1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Felieton Hanny Samson: Singielki po pięćdziesiątce

Felieton Hanny Samson: Singielki po pięćdziesiątce

fot.123rf
fot.123rf
Podobno miłość może się zdarzyć w każdym wieku. I można na nią czekać aż do śmierci, traktując życie w pojedynkę jako stan tymczasowy, który zmieni się w życie właściwe, gdy ON się zjawi. Ale zamiast wierzyć w mrzonki, lepiej nauczyć się żyć bez partnera.

Uff! Cieszę się, że to powiedziałam, choć nie było łatwo. Mam wrażenie, że to temat tabu. Każda kobieta na własną rękę musi odkrywać, że w pewnym wieku znalezienie partnera nie jest proste. W każdym razie takiego, który nie zmusza jej do zawierania kompromisów z samą sobą. Ale o tym się zwykle nie mówi. Niby wszystkie wiemy, że już po czterdziestce kobieta ma większe szanse na to, że zginie z rąk terrorystów, niż że wyjdzie za mąż, ale przecież to tylko żarty. A tak serio, otoczenie podtrzymuje ją na duchu. „Świetnie wyglądasz, jesteś bardzo atrakcyjna, na pewno wkrótce spotkasz jakiegoś mężczyznę” – słyszą singielki po pięćdziesiątce i czekają.

„Kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru” – stwierdziła dawno temu Gloria Steinem, ale my wciąż nie potrafimy w to uwierzyć. Nie umiemy się cieszyć tym, co jest, jakby bez Niego nie miało to znaczenia!

Niedawno prowadziłam warsztaty dla kobiet. Pięć z nich w stałych związkach, a reszta singielki, te w pewnym wieku zwykle po rozwodzie, dzieci już dorosłe, zostały same.

– Wciąż się umawiam na randki, ale jeszcze nie spotkałam faceta, z którym bym chciała się umówić po raz drugi – mówi Kasia, tłumaczka, 56 lat.

Grupa natychmiast rzuca się do pocieszania i podsycania nadziei, że w końcu spotka.

– A co będzie, jeżeli nie spotka? – pytam w końcu.

Kobiety patrzą na mnie z niedowierzaniem.

– No jak to? Dlaczego tak mówisz? – pyta Kasia ze łzami w oczach.

– Bo szkoda mi, że tyle czasu i energii wkładasz w randki, z których może nic nie wynikać.

– To mam do końca życia być sama? – Kasia płacze, inne kobiety także protestują, nie zgadzają się na odbieranie im nadziei na lepsze życie.

Każda z dziewięciu singielek marzy o miłości. A przynajmniej o tym, żeby było z kim jechać do lasu, żeby ktoś na nie czekał i interesował się, co u nich w pracy. I żeby nie musiały same siedzieć w domu, bo boją się samotności i jej nie lubią. Niektóre bez partnera czują się niepełnowartościowe. Same nie chcą iść nawet do kina, wstyd im, że inni zobaczą, że są same. Tak jakby wszyscy wokół byli w związkach, a do tego udanych!

Widziałam niedawno chilijsko-hiszpański film „Gloria” w reżyserii Sebastiana Lelio. Tytułowa bohaterka jest rozwódką po pięćdziesiątce, dorosłe dzieci żyją swoim życiem, a ona mieszka sama i czuje się samotna. Potrzebuje kontaktu z ludźmi, jest w niej tęsknota za miłością, więc wieczorami chodzi do klubu, gdzie tańczy i poznaje mężczyzn. Z jednym z nich decyduje się na więcej, otwiera się na związek, angażuje, nie zraża sygnałami, że partner jest uwikłany w sprawy rodzinne, które uważa za ważniejsze od niej. Wreszcie Gloria doświadcza tego w upokarzający sposób. Kończy związek, dokonuje spektakularnej zemsty i żyje dalej. Zaczyna bardziej akceptować to, co jest. Nadal chodzi do klubu, dobrze się bawi i cieszy życiem, które nie kończy się, gdy nie ma partnera.

Oczywiście, może się skończyć. Kilka miesięcy temu widziałam w TR Warszawa spektakl Yany Ross „Koncert życzeń”. W roli głównej i jedynej występuje Danuta Stenka, która nie mówi ani słowa, bo nie ma do kogo. Po pracy wraca do domu, gdzie wszystko ma pod kontrolą. Porządek, odżywianie, perfekcyjne rytuały krzątactwa, a wszystko ekologiczne i dobrze zorganizowane, i tylko nie wiadomo, po co wstawać z łóżka. W końcu nie wstanie, przytłoczona samotnością, z której nie szuka wyjścia. Ale czy związek to wyjście jedyne? I czy zawsze chroni nas przed samotnością?

„Myślałem, że najgorsze w życiu to być samotnym. Tak nie jest. Najgorsze w życiu to być z ludźmi, którzy sprawiają, że czujesz się samotny” – te słowa Robina Williamsa, które po jego śmierci krążyły w Internecie, spotkały się ze zrozumieniem licznych komentatorów. Samotność to nieunikniona część kondycji ludzkiej. Możemy ją czuć nawet wtedy, gdy jesteśmy wśród ludzi. Albo gdy żyjemy w związku.

Paradoksalnie, wielu ludzi trwa w związkach, w których się czują samotni, z lęku przed samotnością! Ten lęk odbiera wolność wyboru. A tylko wtedy jesteśmy z drugim człowiekiem naprawdę z wyboru, gdy mamy świadomość, że potrafimy żyć i rozwijać się bez niego.

Uciekamy od samotności. Gdy tylko ją poczujemy, szukamy towarzystwa innych ludzi lub zaczynamy robić coś, by ją zagłuszyć. Ale to nie rozwiązuje problemu, bo on powraca i znów musimy uciekać.

„Gdy nachodzi cię ból samotności, stań z nią twarzą w twarz, przyjrzyj jej się, nie próbuj uciekać. Jeżeli uciekniesz, nigdy jej nie zrozumiesz i zawsze będzie czyhała na ciebie za rogiem” – pisał hinduski filozof Jiddu Krisznamurti, a współczesna psychologia to potwierdza.

Wybitny psychoterapeuta Stephen Johnson, autor książki „Dobre życie w pojedynkę”, zachęca do konfrontacji z samotnością, do doświadczenia jej bez uciekania w byle jakie kontakty, rozrywki, picie, jedzenie. Tylko wtedy jest szansa, by uwolnić się od cierpienia. Dobrze zapytać siebie: Przed czym tak uciekasz? Czego się boisz? Co ci przychodzi do głowy, kiedy jesteś sama? Dlaczego cierpisz we własnym towarzystwie?

Po latach związku wielu ludzi stwierdza, że ich życie jest nudne i jałowe. Wiele kobiet oskarża partnera, że przez niego nie rozwijały swoich zainteresowań. No to teraz można to zmienić. Nie czekać, aż pojawi się ON, tylko działać.

