1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czego lepiej nie robić w pracy?

Czego lepiej nie robić w pracy?

123rf.com
123rf.com
Jeśli zależy ci na dobrej atmosferze w pracy, nie drażnij współpracowników. Oto 7 zachowań, które mogą mocno zirytować kolegów z biura.

W pracy spędzamy w pracy około jedną trzecią życia. W zbiorowisku obcych osób zamkniętych w jednym miejscu łatwo o konflikty.  „Wystarczy sobie przez chwilę wyobrazić, z czym stykamy się każdego dnia. To często mieszanka wybuchowa – wiele osobowości, różne ambicje i cele, presja codziennych obowiązków, projekty, stres. Żeby taka machina funkcjonowała, każdy musi się dostosować i trochę pilnować”,  mówi Bartosz Struzik z serwisu z ofertami pracy MonsterPolska.pl. Jakich zachowań unikać w pracy?

Używanie irytującego żargonu
To błąd, który popełniają menadżerowie i liderzy zespołów. Uważają, że jeśli użyją specyficznego słownictwa, lepiej zmotywują kolegów. Chcą brzmieć jak szefowie. Tymczasem nic tak nie drażni jak tzw. menadżerskie gadki. Określenia typu „myśl niestandardowo” albo „wszystkie ręce na pokład” powinny zniknąć ze słownika. Najlepiej mówić prosto i bez ozdobników.

Głośne rozmowy
Wiadomo, że wszyscy rozmawiamy w pracy – konsultujemy się ze sobą, dzwonimy. Ale ważne, by robić to tak, by nie przeszkadzać innym. Głośne mówienie jest bardzo irytujące, bo nie pozwala innym skupić się na pracy. A kiedy ktoś nam zwróci uwagę, lepiej przeprosić niż się obrażać.

Siedzenie „z nosem w smartfonie
Jeśli w trakcie narady albo – co gorzej – spotkania z kimś, co chwila zerkamy na telefon, przewijamy ekran albo piszemy, będzie to na pewno źle odebrane. To oznaka braku szacunku do kolegów. Większość z nich będzie przekonana, że nie załatwiamy w ten sposób służbowych spraw, tylko zwyczajnie się nudzimy.

Przynoszenie życia prywatnego do pracy
To, co się dzieje w domu, powinno zostać w domu. Szczególnie, jeśli dzieje się źle. Nie opowiadamy współpracownikom o kłótni z partnerem czy problemach ze zbuntowanym nastolatkiem. To tylko ich zasmuci, zepsuje atmosferę. Możemy się pochwalić, jeśli coś nam się udało. Ale też z wyczuciem.

Notoryczne spóźnialstwo
Nieustające spóźnianie się to brak szacunku dla współpracowników. Pokazujemy w ten sposób, że „mamy gdzieś” ich czas i nie obchodzi nas to, że muszą na nas czekać.

Robienie bałaganu
Zabałaganione biurko czy nieposprzątanie po sobie we wspólnej kuchni zirytuje wszystkich. A szefowi pokaże, że jesteśmy nieodpowiedzialni i nie poukładani. Może pomyśleć, że tak samo nie potrafimy zachować porządku w zadaniach, które nam zlecił.

Plotkowanie
Obgadywanie innych wpływa na naszą wiarygodność. Jeśli koledzy się zorientują, że rozsiewamy plotki, przestaną nam ufać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Do czego jest nam potrzebna inteligencja seksualna? Pytamy Kasię Miller

Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. (Fot. iStock)
Pojęcie „inteligencja seksualna” stworzyli dr Sheree Conrad i dr Michael Milburn, badając, dlaczego mimo rewolucji seksualnej nadal brak nam w łóżku szczęścia. Z kolei autorką pojęcia „inteligencja erotyczna” jest Esther Perel, która w książce o tym samym tytule zastanawia się, jak dziś, w czasach „dyktatury równości”, mamy zaakceptować, że właśnie seksualna nierówność gwarantuje udany seks? Czy naprawdę inteligencja jest nam potrzebna, gdy nie mamy na sobie ubrań – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Seks w naturalny sposób łączymy z instynktami, podnietami, chemią, czyli siłami niezależnymi od naszej woli czy rozumu. Tymczasem pisze się i mówi o inteligencji kochanków. Czy więc to, co myślimy, ma znaczenie w łóżku? Przecież nie zakładamy firmy, tylko mamy się kochać. A może ta inteligencja to tylko taki amerykański modny wymysł?
Ma znaczenie nie tylko, jak myślimy, ale i jak działamy, co wybieramy. Na początek opowiem dwie anegdoty z życia. Pierwsza to tragifarsa miłosna o obdarzonej inteligencją erotyczną młodej kobiecie, która umówiła się w hotelu na seks z atrakcyjnym, onieśmielającym ją starszym mężczyzną. Była tą randką tak przejęta, że jak tylko trafili do pokoju, chciała koniecznie umyć zęby i zrobiła to z takim zaangażowaniem, że wypadła jej koronka i utknęła w kolanku umywalki. Biedulka załamała się, była już i tak speszona, a tu jeszcze – szczerbata! Cała ochota na seks jej odeszła, chciała już tylko wrócić do domu. Ale jak?! Bez koronki? Sama jej jednak nie mogła wyjąć...

Zadzwoniła do seksownego polskiego hydraulika – a jej seks-inteligencja polegała na tym, że miała pod ręką jego numer!?
To dobry pomysł mieć taki telefon zanotowany, ale akurat zrobiła coś innego, co też potwierdziło jej inteligencję erotyczną, a nawet seksualną mimo małego doświadczenia. Czekającemu na nią mężczyźnie powiedziała, choć bardzo się wstydziła, że nie dość, że brak jej wprawy w takich hotelowych schadzkach, to jeszcze nie ma zęba z przodu, bo koronka jej wpadła do kolanka umywalki. Na co on podskoczył uradowany. Jemu też niedawno przydarzyła się podobna przygoda, a więc więcej ich łączy, niż myślał. I zamiast spojrzeć na zegarek, mówiąc, że zapomniał o ważnym spotkaniu, lub też zająć się owym kolankiem umywalki, z ogniem w oczach zajął się jej kolankami. Jej bezradność, szczerość i otwartość plus urocze kobiece skrępowanie go urzekły. No i mieli udany seks, bo on wspiął się na wyżyny swojej sztuki, widząc w niej prawdziwą dziewczynę bez grama pozy, gry czy manipulacji… I, oczywiście, sam wykazał się wysokim poziomem inteligencji erotyczno-seksualno-emocjonalnej.

Jeśli więc stracimy ząb, nie musimy tracić okazji do superseksu i być skazani na randkę z dentystą?
Na tym polega inteligencja seksualna, by coś, co mogło być brakiem, przekuć w atut. A teraz druga anegdota z życia, ale tym razem o braku inteligencji seksualnej i erotycznej u pewnej atrakcyjnej i doświadczonej damy, która miała całe mieszkanie wytapetowane swoimi zdjęciami w różnych gorsetach i innych peniuarach, by przypadkiem ktoś z gości nie przegapił, jaka to jest piękna. Owa dama zawsze przechwalała się przed przyjaciółkami, że w łóżku potrafi przybrać najbardziej korzystną pozę, a więc też każdego mężczyznę owinie sobie wokół małego palca. No i pewnego dnia poznała atrakcyjnego pana. Ów obciął ją od stóp do głów i powiedział, że wchodzi w to, ale tylko na rok. Nie jest bowiem jego zdaniem kobietą na całe życie, ale na udany romans, owszem. Nasza bohaterka co prawda myślała o czymś na stałe, ale była tak pewna swojej erotycznej siły, że już widziała, jak po roku ów mężczyzna traci na jej punkcie głowę i to ona zadecyduje, co z nim będzie dalej.

Rozumiem, że się przeliczyła?
Całkowicie, bo choć żyli jak para, a nawet pomieszkiwali u siebie, to po roku on rzekł: „Dziękuję ci” (bo był dobrze wychowany), i zniknął. Odchorowała to. Nic dziwnego, trafiła na wyjątkowo zimnego i egotycznego faceta. Ale dostała nauczkę za swoją głupotę i prztyczka w nos za pychę. Zlekceważyła jego słowa, myśląc, że on nie wie, co gada. Ale wiedział. No ale jej brak inteligencji seksualnej widać było już w tym przedmiotowym traktowaniu swojego ciała, a potem i tego mężczyzny. Te jej pozy w łóżku, z których była tak dumna, to sygnał, że nie ma pojęcia, na czym seks i erotyzm polegają. Dowód na to, że nigdy nie traci kontroli, nie pozwala się unieść fali pożądania ani rozkoszy. Nie pozwalała sobie na to, by podążyć za swoimi potrzebami ani za mężczyzną, a to oznaki braku mądrości i seksualnej, i erotycznej.

