1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Medytacja z oddechem – prosta technika na wyciszenie według Katarzyny Chusteckiej, instruktorki jogi

Medytacja z oddechem – prosta technika na wyciszenie według Katarzyny Chusteckiej, instruktorki jogi

Medytacja nie tylko wycisza i uspokaja. Uczy też sztuki odpuszczania. Pozwala otworzyć się na radość i szczęście. Na zdjęciu Katarzyna Chustecka, instruktorka jogi mieszkająca na Bali. (Fot. archiwum prywatne)
Medytacja nie tylko wycisza i uspokaja. Uczy też sztuki odpuszczania. Pozwala otworzyć się na radość i szczęście. Na zdjęciu Katarzyna Chustecka, instruktorka jogi mieszkająca na Bali. (Fot. archiwum prywatne)
Najprostsza technika medytacji polega na koncentracji na oddechu. Wycisza, uspokaja umysł i przygotowuje do bardziej zaawansowanych technik medytacyjnych. Dzięki niej poczujesz się lekko, ponieważ obserwując oddech i nie podążając za myślami, stopniowo uwolnisz się od ich natłoku. Odpuścisz kontrolę nad rzeczywistością i wreszcie będziesz mogła naprawdę zrelaksować się i odpocząć. Nauczysz się ufać życiu, twoje serce się otworzy, a intuicja przebudzi.

Medytuj w ten sposób regularnie rano i wieczorem, a po pewnym czasie zaobserwujesz wspaniałe efekty. Powodzenia!

Technika medytacji z oddechem

1. Usiądź na poduszce ze skrzyżowanymi nogami albo na krześle. Zadbaj o to, by kręgosłup był pionowo. Jeśli masz z tym problem, usiądź oparta o ścianę.

2. Ułóż dłonie luźno na udach wnętrzem ku górze lub połącz dłonie na brzuchu, kładąc prawą na lewej. Zamknij oczy. Utrzymując wyprostowane plecy, rozluźnij całe ciało. Aby to zrobić, przesuń powoli ośrodek swojej uwagi przez całe ciało, od palców stóp do czubka głowy, poczuj każdą część ciała i obejmując ją miękkim wydechem, pozwól jej się odprężyć. Początkowo nawiązanie kontaktu ze swoim ciałem i rozluźnienie go będzie zajmowało ci trochę czasu, lecz szybko nabierzesz w tym wprawy.

3. A teraz przenieś uwagę na oddech. Skup się na wdechach i wydechach. Nie powtarzaj w umyśle słów „wdech” lub „wydech”, lecz po prostu bądź świadoma, że wdychasz i wydychasz powietrze. Nie zmieniaj oddechu ani go nie reguluj. Czuj ruchy klatki piersiowej wraz z oddechem, czuj przepływ powietrza przez nos, dotyk wydechu na skórze nad górną wargą. Wczuwaj się w oddech z najdrobniejszymi szczegółami, tak jakby w tej chwili była to jedyna istotna rzecz na świecie. Niech nie umknie ci żaden wdech i żaden wydech. Pozwalaj na naturalny przepływ powietrza, obserwuj i czuj, delektuj się oddechem, nic więcej.

Kiedy zorientujesz się, że wcale nie obserwujesz oddechu, tylko zajmujesz się myśleniem o przeszłości, przyszłości lub ocenianiem rzeczywistości, nie strofuj się, tylko spokojnie spróbuj od nowa. Nie denerwuj się na siebie ani na swój umysł. On właśnie taki jest – rozbrykany i niezdyscyplinowany, taka jest jego natura. Nie złość się, to nie pomoże, a wręcz przeciwnie. Twój umysł będzie umykał ci jeszcze wiele, wiele razy, możesz być tego pewna. Ważne jest, aby od początku podchodzić do niego z życzliwością, ale i konsekwencją, jak do małego dziecka. W czasie medytacji nie krytykuj się i nie twórz negatywnych emocji: złości, zniecierpliwienia czy rozżalenia. Moment, w którym uświadamiasz sobie, że straciłaś koncentrację na oddechu, jest kluczowy dla postępów w medytacji na początku praktyki.

Rozwijaj postawę serdeczności i łagodności wobec siebie - przyniesie ci ona zadowolenie i sprawi, że medytacja będzie przyjemna, a po pewnym czasie zauważysz, że okresy obserwacji oddechu zaczną się wydłużać. Będziesz mogła dłużej przebywać w chwili obecnej, rozluźniona i spokojna. Zauważysz także, że jesteś w stanie poczuć oddech o wiele dokładniej. Doznanie oddechu stanie się bardzo, bardzo przyjemne, tak jakby każdy wdech był łykiem przepysznego życiodajnego nektaru, a wydech błogim odpuszczeniem. To wspaniały moment na ścieżce medytacji, delektuj się nim.

Medytuj w ten sposób przez pół godziny, najlepiej jeśli nastawisz budzik w telefonie, by nie kontrolować czasu. Kiedy czas dobiegnie końca, połącz dłonie na mostku, pochyl głowę i w duchu podziękuj sobie za medytację. Unieś głowę i powoli otwórz oczy.

Jak wybrać miejsce i czas na medytację?

Najlepiej medytować dwa razy dziennie po 30 minut. Jeśli to nie jest możliwe, niech będzie to raz dziennie, ale staraj się, aby zawsze było to o tej samej porze i w tym samym miejscu. Wybierz czas, kiedy w domu będzie cicho i nikt nie będzie ci przeszkadzał. Ranek jest bardzo dobrą porą, ponieważ umysł jest świeży i stabilny, bo nieobciążony wydarzeniami dnia. Możesz wstawać pół godziny wcześniej i po krótkiej toalecie siadać do medytacji. Co za cudowny początek dnia! Przez kilka pierwszych poranków być może będziesz zasypiała w medytacji, warto to przetrzymać — umysł szybko przywyknie do regularnej praktyki.

Kilka uwag na koniec

W trakcie medytacji zapewne zdrętwieją ci nogi, to normalne. Nie przerywając, a więc utrzymując uwagę na oddechu, powoli zmień pozycję (np. wyprostuj zdrętwiałą nogę), a kiedy krążenie wróci do normy, powróć do wyjściowej pozycji.

Może się zdarzyć, że któregoś dnia, kiedy już nabierzesz wprawy, poczujesz, że ciało jest bardzo lekkie, tak jakby go wcale nie było, lub też zaznasz stanu, w którym w ogóle nie będziesz czuła ciała. To także normalny objaw. Nie przejmuj się tym, medytuj dalej, pozostając w swojej przestrzeni wewnętrznej wraz z oddechem. Pomyśl — co za ulga i lekkość, co za frajda nie mieć ciała choćby przez ten krótki czas!