Kiedy przestajemy uciekać, samotność staje się mniej przerażająca. Zostawia przestrzeń, którą możemy wypełnić tak, jak chcemy. Możemy robić to, na co mamy ochotę. Nawiązywać kontakty z ludźmi o podobnych zainteresowaniach i potrzebach. Budzić i rozwijać swoje pasje. Poznawać świat i zmieniać na lepsze. Samotność zawiera w sobie potencjał wolności i warto z tego skorzystać.

Cudownie, jeśli uda nam się jeszcze kogoś pokochać. A jeśli nie, to i tak mamy szansę na dobre życie. Pod warunkiem że będziemy atrakcyjnym towarzystwem dla samych siebie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Nie chcesz już być singielką? Postaraj się zamknąć przeszłość

Jeśli decydujesz się na bycie singlem - powinien to być świadomy wybór. Często jednak za tą decyzją kryją się nieprzepracowane krzywdy. (fot. iStock)
Jeśli decydujesz się na bycie singlem - powinien to być świadomy wybór. Często jednak za tą decyzją kryją się nieprzepracowane krzywdy. (fot. iStock)
Można wyodrębnić dwie grupy osób żyjących w pojedynkę: single z wyboru i single wdowcy. Ponad połowa z nich to głównie kobiety w wieku dojrzałym. Wielu singli nie szuka obecnie partnera, a głównymi powodami kroczenia przez życie solo są: obawa przed zranieniem, przykre doświadczenia z przeszłości i brak potrzeby nawiązywania bliskich relacji.

Trzydziestoletnia Magda żyje w pojedynkę od 5 lat. Ma za sobą jeden poważny związek, który skończył się rozstaniem. Czterdziestoletnia Iwona 3 lata temu w wypadku samochodowym straciła męża. Twierdzi, że ciągle nie jest gotowa na nową miłość. Dwudziestoletnia Ania bardzo przeżyła rozwód rodziców. W dzień swoich osiemnastych urodzin dowiedziała się, że jej ojciec od lat miał równoległy związek.

Gdy przeszłość boli

Śmierć ukochanego człowieka, zdrada partnera, rozwód czy traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa to głęboka rana, która wymaga czasu, ale też przeżycia i pogodzenia się ze stratą. Czas po stracie nazywany jest żałobą, która ma kilka charakterystycznych etapów. Najpierw pojawia się szok, niedowierzanie, że to spotkało właśnie ciebie, życzeniowe myślenie, że to nieprawda, że wszystko będzie jeszcze tak jak dawniej. Później pojawia się bunt, żal, wściekłość, pragnienie szukania winnego, targowanie się z losem: co mogę zrobić, żeby ukochany człowiek wrócił? Depresja - etap izolacji, pogrążania się w bezgranicznym smutku, myśli samobójcze to najtrudniejszy etap żałoby, który zwykle pojawia się po pewnym czasie od zaistnienia straty (kilka miesięcy po pogrzebie, rozwodzie), kiedy bliscy, dotąd wspierający, wracają do swojego życia, a osoba po stracie w pełni uświadamia sobie fakt opuszczenia.

Rozliczenie się z przeszłością, pogodzenie z zaistniałymi faktami, akceptacja straty z jednoczesnym zachowaniu w sercu pamięci o nieobecnym, to ostatni etap żałoby, który powinien pojawić się do roku po stracie. Jednak często tak się nie dzieje. Magda ciągle przechowuje na szafce przy łóżku zdjęcie ukochanego. Utrzymuje kontakty ze wspólnymi znajomymi, którzy przekazują jej informacje na temat ,,byłego". Kiedy kilka tygodni temu dowiedziała się, że w jego związku nie dzieje się najlepiej, nadzieja na powrót partnera ponownie ożyła. Iwona nie była w stanie uczestniczyć w pogrzebie męża, do dziś nie była na cmentarzu. ,,Przecież tam go nie ma. Nie jestem w stanie pogodzić się z faktem, że ten młody, pełen życia mężczyzna, leży zakopany w ziemi" - tłumaczy przyjaciółkom. Ania zwierzyła mi się w trakcie terapii, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo czuje się lojalna wobec matki. ,,Wszyscy faceci to dranie. Niech mi pani da gwarancje, że mężczyzna, którego pokocham, będzie należał tylko do mnie".

Kiedy nosisz w sobie takie pokłady cierpienia, rozżalenia, bólu, lęku, wściekłości i niewiary w udany związek, nie jesteś w stanie rozstać się z przeszłością. Bywa, że w desperacji, na oślep szukasz miłości, wierząc, że zastąpi ci ona tę utraconą. W nowym partnerze lokujesz swoje zranione uczucia i wierzysz, że on wynagrodzi ci twoje rozczarowania i ukoi ból z przeszłości. A przecież żaden człowiek nie zastąpi nam byłego partnera. Związki zawierane z taką intencją z góry skazane są na porażkę.

Sprawdź, czemu/komu mówisz: ,,nie"

Jeśli masz za sobą tak dotkliwą stratę jak śmierć partnera, zdradę, porzucenie, czy traumatyczny rozwód rodziców bądź swój, twoja decyzja o życiu w pojedynkę nigdy nie jest świadomym wyborem. Jak to sprawdzić? Wyobraź sobie swój potencjalny nowy związek. Jaki obraz się pojawia? Wracają sceny z przeszłości: czujesz zapach dawnego partnera, wspominasz dzień waszego poznania, przypominasz sobie twarz ojca, który zapewniał, że nigdy nie przestanie cię kochać, a ty wiedziałaś, że jeśli uwierzysz w jego słowa to zranisz matkę? Jeśli tak właśnie jest, nie jesteś wolna od przeszłości. Nowy związek, myśl o nim powinna ci się jawić jak biała kartka, wielka niewiadoma, którą z ciekawością przyjmujesz. Jeśli w głowie masz już gotowy scenariusz tego, co ma się wydarzyć, wiesz dokładnie jaki ma być ten nowy mężczyzna, to znak, że jeszcze potrzebujesz czasu, by zamknąć stare i z ufnością otworzyć się na nowe. Psychologowie twierdzą, że od ostatniego związku powinny minąć przynajmniej dwa lata, żebyś mogła wejść w nową, udaną relację. W przypadku dotkliwej straty ten czas może być za krótki.

Przede wszystkim musisz zamknąć proces żałoby. Jak to zrobić?

Zaakceptuj fakt, że przeszłość już nie wróci. Nawet jeśli partner, który odszedł, zdecyduje się wrócić, wasz związek zacznie się od nowa, a gwarancją jego powodzenia będzie wybaczenie i zamknięcie przeszłości. Spotkacie się jak dwoje nowych ludzi.

Zrób bilans przeszłości. Nie idealizuj partnera, ani waszej relacji. Były między wami dobre i złe chwile, jak to w życiu. Obydwoje macie zalety i wady. Przy innym partnerze ty będziesz zupełnie inna. Jemu też daj taką szansę. Tylko wtedy będziecie mogli spotkać się autentycznie.

Jeśli nosisz w sobie ból po rozstaniu rodziców, zaakceptuj fakt, że to nie ty byłaś partnerką ojca i to nie ciebie zdradził. W potencjalnym partnerze nie szukaj ojca, na którym podświadomie będziesz chciała wyrównać krzywdy matki. W rozpadzie związku zawsze mają udział obydwie strony.