Zgodnie z definicją inteligencja seksualna to wiedza o tym, co jest nam potrzebne do udanego seksu, empatia na potrzeby partnera i sygnały płynące z naszego ciała. Umiejętność rozmowy, kreatywność – o tym nieraz już pisaliśmy. Ale też dowodem na nią ma być, jak wynika z badań (m.in. prof. Johna Gottmana), bycie w stałym związku. Ci, którzy w nich są – osiągali w testach wysoką IS, a w łóżku poznali rozkosz. Głupcami okazali się za to podrywacze i „puszczalskie”.
Bo nie idą w głąb, nie rozwijają się, powtarzają ciągle tylko początek – zakochanie, fascynację itd. A to dopiero pierwszy krok! Jednak wiedza o tym, czego się potrzebuje w seksie, jest, niestety, rzadkością, bo u nas nie uczy się, jak odkryć to, co lubimy, do czego jesteśmy stworzeni. Nikt nam nie powie, że trzeba szukać i znajdować, odkrywać swoje pragnienia zwłaszcza w seksie. Seksualność ludzka, a szczególnie kobiet, jest nadal poddawana obróbce, jeśli już nie przez tabu, to przez kompleksy, a od czasu, gdy uzyskaliśmy „wolność” – przez modę i pornografię. I jeśli już dziś czegoś powszechnie poszukujemy w seksie, to poklasku, uznania, połechtania próżności czy pogłaskania kompleksów. Nawet nasi kochankowie nie pytają, czego chcemy. Sami musimy to odkryć i jeszcze nauczyć się, jak to sobie dać, a to naprawdę ciężka praca. No i często jej nie wykonujemy i dlatego – sfrustrowani – wciąż zmieniamy partnerów.

Zamiast jakości ilość.
Tymczasem to, co nas łączy z drugim człowiekiem, może się rozwijać w nieskończoność i w nieskończoność dostarczać nam coraz więcej, a nie coraz mniej, także rozkoszy. Drugim człowiekiem nie można się znudzić. Szaleństwo zakochania mija i dobrze, bo byśmy kręcili się w kółko naćpani hormonami, a seksualność może i nawet powinna się rozwijać, a wówczas obejmuje nie tylko nasze ciało, ale też umysł, serce, aż sięga po duchowość i dalej jeszcze po wszechświat. I gdy jesteśmy sobie bliscy na tych wszystkich poziomach, w tych wszystkich wymiarach bytu, możemy osiągnąć najwyższą, absolutną rozkosz.

Tak to czuję i tak sobie wyobrażam. Myślę też, że taki jest sens seksu tantrycznego, który stanowi jedną z dróg ku pełnej ekstazie. A mówiąc po europejsku: im więcej między kochankami intymności, bliskości, zrozumienia i zgody na siebie nawzajem, zachwytu, fascynacji, tym więcej doświadczą rozkoszy. Za byciem z jednym partnerem przemawia też sama fizjologia mózgu, bo jak się okazuje, im częściej ćwiczymy jakieś zachowania, tym silniejsze powstają w naszym mózgu tzw. ścieżki neuronowe. I wyobrażam sobie, że dwoje bliskich sobie ludzi może mieć orgazm, patrząc sobie w oczy z dwóch stron wypełnionej ludźmi sali.

Seksuolodzy jednak ostrzegają, że nadmierna bliskość to koniec pożądania. Perel pisze, że pożądanie rodzi się w szczelinie między kochankami, w tym, co ich różni, ciekawi, ku sobie ciągnie. I że ci inteligentni erotycznie nie pozwalają sobie na całkowite odsłonięcie.
Zgadza się, nie można stopić się w jedno, zrezygnować z siebie. To nie jest intymność i bliskość. Nie wolno zostawiać siebie, zawieszać się na drugim człowieku, bo wtedy nie jesteśmy blisko nawet ze sobą, a co dopiero z kimś innym. By tworzyć intymność, dwoje ludzi ma mieć odrębne tożsamości, sprawy i tajemnice. Ale też intymność buduje to, że oni szepczą sobie na ucho, że nie opowiadają innym o tym, co razem przeżyli, że mają swoje wspólne sekrety, tajemnice, marzenia. Kobieta jest dla mężczyzny pociągająca, bo jest inna niż on. A mężczyzna jest dla kobiety sexy, bo nie jest jej lustrzanym odbiciem.

Właśnie! A polityczna poprawność w stylu amerykańskim, czyli równość niwelująca różnice, prowadzi do nudy w sypialni. Perel głosi genderową herezję, że seks demokratyczny, na równych prawach, to nuda, bo pożądanie to nie dziecko demokracji.
Kobieta i mężczyzna, jeśli są wolni i spontaniczni, mogą być w sypialni panem i niewolnicą lub panią i niewolnikiem, a w salonie, kuchni i w pracy – partnerami. To wyraz prawdziwej wolności, inteligencji seksualnej i erotycznej. Możliwość zmiany, wybierania schematów zachowań w zależności od sytuacji i potrzeb, celów, do których się dąży, to prawdziwa mądrość sypialniana.

Perel pisze, że dla kobiet sukcesu, które kontrolują, kierują, planują i realizują, oddechem jest latynoski kochanek, który dominuje i napastuje, bo w jego świecie mogą odpuścić, oddać się, ulec. Opisuje właśnie taką parę: Amerykankę i Włocha. Kobieta przyznaje, że w sypialni zapomina o politycznej poprawności, stawia na rozkosz.
Seks jest przygodą, dlatego nie może w nim być planów i nie może być demokracji. Jest jak przeprawa przez rzekę. Może nas porwać prąd, możemy z nim popłynąć cudnie bez wysiłku na drugi brzeg lub wpaść w wir, który nieźle nas wyobraca, tak że nie będziemy mogły złapać oddechu. Możemy też przedostać się na drugi brzeg, łapiąc jakiś konar... Nie da się nie zamoczyć i nie da się uniknąć szybszego bicia serca. Oczywiście, można cały czas być po tej samej stronie rzeki, ale to naprawdę nudne. Zamiast więc składać – wszędzie, a więc i w sypialni – deklarację bycia nowoczesną, genderową czy jakąś tam, lepiej być uczciwszą wobec siebie. Odkryć, gdzie i jak same siebie okłamujemy, i przestać to robić. Zignorować naszego wewnętrznego rodzica, czyli nadzorcę tego, co nie wypada – i zapytać wewnętrzne dziecko, czego ono pragnie od seksu, co lubi, czego by chciało. I tak idąc za swoim wewnętrznym głosem, takim płynącym z brzucha, krok po kroku rozwinąć własną erotyczną inteligencję. Jak zwykle gdy chodzi o coś ważnego i trudnego – małymi krokami, ale wytrwale. Zrobić więcej miejsca dla wewnętrznego dziecka, czyli naszych uczuć, potrzeb i energii. Sprawdzać, sprawdzać i jeszcze raz sprawdzać. Co nam odpowiada, sprawia przyjemność, daje rozkosz, a czego się wstydziłyśmy tak, że dotąd sobie na to nie pozwalałyśmy? Jeśli mamy ochotę, zacznijmy sobie na to pozwalać. Wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie, czego nie zrobiliśmy, choć nas korciło, ale nie pozwolił nam na to lęk, wstyd. Jest wysoce prawdopodobne, że dotrzemy do zakazów z domu rodzinnego, i trzeba będzie wybierać, czy nadal być grzeczną, czy wreszcie szczęśliwą. Warto też czytać lektury pełne seksu o bohaterach przekraczających granice, oglądać takie filmy, rozmawiać o swoich zahamowaniach, dzielić się z zaufanymi osobami, najlepiej wzajemnie. Pisać do siebie listy z nowymi scenariuszami i potem je w realu urzeczywistniać.

A czy Katarzyna Miller ma inteligencję seksualną i jest erotycznie mądrą kobietą?
Mam nadzieję, że tak, choć początki były nieudane. Ale dałam radę nie zrazić się całkiem i poczekać, aż trafię na mężczyznę, który mnie otworzy seksualnie. A wtedy przeżyłam niezwykłą wizję, że oto mam dłuuuugie srebrne włosy, które przeciągają mnie na drugą stronę kosmosu. Dziękuję mu za to! Bo też znalazłam się naprawdę po drugiej stronie, stałam się kimś innym. Już byle czym nie można było mnie zadowolić i wiedziałam, czego chcę od seksu, co on mi może dać i co ja mogę dać.