Medytacja to praktyka duchowa, a ciało należy do wymiaru materialnego. I wreszcie — czasem pół godziny to za długo, więc nie zmuszaj się, nic na siłę. Innym razem może okazać się, że choć alarm w telefonie zadzwonił, ty jesteś w tak głębokiej medytacji, że wcale nie chcesz kończyć, więc zostań dłużej. Podążaj za sobą z życzliwością dla siebie :)

Katarzyna Chustecka, nauczycielka jogi, praktykuje jogę wg metody BKS Iyengara od 20 lat, uczy od 15. Założyła i przez wiele lat prowadziła ośrodek jogi i medytacji Equanimus na warszawskim Wilanowie. Dużo podróżuje, ale jej serce skradło Bali, gdzie stworzyła swój drugi dom. Od lat organizuje wyprawy z jogą na Bali i do Indii. Ma dwie córki. Z wykształcenia jest socjologiem. Pasjonuje się ajurwedą.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Medytacja z Nityą – uwalniająca kontemplacja

Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też - zachęca Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też - zachęca Nitya Patrycja Pruchnik. (Fot. iStock)
Ciągle za czymś gonimy, do czegoś dążymy, stawiamy sobie nowe cele… A gdyby to wszystko już się spełniło? Nauczycielka medytacji Nitya Patrycja Pruchnik na koniec swojego cyklu proponuje bardzo uwalniającą kontemplację.

Wyobraź sobie…

Zapraszam cię do jednej z moich ulubionych medytacji. Usiądź wygodnie, wyłącz telefon i zadbaj o to, aby było ci ciepło.

Wyobraź sobie, że wszystko już się wydarzyło. Wyobraź sobie, że wszystko, co kiedykolwiek chciałeś zrobić, już miało miejsce. Wszystkie twoje marzenia się spełniły, zmagania już za tobą. Oczekiwania też. Nie masz przed sobą zupełnie nic, bo wszystko już się wydarzyło. Na nic już nie czekasz, przed niczym nie uciekasz, ponieważ już wszystko masz.

To koniec. Jesteś spełniony, ponieważ nie czekasz na nic więcej. Poczuj to. Zostań w ten sposób przez kilka minut.

Sprawdź, jak się czujesz

Jak się czujesz, kiedy nie masz nic do zrobienia i na nic już nie czekasz, nic więcej nie musisz? Pobądź w ten sposób przez parę chwil… Nie spiesz się. Delektuj się spokojem, który z tego wynika… Odpocznij… Nie przywołuj wspomnień ani nie wyobrażaj sobie przyszłości, przecież nie ma już nic do zrobienia. Po prostu Jesteś… Ukontentowany… Spokojny… Zrelaksowany… Pozwól, by to spełnienie w tobie się rozgościło, wypełniło całe ciało, każdą komórkę i całą przestrzeń. Zanurz się w nim. Poczuj, jak to jest na nic nie czekać, niczego nie szukać, nie chcieć niczego więcej… Nie myśl na ten temat, tylko czuj. Rozluźnij się.

Daj sobie trochę czasu, przynajmniej 15 minut. Nie ulegaj ponagleniom, by zerknąć na telefon czy zrobić w tym czasie coś innego. Odmów sobie zaproszenia do jakiegokolwiek działania na te kilkanaście minut. Odetchnij. Wszystko już się wydarzyło.

Praktyka pochodzi z książki: „Oświecenie 24h na dobę. Praktyki i kontemplacje na cały rok”, Nitya Patrycja Pruchnik, Manana Chyb, wyd. ToCoJest 2020.

Nitya Patrycja Pruchnik, nauczycielka duchowa, od kilku lat dzieli się – z inspiracji swojego mistrza Mooji’ego – rozpoznaniem prawdziwej natury rzeczywistości.

  1. Styl Życia

Big Mind – jakie korzyści przynosi praktyka zen?

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. (fot. iStock)
Całe nasze życie to pełne koło, choć zwykle funkcjonujemy, jakbyśmy byli tylko połówką - mawia amerykański mistrz zen, roshi Genpo Merzel, twórca procesu Big Mind.

Często zadajemy sobie pytania: Kim jesteśmy? O co w tym życiu naprawdę chodzi? Czy moje życie w ogóle ma sens?...

Metoda Big Mind pomaga odpowiedzieć na takie pytania. Daje klucz do poznania głębi nas samych. Uczy, jak zintegrować rozwój osobisty z duchowym. Wydobywa na światło dzienne to, co znajduje się w cieniu osobowości, co jest z różnych względów niedostępne i tkwi wyparte poza naszą świadomość. Jest drogą do bogatszego doświadczania życia, siebie, swoich relacji i całego świata. Do lepszego zrozumienia i akceptacji własnego „ja”.

Usuń blokadę

Aby wyjaśnić główną ideę procesu Big Mind i wprowadzić w nią uczestników warsztatów, mój nauczyciel roshi Genpo Merzel posługuje się pewną analogią: Jesteś rodzicem, nadajesz imiona swoim dzieciom, ale niektóre z tych imion są bardzo brzydkie, np. gniew, pożądanie, zazdrość, złość, lęk… Więc lokujesz te dzieci w piwnicy, zamykasz na klucz, mając nadzieję, że nigdy z niej nie wyjdą. Z kolei uwielbiasz dzieci, które mają takie imiona, jak szczęście, miłość, radość, zadowolenie... Więc tylko tym dzieciom dajesz prawo do istnienia. Ale jeśli pewnego dnia drzwi piwnicy znienacka otworzą się i wyskoczy z niej gniew lub zazdrość, to jesteś tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczony i potem z jeszcze większą determinacją spychasz je do podziemi.

Inny przykład: Wyobraź sobie, że jesteś szefem wielkiej firmy, ale tak naprawdę nie wiesz, kogo zatrudniasz, kim są twoi pracownicy. Może nawet wiesz, na jakich są stanowiskach, ale nie znasz ich kompetencji i zakresu obowiązków. Nie wiesz, co robią. Więc jak możesz nimi racjonalnie zarządzać? I kiedy pewnego dnia firma się rozpada, twoje zdumienie jest ogromne, jesteś zaskoczony, pytasz siebie: „Jak mogło do tego dojść?!”. Potem często musisz poddać się jakiejś terapii, żeby znaleźć odpowiedź.

Metoda Big Mind zakłada, że każdy człowiek ma w sobie niezliczoną ilość aspektów, czyli głosów. Aby stać się ich prawdziwym szefem, czyli swoim własnym mistrzem, należy je poznać, wiedzieć, w jaki sposób funkcjonują. A poznając siebie, poznajemy też innych. Gdy sami przestajemy być obcy dla siebie, inni przestają być obcy dla nas.

Dzięki tej metodzie dowolnie zmieniamy naszą perspektywę, tak jakbyśmy zmieniali biegi w samochodzie. „Zablokowany na którymś biegu staje się bezużyteczny. Aby ci służył, musisz usunąć blokadę” – rozwija tę metaforę roshi Genpo w swojej książce „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce”. To właśnie cel procesu Bing Mind.

Wywołaj głosy

Podczas warsztatu proszę uczestników spotkania o wywołanie w sobie jakiegoś aspektu, czyli głosu, np. Kontrolera. Wszyscy robią delikatny ruch ciałem, żeby nie tylko umysł, ale i ono poczuło tę zmianę, i utożsamiają się z danym głosem, mówiąc w pierwszej osobie: „Ok, jestem Kontrolerem”. Następnie pytam: „Opowiedz mi o sobie, jaki masz cel, jakie zadanie?”. „Moim zadaniem jest kontrolowanie” – słyszę w odpowiedzi. „Co chciałbyś kontrolować?” – pytam dalej. Z sali padają różne odpowiedzi, np.: „Ja, Kontroler, kontroluję myśli, uczucia, ludzi, lęki, pragnienia, absolutnie wszystko...”. Drążę głębiej: „Jakie myśli, czyje?”. „A co np. z jej/jego emocjami? Dlaczego to robisz?”. „Bo emocje jej nie służą i nie powinno się ich ujawniać” – odpowiada ktoś z sali. „W jakich sytuacjach coś ci się wymyka spod kontroli? Co wtedy się dzieje?” – kontynuuję. Taki dialog trwa jakiś czas. Następnie proszę, byśmy porozmawiali z innym głosem, np. z Pragnieniem. Wszyscy znów robią delikatny ruch ciałem i zaczynamy dialog z Pragnieniem.