Pożegnaj się z mężczyzną z przeszłości, obojętnie czy chodzi o twojego partnera czy ojca. W myślach podziękuj mu za wszystko, co było dobrego w waszej relacji i zamknij ból wynikający z tego wszystkiego co cię zraniło. Ból, lęk, urazy to emocje z przeszłości. Skoncentruj się na tym, co ,,tu i teraz".

Jeśli zamkniesz przeszłość i dojdziesz do wniosku, że w twoim życiu nadal nie ma miejsca dla drugiego człowieka, będzie to twój świadomy wybór.

  1. Styl Życia

Samotność z wyboru. Dlaczego ludzie decydują się na samotne życie?

Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Samotne życie to wybór czy konieczność? Jakie profity czerpiemy z życia solo? (fot. iStock)
Bycie razem, nie tylko od święta, wychodzi nam coraz gorzej. Coraz lepiej natomiast - życie w samotności, choć usilnie próbujemy budować związki. Koniec końców wielu z nas wybiera niezależność, wolność, możliwość samorealizacji. A człowiek ponoć jest istotą stadną. Dziwne, prawda?

Badania nie pozostawiają złudzeń – tradycyjna rodzina nie ma się już tak dobrze, jak miała, przynajmniej w deklaracjach Polaków. Dotychczas, od wielu zresztą lat, to ona plasowała się na pierwszym miejscu w hierarchii wartości. Od mniej więcej 2010 roku (o czym mówią badania CBOS) rodzina ustąpiła miejsca sferze zawodowej. I to głównie za sprawą młodych ludzi, między 18. a 34. rokiem życia. Okazuje się, że 66 procent z nich nad rodzinę przedkłada ambicje zawodowe, a tylko 20 procent wskazuje sferę bliskich relacji jako wartość najistotniejszą. Badania pokazują także, że blisko jedna czwarta Polaków żyje dzisiaj w pojedynkę. Samotne życie to nie jest tylko okresowa moda, ale zjawisko opisane przez socjologów i psychologów.

Życie samotnika: nie wiem, jak chcę, ale wiem, jak nie chcę

Psycholożka Anna Nowakowska zauważa, że przyczyny tego zjawiska są pochodną przemian kulturowych i obyczajowych.

– W Polsce, zwłaszcza w wielkich miastach, nie istnieje już presja społeczna wymuszająca określony styl życia, tym bardziej zawieranie małżeństw. Młodzi ludzie nie do końca wiedzą, jak chcą żyć, ale za to wiedzą, jak nie chcą, czyli tak jak ich rodzice, którzy latami trwali w nieudanych związkach. Życie w pojedynkę wybierają jednak nie na zawsze, tylko na krótką metę, do czasu, kiedy się dorobią, kupią mieszkanie, samochód. Ale ta lista wciąż jest aktualizowana, więc samotne życie się przedłuża.

Psychologowie podkreślają, że samotność dorosłych ma często źródło w ich dzieciństwie. A ściślej w tym, czy rodzice okazywali im uczucia. Jeśli nie okazywali, jeśli wychowywali w emocjonalnym chłodzie, to wielce prawdopodobne, że oni też tego nie potrafią i w dorosłości nie będą umieli zbudować bliskich relacji. Wybiorą życie samotnika.

Anna Nowakowska: – Ale często zamiast coś z tym zrobić, na przykład pójść do terapeuty, ludzie deprecjonują wartość bliskich relacji, odrzucają je, twierdząc, że związek to zamach na ich niezależność, wolność, rozwój, samorealizację. A bliskość nie wyklucza wolności i niezależności każdego z partnerów. Wszystko zależy od ustalenia granic. Bo jeśli te granice są sztywne, związkowi grozi rutyna. Jeśli z kolei granice są zbyt słabe i każdy dryfuje w swoim kierunku, jedność pary jest zagrożona. Czasem, paradoksalnie, pomaga sformalizowanie związku. Daje partnerom poczucie, że nawet jeśli się oddalą, to trudniej niż w związku nieformalnym, ot, tak sobie, spakować walizki i odejść.

Życie w samotności to także konsekwencja różnych lęków. Między innymi przed tym, że w bliskim związku o wiele więcej stracę, niż zyskam. Będę zajęty domem, a w tym czasie coś ważnego może mnie ominąć! Ten lęk ma już nawet swoją nazwę, FOMO (fear of missing out), i jest widzialny gołym okiem. Ludzie nie podnoszą głów znad tabletów i smartfonów, bo tyle ciekawego tam się dzieje. A w realu? Nuda.

Kolejny lęk – że kiedy z kimś zamieszkam, a więc kiedy się otworzę, obnażę, to wyjdą na jaw wszystkie moje skrywane, często urojone, wady. Samotność to także efekt rozwodów, prawdziwej plagi ostatnich lat. W Polsce rozpada się już ponad jedna trzecia małżeństw z krótkim stażem. Po takich doświadczeniach ludzie nie chcą sparzyć się po raz drugi, wolą życie samotnika.

Samotny wilk w opałach - jakie konsekwencje może mieć życie w samotności?

Zanim powiesz: „Wybieram samotność”, zastanów się, czy to ci się opłaca. Po pierwsze, grozi ci depresja. Amerykański psycholog, profesor Richard Booth, już w 2002 roku alarmował, że długotrwałe życie w samotności może prowadzić do depresji, i postulował zaklasyfikowanie jej do zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Po drugie, jesteś bardziej niż niesamotnicy narażona na stres. Badaczka wpływu samotności na nasze zdrowie, dr Lisa Jaremka z Uniwersytetu w Ohio, dowiodła, że życie w samotności przez długi czas działa jak silny stresor. Z jej badań wynika, że organizm samotnej osoby wytwarza o ponad dziesięć procent więcej hormonów stresu niż takiej, która przebywa w otoczeniu innych ludzi.

Po trzecie, wybierając życie samotnika, fundujesz sobie choroby, ponieważ stres osłabia nasz system odpornościowy. Organizm samotnika produkuje także więcej cytokiny – wydzielanego przez białe krwinki białka, które przyspiesza procesy nowotworowe. Osoby, które prowadzą samotne życie częściej chorują na alzheimera. Inne badania, przeprowadzone przez dr Uri Gouldborta z Tel Awiwu, pokazują, że życie w samotności szczególnie niebezpiecznie wpływa na mężczyzn. Ryzyko śmierci wskutek udaru mózgu jest o 64 procent większe u samotnych mężczyzn niż u pozostających w związkach.

Jak radzimy sobie z życiem w samotności? Badania nad samotnymi studentami, jakie przeprowadził psycholog Warren Jones, pokazały, że zupełnie nieskutecznie. Młodzi ludzie, którzy prowadzą samotne życie – zamiast zapraszać znajomych, wychodzić do miejsc, gdzie spotykają się rówieśnicy – oglądają telewizję, uciekają w jedzenie lub używki. Kiedy już znajdą się w towarzystwie, zachowują się tak, że zrażają do siebie ludzi: milczą albo za dużo mówią o sobie, nie interesują się interlokutorem. Dodatkowo pogarszają swoją sytuację tym, że mają nierealistycznie wysokie wymagania zarówno wobec siebie, jak i wobec innych.