  1. Psychologia

Inteligencja emocjonalna – jak zarządzać emocjami 

Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją. (Fot. iStock)
Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją. (Fot. iStock)
Wielu z nas nie potrafi panować nad swoimi emocjami, co przekłada się na relacje z innymi, atmosferę w domu, wyniki w pracy. Zestresowani rodzice powielają utarte schematy wychowania, w których nie ma miejsca na rozwijanie inteligencji emocjonalnej u dzieci.  Traci na tym każda ze stron.

Każdy z nas ma dni, w których czuje, że wszystko wymyka się spod kontroli. Nad niczym nie panuje i najchętniej zapadłby się pod ziemię, albo zniknął na kilka dni. Ciągłe wrażenie przytłoczenia i natłoku pracy, wywołuje w nas ogromny stres i poczucie bezsilności. Albo co gorsze - wybuch napięcia.

Ale są też tacy, którzy pomimo licznych przeciwności losu każdego dnia są pełni energii i optymistycznie patrzą w przyszłość, a wszystkie napotykane na swojej drodze problemy potrafią przekuć w sukces.

W czym tkwi sekret? W poziomie inteligencji emocjonalnej i umiejętności zarządzania własnymi emocjami. Inteligencja emocjonalna to zbiór określonych kompetencji, dzięki którym łatwiej człowiekowi funkcjonować w społeczeństwie. Można do nich zaliczyć cztery główne umiejętności: rozpoznawanie emocji i ich rozumienie, wykorzystywanie ich potencjału w działaniu i myśleniu, empatyczne ich wyrażanie oraz korzystne regulowanie. Wysoki poziom inteligencji emocjonalnej przekłada się na lepsze radzenie sobie w sytuacjach konfliktowych czy stresujących, a także wpływa na tworzenie zdrowych relacji międzyludzkich.

Zarządzanie emocjami, a dzieciństwo

Właściwego rozpoznawania emocji warto uczyć już małe dzieci. Powinno się też tłumaczyć, dlaczego dana emocja się w ogóle pojawiła. Pamiętajmy, aby rodzice mieli wspólną definicję dla opisywania znaczenia emocji. Dzieci uczą się poprzez naśladownictwo, dlatego tak ważne jest, by mieć świadomość, że nasze komunikaty i reakcje stanowią dla nich przykład i wzór do naśladowania. Rolą rodziców, dziadków, pierwszych nauczycieli w żłobku czy przedszkolu jest nie tyle nauczenie ich czym są w ogóle emocje i dlaczego ich doświadczamy, ale przede wszystkim swoją postawą, pokazywanie właściwych reakcji na nie.

Tak samo jest w przypadku dorosłych. Chociaż umiejętność zarządzania swoimi emocjami teoretycznie powinien mieć opanowaną każdy z nas, to jednak wiele osób miewa z tym trudności. Dzisiaj większość z nas chce regulować emocje, omijając inną ważną umiejętność jaką jest wyrażanie, czyli empatyczne pokazanie tego, jak się czuje. Samo wyregulowanie emocji nie wystarczy do dobrej komunikacji a wręcz może ją utrudniać.

Rodzice mający problemy w tym obszarze nie będą w stanie przekazać niezbędnej wiedzy dziecku, aby potrafiło ono, w dorosłym już życiu, wyrażać i odczytywać emocje we właściwy sposób. Na szczęście inteligencja emocjonalna nie jest cechą genetyczną i można ją kształtować przez całe życie.

Inteligencja emocjonalna, a jakość życia

Dobrze rozwinięta inteligencja emocjonalna może w znaczący sposób wpłynąć na jakość naszego życia, związków z innymi, naszą samoocenę i postrzeganie samych siebie, a nawet na naszą motywację i zaangażowanie w pracy. Powinna to być umiejętność, którą rozwija się w przedszkolu czy szkole, tak jak uczy się pisania i czytania. W ten sposób można kształcić dzieci tak, aby wyrosły na ludzi świadomych siebie, swojej wartości, pewnych siebie, ale przede wszystkim – zwyczajnie szczęśliwych.

Osoba inteligentna emocjonalnie to przede wszystkim taka, która jest świadoma swoich emocji, uważnie je obserwuje i pokazuje je innym, w czytelny i bezpieczny sposób, aby inni wiedzieli jak dokładnie ona się czuje. Kiedy jest potrzeba zmniejszenia swojego pobudzenia emocjonalnego używa takich sposobów, który przede wszystkim jest skuteczny i “zdrowy” dla niej samej. Taka osoba nie tłumi w sobie uczuć, nie krzywdzi innych używając agresji pasywnej czy fizycznej, ponieważ każda pojawiająca się emocja jest dla niej konkretnym komunikatem. Na co dzień chcielibyśmy otaczać się właśnie takimi osobami, które swoją postawą i umiejętnością empatycznego podejścia do każdej emocji powodują, że czujemy się przy nich po prostu bezpiecznie. Takie osoby jasno komunikują innym swój smutek, powody pojawienia się złości czy gniewu, widać jak zmniejszają zbyt intensywną radość. Potrafią również okazać ogrom wsparcia, empatii i zawsze nas wysłuchają, a przede wszystkim wiemy, jakiej reakcji możemy się po nich spodziewać. Swoją postawą sprawiają, że mamy pewność, że żadna kłótnia czy inna sytuacja konfliktowa z ich udziałem nie zamieni się w burzę słów, wyścig krzyków, obwiniania, szukania winnego i plotkowania.

Warto też pamiętać, że starając się o pracę potencjalny szef nie będzie tolerował wybuchów złości czy krzyków, które bardziej pasują do nastolatka wkraczającego w okres dorosłości, a nie przyszłego pracownika międzynarodowej korporacji. Jego oczekiwania dotyczyć będą tego, aby pracownik jasno i empatycznie wypowiadał się na temat powodu swojej złości. Żyjemy w dynamicznych czasach, w których zdolność do jasnego komunikowania swoich potrzeb, radzenia sobie ze stresem, rozwiązywania sytuacji konfliktowych, czy umiejętność pracy w zespole niejednokrotnie bardzo różniących się od siebie ludzi często bywają ważniejsze niż faktyczny poziom wykształcenia potwierdzony uzyskanymi dyplomami.

Zawsze jest dobry czas na rozwój emocjonalny

Inteligencję emocjonalną możemy rozwijać niezależnie od wieku, czy posiadanego wykształcenia. Pierwszym krokiem ku zmianie jest uświadomienie sobie swojego problemu, przyznanie się przed samym sobą, że nie potrafimy panować nad swoimi emocjami i reakcjami na różne sytuacje. Przerasta nas to, nie wiemy jak się zachować, jak zareagować, a co najważniejsze – jak odwrócić naszą uwagę od bodźców, które wywołały w nas niepożądane emocje. Gdy przez lata tłumiliśmy w sobie wszystkie emocje, bo tak zostaliśmy wychowani i żyliśmy w przeświadczeniu, że przyznanie się do odczuwania danej emocji jest złe lub nie na miejscu, albo nikt wcześniej nam nie pokazał jak w zdrowy sposób radzić sobie z narastającą w nas złością czy poczuciem bezsilności, to sami nie będziemy w stanie sobie pomóc. Niezbędne będzie wsparcie specjalistów.

Jednym ze skutecznych rozwiązań może być trening rozwoju inteligencji emocjonalnej, podczas którego uczestnicy uczą się zarządzać swoimi emocjami. Jest on dopasowany do indywidualnych potrzeb danej osoby, co weryfikują poprzedzające go testy sprawdzające m.in. aktualny poziom wszystkich kompetencji. Każdego dnia możemy również ćwiczyć naszą inteligencję emocjonalną za pomocą krótkich ćwiczeń wyrabiających w nas określone nawyki i uważność na reakcje naszego organizmu.

Z rozwijaniem inteligencji emocjonalnej powinno być tak, jak z nabywaniem każdej nowej umiejętności. Żeby nie zniechęcić się brakiem znaczących rezultatów warto zacząć od małych kroków, dzięki którym powoli zaczniemy w sobie wyrabiać nawyk pewnej uważności na reakcje naszego organizmu i emocje temu towarzyszące.