I tak przechodzimy od aspektu do aspektu, od głosu do głosu. Najpierw wywołujemy tzw. głosy dualne, rozróżniające rzeczywistość, w której zawsze są „ja” i „ty”, „ja” i świat: Kontrolera, Obrońcy, Sceptyka, Złości, Pożądania, Ofiary, Poszukującego Umysłu...

Potem przychodzi czas na głosy niedualne, transcendentne: Umysł Nieposzukujący, Czysty Umysł, Głos Jedności, Głos Mądrości, a następnie głosy absolutne: Wielki Umysł, Wielkie Serce.

Na końcu spotkania wywołujemy Mistrza lub Zintegrowanego, Swobodnie Funkcjonującego Człowieka, który jest głosem obejmującym te dwie zasadnicze perspektywy: dualną i niedualną. To on jest szefem tej wielkiej korporacji, popularnie zwanej osobą. On jest obecny w każdym z nas i tylko czeka, żeby móc wreszcie zacząć swobodnie funkcjonować.

Kiedy na przykład siadam do medytacji, to przywołuję głos Umysłu Nieposzukującego, który donikąd nie zmierza, niczego nie planuje, akceptuje, to, co jest: cisza, spokój... – wtedy po prostu jestem.

Jeśli gram na scenie i zapomnę tekstu, to zdarza mi się, że wzywam głos Pamięci. To bardzo prosty proces, ale wymaga czasu, by się z nim oswoić i stosować go na co dzień.

Bardziej świadomi

Musimy pamiętać, że nie ma głosu niepotrzebnego, każdy pełni jakąś określoną funkcję, jest po to, żeby nam służyć. A tylko wywołując go, dowiemy się, jak działa. Równie ważne jest to, by się przekonać osobiście, że wszystkie te aspekty są w nas i nikt nam ich nie narzuca z zewnątrz. Gdy je poznamy, zmienimy się, staniemy ludźmi bardziej świadomymi i odpowiedzialnymi – nie tylko za siebie, lecz także za innych. A jeśli my się zmieniamy, to zmieni się też wszystko wokół nas. Kiedyś zapytano Buddę: kim jest. Odpowiedział, że pytanie jest źle postawione, że należało zapytać: nie kim, a czym jest. Człowiek nie jest martwy, cały czas się zmienia, staje się tym, co się w danej chwili w nim pojawia.

No, chyba, że ktoś bardzo boi się odpowiedzialności i woli wypierać ją, trzymając w piwnicy pod kluczem. Bo z różnych powodów tłumimy niektóre z naszych aspektów, nie przyznajemy się do nich, krytykujemy je, nie dopuszczamy do głosu i nie chcemy mieć z nimi żadnego kontaktu. Ale z takimi również da się porozmawiać, choćby po to, żeby dowiedzieć się, dlaczego są wypierane i jaką rolę w nas pełnią.

Stosując metodę Big Mind, obserwuję jej wielką skuteczność u wielu ludzi. Nie jest ona związana z żadnym wyznaniem. Może ją praktykować każdy, bez względu na to, czy jest Chrześcijaninem, Żydem, Muzułmaninem, czy ateistą. I przejść przez ten głęboki proces – pod warunkiem, że naprawdę tego chce i będzie aktywnie w nim uczestniczyć.

Na początku polecałabym udział w warsztatach i praktykowanie pod okiem trenera. Pomocna będzie również książka roshiego Genpo Merzela „Big Mind. Wielki Umysł, Wielkie Serce” i dołączone do niej płyty DVD z oryginalnymi sesjami prowadzonymi przez twórcę metody (w języku angielskim).

Zostań swoim Mistrzem

Warto otworzyć się na Big Mind i spróbować dotrzeć do istoty samego siebie, sięgnąć po to, co już w nas jest. Wtedy zmieni się nasze funkcjonowanie, działanie, zmieni się nasze życie. Wszystkiego zaczniesz doświadczać bardziej świadomie. Nie musisz już tkwić w tym samym miejscu i kręcić się w kółko – możesz to radykalnie zmienić. Zobaczyć, że nie jesteś tylko rozgadaną głową czy niszczącymi, rozedrganymi emocjami, nie jesteś tylko ograniczonym „ja”, że masz też w sobie ciszę, spokój i przepastną przestrzeń Wielkiego Umysłu i Wielkiego Serca.

Proces Big Mind opracował mistrz zen, roshi Genpo Merzel. Metoda łączy dwie podstawowe szkoły rozwoju – dwie drogi, które wydawały się dotychczas zupełnie rozbieżne: zachodnią szkołę terapii (Voice Dialog) i psychologii oraz wschodnią szkołę medytacji i wglądu w prawdziwą naturę człowieka. Ma więc dwa korzenie: Wschód i Zachód. W świadomości roshiego Genpo proces ten rodził się latami, a wykrystalizował ok. 2000 roku. Jego twórca chciał, żeby każdy – tak jak on – mógł przebudzić swój umysł i uświadomić sobie, kim naprawdę jest. Nazwa Big Mind, czyli Wielki Umysł, to ukłon roshiego Genpo złożony ojcu Benowi Merzelowi (stąd inicjały) oraz wyraz szacunku dla swojego nauczyciela roshiego Taizana Maezumiego i syna Tai (Tai znaczy po japońsku „wielki”). Zanim roshi Merzel został buddyjskim mnichem, był mistrzem pływackim, ratownikiem i instruktorem pływackim, a także nauczycielem w szkole dla niepełnosprawnych. W 1980 roku został spadkobiercą Dharmy w linii przekazu roshi Taizana Maezumiego. Prowadzi SLC Center, gdzie łączy praktykę zen z procesem Big Mind.

W Polsce spadkobierczynią roshiego Genpo była Małgorzata Jiho Braunek (sensei, szefowa Polskiej Sanghi Kanzeon w Warszawie), która powadziła wykłady, spotkania indywidualne i grupowe warsztaty „Big Mind/Wielkie Serce, Wielki Umysł”.

  1. Seks

Kochasz tak, jak oddychasz

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. (Fot. iStock)
Kiedy podczas seksu oddychamy głęboko, w naturalnym rytmie, doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała przekazują sobie uczucia, skóra staje się bardziej wrażliwa – mówi Grzegorz Pawłowski, autor książki „Oddech. Oddychaj świadomie, żyj pełniej”.