Anna Nowakowska: – Ludzie, którzy twierdzą, że wybrali życie w samotnika, przychodzą do mnie po ratunek, bo cierpią. Przed światem udają, że życie w pojedynkę jest super, że mogą robić, co chcą, ale w gabinecie przyznają, że to ściema. Zachęcam ich do zainwestowania w relacje, póki jeszcze nie jest za późno. Bo wraz z upływem czasu coraz trudniej przestawić się na inny styl życia, ciężko zmienić codzienne nawyki samotnika, znaleźć przestrzeń – i tę dosłowną, i mentalną – dla innej osoby, podzielić się z nią swoim życiem. Mówi się, że ludzie samotni dziwaczeją, i jest w tym dużo prawdy. Z moich obserwacji wynika, że łatwiej otworzyć się na związek samotnym z konieczności, wdowom, porzuconym, rozwiedzionym. Ich motywacja do zmiany swojej sytuacji, potrzeba skontaktowania się z drugim człowiekiem jest dużo większa niż tych, którzy deklarują samotność z wyboru. Ale zanim wejdzie się w nowe, dobrze zamknąć stare, przeżyć żałobę, rozstanie. Pobyć tylko ze sobą, ze swoimi myślami, w ciszy. Takie praktykowanie bycia samemu ze sobą działa jak lekarstwo. Bo samotność nie jest tylko zła, czasem okazuje się zbawienna. Chociaż na dłuższą metę nie da się jej obronić.

  1. Styl Życia

Co różni singielkę od osoby samotnej?

Co czwarta kobieta w pełni aktywna zawodowo żyje w pojedynkę, a w dużych miastach stosunek liczby kobiet do mężczyzn z wyższym wykształceniem wynosi 4 do 3. Wiele najnowszych badań pokazuje też, że kobiety bez męża i dzieci są szczęśliwsze i żyją dłużej. (fot. iStock)
Co czwarta kobieta w pełni aktywna zawodowo żyje w pojedynkę, a w dużych miastach stosunek liczby kobiet do mężczyzn z wyższym wykształceniem wynosi 4 do 3. Wiele najnowszych badań pokazuje też, że kobiety bez męża i dzieci są szczęśliwsze i żyją dłużej. (fot. iStock)
„Jej życie nie jest puste” – twierdzi dr Katarzyna L. Kuklińska, socjolog, która kilka lat temu badała zjawisko singlizmu.

Czy „singielka” to jedynie ładniej i nowocześniej brzmiące określenie starej panny?
Absolutnie nie! Stara panna to kobieta zgorzkniała, która uważa swoje życie za nieudane dlatego, że nie ma partnera, która ma poczucie żalu i straconej szansy. Singielka natomiast świadomie wybiera życie w pojedynkę, by móc skupić się na rzeczach – jej zdaniem – ważniejszych niż szukanie męża: na pracy, karierze naukowej czy rozwoju osobistym. Co nie znaczy, że jest osobą samotną. Singielka ma spore grono przyjaciół, z którymi zwykle łączą ją bardzo bliskie, serdeczne relacje. Często z kimś mieszka i w miarę regularnie uprawia seks. To, co odróżnia ją od samotnych kobiet, to brak poczucia, że jej życie jest puste bez stałego partnera.

Kim więc jest typowa polska singielka?
Nie ma jasno określonego typu polskiej singielki. Na potrzeby mojej pracy doktorskiej przyjęłam, że singielką jest kobieta po trzydziestce, bo w dzisiejszych czasach bardzo duża część kobiet przed tym wiekiem jeszcze nie myśli o zakładaniu rodziny. Na pewno to osoba, która identyfikuje się z singielkami, jest zadowolona ze swojej sytuacji i nie szuka desperacko drugiej połówki. Wbrew obiegowym opiniom wcale nie musi to być bizneswoman czy menedżerka z dużego miasta, niezależna finansowo karierowiczka. Równie dobrze może pochodzić z małej miejscowości, pracować w urzędzie i mieszkać z rodzicami. Choć tych drugich jest zdecydowanie mniej z uwagi na presję społeczną, a często nawet ostracyzm, z którymi muszą się zmagać.

Dlaczego coraz więcej dojrzałych kobiet wybiera życie bez zobowiązań?
To nie tak. One nie mają zamiaru całe życie nie mieć partnera. Single są tymczasowi. Raczej odsuwają ten moment w czasie, bo w danej chwili mają inne, ważniejsze rzeczy do zrobienia. To pokolenie jest bardziej pragmatyczne – woli najpierw poukładać sobie życie, tak, żeby było wygodne i dostatnie, a dopiero później myśli o ślubie i dzieciach.

Ale czy po przekroczeniu magicznej trzydziestki szanse na znalezienie stałego partnera nie maleją drastycznie?
Zgadza się, a dzieje się tak z wielu względów. Po pierwsze, mężczyźni szukają zwykle młodych kobiet. Te dojrzałe i niezależne często wzbudzają w nich strach. Po drugie, singielki mają duże wymagania. Chcą stworzyć związek partnerski, dzielić się obowiązkami, pragną, żeby mężczyzna dużo im dawał. Często nie chcą godzić się na kompromisy, szukają ideału, który nie istnieje. Z biegiem czasu, gdy rośnie w nich potrzeba stworzenia związku – czyli de facto przestają być singielkami – zaczynają spuszczać z tonu i godzą się na coś, o czym jeszcze kilka lat wcześniej nie chciały nawet słyszeć.

Na dłuższą metę to niebezpieczna gra. Czy singielki są bardziej podatne na depresję?
Raczej tak, choć nie musi to wynikać z tego, że nie posiadają stałego partnera życiowego. To przeważnie indywidualistki, które bardzo dużo od siebie wymagają i ciężko znoszą porażki. Jeśli do tego zaczynają odczuwać dyskomfort z powodu swojego singlizmu, może to prowadzić do załamania.

Istnieje opinia, że sposób życia singli wynika z tego, jak zostali wychowani, albo jest skutkiem traumatycznych wydarzeń.
W moich badaniach również się nad tym zastanawiałam. Okazuje się jednak, że sytuacja rodzinna czy wychowanie nie mają wpływu na takie decyzje. Mogłoby się na przykład wydawać, że ludzie z rozbitych rodzin, mający negatywne wzorce lub ich brak, będą bardziej skłonni do wybrania życia w pojedynkę. Tymczasem zdecydowana większość kobiet przeze mnie badanych pochodziła z pełnych rodzin. Według stereotypu jedynacy wykazują większą niechęć do tworzenie stałych związków. I tu znów niespodzianka – ponad 75 proc. ankietowanych singielek ma rodzeństwo. Wychowanie też nie jest tu kluczowe. Zbliżone wiekiem siostry, wychowane w identycznych warunkach mogą mieć zupełnie inne podejście do singlizmu. Dla jednej samodzielne życie to normalna sytuacja, dla drugiej brak męża i dzieci to życiowa porażka.