Pomocne wskazówki:

1. Gdy czujesz, że tracisz kontrolę - zatrzymaj się i wsłuchaj w swoje emocje. Jaką emocję czujesz? Nazwij ją.

2. Co się dzieje z twoim ciałem, kiedy ją odczuwasz, w którym miejscu najbardziej odczuwasz daną emocję?

3. Co wywołało tę emocję? Dlaczego ją odczuwasz?

4. Jak powinieneś wyrazić tę emocję, aby nie krzywdziła innych, ale była dla nich czytelna?

5. Co możesz zrobić, aby zmniejszyć jej siłę?

6. Co możesz zrobić, aby zmienić swój nastrój?

(Fot. archiwum prywatne) (Fot. archiwum prywatne)

Marzena Martyniak – psycholog, specjalista w dziedzinie rozwoju inteligencji emocjonalnej, stowarzyszony partner International Society of Emotional Intelligence (ISEI). Autorka polskiej wersji SEL (Social Emotional Learning) oraz unikalnego programu edukacyjnego Land of Emotions.

  1. Psychologia

Toksyczny szef. Czy wiesz, jak go rozpoznać?

Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. (Ilustracja: Getty Images)
Co to znaczy, że ktoś jest toksyczny? - Można mówić o toksycznym zachowaniu czy sposobie wypowiadania się, ale nie o człowieku. Jest to ważne rozróżnienie, bo toksyczne słowa i działania można zmienić – zauważa Benedykt Peczko.

Ja i toksyczny szef - jak układają się te relacje?
Co to znaczy, że ktoś jest toksyczny? Unikałbym oceniania szefów w taki sposób, w ogóle kogokolwiek. Można mówić o toksycznym sposobie zachowania, wypowiadania się. Nie osoba jest toksyczna, tylko to, co robi. To ważne rozróżnienie, ponieważ toksyczne słowa, zachowania i działania można zmienić. Dobrze jest zacząć od rozróżnienia, co toksycznego my sami wnosimy do relacji służbowych, a co wnosi szef.

Przenosimy ambiwalentne emocje i niezaspokojone potrzeby z dzieciństwa do relacji służbowych. Szef przypomina ojca albo matkę, albo i ojca, i matkę.
Znam mężczyzn, którzy przychodzą do pracy i od razu mają problemy z szefem, niezależnie od tego, co on zrobi czy powie. Już sam kontakt z nim powoduje napięcie i wycofanie. Po raz kolejny zmieniają pracę, bo „głupek nie będzie mną rządził”. Gdy przyglądamy się temu bliżej, jasno widać, że te wyuczone reakcje dotyczą jakiejś osoby z przeszłości. Jeden z mężczyzn, menedżer wysokiego szczebla, reagował w ten sposób na szefową, zanim odkrył, że przenosi na nią emocje związane z nauczycielką ze szkoły podstawowej. Ta nauczycielka zarządzała klasą – 30 lat temu – poprzez strach i poniżanie uczniów. Teraz ten mężczyzna w obecności szefowej – która nie poniża i nie atakuje, a jedynie w sposób zdecydowany wygłasza opinie i oceny – traci dostęp do własnych kompetencji i umiejętności. Niejednokrotnie ma ochotę zabrać głos, podzielić się jakimś pomysłem, coś poprzeć czy skorygować, jednak nie może wydobyć z siebie głosu.

Szef nie chwali, nie docenia. Rodzice też nie chwalili…
Nie akceptowali nas takimi, jacy jesteśmy. Oczywiście, bardzo dobrze byłoby, gdyby szefowie doceniali nasze starania i dawali temu wyraz. Tak postępują liderzy. Jednak nie wszyscy znają zasady dobrego zarządzania ludźmi, zdrowego motywowania. Nie możemy oczekiwać, że szefowie będą skupiali się na potrzebach pozamerytorycznych pracowników.

Dlaczego nie?
Dlatego że nie mamy na to wpływu. Mamy wpływ na siebie. Jeśli więc szef pochwali, to wspaniale. Jeśli jednak nie doceni, to z tego powodu nie musimy przekreślać relacji z nim.

I walczyć.
Tak, wielu mężczyzn buduje swoją relację z szefem, walcząc z nim. To mocny wzorzec wyniesiony z domu albo z podwórka. Chłopiec musiał podkreślać swoją indywidualność właśnie w taki sposób. Być może rodzice narzucali ograniczenia, wpajali synowi „właściwe” style i wartości, wymuszali określony sposób ubierania się, jedzenia, życia. W dorosłym życiu mężczyzna napotyka autorytet i natychmiast spina się do walki.

Gdybyśmy wykluczyli te osobiste czynniki, po czym możemy poznać, że zachowania szefa są toksyczne?
Wielu szefów odreagowuje w pracy swoje życiowe frustracje. Wtedy ich zachowania i reakcje są nieadekwatne do sytuacji. Na przykład wybuchają wściekłością, gdy pracownik spóźnia się pięć minut albo gdy w bardzo dobrze przygotowanym raporcie znajdują kilka literówek. Odreagowują własny stres. Albo preferują styl zarządzania poprzez wytwarzanie traumy u pracowników. Mówią na przykład: „Ja nie mogę chwalić, bo im się w głowie poprzewraca, stracą motywację. Jak robią dobrze, powinni sami to wiedzieć. Jak zrobią źle, to natychmiast się o tym dowiedzą!”.

Toksyna widoczna gołym okiem.
Ci szefowie nie zdają sobie sprawy, że pracownicy odbierają taką sytuację jako permanentne niedocenianie ich pracy, eksploatowanie ich. Gdy jedyne komunikaty dotyczą tego, co zrobili źle, to ich przytłacza, przestają sobie ufać. Potrzebna jest zrównoważona informacja zwrotna, która obejmuje wszystko – to, co już jest dobrze robione, i to, co trzeba poprawić. Informacja zwrotna kojarzy się z krytyką. A krytyka jest rozumiana jako to, co robię nie tak. Słownikowo krytyka to ocena sytuacji czy działania, która zwraca uwagę zarówno na mocne, jak i na słabe strony. Gdy szef mówi: „Jestem bardzo krytyczny”, to powinno znaczyć „Jestem bardzo wspierający”. Wspieram to, co było dobrze zrobione, i bardzo uważam na to, co było niewłaściwe. Koryguję błędy, koncentrując się na mocnych stronach pracowników.

Toksyczne jest również komunikowanie się w sposób nieprecyzyjny, zbyt emocjonalny. Toksyczne bywają także – standardowe w korporacjach – okresowe oceny pracowników.

Ludzie boją się tych ocen jak ognia.
Odczuwają ogromny stres z ich powodu, ponieważ to są oceny dotyczące również osoby, a nie tylko umiejętności, które przecież można poprawić, rozwinąć. Jeden z moich klientów dowiedział się, że nie nadaje się do ludzi, do zespołu. Oczywiście, taka ocena natychmiast aktywuje starą traumę, na przykład ze szkoły, ponieważ cały system edukacji opiera się na ocenach. W domu dzieci także są oceniane – grzeczna, niegrzeczna, zdolny, niezdolny. Wiele takich ocen wsiąka w naszą podświadomość i żyje potem własnym życiem. Gdy spotykamy się z czymś podobnym w pracy, to dramat: znowu się nie sprawdzam, do niczego się nie nadaję, znowu to mnie przerasta. Zagrożona jest cała nasza tożsamość.

Toksyczne zachowania szefów wynikają też często z braku kompetencji, umiejętności, wiedzy.
Nierzadko próbują kompensować te braki krzykiem, brutalnością. Na przykład szef wchodzi do firmy, a wszyscy drętwieją, ponieważ wiedzą, że za chwilę będzie awantura. Bo zawsze jest. Jeśli wszystko jest w porządku, szef przyczepi się, że okno jest otwarte (bo przeciągi) albo zamknięte (bo duszno). Poprzez awantury podkreśla, że jest szefem, bo nie może tego potwierdzić w inny sposób. Zachowuje się toksycznie, gdyż nie radzi sobie z niskim poczuciem własnych kompetencji i prawdopodobnie z niskim poczuciem wartości.

Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że poszedł do szefa na rozmowę zatroskany, że jego dział niewłaściwie funkcjonuje, zrodził się chaos. A szef na to: „Bardzo dobrze, o to mi chodzi, pogrążajcie się bardziej, może wreszcie to was zmobilizuje”.
To obrazuje poziom bezradności tego szefa.