Ciało. Są na nim miejsca, których pieszczenie daje nam szczególnie wiele przyjemności. Ale bywa, że przyjemności towarzyszą zaskakujące uczucia zażenowania lub nawet dreszcze niechęci czy bólu. Pupa na przykład jest szczególnie wrażliwa na dotyk. Jednak też w pupę dostawaliśmy jako dzieci zawstydzające klapsy, bolesne uderzenia paskiem czy zastrzyki. Kiedy mężczyzna głaszcze, pieści, całuje pośladki kobiety – jest jej cudownie. Bywa jednak, że zmysłowej przyjemności towarzyszy cień zawstydzenia, niechęci, a nawet bólu. Skąd? Łatwo pomyśleć, że ona po prostu nie chce, by ją dotykał, że go nie kocha. Wcale nie. Jej odczucia mogą wypływać z przeszłości, z tego, co przeżyła jako dziecko, o czym wydawało się, że nie pamięta. Nie pamięta, ale jej ciało te bolesne odczucia jakby zapisało. A teraz dzięki poruszeniu, jakie wzbudził seks, to, co wtedy czuła, „wyszło z ciała na powierzchnię świadomości”. Jeśli zabraknie jej ciekawości, skąd ta niechęć, może uznać, że nie lubi pieszczot albo nawet w ogóle seksu. Może urazić bliskiego sobie człowieka, odrzucając go.

– Szkoda by było, bo ciało można oczyścić z bolesnych przeżyć i otworzyć na naturalne odczuwanie przyjemności – mówi Grzegorz Pawłowski, trener i life coach pracy z oddechem. – Transformujący oddech nam w tym pomoże.

To technika polegająca na uwolnieniu się od bolesnych przeżyć poprzez pracę właśnie z oddechem. Psychiatra Wilhelm Reich i psycholog Alexander Lowen to prekursorzy psychoterapii poprzez ciało i oddech. Ich drogę kontynuuje Grzegorz Pawłowski, twórca praktyki transformującego oddechu.

– Zastosowanie transformującego oddechu nie wymaga stu lat praktyki ani szczególnych umiejętności – wyjaśnia life coach. – Na początek wystarczy skupić się na oddechu, wyobrażając sobie, że dociera on właśnie w to miejsce, które odczuwa zawstydzenie czy ból. Zwizualizować sobie, że tym miejscem w ciele oddychamy. Wówczas razem z każdym wydechem ciało się oczyszcza, a my odzyskujemy naturalny sposób odczuwania.

Oczywiście, nie dzieje się to od razu, czasem koniecznych jest kilka sesji, ale zawsze, niezależnie od tego, jaka była przyczyna „zaburzenia”, oddech pomaga.

– Seks jest przestrzenią okołoterapeutyczną, bo może obudzić zaskakujące doznania. Uruchamia uczucia, od których dawno się odcięliśmy – mówi Grzegorz Pawłowski. – Dlatego czasem w łóżku kobieta płacze, a mężczyzna czuje złość lub odwrotnie – mężczyzna czuje się małym chłopcem, a kobieta jest rozczarowana. Nieważne, jakie uczucie się pojawiło, razem z nim pojawia się ten, kto go doświadczył, czyli zazwyczaj my z czasu, kiedy byliśmy dziećmi.

Oddech transformujący może pomóc płaczącej dziewczynce i złoszczącemu się chłopcu. Energia skrzywdzonej dziewczynki blokowała w dorosłej kobiecie seksualność. Tak jak energia skrzywdzonego chłopca blokowała w mężczyźnie kontakt z męskością.

Teraz ich życie seksualne może zostać uzdrowione. Ważne więc, by gdy pojawiają się np. łzy czy frustracja, nie uciekać. A jeśli już, to wrócić i podzielić się tym, co się przemyślało: „Chcę, żebyś wiedział, że poczułam w seksie coś, czego się przestraszyłam”. Warto nie uciekać od takich doświadczeń, bo dzięki oddechowi możemy odnaleźć przyczynę swojego lęku i oczyścić z niej ciało, uczucia i umysł. Kochać, przeżywać więcej dobrych uczuć i móc doświadczać pełniej pieszczot.

Blokujące przekonania

– Są kobiety i mężczyźni, którzy twierdzą, że seksu nie lubią. Są też tacy, którzy mówią, że palą, bo lubią – śmieje się trener. – Niechęć do seksu bywa rezultatem nieświadomego zakazu, bo seks jest czymś naturalnym i żeby go nie chcieć lub nie lubić, trzeba mieć jakieś przykre, blokujące doświadczenia. Na ich podstawie podejmujemy wówczas decyzję, że seks jest nie dla mnie. I ta decyzja małego dziecka, które przeżyło szok zawstydzenia czy lęku, zakłóca dorosłą miłość.

Przekonania, które kontrolują nas i naszą seksualność, powstają z myśli, którym towarzyszyły silne emocje. Patrząc np. na zawstydzoną, upokorzoną nagością mamę, córka uczy się, że ciało i seksualność są złe. Silne emocje powodują reakcje ciała: skulenie, rumieńce itp., ciało je zapamiętuje jako reakcję na nagość czy bliskość fizyczną. W życiu zawstydzonej dziewczynki nagie ciało nie będzie przyjmowane naturalnie. Przekonania zakłócają i zubożają nasze reakcje i odczucia także dlatego, że zakłócają oddech: spłycając go i wydłużając przerwy między wdechem a wydechem. Kiedy się rodzimy, kiedy śpimy głębokim snem, nasz oddech jest płynny: wdech przechodzi w wydech. Nie ma między nimi przerw. Kiedy przeżywamy silne emocje – a do nich należy lęk przed bólem czy poniżeniem – odruchowo wstrzymujemy powietrze. Robimy to automatycznie tak jak wtedy, gdy kulimy się, kiedy chcemy ochronić się przed ciosem. Wstrzymanie oddechu pomaga nam odciąć się od ciała, od tego, co ono czuje, i od tego, co czuje nasze serce.

Jeśli mocno i długo doświadczaliśmy lęku czy wstydu, zapewne został zakłócony na stałe nasz naturalny rytm oddechu – interwały między wdechem a wydechem są znaczne. Trudniej nam też powiedzieć, co czujemy. Wstrzymując oddech, odcinamy się nie tylko od bólu czy trwogi, ale też od rozkoszy.

Kobiecość jako zagrożenie

Oddech wody – tak nazywa się jedna z technik oddechowych, która oczyszcza energię kobiecości. Polega m.in. na delikatnym wysuwaniu miednicy do przodu, a następnie cofaniu, przy czym ruch do przodu wykonujemy na wydechu, a do tyłu na wdechu. Elementem oddechu wody jest także ruch kolisty bioder przy właściwej sekwencji wdechu i wydechu. Jeśli tym, wydawać by się mogło, prostym ćwiczeniom towarzyszy świadomy oddech, w ciele mogą się pojawić zaskakujące odczucia i myśli, np. niechęć do własnej kobiecości: „Tak tyłkiem ruszają tylko puszczalskie!”.

– Podczas sesji transformującego oddechu kobiety podobnie jak mężczyźni często odkrywają w sobie nieuświadomione, wyniesione z kultury, blokujące oddech przekonania. Radość życia i miłości zakłócają im często nieświadome przekonania dotyczące kobiecości (np. że jest „brudna i grzeszna”) albo męskości („On chce tylko jednego, wykorzysta i odejdzie”). Wówczas praca z transformującym oddechem może pomóc, by ciało stało się w umyśle kobiety „piękne i niosące rozkosz”, a mężczyzna „opiekuńczy i silny”.