Wspomniała pani, że singielki z małych miejscowości spotyka ostracyzm. A jakie są problemy singielek z dużych miast?
Może problemy to za dużo powiedziane, ale single w dużych miastach też są dyskryminowani. W pracy przyjmuje się często, że kobieta, która nie ma rodziny, może regularnie pracować po godzinach czy między świętami i brać urlop jesienią. A jak już na niego wyjedzie, to lepiej żeby sobie kogoś dobrała, bo w hotelach jedynek jest jak na lekarstwo albo trzeba za nie płacić tyle, ile za dwójki. Takich przykładów można by mnożyć – życie singielek nie jest usłane różami.

Dr Katarzyna L. Kuklińska: socjolog, autorka badań i pracy „Polskie singielki. Płeć kulturowa. Feminizm. Ponowoczesność, Internet”, a także „Singlizm. Nowy styl życia w ponowoczesnym świecie” (2013 r.)

  1. Psychologia

Za czym tęsknią singielki?

Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. (Fot. Getty Images)
Z jednej strony zarzuca się im, że są nastawione tylko na własny komfort, że szukają księcia na białym rumaku… Z drugiej – zazdrości się, że są wolne, niezależne, bez zobowiązań. Jaka jest prawda? Co mówią same zainteresowane?

Basia, 36-latka, zawsze myślała, że będzie mieć dom, męża i dwójkę dzieci. Na potencjalnych kandydatów patrzyła dość krytycznie, wyszukując cechy, które mogą przeszkodzić w dopełnieniu tego obrazu. Z czasem, gdy już uznała, że ideału nie ma, gotowa była związać się z aktualnym chłopakiem, próbując zaakceptować go takim, jakim jest. Był już pierścionek zaręczynowy i miał być ślub… Realna szansa, że plan się ziści, była jednak zbyt przerażająca. Od kilku lat Basia jest sama. Czy tęskni za czymś, gdy patrzy na znajome małżeństwa?

Za ciepłem drugiego człowieka

– Brakuje mi bycia z drugą osobą, dzielenia smutków na dwoje i mnożenia radości przez dwa – wymienia Basia. – Może to wyświechtane, ale w pojedynkę każdy problem, nawet najdrobniejszy, urasta do rangi tragedii, czarnej dziury, katastrofy. Może trochę przesadzam, ale samemu trudniej się „ogarnąć” i znów przyjąć „właściwą perspektywę rzeczy”. Przyjaciele? Pewnie, są bardzo ważni, ale z doświadczenia wiem, że kiedy problem przegada się z osobą bliską sercu, ma się wrażenie, że jest nas dwoje do rozwiązania tej kwestii. A kiedy ten sam problem omawiasz z przyjaciółką – dostajesz rady, wskazówki, a i tak wszystko spoczywa na twoich barkach. Mimo pomocy jesteś sama. Odkąd jestem singielką, brakuje mi na co dzień męskiej energii. Po pracy zazwyczaj nie chce mi się samej iść do kina, na spacer, coś ugotować czy wyskoczyć na piwo. Siadam i czytam książkę, pracuję, oglądam film w telewizji, ale sama. Brakuje kogoś, kto powie: „Chodź, idziemy na spacer”. Tęsknię za ciepłem drugiego człowieka, pocałunkami, seksem, dotykiem. Tęsknię za okazywaniem i odbieraniem tego, że się komuś podobam, że ktoś na mnie zwraca uwagę, że jestem dla kogoś atrakcyjna... Próżne? Może tak, ale bardzo ważne. Bez tego trudno stawić czoło życiu i światu, a kiedy się wie i czuje, że ktoś za tobą stoi i cię wspiera… jest łatwiej. Nie zazdroszczę jednak, i zawsze to powtarzam, bycia w związku, w którym dzieje się źle i w którym ludzie nie wspierają się, lecz ranią. Jeśli wiem, że moja koleżanka nigdy nie może liczyć na swojego męża – to jej nie zazdroszczę, ale wręcz współczuję, bo w zasadzie ma ciężej ode mnie. Bo ja mogę liczyć na siebie albo na przyjaciół (a mam takich, którzy nie zawodzą). Jestem więc szczęściarą, która szuka tylko wzmocnienia swojego szczęścia.

Za wspólnym domem

Bycie na co dzień z drugim człowiekiem nie niesie za sobą samych zalet, o czym przekonała się niejedna mężatka. Frustracje, których on nie rozumie, często znajdują wyraz w pozamałżeńskich romansach i pogaduchach z przyjaciółkami – singielkami. 40-letnia Hanka nie ukrywa braku złudzeń co do możliwości szczęśliwego, zgodnego pożycia po grobową deskę i swoich podejrzeń co do motywacji jej koleżanek, by zostać żonami.

– Generalnie nie zazdroszczę mężatkom, bo odruch wymiotny budzą we mnie zdrada, fałsz i obłuda. I zawieranie małżeństwa po to, by móc się pochwalić obrączką na palcu – mówi Hanka. – Cel główny: nie być starą panną. A gdzie miłość? Gdy patrzę na znajome mężatki, widzę kobiety zmieniające facetów, dzieci mające kilku dziadków i tatusiów, kilkoro przyrodniego rodzeństwa – co w moim przekonaniu nie służy nikomu. Dzieci powinny mieć normalny dom, wzorce i podstawowe poczucie bezpieczeństwa. Pełna, kochająca się rodzina to dziś zjawisko godne podziwu – wspólne obiady, spacery, wakacje, wzajemny szacunek, dzieci wychowywane w miłości i wsparciu – to wszystko jest bardzo ważne, ale nie każdemu jest dane. Gdybym znała takie małżeństwa, to z pewnością mogłabym zazdrościć im posiadania wspólnego domu, tworzenia rodziny, wychowywania dzieci, zwykłego codziennego życia, jeśli jest w nim miejsce na kompromis, miłość i szacunek. Świadomość, że ktoś na ciebie czeka, że masz do kogo zadzwonić, masz z kim spędzać wspólne niedziele, uprawiać regularnie seks – jest cudowna. Ale ja słyszę raczej: „Całowanie? A co w tym przyjemnego?!”. Z takim podejściem, jakim cudem mają dzieci? Gdy tak patrzę na niektóre mężatki, to mam wrażenie, że trzymają się związku głównie ze strachu, by nie być samą. Są też takie, którym wydaje się, że obrączka na palcu jest wystarczającym powodem, by na niezamężne koleżanki patrzeć ze współczuciem lub pogardą. Jedyne, czego może trochę im zazdroszczę, to tego, że nie muszą bać się o pieniądze – jeśli mężczyzna ma pracę, to przynajmniej mają świadomość, że nie są skazane wyłącznie na siebie.