Co wtedy? Co robić?
Pójść do szefa z pomysłem na usprawnienie komunikacji. Kolejny krok to kontakt ze współpracownikami, działanie w zakresie swojego wpływu, wprowadzenie nowych procedur. Gdyby się okazało, że zawodzą wszystkie sposoby, a zachowanie szefa narusza nasze poczucie szacunku do siebie, a nawet zakrawa na mobbing, czas rozważyć inne sposoby, które byłyby wyrazem troski o siebie. Może przeniesienie na inne stanowisko. A może zmiana pracy. Miałem ostatnio klienta, który skarżył się na senior managera, człowieka agresywnego i wulgarnego. Menedżerowie wystosowali pismo do właściciela zagranicznego tej firmy z prośbą o jego odwołanie. A ten odpisał: „Słuchajcie, musicie się dogadać, bo on jest ważną osobą, zna ludzi, musimy się z nim liczyć, zaciśnijcie zęby i wytrzymajcie to jakoś”. Mój klient był na granicy: odejść czy zostać. Gdyby odszedł, dostałby roczną odprawę. Zdecydował jednak, że zostanie i zadba o siebie.

W jaki sposób?
Pracowaliśmy nad tym, aby nauczył się dystansować, a więc dbać o odpowiednią postawę ciała, głębszy oddech, dążyć do większego poczucia pewności siebie, rozluźnienia, kreatywności. Ważna okazała się także świadomość, że ten szef nie jest w stanie postępować inaczej, ponieważ ma głębokie problemy, jest uzależniony od narkotyków. Tacy ludzie nie radzą sobie z wysokim poziomem lęku, który rozładowują w kontakcie z innymi.

Szef niechętnie rozmawia, niechętnie się kontaktuje.
Jak kapitan, który nie schodzi ze swojego mostka, a co najwyżej rozmawia z nawigatorem, z pierwszym oficerem, z drugim. Z pozostałymi niechętnie. Dobrzy kapitanowie, którzy widzą kryzys w załodze, schodzą z mostka, rozmawiają z ludźmi. Bez tego Kolumb nie dopłynąłby do Ameryki. Tamta załoga miała okresy bezwietrzne, statki dryfowały, nie posuwały się naprzód, nie było widać lądu. Kolumb schodził do załogi, rozmawiał, sprawdzał, co dzieje się z ludźmi. Brak komunikacji też może być toksycznością.

Jak w takiej sytuacji sobie radzić?
Nie narzucać się, nie dążyć do kontaktu za wszelką cenę, bo wtedy efekt może być odwrotny od zamierzonego. Jest jeszcze głębszy poziom toksyczności. Mówiliśmy, że pracownicy przenoszą wzorce relacji ze swoich domów rodzinnych. Może się zdarzyć tak, że szefowie również to robią. Niektórzy pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, czyli takich, w których była przemoc, alkohol, nieobecność któregoś z rodziców. Jako dzieci wyrastali w klimacie deficytu emocjonalnego. Zdrowe więzi nie mogły się w pełni rozwinąć. Teraz w pracy funkcjonują w oparciu o procedury, sztywne reguły, technologie. Działają jak roboty, jak maszyny – trudno spotkać się z nimi jak z ludźmi, co także może być odbierane jako toksyczne.

Świadomość, z czego wynikają toksyczne zachowania, wiele zmienia, jednak nie rozwiązuje problemów.
Dlatego należy zadać sobie pytania: co sam mogę zrobić, żeby poczuć się lepiej? Co może mi pomóc? Kogo mogę poprosić o wsparcie? Trzeba koniecznie zadbać o siebie.

Benedykt Peczko psycholog, psychoterapeuta, trener. 

  1. Psychologia

Na czym polega flirt i kiedy zaczyna się flirtowanie?

Flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą. (Fot. Getty Images)
Flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą. (Fot. Getty Images)
Słodki i lekki jak beza, poprawiający samopoczucie jak czekolada – flirt to przepis na smaczne życie. I udany związek. Psychoterapeutka Katarzyna Miller twierdzi, że umiejętność flirtowania pokazuje także, na ile jesteśmy otwarci na innych, świadomi siebie i inteligentni emocjonalnie.

Flirt to błyskotliwa rozmowa o miłości, podsuwająca partnerowi pewne myśli, oceny uczuciowe czy sugestie – nie zawsze prawdziwe. Zmuszają one jednak do szybkiej orientacji, błyskawicznej riposty i zręcznej reakcji na każdą, najsubtelniejszą nawet uwagę” – pisała w latach 70. Michalina Wisłocka w swojej słynnej „Sztuce kochania”. Już wtedy ubolewała nad tym, że sztuka flirtu ginie. Na czym polega flirt i czy w obecnych czasach to już przeżytek?
Ujmę to inaczej: flirt wymaga inteligencji, a już na pewno inteligencji emocjonalnej, empatii i zainteresowania drugim człowiekiem, o co ostatnio trudno. Wszyscy zajmują się tylko sobą. Oczywiście my, terapeuci, uczymy, by najpierw pokochać siebie, ale robimy to dlatego, że ludzie siebie właśnie nie lubią, a jak siebie nie lubią, to o wiele bardziej się sobą zajmują, bo cały czas myślą o tym, jacy są nieszczęśliwi. Nie robią różnych fajnych rzeczy, nie bawią się, nie cieszą życiem, nie flirtują, tylko ciągle się zastanawiają, dlaczego innym jest dobrze, a im nie.

Druga sprawa: nasz świat jest dzisiaj mocno audiowizualny, każdy stara się głównie dobrze wyglądać, co samo w sobie nie jest jeszcze takie złe, od zawsze przecież ludziom na tym zależało, ale dziś to jest ważniejsze niż bycie, niż spotkanie z drugim człowiekiem. Sztuka konwersacji też zanika. Jak często nieładnie mówią te wszystkie ładne osoby! Zobacz, ile jest dziś eventów, a jak mało przyjęć. A co się robi na eventach? Załatwia interesy. Bo dziś zamiast być, trzeba się pokazać, zapromować. W świecie nastawionym na interesy nie ma flirtu. Ktoś cię zaczepia w barze, bo myśli, że coś z tego będzie. A co ma być? Interes. Tymczasem flirt jest bezinteresowny, to tylko chwila zabawy, ulotnego tańca między mężczyzną a kobietą, i koniec.

Kiedyś flirtowanie było po prostu formą towarzyskiej rozrywki.
Ciekawa jestem, kiedy ostatnio zdarzyło się naszym czytelnikom przegadać z kimś całą noc. Nawet nie pamiętam, kiedy mnie samej się to zdarzyło, a jeszcze kilka lat temu to była moja specjalność. Kiedyś książki czytało się po to, by o nich porozmawiać. A jak się kogoś poznawało, to pierwsze pytanie brzmiało: „Co teraz czytasz?”. Były też mody i prądy, na przykład wszyscy czytali literaturę iberoamerykańską, dziś wszyscy czytają szwedzkie kryminały, ale kto o tym rozmawia? Czyta się w cichych kącikach, a czytanie to przecież bardzo towarzyskie zajęcie. Pozamykaliśmy się na siebie.

I zrobiliśmy się strasznie spięci, zestresowani. Czy to też nie przytępia naszej ochoty na flirt?
A jakże! Bo popatrz, gdzie się flirtuje. Tam, gdzie nie ma napięcia i gdzie się ludzie lubią. Ja kupę swojego życia spędziłam na flircie, dlatego uznaję go za coś ogromnie ważnego.

Seksuolog Kazimierz Imieliński w książce „Sekrety seksu” pisze, że flirt powinien być podstawą wychowania młodzieży.
Bo flirt sprawia, że umiesz się zachować w towarzystwie, powiedzieć miłe słowo, być uprzejmym, co z kolei zapewnia ci sympatię innych, powodzenie, a potem umiejętność wybierania partnerów.

Skupmy się na tej ostatniej wartości. John Grey, autor „Marsjan i Wenusjanek na randce”,  porównuje flirtowanie do zakupów. Najpierw musisz poprzymierzać, powybierać, pomarudzić, żeby wiedzieć, co do ciebie najlepiej pasuje. Czy po takim zachowaniu możemy rozpoznać, kiedy zaczyna się flirt?
Oj, cudowne porównanie, bardzo mi się podoba. Dodam, że zakupy, podobnie jak flirt, są też polowaniem.