– Zazwyczaj u kobiet te przekonania wyrażają się w formie oporu przed odczuwaniem przyjemności zmysłowej – tłumaczy Grzegorz Pawłowski. – W ich ciele zapisana bywa pamięć babć czy matek, a nawet całych pokoleń kobiet, które cierpiały z powodu przyjemności seksualnej. Bo przecież kobieta otwarta na zmysły, atrakcyjna nazywana bywa łatwą. Ten motyw obecny jest choćby w filmie „Malèna”. Z tego lęku stanowiącego dziedzictwo kulturowe kobiet można się oczyścić, a dzięki transformującemu oddechowi odzyskać kontakt ze swoją kobiecością.

Po co terapia oddechem?

– Kobiety często przychodzą na sesje oddechowe, by pomóc sobie w depresji czy w poczuciu życiowego zagubienia. Powodem może być kryzys w związku, rozstanie czy problemy w pracy, nie bywa nim natomiast brak ochoty na seks, kłopoty z orgazmem czy wstyd – mówi Grzegorz Pawłowski.

Ale podczas sesji transformującego oddechu razem z energią życiową można – nawet nie myśląc o seksualności – odzyskać libido. Przykład uzdrawiającego działania oddechu to np. doświadczenie 35-letniej kobiety, od której odszedł mąż, zostawiając ją samą z trojgiem małych dzieci. Nie chciała żyć, a co dopiero się kochać. Po kilku sesjach oddechowych odzyskała radość życia mimo odczuwanej ciągle straty. Zaczęła też promieniować erotyzmem, który każdy w niej wyczuwał. Szybko pojawił się zainteresowany nią mężczyzna i mogła dokonać wyboru, czy chce nowego związku.

– Kiedy ktoś mówi: „Czuję się zablokowany seksualnie”, to zaczynamy pracę nad tym zablokowaniem – tłumaczy trener. – Jeśli stwierdzi: „Chcę sobie pozwolić czuć więcej przyjemności”, to mamy punkt wyjścia. Może się okazać, że podczas pracy nad oddechem pojawi się w ciele jakieś odczucie, a wraz z nim myśl, np. że dotyk jest „brudny”. Wtedy zaczynamy nad tym pracować i uwalniamy potencjał erotyczny.

Dwa rodzaje seksu

Warto zainteresować się tym, jak oddychamy, kochając się, bo ze względu na oddech możemy mówić o dwóch rodzajach seksu i o tym, czy on buduje emocjonalną więź między kochankami.

Pierwszy rodzaj: kiedy wstrzymujemy oddech. Wtedy zazwyczaj nasza seksualność nastawiona jest na szybkie rozładowanie napięcia, czyli na sam orgazm. To stereotypowo męska postawa. Taki seks nie buduje bliskości.

Drugi rodzaj seksu i oddychania oparty jest na naturalnym rytmie wdechu i wydechu: głębokim, z małymi interwałami. Dwoje tak oddychających ludzi nastawionych jest na czułość, delikatność – na współodczuwanie. Na bliskość. Tradycyjnie taki rodzaj seksu jest bardziej kobiecy.

Kiedy więc podczas miłości oddychamy świadomie – czego można się nauczyć – doświadczamy znacznie więcej. Nie tylko erotycznie. Nasze ciała komunikują się, przekazują sobie uczucia.

– Gdy wyobrazimy sobie, że „oddychamy” miejscem, które dotykamy u partnera, jego i nasza skóra stają się bardziej wrażliwe. Bardziej też jesteśmy obecni, bardziej tu i teraz. Intymniej ze sobą – mówi Pawłowski.

– Ludzie nie przychodzą do mnie po to, aby mieć lepszy seks. Ale dzięki zmianie, jaka dokonuje się w ich życiu za sprawą siły transformującego oddechu, ich życie seksualne staje się dużo bardziej żywe. Esencją mojej pracy z oddechem nie jest sam oddech, ale to, żeby czuć radość bycia sobą w każdej chwili, i kiedy jesteś sama, i kiedy jesteś z bliską osobą, i kiedy jesteś w grupie. To nie stan wieczny i ekstatyczny, ale może się pojawiać coraz częściej. To podstawa udanego życia i udanego związku. Odrzucam mit dwóch połówek, które muszą się ze sobą skleić, by tak się poczuć.

Kobieta, która odzyskuje naturalny oddech, zaczyna brać z życia to, czego potrzebuje, staje się świadoma siebie, dla siebie ważna, bierze odpowiedzialność za swój związek, orgazmy i się nimi cieszy. Oddech pomaga jej odkryć pełnię doznań ciała. Poczuć, jak przepływa energia seksualna. Energia ta nie musi być od razu rozładowana w sypialni. Po prostu można się nią cieszyć, czuć, jak płynie przez ciało. Kobieta cała emanuje taką seksualnością, co sprawia, że staje się wyjątkowo atrakcyjna. Kiedy poznaje mężczyznę świadomego swojej seksualności, otwartego, to jej życie diametralnie się zmienia. Seks? Nie on jest najważniejszy, najważniejsze jest spotkanie z samą sobą poprzez spotkanie z drugim człowiekiem. Oddanie siebie i bycie zaakceptowaną.

– Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma wszystkie narzędzia, by być szczęśliwymi. – mówi Grzegorz Pawłowski. – Warto znaleźć te, które okażą się pomocne nam samym. Może będzie to właśnie transformujący oddech?

Dzięki praktycznym poradom i ćwiczeniom nauczysz się w prosty sposób wykorzystywać oddech do poprawienia jakości swojego życia. Poznasz wartościowe narzędzia i przyswoisz cenne umiejętności. I co najważniejsze – szybko zaczniesz widzieć i czuć efekty w codziennym życiu.

  1. Psychologia

Poczuć pełnię życia. O korzyściach, jakie daje nam bycie mindful, opowiada Wojciech Eichelberger

Dzięki treningowi mindfulness łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. (Fot. iStock)
Dzięki treningowi mindfulness łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. (Fot. iStock)
Himalaizm, sporty ekstremalne, ale też praca i zwykłe, codzienne czynności potrafią wprawić nasz umysł w stan, w którym stajemy się jednym z tym, czego doświadczamy. Psycholog Wojciech Eichelberger opowiada o korzyściach, jakie daje nam bycie mindful, oraz o prawdziwej pełni życia, jaką przynosi zaawansowana praktyka.

Wanda Rutkiewicz, wybitna polska himalaistka mówiła, że kiedy w górach pojawia się niebezpieczeństwo, ona ma zawsze jakby opóźnioną reakcję, nie wpada w panikę, przyjmuje sytuację ze spokojem, bez emocji, zastanawiając się, co zrobić. To się powtarza w wypowiedziach innych himalaistów – spokój w obliczu stresu, niebezpieczeństwa. Wiem, że w górach są inne problemy, ale czy jest szansa tu, na dole, osiągnąć taki stan umysłu?
Reakcja, którą opisywała Wanda Rutkiewicz, jest świadectwem tego, że jej umysł znalazł się w stanie mindful. „Mindfulness” to w wolnym tłumaczeniu na polski pełnia umysłu. Najwyższym poziomem wtajemniczenia w mindfulness jest sytuacja, w której mój umysł jest tak bardzo wypełniony żywym doświadczeniem tu i teraz, że ja właściwie znikam jako doświadczający podmiot, jest tylko doświadczenie. Myślę, że Wanda Rutkiewicz mówiła właśnie o takim stanie. Bo kiedy znika doświadczający podmiot, to zarazem znika ten, który mógłby się bać, np. tego, że zaraz spadnie w przepaść. Wtedy dopiero może się pojawić optymalne działanie w zgodzie z bezbłędnie rozpoznanymi okolicznościami. Nie towarzyszy mu żadna mentalna interpretacja, a tym samym żadne emocje, które mogłyby to działanie zakłócić. Znika też rozdwojenie na działającego i obserwującego. Doświadczamy życia jako takiego – jak to ładnie ujął pewien mistrz zen: jest ono życiem, które rodzi się z życia i do życia powraca.