Za dzieleniem się odpowiedzialnością

Gdy już się spróbowało małżeństwa, a owoc był gorzki, odzyskana wolność wcale nie musi lepiej smakować. Przyznaje 43-letnia Beata. – Jestem singielką z odzysku, z wyboru, a może bardziej trafnie: w wyniku własnej decyzji – mówi. – Nie zostałam porzucona, to ja porzuciłam, nie mam na kogo zrzucić winy, a z tym trudniej się żyje. O ile lżej by mi było, gdybym mogła powiedzieć: „zostawił mnie, poznał inną... a to drań”. Ale tak nie było, za to był brak zrozumienia, wspólnych pasji, fascynacji, brak miłości, a przede wszystkim brak szacunku, a tego nie byłam w stanie znieść. Szkoda życia i szkoda dzieci. Jedni się nie rozwodzą z powodu dzieci, mimo braku miłości i chęci bycia ze sobą, drudzy rozwodzą się dla dzieci, aby tego nie oglądały. Zdecydowanie należę do drugiej grupy. Mężatkom więc nie zazdroszczę niczego, ale zazdroszczę kobietom będącym w udanym związku. Nie w jakimś związku, ale właśnie w udanym, bo taki związek daje poczucie bezpieczeństwa. Zazdroszczę im też dzielenia się odpowiedzialnością, chętnie bym ją zrzuciła ze swoich barków. Poczucie, że tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje decyzje, dość mocno mnie obciąża. Wiem, że ta współodpowiedzialność często jest złudna, ale na pewno jest większa szansa na zrozumienie. Do tego koniecznie muszę dodać zazdrość o codzienny byt – boksowanie się z życiem jest męczące, we dwójkę zawsze łatwiej.

Nikt nie chce być sam

W kulturze nastawionej na siebie, na dążenie do zaspokojenia indywidualnego prawa do szczęścia, wśród singli, którzy znakomicie radzą sobie w pojedynkę, coraz częściej pojawiają się głosy, że bycie samemu to nie zawsze otwarty manifest dojrzałej samodzielności, ale sposób życia, którego się wcale nie planowało. Rozwódki, choć podjęły tę decyzję świadomie, przyznają, że odzyskana niezależność nie jest wcale taka kolorowa. Zmienia się społeczny obraz małżeństwa – już nie jest ostoją wartości (choć czasem jeszcze nią bywa), gwarantem stałości, coraz więcej rodzin jest patchworkowych – nadal jednak do niego tęsknimy. Gdyby ktoś zagwarantował nam, że tam za rogiem czeka ktoś, z kim będziemy szczęśliwi, mało kto powiedziałby „nie”.

Hanka mówi wprost: – Ktoś, kto ucieka przed związkiem, jest w pewnym sensie upośledzony emocjonalnie – tak myślę. Jasne, można całe życie przeżyć samemu, ale właściwie – po co? Są też tacy, którzy mimo że mają żony czy mężów, są sami, ale jednak mają do kogo się odezwać w domu czy nawet z kim się pokłócić! Mają kogo prosić o zakupy czy nawet na kim wieszać psy! To zupełnie co innego niż bycie samemu naprawdę...

Dobra samotność

Jest jednak czas, gdy samotność może być dobra, i jest nam jak najbardziej wskazania. To czas „pomiędzy” – gdy już zakończyliśmy ważną relację, a jeszcze nie nawiązaliśmy nowej. Wtedy możemy bliżej przyjrzeć się sobie, bez pośpiechu, bez zagłuszania deficytów kimś lub czymś z zewnątrz, gdy możemy sprawdzić, jak mi ze sobą jest, z czym sobie dobrze, a z czym gorzej radzę, jakie są moje największe potrzeby, ale i najważniejsze zasoby. Gdy nie patrzymy na potencjalnego partnera jak na kogoś, kto nas wypełni, uzupełni (jakbyśmy sami byli niewystarczająco kompletni). Idealna „druga połówka” może się nigdy nie pojawić. Z prostego powodu – bo jej nie ma. Każdy z nas jest całością, jest kompletny. Dobrze to wiedzieć, zwłaszcza w czasach, gdy małżeństwo nie gwarantuje ani bycia szczęśliwszym, niż kiedy jest się samemu, ani czegoś stałego, co daje poczucie bezpieczeństwa. To poczucie możemy dać sobie tylko my sami. I warto to sobie uświadomić właśnie wtedy, kiedy akurat nie jesteśmy z nikim w związku.

Wojciech Kruczyński, psycholog, autor książki „Wirus samotności”, mówi: – Jeśli umiesz cieszyć się samym sobą, dla innych ludzi jest to sygnał, że masz wiele do zaoferowania – że przebywając blisko ciebie, nie tylko nie będą czuli się wykorzystywani, ale wręcz zostaną w jakiś sposób zainspirowani, wzbogaceni lub ogrzani twym wewnętrznym ogniem.

Basia, choć przyznaje, że tęskni za związkiem, dodaje: – Doceniam bycie samej ze sobą. Za możliwość wykonywania różnych dziwnych rzeczy o różnych porach dnia i nocy. Namiętnie urządzam sobie kąpiele o 13.00 lub 14.00. Nikt mi nie zawraca głowy, nikt nie stuka do drzwi – to czas absolutnie dla mnie. Doceniam to i korzystam z tego. Bezkarnie mogę nałożyć maseczkę na twarz – bez jej utraty przed moim ukochanym.

Dopiero gdy umiemy być sami, gdy kochamy siebie, łącznie z naszymi wadami, to możemy także pokochać kogoś innego. – Kiedy bycie samemu staje się bardziej darem niż torturą, wiesz, że twoje szczęście nie jest przez nikogo uwarunkowane – mówi Bob Mandel, pisarz i terapeuta, autor książki „Terapia otwartego serca”. – Wówczas możesz wybierać związki, które automatycznie odzwierciedlają miłość, jaką znalazłeś w sobie. I nikomu niczego nie zazdrościć.

Singielki kontra ich matki

Kiedyś kobieta musiała mieć męża i brała pierwszego lepszego – mówi psycholog Katarzyna Korpolewska w książce Magdaleny Kuydowicz „W co grają matki i córki?”. – Teraz zrobiła się wybredna i ma większe poczucie własnej wartości. Chce mieć partnera do rozmów, seksu, sportu, a także kogoś, kto rozumie jej potrzebę samorealizacji. Ponieważ singielki są coraz bardziej wymagające, trudniej jest im znaleźć stałego partnera. Wiele z nich to wykształcone, wartościowe kobiety robiące karierę zawodową, poszukujące na życiowego partnera kogoś, kto ma podobną pozycję społeczną i zawodową. To nie oznacza, że nie chcą być żonami. Chcą, ale na określonych warunkach.

Matki często myślą, że córka z przekory nie chce założyć rodziny – dodaje psycholog. – Dla córki taki punkt widzenia jest ogromnie stresujący. Co ona ma zrobić? Zgłosić się do biura matrymonialnego? Czatować z obcymi mężczyznami na wirtualnej randce? Córka chce znaleźć jedynego mężczyznę na całe życie, ale nie może go spotkać. Pretensje matki są oczywiście wyrazem niepokoju. Matka boi się, że córka będzie samotna. Kiedyś, gdy matka była młoda, samotna kobieta żyła na marginesie życia społecznego. Teraz tak nie jest. Wszędzie jest pełno singielek, które świetnie się bawią i nie są pomijane towarzysko. Kobieta, która żyje sama, nie musi być samotna. Ma przyjaciół i znajomych.