W czasach naszych babek flirt był jedynym sposobem na rozeznanie się na rynku matrymonialnym.
Flirt był i jest nadal świetną grą wstępną. Nam, kobietom, jest potrzebny czas na rozpalenie się, na wzniecenie pożądania. Najpierw czujemy ciekawość, rodzaj zachwytu, chęć na seks pojawia się dużo później, bo kobieta musi poczuć to całym ciałem, a nie jedną jego częścią, jak facet. Poza tym we flircie świetne jest to, że daje możliwość próbowania, rozgrywania całych sytuacji pomiędzy różnymi adoratorami, bo kiedy już jednego się rozflirtowało, to na wieść o tym zbiegają się kolejni, jak ćmy do światła. W ten sposób kobieta może mieć cały pęczek adoratorów i dać sobie z nimi radę, czyli sprawić, by nadal chcieli się przy niej kłębić w nadziei, że zostaną wybrani.

Jest taka słynna scena z „Przeminęło z wiatrem”, gdzie Scarlett O’Hara rozdziela na przyjęciu „łaski” pomiędzy wpatrzonych w nią jak w obrazek mężczyzn. Wszyscy oni są zachwyceni i przekonani, że fakt, że jest ich tylu, potwierdza tylko to, że ona jest wybitna. U nas w szkole coś takiego działo się na przerwach: chłopcy stali koło jednej dziewczyny, która była popularna i lubiana, a inne stały z boku i zgrzytały zębami.

Flirt zaspokaja też naszą próżność.
Tak, ale we flircie karmimy się wzajemnie, i to jest najfajniejsze. Kwitniemy na tej grządce sobie wspólnie. I podlewamy siebie nawzajem.

Najbardziej jednak podoba mi się w nim to, że rodzi się błyskawicznie. Od błysku w oku, uśmiechu, zabawnej uwagi… i od razu coś się zaczyna dziać. Jest akcja, z elementami fechtunku i trafieniami czasem aż do krwi, kiedy przeradza się w rywalizację o to, kto ma ostrzejszy język, ale i pieszczot, które potrafią się tak rozkręcić, że czasem już nie wiadomo, co z tym dalej zrobić.

Może to nas właśnie powstrzymuje przed flirtowaniem? Boimy się, że za bardzo się w nim nakręcimy albo damy drugiej stronie mylne wrażenie, że mamy ochotę na romans.
Jeśli ktoś sobą nie umie powodować, to tak się dzieje. W przeszłości, gdy nie byłam jeszcze zbyt pewna siebie i biegła w kwestiach damsko-męskich, często miałam wrażenie, że coś się zbyt szybko urwało lub za daleko zabrnęło. Od czasu, kiedy stałam się pewna siebie i wiem, czego chcę, bardzo wyraźnie mi się wyświetliło, że flirt to samo dobro, sama śmietanka. Jeśli się po nim za dużo nie spodziewasz i nie traktujesz jako konieczny wstęp do wieszania firanek – możesz odnieść z niego wyłącznie profity.

Ale skąd wiedzieć, czy tak świadomie podchodzi do flirtowania także druga strona?
Tego nie sposób wiedzieć od początku. Może się zdarzyć, że pan, z którym flirtujesz, jest bardzo głodny i desperacko chce kogoś poderwać, ale to łatwo poznać, bo on wtedy przechodzi od razu do ofensywy. Wtedy trzeba powiedzieć: „Bardzo się słodko flirtowało i może w innej sytuacji i gdzie indziej chętnie bym kontynuowała, ale aktualnie jestem zajęta”, zabrać swoją torebkę i iść do innego stolika. Myślę, że doszło obecnie do takiej smutnej sytuacji, że mniej jest facetów, którzy flirtują dla samego flirtu, a więcej robi to dla wyrwania. I jak się nie dajesz im wyrwać, to serwują ci pogardliwą minę na zasadzie: „A coś ty taka ważna?!”. Ale proszę się tym nie zrażać. Bo flirt to najprostszy sposób, by poprawić sobie i innym samopoczucie. Ja im jestem starsza, tym bardziej lubię mówić ludziom miłe rzeczy, przestałam się też martwić tym, co inni sobie pomyślą. Gdy mi się ktoś podoba, to od razu mu mówię. Raz tylko mnie zatkało. Wsiadłam do taksówki i oniemiałam na widok taksówkarza. Dziś bym wiedziała, co powiedzieć: „Ależ pan piękny! Czy to nie grzech tak konfundować kobietę?” (śmiech).

Pięknie powiedziane. Trochę chyba za tym tęsknimy – by flirtowanie polegało na tym, że ktoś nam ładnie mówi o miłości…
No, ogląda się teraz te piękne filmy kostiumowe jak „Z dala od zgiełku”, którym niedawno się zachwyciłam. Jest tam taki bohater, którego główna bohaterka odrzuca, a on wtedy mówi jej tak pięknie, jak nie Anglik i jak nie mężczyzna, tylko jak świadoma istota. Że choć ona go nie chce, to on będzie blisko, by się nią opiekować.

Flirt kiedyś, ale i dzisiaj, zbyt często zabijały dwie rzeczy: dosłowność i wulgarność.
Dzisiejsze audiowizualne czasy lubią epatować nagością, ciałem, ale jak wszystko jest na sprzedaż, to jest to zwyczajnie nudne. Flirt wymaga tajemnicy, nie można wyłożyć wszystkich kart na stół. Flirt musi być też subtelny. Najgorsze są takie krążące w Internecie czy wypełniające podręczniki dla uwodzicieli gotowce, które mają zapewnić powodzenie.

Chodzi o takie przykłady flirtu jak np. „Czy bardzo bolało, jak spadałaś z nieba?...” albo: „Wpadłaś mi w oko, nie zepsuj tego”.
Ja bym bardzo nie chciała słuchać takich wytrychów. We flircie nie chodzi o zaczepkę, tylko o adorację, czyli przekazywanie zaciekawienia i zachwytu. Tu nie ma realizacji jakiegoś planu, osiągnięcia celu, flirt można zakończyć w każdym momencie, i to bezboleśnie. Oboje dajemy sobie jedynie chwilę relaksu, łyk szampańskich bąbelków, rodzaj energetycznego podkręcenia, które zapewnia nam potem dobry humor, dużo ochoty na różne inne rzeczy, po prostu fajny dzień – i to wszystko. To może być początek romantycznej znajomości, ale też nie musi. Mój Edek ostatnio poszedł do piekarni i pyta: „Czy są słodkie babeczki?”, na co pani ekspedientka: „Tak, jesteśmy tu dwie, z koleżanką”. Wystarczy przejść obok kogoś i się do niego uśmiechnąć – to już jest flirt, albo powiedzieć komuś komplement: „Jaka szkoda, że pan wysiada, a ja wsiadam”.

Och, to przykład flirtu, który chciałoby się usłyszeć! Gdyby tak ludzie mówili sobie takie miłe rzeczy w komunikacji miejskiej...
Mnie spotkało w autobusach wiele miłych sytuacji. Raz na przykład jakiś szarmancki pan zagadał do mnie: „Jest pani przepięknie ubrana, wygląda pani jak kasztan”, a miałam wtedy na sobie jakieś brązy i rudości. To było przeurocze, ale przyznaję – trzeba mieć wysoką samoakceptację, żeby coś takiego powiedzieć. Tymczasem ludzie są dziś bardzo niepewni siebie i jednocześnie narcystyczni. A flirt jest przekroczeniem narcyzmu, zwróceniem uwagi na drugą osobę.

Dziewczyny, które przychodzą do ciebie na terapię czy warsztaty, mają z tym problem, jeśli chodzi o flirtowanie?
Do mnie przychodzą przede wszystkim wrażliwe dziewczyny, powiedziałabym nawet: nadwrażliwe. I tak, mają trudność we flirtowaniu, dlatego ich tego uczę. To wyjątkowe dziewczyny, one nie tyle mają niskie poczucie wartości, co uświadomiony problem z poczuciem wartości, a to dwie kompletnie różne rzeczy.