Nic dziwnego, że himalaiści często deklarują takie stany w sytuacjach zagrożenia – oni właściwie nieustannie ćwiczą mindfulness. Himalaizm jest więc czymś w rodzaju klasztoru zen, z tą różnicą, że medytacja praktykowana jest nie na siedząco, lecz w intensywnej akcji. Kiedy himalaista jest na niebezpiecznym podejściu albo na lodowej ścianie, to nie może sobie przecież pozwolić na śnienie na jawie, myślenie o tzw. niebieskich migdałach, o tym, co było, co będzie, co być może będzie, co się dzieje w domu czy o tym, co będzie jadł na kolację. Właściwie nie ma wyboru: albo będzie mindful, czyli w pełni obecny i zaangażowany, albo nie da rady, bo albo odbiorą mu siły i nadzieję jego własne negatywne myśli, albo zwichnie nogę czy potknie się i obsunie w przepaść. Na takich wysokościach przy tym stopniu trudności i związanego z nim zagrożenia jesteś cały czas na krawędzi, bo jeśli nie utrzymasz koncentracji, to wpadniesz w panikę i na ogół po chwili giniesz. W zen wysiłek utrzymania stanu całkowitej koncentracji porównuje się do wędrowania boso po ostrzu samurajskiego miecza.

Sądzisz, że to odroczenie lub brak bolesnego skutku w codziennym życiu jest powodem tego, że trudno nam być mindful?
To jeden z wielu powodów, ale ważny. W naszym zwykłym życiu nie odczuwamy konieczności bycia bez reszty zaangażowanym w to, co jest w tej chwili naszym udziałem. Świat cywilizowany dąży do tego, aby wszędzie było coraz bezpieczniej. Już niedługo zwolnimy się nawet z tego, żeby być nie tylko skoncentrowanym, ale nawet trzeźwym i przytomnym w trakcie jazdy samochodem, gdy sztuczna inteligencja weźmie odpowiedzialność za prowadzenie naszych aut. Nadmierne bezpieczeństwo sprawia, że pozwalamy sobie na rozproszenie i bylejakość. Ale z drugiej strony coraz więcej ludzi podejmuje obecnie różne wysiłki, by stawać się bardziej mindful – i nie są to wyłącznie himalaiści, żołnierze sił specjalnych i sportowcy. Ludzie ci świadomie i dobrowolnie, bez presji okoliczności, podejmują taką decyzję. Pewnie zauważyli, że nieuważność nawet w codziennym życiu może zbyt dużo kosztować, bo generuje wielką ilość błędów – może nie tak brzemiennych w skutki jak podczas wspinaczki na ścianie K2, ale na tyle istotnych, że mają swoje bardziej lub mniej oddalone i bolesne konsekwencje.

Może też zauważyli, że cierpi jakość ich życia, gdy ich umysły są kompletnie rozstrojone, a nawet „roztrzystorzone”, bo myślą nie o trzech, lecz o trzystu sprawach naraz i są wszędzie, ale nie tu, w chwili obecnej.

Wanda Rutkiewicz w tzw. normalnym życiu była właśnie kompletnie nieuważna, roztargniona. Raz tuż przed odlotem zostawiła paszport na poczcie, regularnie gubiła klucze do domu...
To pokazuje ograniczoność wysokogórskich wyczynów jako treningu mindfulness, dającego trwały i zgeneralizowany efekt. Powodem jest to, że stan mindfulness pojawiał się – w tym przypadku w doświadczeniu Wandy Rutkiewicz – pod wpływem szczególnych, silnie mobilizujących, okoliczności zewnętrznych.

Również na nizinach, w codziennym doświadczeniu zdarzyć nam się mogą sytuacje o tak wielkiej energii i powodujące takie zagrożenie, że angażują nas bez reszty. Na przykład gdy uczestniczymy w wypadku, czas nagle staje, wszystko dzieje się w zwolnionym tempie z ogromną wyrazistością, w ciszy i spokoju, bez jakiejkolwiek emocji czy interpretacji doświadczającego. W podobnym stanie możemy się znaleźć podczas ekstremalnych sytuacji sportowych: szybkiej jazdy na nartach, wyścigu samochodowego albo zjazdu na górskim rowerze.

Tylko że tym sportom towarzyszy duży lęk.
Ale też nie muszą to być sytuacje wyłącznie groźne. Wystarczy, że są bardzo angażujące. Może to być także bieg, taniec, śpiew, gra na ulubionym instrumencie, a także udany seks. Niemniej sytuacje, w których musimy opanować czy przekroczyć lęk, prędzej zmobilizują nas do tak potężnego skupienia się na działaniu, że roztapia się w nim działający i obserwujący podmiot, czyli Ja albo Ego. Dla entuzjastów sportów ekstremalnych, myślę, że także himalaistów, drogą do mindfulness jest pokonanie lęku. Prawdę mówiąc, podobnie jest u tych, którzy wybierają drogę wewnętrzną, używając np. medytacji. Z tym że oni dopiero na końcu drogi zderzają się z lękiem obserwującego Ego przed rozpłynięciem się w doświadczeniu. Wtedy, świadomie ignorując lęk, muszą skoczyć w nieznaną otchłań nieegocentrycznego istnienia. Przewaga treningu wewnętrznego nad zewnętrznym polega więc na tym, że doświadczenie mindfulness w treningu zewnętrznym zależy prawie wyłącznie od okoliczności. Skutki tego było widać u Wandy Rutkiewicz, gdy w sytuacjach, które nie miały wysokiej energii – gubiła się i popełniała błędy. Droga mistrzowska polega zatem na tym, że nie poszukujemy sytuacji ekstremalnych, lecz wybieramy sytuacje codzienne i zwykłe i w nich dyscyplinujemy umysł oraz uwagę do koncentracji.

Czyli na przykład…
…umawiam się ze sobą, że z całą uwagą i zaangażowaniem będę zajmował się tylko jedną rzeczą, a jeśli cokolwiek z zewnątrz lub z wewnątrz odciągnie moją uwagę, to porzucę to natychmiast i wrócę do wybranego przedmiotu koncentracji. To bardzo trudna droga, wprawdzie bez porównania bezpieczniejsza, ale w kategoriach wysiłku mentalnego chyba trudniejsza niż himalaizm. Bo łatwiej utrzymać uwagę na chwytach i stopniach w skalnej ścianie niż na czymś tak oczywistym jak np. oddech. Skupianie się na oddechu to najbardziej popularna technika wewnętrznego treningu mindfulness, ale też najbardziej irytująca i męcząca na początku praktyki. To tak jak wspinać się na wielką lodową górę, by za chwilę z niej zjechać i zaczynać od początku. Po prostu pasmo nieustannych klęsk. Istota treningu polega tu na tym, by po każdej z tych klęsk, bez marudzenia, osądzania i zwłoki, zaczynać od początku.

Czyli chodzi o dyscyplinowanie umysłu?
Na początku tak. To jest ta droga wewnętrzna, droga mistrzów, która daje efekty przekładające się na nasze zwykłe życie.