  1. Psychologia

Zamiast zastanawiać się, dlaczego jesteś sama, pomyśl, jak wiele masz z tego korzyści

Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
Uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie! (Fot. Getty Images)
- Takie „chwile bez związku”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie. To taki egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację - mówi psychoterapeutka Maria Rotkiel.

Wiele kobiet zadaje sobie pytanie: „Dlaczego jestem sama?”. Czy możemy im dać na nie prostą odpowiedź?
To faktycznie nie jest łatwe. Bo żeby ją znaleźć, trzeba się sobie dobrze przyjrzeć. Zrobić bilans zysków i strat związanych z dotychczasowymi ważnymi relacjami z mężczyznami. Zysków, czyli naszych doświadczeń, refleksji, tego, czego się nauczyłyśmy. Strat, czyli tego, czego jeszcze nie przerobiłyśmy. Oczywiście, można nawet z trudnych relacji wyjść zwycięsko, czyli zbudowaną, mądrzejszą, czasem może trochę ostrożniejszą, ale niebojącą się uczucia. Zwykle jednak kurz opada, a my zostajemy pokiereszowane, pełne trudnych emocji, i nawet nie do końca zdajemy sobie sprawę, jak wiele jeszcze w tej kwestii musimy ze sobą przegadać. Aby wejść w kolejny związek i zbudować dobrą relację, najpierw trzeba siebie poznać, zrozumieć i pokochać. Ten proces to ogromne wyzwanie!

Boimy się być same, boimy się samotności.
Nie lubię określenia „być samą”, bo tak naprawdę my nigdy nie jesteśmy same. Po pierwsze, mamy siebie, i jak się sobą opiekujemy i siebie kochamy, to zawsze będziemy mogły na siebie liczyć. Po drugie, zawsze mamy wokół ludzi, czasami na własne życzenie czy z powodu jakichś życiowych trudności trochę się od nich izolujemy, ale zawsze jest obok ktoś, kto nas wspiera. To może być siostra, przyjaciółka, mama, nawet sąsiadka. Nigdy nie jesteśmy więc same, ale bywamy bez partnera, nie w związku. Czasami świadomie podejmujemy decyzję, by w tym momencie skoncentrować się na sobie, odpocząć. Takie „chwile”, nawet jeśli trwają kilka lat, są niezwykle cenne. Koncentrujemy się wtedy na pracy, na rozwoju, poznaniu siebie, na podróżach. To taki trochę egocentryczny czas, ale jeśli nie będziemy się wtedy zbytnio separować od świata, to nic tak dobrze nie przygotuje nas do wejścia w kolejną relację. Między innymi dlatego, że będziemy miały możliwości przemyślenia tego, co spotkało nas w poprzednich związkach, a to bardzo często jest kotwicą trzymającą nas w marazmie, frustracji.

Te zaś skłaniają nas do tworzenia uogólnień na zasadzie: „Wszyscy mężczyźni to dzieci” czy „Wszyscy mężczyźni to egoiści”. A to nieprawda.

Albo: „Wszyscy mężczyźni w Polsce są do chrzanu”.
Nieprawda. Chociaż osobiście uważam i nie boję się tego powiedzieć, że w Polsce jest więcej fajnych kobiet. Mówiąc „fajnych”, mam na myśli: poukładanych, otwartych na innych, lubiących siebie i godzących swoje potrzeby z potrzebami innych. Co nie znaczy, że nie ma fajnych facetów…

…ale jakoś na żadnego z nich nie możemy trafić.
Myślę, że są dwa rodzaje motywacji do tego, żeby być bez partnera. Pozytywne („Potrzebuję czasu dla siebie”, „Chcę się poukładać sama ze sobą”, „Na ten moment nie ma w pobliżu nikogo, kto by mnie interesował”) i negatywne, czyli wszystkie te, które wynikają z lęków i niepokojów, które prowadzą do błędów poznawczych, czyli wspomnianych generalizacji, w skrócie polegających na konstrukcji: „Wszyscy faceci są jacyś”. To mogą być błędy poznawcze w stosunku do samych mężczyzn, w stosunku do życia (np. „Nie ma prawdziwej miłości”) i w stosunku do siebie (np. „Nie zasługuję na miłość”).

W nurcie psychoterapeutycznym, w którym pracuję, mówimy o tzw. dysfunkcyjnych założeniach. To reguły i zasady, które rządzą naszym życiem, często głęboko zakorzenione. Na przykład: „Muszę być idealna, żeby zasłużyć na miłość”. Dlaczego taka kobieta jest sama? Bo dąży do niedoścignionego ideału, to może być jej wygląd, to może być to, że jest „do rany przyłóż”, ale tak naprawdę spełnia potrzeby innych, a nie swoje.

Po czym poznać, które są te dysfunkcyjne?
To założenia, które zamykają nas na świat, wynikają z lęku i niepokoju. Bo ustawiają nas w kontrze: albo biernej, albo agresywnej. Wtedy postrzegamy w mężczyznach lub w nas samych wrogów i walczymy, czyli jesteśmy agresywne. Albo nic nam się nie chce, nie wierzymy, że coś dobrego nas jeszcze spotka, czyli stajemy się bierne.

Słyszałam dziewczyny, które mówią: „Ja chyba nie potrafię kochać”.
Moim zdaniem potrzeba dostawania i dawania miłości jest silniejsza nawet niż instynkt życia. Człowiek jest istotą stadną. Nawet jeśli jesteśmy introwertyczne czy nieśmiałe, to jednak łakniemy obecności innych ludzi. Natomiast możemy doświadczyć we wczesnym dzieciństwie – i mówię już o okresie okołoporodowym – traum, czyli trudnych doświadczeń. Nieobecności – psychicznej czy fizycznej – matki, ale też agresji, przemocy. Te doświadczenia składają się na naszą umiejętność budowania relacji. Składa się na nią nasza gotowość na miłość, samoświadomość, także odwaga, bo każdy związek jest ryzykiem. Czasem pytam moje klientki: „Czy chciałabyś, aby nigdy nikt cię nie skrzywdził i nie zdradził?”. „Tak” – słyszę w odpowiedzi. „A czy jest na to jakiś sposób?” – pytam. – „Bo jedyny, jaki przychodzi mi do głowy, to nigdy się nie zakochać”. „Ale ja chcę kochać” – mówią. I dopiero od tego momentu możemy zacząć pracować, uczyć się dojrzale kochać.

Tego można się nauczyć?
Tak, powiedziałabym nawet, że trzeba. Większość z nas wchodzi w dorosłość trochę niedokochana. Jeśli rodzice byli nieprzewidywalni, oziębli emocjonalnie albo zbyt przytłoczeni swoimi kłopotami – mogli zbudować w nas pewnego rodzaju ambiwalencję, która polega z jednej strony na dążeniu do bliskości, z drugiej na ucieczce przed nią, wynikającej z lęku, że zostaniemy zranieni. Ale można też mieć wspaniałe dzieciństwo (albo tak je postrzegać, ale to już inna sprawa), a mimo to w późniejszym życiu być mocno zranioną na przykład w pierwszej ważnej relacji z mężczyzną. Dobre dzieciństwo jest warunkiem koniecznym, by budować dobre relacje, ale niewystarczającym.