Umiejętność flirtowania podnosi ich samoakceptację? To znaczy, że kiedy zaczyna się flirt, odsuwamy na bok kompleksy?
I to jak! Co więcej, moje dziewczyny uczą się flirtować także ze sobą. Uwielbiam, jak kobiety ze sobą flirtują. To w ogóle osobny rozdział: warsztaty w kręgu kobiet. Czasem przychodzą na nie dziewczyny, które mówią od progu: „Przyszłam niechętnie, bo nie lubię być z kobietami”. Zapewne oberwały kiedyś od mamusi, od siostry, od cioci i jeszcze od pani nauczycielki w szkole, więc nic dziwnego, że nie ufają kobietom. Po kilku dniach warsztatów zaczynają się uczyć ufać sobie i ta ilość ciepłych słów, zachwytów, dotknięć, muśnięć, głosu pieszczotliwego, ale też rozkosznego podkpiwania z siebie – jest porażająca. I to wsparcie, którego sobie udzielają: „Masz takie cudne nogi, pokazuj je częściej”, dziewczyny pięknieją wtedy nieprawdopodobnie, bo one mają zasoby, tylko ich nie używają. Flirt coś takiego robi z nami, że zaczynamy myśleć, że skoro mnie gdzieś przyjmują z zachwytem, to mogę wreszcie rozchylić płatki i zapachnieć. Tak, zdecydowanie zbyt rzadko mówimy sobie miłe rzeczy. A zasada jest jedna: im więcej dobrego wyślesz, tym więcej do ciebie wróci.

To się chyba nazywa flirtowaniem z życiem...
Absolutnie. Ja zawsze powtarzam, że życie jest niesłychanie seksualne. Jeśli w to uwierzymy, to każdy dzień będzie przygodą. Raz przygodą siedzenia w domu, a raz przygodą wycieczki do Paryża. Jedno i drugie jest cudowne. Nie myśl: „O Boże, co tu sobie zrobić na śniadanie?”, tylko: „Dzisiaj zrobię sobie jajecznicę ze szczypiorkiem, cudownie!”.

Czasem przychodzą do mnie dziewczyny i żalą się: „A bo ja nie mam faceta...”. Mówię im wtedy: „To zacznij flirtować. Ze wszystkimi. Z listonoszem, sąsiadem, panem w budce, konduktorem. Masz się nauczyć lekkości, a nie tego, że facet ma cię zaprosić na kawę i zaraz poprosić o rękę”. Tłumaczę im, by mężczyzn traktowały jako miłą nację, która przydaje nam coś dobrego już samym tym, że jest. Jak kwiaty – rosną, pachną i kwitną, ale przecież nie będziesz zrywać ich wszystkich, ani nawet wąchać, ale popatrzyć na nie przez chwilę i ucieszyć się, że są – możesz. Dziewczyny, zwłaszcza te młodsze, często nie wiedzą, jak się zachować, gdy ktoś je podrywa. Bo mamusia mówiła: „Nie daj się wykorzystać, im chodzi tylko o jedno”. Jak byłam jeszcze młoda i niewinna, to był w moim otoczeniu bardzo fajny chłopak, który zawsze witał mnie słowami: „Cześć, śliczna”. Strasznie go lubiłam, ale cały czas się zastanawiałam: „No ale dlaczego on nie robi nic więcej?”. Skoro jestem taka śliczna, to on powinien przecież chcieć się przynajmniej umówić. Potem do mnie dotarło, że samo to, że mnie tak ładnie nazywał, było cudne. Wiesz, on mi się podobał, a że byłam jeszcze gąską, to nie odpowiadałam mu w taki sposób, żeby go zachęcić, tylko czekałam, co pewnie mu się znudziło. A może po prostu lubił mówić dziewczynom, że mu się podobają? I tu chciałam podkreślić, że tacy flirciarze są bezcenni, choć ich żony mogą czuć się z tym różnie. Najlepiej jak mają do tego stosunek swobodny, czyli przypatrują się temu z przymrużeniem oka, wiedząc, że facet lubi się podobać i sprawiać przyjemność innym, ale nie przekracza nigdy granicy przyzwoitości.

Niektórzy nazywają flirt wentylem bezpieczeństwa w stałym związku. Ktoś ci się podoba, poflirtujesz, pozachwycasz się nim, nakarmisz się jego zachwytem i nie narazisz udanego związku na szwank.
Dokładnie tak. Flirt jest niezwykle karmiący i pomaga wieść naprawdę satysfakcjonujące życie.

Słyszałam, że zalecasz też flirtowanie w stałych związkach. Na czym polega flirt w takich relacjach i czym może się różnić od tego z nieznajomymi?
Ja to wręcz zapisuję na receptę. Jeżeli się wam robi nudno, zacznij z nim flirtować. Jak? Ano tak: on zmywa – przytul się do jego pleców i powiedz: „Jakiego ja mam mena!”. Albo włóż mu karteczkę do kieszeni: „Myślę o tobie i czekam, aż wrócisz”, żeby znalazł ją, jak dotrze do pracy. Nagraj się na pocztę głosową: „I just call to say I love you”. W życiu musi być miejsce na coś lekkiego, fajnego, niezobowiązującego. Flirt jest jak deser, flirt to deser życia! Ale ładnie mi się powiedziało, prawda (śmiech)?

Katarzyna Miller  
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Inteligencja percepcyjna to nasza tajna broń

Gdy korzystamy z inteligencji percepcyjnej nie damy się łatwo omamić. Widzimy więcej, a nie tylko to, co chcemy. (Fot. iStock)
Gdy korzystamy z inteligencji percepcyjnej nie damy się łatwo omamić. Widzimy więcej, a nie tylko to, co chcemy. (Fot. iStock)
Dzięki niej odróżniamy iluzję od rzeczywistości, prawdę od fikcji. Uruchamiamy krytyczne myślenie, logikę i umiemy wyciągać trafne wnioski z naszych obserwacji i doświadczeń. O tym, co się dzieje, kiedy z niej nie korzystamy, pisze psycholożka Hanna Samson.

Niedawno przeczytałam książkę dr. Briana Boxera Wachlera „Inteligencja percepcyjna. Jak mózg tworzy iluzje i złudzenia”. Autor definiuje inteligencję percepcyjną jako „sposób, w jaki interpretujemy nasze doświadczenia i okazjonalnie manipulujemy nimi, aby odróżnić fantazję od rzeczywistości”. Tak jak w przypadku innych rodzajów inteligencji ludzie różnią się poziomem IP. Osoby, które mają za sobą traumatyczne przeżycia, mogą dokonywać odmiennych wyborów życiowych, w zależności od tego, jak postrzegają przeszłość. Od ich inteligencji percepcyjnej zależy, czy staną się walecznymi „bohaterami”, czy bezsilnymi „ofiarami”. Pocieszające jest jednak to, że zdaniem Wachlera inteligencja percepcyjna to umiejętność nabyta, którą możemy rozwijać. Wychodzić poza automatyczne reakcje, sprawdzać, jaka interpretacja zdarzeń nam służy, i tę wybierać. Możemy też wpływać świadomie na swoje przeżycia i podnosić poziom IP.  Kiedy na przykład w drodze na rozmowę kwalifikacyjną wdepniemy w psią kupę, możemy uznać, że to „na szczęście”, a nie pech, dzięki czemu nie będziemy się złościć i stresować, a przede wszystkim nie stracimy wiary w sukces.

Myślenie pozytywne to ważny składnik inteligencji percepcyjnej, która opiera się na naszych zmysłach i instynktach, ale wpływają na nią też nasze emocje i wspomnienia oraz myśli, które w jakimś stopniu zależą od nas.

Coś na kształt intuicji

Książkę Wachlera czytałam z mieszanymi uczuciami, bowiem moja inteligencja percepcyjna szeptała mi, że wprowadzanie tego pojęcia nie jest konieczne, żeby zrozumieć siebie i innych. Co rusz do głosu dochodził mój sceptycyzm – który świadczy zresztą o wysokim poziomie IP – i próbował ochronić mnie przed uleganiem złudzeniu, że nowa nazwa oznacza coś więcej niż nową nazwę dla znanych procesów. I pewnie szybko zapomniałabym o koncepcji dr. Briana Boxera Wachlera, choć ma on na swoim koncie wiele sukcesów i zna sławnych ludzi, o czym często informuje nas w książce, gdyby nie przyszła do mnie Elwira – żywy dowód na to, że inteligencja percepcyjna jest nam potrzebna do życia i nie warto jej tracić pod wpływem pragnień.

Elwira ma 37 lat i 15-letnią córkę, z której ojcem rozwiodła się przed 10 laty. Od tego czasu była sama, praca i dziecko wypełniały jej życie. – Długo nie myślałam o związku, leczyłam rany po małżeństwie – opowiada. – Rok temu przyjaciółka namówiła mnie, żebym założyła profil na portalu randkowym. Spotkałam się z kilkoma facetami, ale to nie było to, po jednej kawie wiedziałam, że drugiego spotkania nie będzie. Aż w końcu umówiłam się z Piotrem.

Piotr ma 54 lata, jest przystojny, inteligentny, wysportowany, świetnie sobie radzi w życiu, prowadzi firmę, zbudował piękny dom, od kilku lat jest rozwiedziony. Nie lubię oceniać wyglądu kobiet, ale w przypadku tej historii muszę dodać, że Elwira jest bardzo atrakcyjna. Wysoka, szczupła, blondynka, długie włosy, duże oczy, piękna twarz, jest świetnie ubrana, nie widać na niej żadnych znaków czasu, wygląda jak marzenie niejednego faceta, a już na pewno marzenie Piotra, o czym szybko się mogła przekonać.

– I potoczyło się jak w harlequinie… A teraz nie mogę się po tym pozbierać, przynajmniej chciałabym zrozumieć, co się stało. – Elwira płacze, potem wyciera oczy, patrzy na mnie wyczekująco, jakbym ja mogła jej coś wytłumaczyć, choć nie wiem, o co chodzi.

– Proszę mi opowiedzieć tę historię – proponuję i Elwira opowiada o dziwnych początkach znajomości z Piotrem i chyba jeszcze dziwniejszym zakończeniu. Już na pierwszym spotkaniu Piotr był pewien, że Elwira jest kobietą jego życia. Ona nie była nim zachwycona, widziała, że są z różnych światów, mają inne poglądy, on mówił z pełnymi ustami, robił błędy językowe, ale był nią tak oczarowany i w tym oczarowaniu przekonujący i tak natarczywy, że zgodziła się na następne spotkanie. Na drugim spotkaniu Piotr rzucił się na kolana i poprosił Elwirę o rękę, ofiarowując jej pierścionek z brylantem. – I co pani wtedy pomyślała? – zapytałam. – Że to jakiś wariat, szaleniec. Intuicja mówiła mi, że powinnam uciekać… – Nie posłuchała jej pani? – Nie.

Sceptycyzm, logiczne myślenie, inteligencja emocjonalna budują naszą inteligencję percepcyjną i pozwalają adekwatnie interpretować sytuację, co ważne: zwłaszcza wtedy, gdy jest niejasna. Inteligencja percepcyjna pozwala oprzeć się cudzym naciskom i kierować własnym rozsądkiem. Równie cenna jest intuicja, która wynika z naszych wrażeń, nawet jeśli nie umiemy ich jasno określić, i podpowiada, co robić. Umiejętność słuchania intuicji to ważny składnik inteligencji percepcyjnej, której poziom w przypadku Elwiry już na drugim spotkaniu z Piotrem spadł do zera.

Zbiorowa iluzja

W wielu innych sytuacjach Elwira umiała trafnie ocenić rzeczywistość, a tu ignorowała sygnały ostrzegawcze, choć były dobrze widoczne. Dlaczego? Najlepiej sprawdzić u źródła.

– Dlaczego nie posłuchała pani intuicji? – pytam. – Piotr był tak pewny, że mnie kocha. A ja tak bardzo nie chciałam już być sama…

Nasze pragnienia mogą wpływać na nasz obraz świata i obniżać poziom IP. Dlatego warto zdawać sobie z nich sprawę i świadomie włączać krytycyzm. Myślenie pozytywne nie oznacza, że można przestać widzieć rzeczywistość. Ale jeszcze nic złego się nie stało, po prostu Piotr rzucił się na kolana i chciał zaręczyć z zaskoczoną Elwirą, która go ledwie znała. – I co z tym pierścionkiem? – dopytuję. – Nalegał, żebym przyjęła, nie chciał słyszeć o odmowie. Powiedziałam, że musimy się lepiej poznać, a on na to, że mnie kocha, poczeka, aż ja go pokocham, że jesteśmy dla siebie stworzeni, więc go wzięłam. A potem mnie odwiózł do domu, rano czekał pod moją klatką, żeby mnie zawieźć do pracy. – Pani nie ma samochodu? – Mam, ale on chciał jak najwięcej czasu spędzać ze mną, po pracy mnie odwiózł do domu, w drodze wspomniałam, że zepsuła mi się pralka, po dwóch godzinach przyjechał z nową, podłączył, czułam, że wreszcie ktoś się mną opiekuje. Wtedy poznała go też moja córka, więc nie musiałam go ukrywać, zaczął u nas bywać codziennie. Po tygodniu zaprosił mnie na weekend do Rzymu, potem na kilka dni do Lizbony, w pracy miałam wtedy ważne zadania i nie powinnam brać urlopu, ale on już wszystko zorganizował, więc pojechałam i było cudownie. – Nic już pani w nim nie przeszkadzało?  – próbowałam dopytać.  – No może to, że on był ciągle podekscytowany, wciąż domagał się, żebym mu powiedziała, że go kocham, kiedy zwracałam mu uwagę, że robi coś nie tak, złościł się, że nie akceptuję go bezwarunkowo, choć tylko tego ode mnie oczekuje, więc przestałam mu mówić, jak coś mi nie pasowało, przecież nie ma ludzi idealnych.

Przyjaciele Elwiry, którzy znali Piotra z opowiadań, byli wobec niego bardziej sceptyczni. Ale kiedy Elwira przyszła z nim na urodziny przyjaciółki, ich poziom IP również znacznie się obniżył. Może przyczynił się do tego wspaniały bukiet, który przyniósł jubilatce, a może drogie perfumy, które do niego dołączył? Albo butelka whisky dla pana domu? A może krótkie przemówienie, jak bardzo jest szczęśliwy, że może ich poznać, bo wie od Elwiry, że są wspaniali i ważni dla niej? Z pewnością mógł wystąpić tu efekt wdzięczności, który wpływa na nasze IP. Ale może ważniejsze było to, że Piotr w ich obecności rzucił się przed Elwirą na kolana i poprosił o rękę, dając jej drugi pierścionek z brylantem? „Moja kobieta będzie cała w brylantach”– powiedział. Wszyscy się wzruszyli i zgodnie uznali, że to musi być miłość, choć Elwira nie była jeszcze pewna, czy go kocha. Niemniej akcja nabierała tempa. Po miesiącu znała już jego rodziców, którzy przyjęli ją z otwartymi ramionami, jej córka też go polubiła, nadszedł czas na zaproszenie go do domu rodzinnego. Przy rodzicach znów rzucił się na kolana i poprosił o rękę Elwiry, ofiarowując trzeci pierścionek, co brzmi groteskowo, ale okazało się skuteczne. Elwira w końcu się zgodziła.

Widzisz to, co chcesz

Piotr po tygodniu już kupił obrączki i zarezerwował termin ślubu, choć zaczęły pojawiać się zgrzyty.

– Poprosiłam go, żeby zakręcał wodę, kiedy myje zęby, bo lała się bez sensu – opowiada Elwira o jednej z sytuacji. Odpowiedział, że go na to stać, a gdy usłyszał, że nie chodzi o jego pieniądze, a o środowisko, tylko się zaśmiał. „Ale z ciebie idealistka” – skomentował. A potem jeszcze dorzucił, że w swoim domu to on ustala zasady. – W tym domu, w którym miała z nim pani zamieszkać? – upewniłam się. – Tak. – I co pani wtedy pomyślała? – Że Piotr ma braki w edukacji, ale gdy zamieszkamy razem, to go wszystkiego nauczę – mówi Elwira, a ja mam ochotę wykrzyknąć: „A gdzie jest pani inteligencja percepcyjna, do cholery?! Czy on wygląda na chłopca, który chce się uczyć, czy na faceta, który chce być podziwiany?”.

Jesteście ciekawe, jak skończyła się ta historia? Włączcie swoją inteligencję percepcyjną. Czy Piotr naprawdę kochał Elwirę? Czy chciał ją bardziej poznać? A może miał jakąś wizję związku, w którą ona powinna się zgrabnie wpasować? Jakich jego oczekiwań Elwira nie spełniła? Jak wyglądałoby ich wspólne życie, do którego na szczęście nie doszło? W tej opowieści jest kilka przesłanek, które pozwalają zrozumieć sytuację. Dla porządku dodam tylko, że Piotr skończył z Elwirą równie gwałtownie, jak zaczął i znów jest aktywny na portalu randkowym. Elwira już nie rozpacza i dziwi się sobie, że to ona wcześniej nie zerwała. A ja dziwię się jej, że w ogóle w to weszła. W końcu po to mamy inteligencję percepcyjną, żeby widzieć nie tylko to, co chcemy.

Hanna Samson, psycholożka, terapeutka, pisarka. W Fundacji CEL prowadzi grupy terapeutyczne dla kobiet. Autorka takich książek, jak „Dom wzajemnych rozkoszy” i „Sensownik”.