Mówisz o drodze mistrzowskiej, poziomie najbardziej zaawansowanym. Co praktykujący mindfulness dostaje na początku tej drogi?
Trening mindfulness od pierwszego momentu daje wiele korzyści. Dzięki niemu łatwiej skupić się np. na prowadzeniu samochodu, na kontakcie z drugą osobą, na rozmowie, głębiej się przeżywa różne sytuacje, bo umysł w większym stopniu angażuje się w bieżące doświadczenie i otwiera się na nie. Szczególnie jeśli przyswajamy sobie zasady i rytuały mindfulness, które w tym pomagają: na przykład przestajemy czytać gazetę czy oglądać telewizję, a nawet wybieramy nierozmawianie podczas posiłku, aby bardziej skupić się na doświadczeniu jedzenia. Albo jak idziemy na spacer, to jesteśmy na spacerze, a nie w swoich myślach o przeszłości i przyszłości. Podobnie może być z każdą inną sytuacją, jaka się w naszym doświadczeniu pojawia.

Pomocna w tym może być krótka afirmacja-przypominajka, którą proponuję ludziom zabierającym się do praktyki mindfulness. Stosuję ją najczęściej, gdy biegnę w stylu transowym – ostatnio nazywanym „slow jogging” – w wolnym, rytmicznym tempie i dopadają mnie różne myśli o tym, co było albo być może będzie. Wtedy śpiewam sobie tak: „Jestem tutaj, nigdzie się nie śpieszę i to że sobie biegnę, jest teraz najważniejsze“. Śpiewam to na prościutką melodię dziwnej piosenki, którą pamiętam z dzieciństwa. Zaczynała się od słów: „wpadł pies do kuchni, porwał mięsa ćwierć…“. Może ktoś z czytelników też ją pamięta. Oczywiście pod „biegnę“ można podłożyć sobie inne okoliczności życia. W tej sytuacji trzeba by więc zaśpiewać: „jestem tutaj, nigdzie się nie śpieszę i to, że z tobą rozmawiam, jest teraz najważniejsze“.

Ciężko mi jednak wyobrazić sobie takie podśpiewywanie w pracy, na przykład podczas pisania maili. W ogóle mindfulness jako tryb bycia zamiast działania wydaje się do sytuacji pracy w ogóle nie przystawać. Przecież praca polega na działaniu.
Ale w mindfulness chodzi właśnie o całkowite bycie w każdym działaniu. W efekcie ta praktyka prowadzi do czynienia tego, co wydaje się nam znane i zwyczajne, nadzwyczajnym i cudownym.

Dzięki praktyce mindfulness zwykła, rutynowa, wydawałoby się bezsensowna praca może nabrać sensu?
„Zwykła“, „rutynowa“, „bezsensowna“ – to są sądy i interpretacje. Jeśli się na czymś skupiamy, to sądy i interpretacje znikają, doświadczamy tego, co jest. I wtedy okazuje się, że nasza interpretacja jest nawykowa. W doświadczeniu mindfulness sens nie jest oddzielny od tego, co robimy czy czego doświadczamy. Poprzez w pełni zaangażowane działanie odkrywamy, że sensem działania jest samo działanie, a sensem życia jest życie.

Jest na ten temat pewna przypowieść. Przyszedł uczeń do mistrza i mówi: „Mistrzu, naucz mnie zen“. Mistrz rozejrzał się i powiedział: „Weź tę łopatę, idź do ogrodu i wykop tam dół: dwa na trzy metry i dwa metry głęboki. Kiedy skończysz, wróć do mnie“. Po jakimś czasie uczeń wraca i mówi: „Wykopałem już ten dół“. „Czy już wiesz, czym jest zen? – pyta Mistrz. „Nie wiem“. „No to weź tę łopatę i zasyp teraz ten dół“. Uczeń znów wraca i mówi: „Już zasypałem“. „Czy wiesz, już, czym jest zen? – pyta Mistrz. „Nie wiem” – odpowiada uczeń. „No to weź łopatę i odkop ten dół. Kiedy skończysz, wróć do mnie“. Uczeń poszedł, odkopał dół i wraca coraz bardziej zmęczony. „Czy już wiesz, czym jest zen?”. „Nie wiem” . „No to weź tę łopatę…” (śmiech). I tak Mistrz przeczołgał ucznia jeszcze kilka razy, aż w końcu uczeń przyszedł i ze łzami w oczach podziękował Mistrzowi i oświadczył: „Już wiem, czym jest zen”. Jak myślisz, czego się dowiedział?

Odpowiem tak jak on – nie wiem.
No to się wspólnie zastanówmy. Z nawykowego, potocznego punktu widzenia uczeń wykonywał bezsensowną pracę, z której nic pożytecznego nie wynikało. Typowa syzyfowa praca. Ale być może myśmy Syzyfa nie zrozumieli. Wszyscy go odruchowo żałują, ale on być może pojął istotę życia. Więc w co Mistrz z tej przypowieści wrobił tego chłopaka? Czy chciał go upokorzyć? Czy zrobił sobie z niego pośmiewisko? Jak to się stało, że uczeń przyszedł do niego w końcu z rozpromienionymi oczami i mu dziękował? Jak sądzisz, co uczeń czuł na początku?

Na początku był wkurzony.
Najpierw był wkurzony, potem rozczarowany, potem znów wkurzony, zmęczony – aż w końcu stał się jednym z tym, co robił, i zniknął ten, który odkopywał, zakopywał, myślał i oceniał. Czym to zakopywanie i odkopywanie dołu różni się od siedzenia przed ścianą i przeżywania nieustających klęsk w koncentrowaniu się na oddechu? Czym praca Syzyfa różni się od wspinania się na górę, schodzenia z niej i wspinania się na kolejną górę, schodzenia z niej i wspinania się na kolejną górę? Czym różni się od tego, że codziennie budzisz się, wykonujesz różne czynności i wieczorem zasypiasz, że jesz, a po jakimś czasie znowu jesz? Oddychasz: wdech – wydech, wdech – wydech. Zawsze to samo, od początku, bez końca. Ciągle to obserwujesz z zewnątrz, nazywasz, oceniasz postęp czy brak postępu – aż nagle doświadczasz tego, że ty i oddech to nie dwa.

Czyli Syzyf był mistrzem zen?
Na pewno miał szansę, by się nim stać. Tak jak my wszyscy. Doświadczyć tego, że nic dwa razy się nie zdarza, że nigdy dwa razy nie wchodzimy do tej samej rzeki, że droga jest celem. Tak można podejść i do pracy. Nie tworzyć sobie z niej udręki spowodowanej własnymi interpretacjami. Wtedy być może przydarzy nam się doświadczenie flow, czyli przepływu, kiedy wszystko idzie lekko, radośnie, w zjednoczeniu z tym, co robimy. Mihály Csíkszentmihályi, który badał doświadczenie przepływu, stwierdził, że współcześnie ludzie częściej doświadczają go w pracy niż podczas urlopu. Widocznie mamy tak przestymulowane mózgi, że potrzebujemy presji celów i deadline'ów, by móc się na czymś całkowicie skupić. Dlatego praca może być dobrą praktyką mindfulness. Nawet syzyfowa, a może zwłaszcza taka. Pod warunkiem wszakże, że nie szkodzi nikomu.