Chcemy być kochani, więc szukamy miłości, ale czasem robimy to zbyt kompulsywnie. Może problematyczne jest samo „szukanie”?
Ja nie obawiam się tego słowa. Gdybym została singielką, co mam nadzieję się nie stanie, bo mój partner jest ojcem mojego dziecka i bardzo go kocham, ale gdybym znów była bez partnera, to szukałabym nowego. Cóż złego powiedzieć znajomym: „Jak znacie kogoś fajnego, to dajcie znać” albo spytać koleżanki: „Słuchaj, kim jest ten przystojny facet z twojej pracy?”. To postawa aktywna: wychodzę do ludzi, rozglądam się, może nawet zapisuję na portal randkowy. Korzystam z okazji, ale też potrafię je stworzyć. Bo kiedy jest nam źle, robimy się bierne. Oczywiście, w siedzeniu w domu z dobrą książką i herbatą nie ma nic złego, chodzi o to, żeby to nie było rodzajem ucieczki i poddania się. Dlatego zachęcam: zaproś znajomych, wyjdź do kina, zapisz się na nowe zajęcia. Jeśli jedną z myśli, która tobą kieruje, będzie: „A może tam kogoś poznam?”, nie ma w tym nic złego. Ale JEDNĄ z myśli, bo dotknęłaś tu ważnej kwestii – kompulsywności w nastawieniu na cel, jakim jest znalezienie partnera, i zapominaniu o całej reszcie. Kiedy za wszelką cenę chcę mieć faceta, to pojawia się ogromne ryzyko, że złapię się na wydmuszkę, czyli trafię nie na królewicza, a na rozbójnika. Zdaje się, że to Jung kiedyś powiedział: „Zakochanie to rzutowanie własnych fantazji na przypadkową ofiarę”. Czyli mam wyobrażenie, że mężczyzna powinien być taki a taki i nakładam je na pierwszego mężczyznę, który mi się spodoba. I on staje się ofiarą moich oczekiwań i żądań. Bo potem przyjdzie otrzeźwienie, okaże się, że on nie jest taki, jaki miał być. A on jest taki, jaki był. Tylko ja tego nie widziałam. Można zakochać się mądrze, na trzeźwo.

W książce „Nas dwoje” radzisz, by prowadzić dzienniczek znajomości.
Bo my mamy często bardzo trafne spostrzeżenia, tylko one nam umykają, ponieważ nie wchodzimy z nimi w wewnętrzny monolog. Zrzucamy to na karb intuicji, która tak naprawdę jest poszerzoną percepcją. Czyli ktoś nam mówi: „Nigdy nie poznałem tak pięknej kobiety”, a my czujemy w tym jakiś fałsz. To nie magia czy szósty zmysł, my po prostu widzimy kątem oka, że zaraz potem sprawdza godzinę na komórce czy patrzy się takim samym wzrokiem na naszą koleżankę. Poszerzona percepcja to umiejętność dostrzegania i analizowania ważnych sygnałów, które wiele mówią o drugiej osobie i sytuacji.

A jak długo dawać szansę komuś, kto jest miły, ale jakoś nie ma iskry?
No wiesz, ja też jestem miła, ale to nie znaczy, że mamy zacząć chodzić na randki (śmiech). Trzeba siebie spytać, czego chcemy. Chodzenie na randki z miłymi mężczyznami jest bardzo… miłe. Czemu nie. Ale jeśli chcę budować głębszą relację, a czuję, że akurat tego mężczyzny nie chcę bliżej poznać…?

Nawet czysto fizycznie…
Związek to relacja dwojga przyjaciół i zarazem kochanków – sfera erotyczna, seksualna jest istotna. Może się okazać, że poznałam bardzo fajnego faceta, który będzie moim dobrym kolegą, może nawet przyjacielem, ale czy zaraz partnerem? Bo jeśli jego zapach mi nie odpowiada czy nie mam chęci, by go dotknąć, choćby musnąć w przelocie rękę… to chyba nic z tego nie będzie. Czasem to rodzi się w miarę pogłębiania znajomości i tutaj zachęcałabym, by dawać tę szansę, o którą pytasz. Na początku możemy być spięci, speszeni… Ale jeśli po trzeciej randce wkurza mnie, jak on siorbie i naprawdę mnie to irytuje (śmiech), to proponowałabym się nad tym zastanowić. Nawet jeśli to głupotka, ale skoro ją dostrzegam, może oznaczać, że nie ma właśnie tej pożądanej chemii. Fizyczna przyjemność, jaką odczuwamy w obecności drugiej osoby, jest konieczna, choć niewystarczająca. Ale myślę, że większość czytelniczek może mieć całkiem odwrotny problem. Stawiamy na fizyczność, a potem się okazuje, że nie mamy żadnych wspólnych tematów.

A co, kiedy wszystko gra, ale on nie chce się wiązać?
Z reguły w takiej sytuacji kobiety zadają sobie pytanie: „Co ze mną nie tak?”. A przecież ten człowiek jest z jakiegoś domu, ma na swoim koncie jakieś doświadczenia, bagaż życiowy i może problem tkwi po jego stronie. Może boi się bliskości, może został bardzo zraniony i ma swoje dysfunkcyjne założenie. Relacja to dwie osoby. Nie szukajmy od razu problemu w sobie, ale też nie skreślajmy od razu znajomości i nie reagujmy agresywnie, przypisując komuś złe intencje. Pamiętajmy, że nie mamy zdolności telepatycznych – nie przewidujmy, nie zgadujmy – zapytajmy! „Słuchaj, chciałabym cię bliżej poznać, ale odnoszę wrażenie, że ty się dystansujesz”. Bardzo ważne jest powiedzenie tego, co czujemy, a nie tego, czego się domyślamy. Jeśli mężczyzna jest świadomy swoich przeżyć, emocji, motywacji, może odpowiedzieć wprost: „Tak, masz rację, rozstałem się niedawno z żoną, mam jeszcze obawy przed wchodzeniem w związki”. Mężczyzna, który potrafi tak powiedzieć – skarb (śmiech). Z reguły to kobiety mają większą łatwość werbalizowania swoich emocji. Dlatego też on może powiedzieć coś nie wprost, ale my możemy to nazwać, zadając kolejne pytanie: „Czy z tego, co powiedziałeś, mogę wywnioskować, że boisz się bliskości?”. Pytajmy, nie stwierdzajmy i nie oceniajmy. Zamiast: „boisz się”, mówmy: „boisz się?”.

A może po prostu on nie jest nami zainteresowany?
Ja myślę, że mężczyźni nie mają problemu, by dać do zrozumienia kobiecie, że nie są zainteresowani. To my, kobiety, mamy problem z zachowaniami wprost, asertywnymi, czytelnymi. Dlatego warto nad sobą popracować, zanim wejdziemy w kolejny związek. Uczmy się asertywności od mężczyzn, ale przede wszystkim uczmy się miłości i szacunku do siebie. Bo jesteśmy wyjątkowe i zasługujemy na miłość – uwierzmy w to wreszcie!

Maria Rotkiel psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek.