mam teraz.

Praca w specjalnym kombinezonie - jak bardzo jest to uciążliwe, obciążające dla skóry?
Uciążliwe, choć nie jest to największy problem w czasie pandemii. Wiemy, że tak trzeba, cieszymy się, że mamy środki ochrony osobistej. W końcu zapadalność na koronawirusa w środowisku medyków jest szczególnie wysoka. Natomiast, oczywiście, kombinezon pracy nie ułatwia. Inaczej wygląda badanie fizykalne pacjenta „w warunkach normalnych”, a inaczej, gdy bada się go przez podwójne rękawiczki, osłuchuje przez warstwy jakiegoś sztucznego materiału, bada w czasem zaparowanej przyłbicy albo zbiera wywiad, niewyraźnie mówiąc przez maskę. Skóra się poci, łatwo o wypryski, a gdy zdejmuje się ochraniacze butów, które są po kolana, pełne są skroplonej pary. Tyle że chyba teraz nikt nie przywiązuje do tego specjalnej wagi, mamy nadzieję, że jeszcze będzie czas odpocząć i wynagrodzić ciału ten dyskomfort.

A co najbardziej uspokaja chorych?
Że można coś zrobić z tym, co jest. Że można jakoś sytuację opanować, zastosować metody, które są w stanie jeżeli już niekoniecznie całkowicie wyleczyć, to zatrzymać postęp choroby, sprawić, że pacjent będzie w stanie z nią długie lata funkcjonować. W każdej, nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji istotne jest wsparcie, współczucie, faktyczna chęć pomocy. Jako lekarz wielokrotnie mam szansę je okazać: profesjonalnym podejściem do pacjenta, polegającym nie tylko na wdrożeniu leków, ale i wytłumaczeniu, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej, określeniu celów, zarysowaniu kolejnych kroków w postępowaniu diagnostyczno-terapeutycznym. To działa. Coraz więcej pacjentów oczekuje partnerskiego podejścia do leczenia swojej choroby, choć są też ci, którzy już na pierwszej wizycie oznajmiają: „Nic nie chcę wiedzieć, proszę robić, co uważacie”. Pacjentów też trzeba rozpoznać i przekonać do choćby umiarkowanej współpracy.

Co myślisz o przyszłości?
Chyba nie za wiele o niej myślę. Zdaję sobie sprawę, że jest tyle różnych zmiennych, że nie ma co tracić czasu na przesadne planowanie. Chciałabym, by ta pandemia jak najszybciej się skończyła i odbiła się na nas jak najmniejszą krzywdą i cierpieniem. Chciałabym po tym wszystkim móc zwolnić, bo na dłuższą metę żyć tak jak teraz nie można. Wrócić trochę do siebie, do bliskich i pisania. Przyszłość, podobnie jak teraźniejszość, zależy od nas. Od postawy każdego z nas. Jeżeli będziemy pracować nad własnym podwórkiem i starać się wnieść w świat coś dobrego, nie będzie źle.

Marta Kucharska, lekarz, doktor nauk medycznych, specjalista chorób zakaźnych. Od dziewięciu lat pracuje w Oddziale Chorób Zakaźnych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu. Asystentka w Klinice Chorób Zakaźnych i Hepatologii. Z pasji prozaik, poetka. Autorka trzech zbiorów opowiadań ("Kino objazdowe", "Saudade", "Irga karmiona przez lawinę" oraz tomu wierszy "Abisynia". 

  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.

  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!

  1. Styl Życia

Ewa Pajor – drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 8/2020).

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.