  1. Styl Życia

Medytacja jest jak niedziela

Czy umysł lubi medytację, czy postrzega ją jako zagrożenie? (fot. iStock)
Czy umysł lubi medytację, czy postrzega ją jako zagrożenie? (fot. iStock)
Medytacja nie przychodzi tak lekko. Wymaga wielu ćwiczeń. Początki bywają trudne. Umysł stawia opór. Medytacja dla wielu osób jest wyzwaniem, którego umysł często nie chce podejmować. Jednak regularna praktyka przynosi duże efekty, pozwala spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy, a przede wszystkim jest świętem – świętujemy połączenie ze swoim duchowym wnętrzem – przekonuje Katarzyna Chustecka, instruktorka jogi.

Siedzę na poduszce. Nogi skrzyżowane. Obserwuję oddech. Wdech, wydech, wdech... Ciekawe, jak poszło w szkole córce... No nie, stop: wdech, wydech, wdech... A to świnia! Jak on tak mógł się do mnie odezwać?! A może to ja go sprowokowałam? Akurat. Oj. Zaraz... wdech, wydech, wdech... Rany, jak mi się nic nie chce... Wdech, wydech, wdech... Co ja w ogóle robię, mam za dużo czasu, czy co? Spokojnie...Wdech, wydech, wdech...

Jak umysł reaguje na medytację?

Medytacja skupiona na oddechu polega na obserwacji oddychania. Nie używa się tu żadnej werbalizacji, dźwięków ani mantr. Nie nadajesz nawet określeń - wdech, wydech - a jedynie zauważasz przepływ oddechu, śledzisz go uważnie na poziomie czucia.

Kiedy zaczynasz uczyć się medytacji, otwiera się istna puszka Pandory umysłu. Uchylasz drzwi, za którymi twój umysł wyprawia, co mu się żywnie podoba. Ponieważ zapewne nigdy przedtem tam nie zaglądałeś, będziesz w szoku! Umysł jak żywioł kompletnie puszczony samopas zalewa cię falami myśli o przeszłości bądź przyszłości. A więc albo analizuje, co się wydarzyło i przeżywasz to ponownie, zmieniasz wersje swoich wówczas zachowań, słowem nurzasz się w przeszłości lub też lawiruje w przyszłości - jak zrobisz to czy tamto, kiedy już przyjdzie czas i co powiesz Iksińskiej, jak ją wreszcie spotkasz, itd, itp. Uff. Ile zamieszania, a wszystko to kompletnie niepotrzebne. Przyszłość minęła bezpowrotnie i nic tego nie zmieni, przyszłość nigdy nie nadejdzie, bo taka jest jej natura, a jedyne co masz, to ta chwila, teraźniejszość. Ale na jej temat wiemy oczywiście bardzo mało, bo tak rzadko w niej bywamy. Trudno się jednak dziwić, skoro umysł bez końca przerabia przeszłość bądź tworzy miraże przyszłości.

Umysł jest jak jeden z wielu narządów czy części ciała. Wyobraź sobie, że jest to taka sama część ciebie jak powiedzmy mięsień czworogłowy uda. To bardzo ważny mięsień, dzięki któremu możliwych jest wiele ruchów, a bez którego niemożliwe byłoby chodzenie. Następnie wyobraź sobie, że mięsień ten postanowił całkowicie uniezależnić się od twojej woli, w związku z czym nie słucha cię, lecz po prostu prowadzi, dokąd sam chce. Co więcej, w tajemniczy sposób udało mu się ciebie przekonać, że on to ty! Koniec końców idziesz tam, dokąd zaprowadzą cię nogi, bez względu na to, czy ci to rzeczywiście służy czy nie, i jeszcze sądzisz że są to twoje własne wybory. Szaleństwo. Niewola. Ale tak właśnie stało się i dzieje się z umysłem. Ta część ciebie, która miała służyć ci wtedy, kiedy jej potrzebujesz, a następnie wypoczywać, cieszy się niesłychaną autonomią i jeszcze podszywa się pod właściciela. Bo ostatecznie właściciel zapomniał, kim naprawdę jest... Mało tego, to miotanie się umysłu i produkcja nawałnic myśli kosztuje cię sporo energii - wygenerowanie myśli to energia, a zajmowanie się nimi - kolejny koszt. Tak więc koniec końców biegasz całe dnie wewnątrz siebie za rozpuszczonym małym tyranem - swoim własnym umysłem. Nie ma innego wyjścia niż stanąć z nim oko w oko i przejąć ster.

Medytacja jest jak niedziela – świętujesz kontakt ze sobą

Wiedz, że nikt dobrowolnie nie rezygnuje z przywilejów, tak więc na początku czeka cię walka i to podjazdowa. Bądź pewien, że twój umysł zastosuje mnóstwo chwytów, aby odwieść cię od prób zdyscyplinowania go. Nie daj się nabrać, bądź nieprzejednany, ale życzliwy dla siebie i swoich usiłowań. Z czasem pojawi się dystans do pojawiających się myśli i coraz dłuższe okresy koncentracji na oddechu. Nie reagując na pojawiające się myśli, zrozumiesz, że myśli to nie ty, że możesz się bez nich obejść, a kiedy zaczną pojawiać się momenty pustki pomiędzy jedną myślą a drugą, zauważysz że istnieje zupełnie nieznany wymiar doświadczenia. Odzyskasz też wreszcie swoją pozycję właściciela domu, w którym mieszka twoja Dusza. Być może usłyszysz, co ma ci do powiedzenia.

Dzięki temu, że nauczysz się puszczać myśli, będziesz mógł wreszcie naprawdę zatrzymać się i odetchnąć. Możesz wtedy zauważyć, że ten świat całkiem nieźle radzi sobie bez ciebie, że przez te pół godziny czy więcej możesz odpuścić sprawowanie kontroli i odkryjesz, świat się nie zawalił. Popatrz - ty siedzisz i niby nic nie robisz, a świat kręci się nadal. To leczy z nadmiernej odpowiedzialności. Medytacja pozwala odsunąć się z wymiaru działania w wymiar bycia. To jest najważniejszy moment działania - niedziałanie. To jest czas, dzięki któremu działanie może istnieć. Gdyby było tylko działanie, nie moglibyśmy go docenić. Tak jak nie moglibyśmy docenić nocy bez istnienia dnia.

Dlatego właśnie medytacja jest jak niedziela. Jak święto - czas, w którym pozwalasz sobie zostawić to, co ziemskie, zamknięte w ziemskim wymiarze czasu i przestrzeni, i oddać się świętym sprawom swojego wnętrza.

Więc może ten świat nie jest tak beznadziejny, skoro trwa sam! A gdy już nie musisz się nim zajmować, twoja uwaga dotychczas skupiona na czynnościach, na wybranych częściach rzeczywistości, rozluźnia się obejmując i ogarniając wszystko - całość, której ty sam jesteś częścią. Ty jesteś całość, a całość to ty. Świat jest w porządku i ty też jesteś w porządku. Nie pozostaje nic innego, niż przeżyć to życie w radości i zgodzie ze sobą, skoro wreszcie złapałeś ze sobą kontakt. I spijać słodki smak tej prawdy, który sączy się z każdą chwilą medytacji.

A umysł? Spoczywa cicho jak węgielki tlące się w piecu, cały czas gotowe, by ich użyć, kiedy zajdzie potrzeba.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się