1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Felieton Hanny Samson: wyjść poza standardy

Felieton Hanny Samson: wyjść poza standardy

fot.123rf
fot.123rf
Większość z nas ma problemy z poczuciem własnej wartości. Gdyby nie to, mogłybyśmy góry przenosić! Co wy na to, by ruszyć górę we własnej głowie i docenić swoją kobiecość? Zacznijmy od macicy.

Niedawno dowiedziałam się z sieci, że w polskiej edycji „Harper’s Bazaar” ocenzurowano wywiad z aktorką Jennifer Lawrence. Wywołało to wiele komentarzy, bo sprawa wbrew pozorom nie jest błaha. Ale najpierw zobaczmy, o co chodzi. Opisała to świetnie Anna Gacek w felietonie gościnnym na foch.pl. W jej tekście możemy przeczytać, co powiedziała Jennifer Lawrence na temat sukienki, którą miała na gali Złotych Globów: „Ta sukienka to był mój plan B. Plan A nie wypalił, bo sezon wręczania nagród od lat jest zsynchronizowany z moim cyklem menstruacyjnym. Wygrała czerwona sukienka, bo nie była tak opinająca z przodu. Nie musiałam spędzić gali z wciągniętym brzuchem. Ta druga sukienka była naprawdę, naprawdę obcisła, a ja nie zamierzam zaciskać mojej macicy, nie muszę się tak poświęcać”.

Jennifer miała miesiączkę, w czasie miesiączki macica się powiększa, i to zdecydowało o wyborze sukienki. Co z tego wynika? Że nawet gwiazda miewa miesiączkę, która wpływa na jej zwykle idealną figurę. I że jej chęć zadbania o swój komfort w tym czasie może decydować o wyborze sukienki. Nic wielkiego, ale i tak jej słowa zostały zauważone i docenione w licznych komentarzach na świecie. Bo niby oczywiste, że gwiazdy nie są idealne i miewają miesiączkę jak zwykłe kobiety, ale o tym się przecież nie mówi. W polskiej edycji „Harper’s Bazaar” słowa Lawrence brzmią następująco:

„To była moja druga opcja, w pierwszą nie mogłam się ubrać, bo okazała się zbyt opięta, a ja nie mam zamiaru wciągać brzucha i udawać szczuplejszej, niż jestem”.

Wszystko jasne! My tu nie używamy takich gorszących słów jak cykl menstruacyjny czy macica i potrafimy te wstydliwe sprawy omijać. Niech sobie Lawrence wychodzi poza schemat wypowiedzi gwiazd, ale nasza czytelniczka nie musi o tym wiedzieć. My tu sobie po swojemu celebrujemy kobiecość, w której nie ma miejsca na gorsze dni. Kobieta ma być idealna, a miesiączka do tego nie pasuje.

W poprzednim felietonie pisałam o tym, że ciało to dla kobiet sfera wstydliwa. Patrzymy na nie z zewnątrz, oceniającym okiem. W gruncie rzeczy jest to oko męskie, które udało nam się pięknie uwewnętrznić. Dzięki temu wygląd jest dla nas ważniejszy niż to, jak doświadczamy ciała. Tak na nas działają wszechobecne standardy kobiecości, które Lawrence próbowała przekroczyć, ale polska redakcja była czujna. Nie mówmy o macicy i miesiączce! A właściwie dlaczego mamy nie mówić?

Amerykańska położna Ina May Gaskin powiedziała kiedyś, że gdyby to mężczyźni mieli tak niesamowitą część ciała jak macica, nie przestawaliby się tym chwalić. Przeczytałam to w książce Lucy H. Pearce „W rytmie księżyca. Kiedy dziewczynka staje się kobietą”, która właśnie ukazała się w Polsce. Bo co to jest macica? Lucy H. Pearce opowiada o niej dziewczynkom:

„Wewnątrz ciała, za pochwą, mamy magiczną jaskinię – macicę. Ukryte miejsce, z którego ty też pochodzisz, w którym rosłaś. Nigdy go nie zobaczysz, tak naprawdę nie możesz go nawet poczuć, ale to, co się tam dzieje, jest niezwykłe. Zwykle macica ma rozmiar gruszki, podczas menstruacji rozmiar grejpfruta, a kiedy jest się w ciąży – dużego arbuza”.

Czy nasze córki wiedzą o tym, jak są niezwykłe? Czy my same na pewno o tym wiemy? Informacja o powiększonej podczas menstruacji macicy Jennifer Lawrence nie przedarła się na strony luksusowego magazynu. Wiele kolorowych pism podobno afirmuje kobiecość, ale robią to raczej jednostronnie. Billboardy, teledyski, reklamy – z tysiąca źródeł dowiadujemy się, że kobiecość to atrakcyjność seksualna.

Jakiś czas temu wstrząsnęła mną książka „Żywe lalki” Natashy Walter, w której autorka analizuje sytuację dziewcząt i kobiet w Wielkiej Brytanii, ale i nas to dotyczy coraz bardziej. „Gdy dziewczynka idzie do szkoły, niemal na wszystkim, co tam ze sobą bierze, ma wizerunek Barbie albo Bratz – od majtek, przez spinki do włosów, aż po szkolny plecak. (…) Sprytne strategie marketingowe tych marek sprawiają, że lalka i prawdziwa dziewczynka zlewają się w jedno w stopniu niewyobrażalnym zaledwie pokolenie wstecz” – pisze Walter. Feministki w latach 70. ubiegłego wieku krytykowały Barbie. Nie podobała im się jej zbyt wąska talia, duży biust, za długie nogi i idealna twarz, ale to nic nie zmieniło. Barbie przetrwała do dziś, choć ostatnio podobno zdetronizowała ją Bratz. Lalki Bratz mają świetne ciuchy – minispódniczki, krótkie topy, kabaretki – i świetny makijaż. Chyba żaden ze strojów Bratz nie świadczy o tym, że Bratz ma jakiś zawód. Barbie bywała stewardessą czy dentystką, Bratz jest piękna, i to jej wystarcza. Oto oferta dla małych dziewczynek. Nasza kultura wmawia już nie tylko kobietom, ale i dziewczynkom, że najważniejsza jest atrakcyjność seksualna. Jeśli dziewczynki jakimś cudem jeszcze tego nie wiedzą, to wkrótce się dowiedzą, co to znaczy. Gdy staną się dziewczynami, ich energia zostanie skierowana na upiększanie siebie.

„W rytmie księżyca. Kiedy dziewczynka staje się kobietą” to książka dla dziewczynek. Przygotowuje je do pierwszej miesiączki jako ważnego wydarzenia w życiu. Wprowadza do wspólnoty kobiet. Uczy dumy z tego, kim jesteśmy. Wskazuje na potrzebę celebracji: „W naszej kulturze obchodzi się uroczyście różne ważne wydarzenia – urodziny, Boże Narodzenie, śluby i pogrzeby. Jednak bardzo wielu przełomowym momentom w życiu nie poświęcamy ani odrobiny uwagi. Żeby na nowo ożywić kulturę kobiet, trzeba przywrócić znaczenie tym rytuałom przejścia i znaleźć sposób, żeby upamiętniać chwile, które są dla nas ważne” – pisze Lucy H. Pearce i podsuwa dziewczynkom pomysły na ceremonię pierwszej miesiączki. Ale tak naprawdę to my, dorosłe kobiety, powinnyśmy pomyśleć, jak wprowadzić nasze córki w świat kobiet. A może najpierw warto wprowadzić tam siebie? Wyjść poza standardy kultury i docenić własną kobiecość? Dla nas samych i dla małych dziewczynek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co to znaczy być dziś feministą - pytamy psychoterapeutę Piotra Pietuchę

"Ja czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androgeniczny. W pewnym sensie ponadpłciowy" - mówi psychoterapeuta Piotr Pietucha. (Fot. archiwum prywatne)
Jeśli podchodziłbym do mojego związku rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. A ja powinienem być sfrustrowanym dupkiem – mówi Piotr Pietucha, psychoterapeuta, partner Manueli Gretkowskiej.

Co to znaczy być dzisiaj feministą?
Już w samej deklaracji, że mężczyzna jest feministą, jest coś żenującego. Dla mnie to oczywistość, tak jakbym afiszował się z tym, że jestem normalnym człowiekiem, a nie półgłówkiem czy rasistą. Myślę, że w polskim świecie feminista oznacza nie tylko, że jesteś za równością i przeciw dyskryminacji, ale też, że nie jesteś seksistą, mizoginem ani patriarchalnym debilem. Natomiast w świecie normalnym, liberalnym i obyczajowo cywilizowanym, np. w Szwecji, gdzie żyją moi synowie, feminista oznacza rozgarniętego, wrażliwego faceta, który nie potrzebuje w żaden sposób tego podkreślać ani deklarować.

W Polsce mężczyźni też się z tym nie afiszują. Pytani o to, czy są feministami, odpowiadają zdziwieni: kim?!
Nie wiem, co oznacza feminizm dla przeciętnego Polaka, jak on to sobie definiuje, odczuwa i jak sobie z tym radzi. Podejrzewam, że ma z tym kłopot. Dla mnie feminizm jest jednoznaczny z humanizmem. Jest wyrazem współcześnie pojmowanego człowieczeństwa. Być może wielu facetów rozumie to kompletnie inaczej. Feminista to dla nich symbol ,,miękkiszona’’, który poddaje się lub ulega kobietom, godzi się na tę fałszywą interpretację patriarchatu – że to mężczyźni zniszczyli świat, a teraz powinni się kajać. Część mężczyzn reaguje na feminizm wściekle alergicznie jako na przejaw kobiecej niezrozumiałej agresji, ataku na męskość.

To w jaki sposób rozpoznać w sobie, że jest się feministą?
Już sam fakt, że ktoś ma potrzebę takiego rozpoznania, jest bardzo cenny. Świadczy o pewnym poziomie autorefleksji, mentalnym nadążaniu za współczesnością. Fajnie jest chyba mieć jakiś klarowny pogląd na tak ważny temat, nie być durniem, ślepym na połowę ludzkości.

Czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androginiczny. W pewnym sensie ponadpłciowy. A moja kobiecość, cokolwiek się pod tym słowem kryje, nie przeraża mnie, nie neguję jej. Nie zagraża mojej męskości, nie muszę być dzielny ani dumny ze swojego pawiego ogona. Maczyzm – czyli taka stereotypowa, przesadna męskość – to karykatura człowieka.

A może być tak, że facet z przekonaniem mówi: „jestem feministą”, a nieświadomie gotuje się w sobie, jeśli kobieta jest krok przed, a nie za nim?
Świadoma nieświadomość, czyli nasza kultura, jest przesiąknięta mizoginią. Z jakiegoś powodu mężczyźni od zawsze czuli wrogość i niechęć do kobiet, bali się ich. Kobieca seksualność im zagrażała, dlatego chcieli ją zawłaszczyć, zdominować i kontrolować. To siedzi do dzisiaj w mężczyznach na nieświadomym poziomie. Kultura patriarchalna jest mocno przesiąknięta przekonaniem o naturalnej wyższości męskiej płci. Kobiety są gorsze – słabsze, grzeszniejsze, mniej rozumne. Zasługują więc na gorsze warunki i traktowanie. Tysiące lat takiej dominacji odcisnęły w umysłach obu płci ogromne piętno. Niestety, to siedzi także w kobietach, nawet w sposobie, w jaki wychowują chłopców. Widziałem sztandarowe feministki, które miały kompletnego fioła na punkcie swoich synków. W ich narcystycznej nadopiekuńczości było mnóstwo nieświadomego ubóstwienia męskiej płci, gruntującego w tych chłopczykach poczucie nie tylko wyjątkowości, ale lepszości. Jakie to może mieć skutki dla równouprawnienia i partnerstwa? Jak będzie funkcjonował ten niuniuś – prywatny ideał nowoczesnej mamusi – w przyszłości?

My z Manuelą, wychowując Polę, raczej nie programowaliśmy jej na jakieś mocne poczucie tożsamości płciowej, nie podkreślaliśmy jej kobiecości. A ona jednak, już jako malutka dziewczynka, odrzucała ze wzgardliwą niechęcią niektóre zabawki, książeczki, kolory jako ,,za bardzo chłopaczywe”. Ciekawe, gdzie tym nasiąkała?

'Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej' - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne) "Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej" - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne)

To jest chyba w powietrzu, w mentalnej atmosferze naszego świata.
Wystarczy się rozejrzeć. Moja przyjaciółka obserwowała ostatnio grupę jedenastolatków na basenie. Wszystkie dziewczynki samodzielnie suszyły i czesały swoje długie włosy, a babcie były skoncentrowane jedynie na wnukach. Z suszarkami i grzebyczkami robiły cyrk wokół tych chłopców, jakby byli bezradnymi idiotami. Właśnie takie, często nieświadome zachowania, podkreślające ważność i uprzywilejowanie męskiej płci, spychają kobiety do podrzędności i uległości. Skazują od początku na zaradną, wymuszoną samodzielność. To jest bardzo mocny podprogowy przekaz. Uważam, że kobiety w Polsce dostają często podwójny, niemożliwy do spełnienia komunikat: „Musisz w siebie wierzyć i jednocześnie nie wierzyć. Masz być silna i niezależna, ale też uległa i słuchać swojego pana. Masz liczyć na siebie, umieć o siebie zadbać, ale nie wyobrażaj sobie szczęśliwego życia bez mężczyzny, wokół którego będziesz tańczyć”.

Komu udaje się wyjść z tego gadziego mózgu? Mężczyznom, którzy zdają sobie sprawę z nieuświadomionych stereotypów w sobie?
Jestem wielkim fanem świadomości. Ona potrafi przenosić góry – nawet jeśli to góry stereotypowych śmieci. Wydobywa z bagna uprzedzeń. Daje kopa w dupę kompleksom, fałszywym przekonaniom. Pokazuje środkowy palec głupiemu, automatycznemu osądzaniu.

Weźmy mnie samego. Jeżeli podchodziłbym do mojego związku nieświadomie rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. Jest utalentowana, bogata, sławna i lepiej sobie radzi w życiu. I teraz jako mężczyzna, który żyje w jej cieniu, powinienem być sfrustrowanym dupkiem, który tylko udaje, że jest feministą i chce ją wspierać. Tak naprawdę siedzi w kącie, chlipie nad sobą i marzy o kobiecie, przy której będzie mógł brylować, ponapawać się własną męską zajefajnością. Dziękuję, ale nie mam takich potrzeb. Realizuję się po swojemu i jestem w tym spełniony. Uszczęśliwia i fascynuje mnie to, że potrafimy być szanującymi siebie nawzajem partnerami.

Jednak nieczęsto mężczyzna czuje się dobrze u boku silnej partnerki. Jak ci się to udało?
Nikt nie jest do końca silny ani słaby. Co do Manueli, to pozytywnego kopa daje mi to, że zdobyłem jej wzajemność i jestem jej wart. Podziwiam ją i uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Mimo życiowych niepowodzeń, związkowych porażek czy osobistej niepewności, nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej. Bo życiowy partner mówi o nas wszystko. Pokaż mi, z kim jesteś, to powiem ci, kim jesteś.

Czyli podstawą udanego, partnerskiego związku jest to, jak się czujesz sam ze sobą?
Moim zdaniem tak. Partnerstwo, czyli dojrzała miłość, jest nagrodą za pracę nad sobą. Najpierw trzeba jednak uwierzyć w siebie, nie podkopywać własnej męskości i człowieczeństwa, tego poczucia, że jesteś okej. Później najważniejsza jest otwarta komunikacja. Taka nawet wulkaniczna jak w filmie „Malcolm i Marie”, dostępnym teraz na Netfliksie. Oglądamy w nim dwoje ludzi, którzy mają w sobie mnóstwo gniewu, niewdzięczności i niezrozumienia dla siebie nawzajem. Mają też siłę, żeby w otwarty sposób to z siebie wyrzucić. Jakie to piękne, oczyszczające! Lepsze niż fochy, zamykanie się czy zamiatanie bolesnych spraw pod dywan. Taka odważna, uczciwa walka o siebie jest też walką o związek. Nie prowadzi do rozstania, tylko do większej bliskości. Powoduje, że nie boisz się ani nie wstydzisz powiedzieć partnerowi, co cię boli. W końcu chodzi o to, żeby zrozumieć się nawzajem. Nie bać się prawdy, nawet kiedy jest nie do zniesienia.

Kobiety stały się też bardziej świadome, wymagające. Wiedzą, czego chcą, co im się słusznie należy. Jak do tych większych wymagań odnosi się feminista? Męska duma cierpi?
Jest taki seksistowski dowcip, kiedy po kochaniu on ją pyta: „Miałaś orgazm?”. Ona odpowiada: „Nie”. On na to: „I co się mówi?”. Ona: „Przepraszam”. Ohydny sarkazm – bo niby on się interesuje tym, co ona przeżyła, a kiedyś faceci mieli to gdzieś. Ale nadal dbałość o kobiece spełnienie bywa dla wielu mało kręcąca. Teraz to się nieco zmieniło, oczekiwania i presja kobiet wzrosły, a mężczyźni są w defensywie. A one atakują: „Nie zrobiłeś tego, nie byłeś taki!”. Wyrzuty, pretensje, domaganie się. Jest w tym dużo agresji wobec mężczyzn. Nic dziwnego, nawarstwiała się wiekami. Mężczyźni źle się z tym czują, nie wiedzą, jak reagować. Co z tym zrobić? A jeśli odrobinę myślą, to wiedzą, że jest w tych wybuchach dużo słusznego gniewu. Głupio wtedy bystrej, świadomej kobiecie zaprzeczać. Udawać niefrasobliwego, zadowolonego z siebie idiotę, który nic nie kuma. Tak czy owak, faceci mają trochę przekichane.

Myślę, że łatwiej jest być feministą wobec koleżanki z pracy niż wobec partnerki. „Niech kobiety się realizują, ale jeśli moja kobieta za wiele energii wkłada w świat zewnętrzny, to czuję się niekochany”.
To tylko świadczy o mężczyźnie. Powinien się zastanowić, skąd ta jego niepewność, ciągła potrzeba uwagi, troski i dominacji. Siła patriarchatu jest monstrualna, między innymi dlatego, że bywa wygodna i użyteczna dla mężczyzn. Oczywiście tylko pozornie, bo za te zacofane schematy też płacą ogromną cenę: nałogów czy przymusu bycia męskim, czyli często bezwzględnym i niewrażliwym, wypierającym uczucia emocjonalnym zakalcem.

Często myślimy, że po partnersku znaczy po równo. Ty zmywarkę, to ja pranie, a nie da się tak. Zawsze ktoś czuje się wyrolowany.
To jest problem każdego, kto ma określoną ilość snu i energii. My z Manuelą również mieliśmy z tym kłopot, dopóki w pewnym momencie kategorycznie nie podzieliliśmy się obowiązkami. Teraz włączam  trzy zmywarki dziennie, wynoszę śmieci, piorę. Ale zakupy i sprzątanie, czyli coś, czego nienawidzę, mam w nosie. Gotujemy sobie sami, jemy o różnych porach. Nie prasujemy. I od kilku lat nie mamy poczucia, że ktoś kogoś wykorzystuje, kradnie mu czas czy energię lub jest bardziej uprzywilejowany. To typowo relacyjna rozkminka, obowiązki, ani lepsze, ani gorsze, ani męskie, ani kobiece, po prostu codzienne.

A jakich kobiet szuka feminista? Czy nie jest tak, że podobają mu się silne i niezależne, a później okazuje się, że tak naprawdę oczekuje od partnerki rozwiązania wszystkich swoich problemów?
Jeśli trzymamy się mojej definicji feministy, czyli człowieka, który nie racjonalizuje swojego lęku przed kobietą, tyko jest w harmonii ze swoją animą, animusem i cieniem – to taki mężczyzna nie będzie szukał sobie partnerki matki, on już dorósł. Myślę, że wrażliwy, rozgarnięty człowiek szuka drugiego wrażliwego, rozgarniętego człowieka. I choć mam się za taoistę, to nie ortodoksyjnego – wcale nie uważam, że męskość jest aktywna i dominująca, a kobiecość bierna czy oddająca się. Widzę to jako anachronizm, który może czasem odnosi się tylko do naszej biologii, ekonomii hormonów, seksualności. W aspekcie humanistycznym, czyli ludzkim, już tak tego nie pojmuję. Bo nie ma silnych kobiet lub słabych mężczyzn. Wszyscy jesteśmy trochę silni i trochę słabi.

A jak definiujesz męskość?
Nie miałem realnego wzorca mężczyzny, nie był nim mój ojciec. Miałem literackich i filmowych bohaterów, fantazje, wizje, tęsknoty, ideały. Męskie aspekty we mnie kultywowały sport, harcerstwo, zabawy w Indian. Byłem szczęściarzem, bo nigdy w swoją męskość nie wątpiłem. Mimo że byłem nieśmiały i delikatny, na swój sposób kobiecy, to podobałem się dziewczynom. Zaakceptowałem takiego siebie – swoją androginiczność uznałem za pełnię. Uważam, że stereotyp kobiecości i męskości bardziej nam dzisiaj przeszkadza niż służy. Na moim seminarium zapyta­łem kiedyś studentów, co jest najbardziej kobiecą, a co męską cechą. Uznali, że jest to – w obu wypadkach – opiekuńczość. To wymowne i symboliczne. W końcu opiekuńczość, czyli mądre dbanie o siebie i innych, to istota człowieczeństwa.

Piotr Pietucha, psychoterapeuta, autor książek "Stróż obłąkanych", "Dożywotni kochankowie", "Miłość klasy średniej". 

  1. Styl Życia

Miejsce kobiet jest na szczycie. Historia polskich taterniczek

Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Na zdjęciu: Ewa Panejko-Pankiewicz – polska alpinistka i himalaistka. (Archiwum prywatne Ewy Panejko-Pankiewicz)
Taterniczki - kobiety i dziewczyny, które szły w górę niezależnie od wszystkiego. Twarde charaktery i pilne kursantki, subtelne sportsmenki i muskularne wspinaczki. Dostosowują się do zmaskulinizowanego sportu i walczą o kobiecy styl uprawiania tej dyscypliny. Oto ich historia podboju Tatr.

Fragmenty pochodzą z książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agaty Komosy-Styczeń, wydawnictwo Prószyński i S-ka, premiera 13 kwietnia

Podobno gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Ale kobiety nie potrzebują szatańskich podszeptów, by iść tam, gdzie nawet czortowi się nie chce. Siła nieczysta musi jednak widzieć w kobiecie te cechy, które predysponują ją do dokonywania niemożliwego. Cechy powszechnie uznawane za męskie, przynależne płciowo, w praktyce często okazują się domeną kobiet. Twardość, zdecydowanie, siła psychiczna.

Tatry są zupełnie inne od reszty polskich gór. Tamte miękko wybrzuszone, bez wyraźnie zaznaczonych szczytów, te spienione na wierzchołkach, ostre, budzące respekt, strach. Co skłoniło ludzi do próby zmierzenia się z ich graniami? Na początku, jak to zwykle bywa, potrzeba – w Tatrach w coraz to wyższe partie gór zapuszczali się kłusownicy. Jednak wraz z epoką romantyzmu na podhalańskie ścieżki zaczęli wchodzić turyści, po prostu, bez celu, dla wzbogacenia ducha o niezwykłe przeżycia. Z czasem turystyka górska nabrała bardziej sportowego charakteru, potem była obowiązkowym krokiem do gór wyższych. Dziś Tatry są dla wspinaczy także źródłem dochodów. Kiedyś dzikie i niedostępne, dziś zatłoczone, przeładowane, głośne.

Zdobycie Tatr przez kobiety to inna historia niż męski podbój tych gór. To truizm, ale bardzo smutny – kobiety poza wysokością, ekspozycją i zmęczeniem mierzyły się z nieprzychylnością panów, z atmosferą nieprzyjazną damskim wyczynom, z rolą kulturową, jaką się przypisuje kobietom.

Pierwsze potykały się o własne powłóczyste suknie i sarkastyczne docinki towarzyszy. Te późniejsze już w wygodniejszych pumpach czy nawet softshellowych spodniach wciąż mierzyły się z dyskryminacją.

Dlaczego taterniczki, a nie po prostu taternicy? Po co dzielić, kiedy można komplementarnie zebrać doświadczenia górskie wspinaczek i wspinaczy. Bo brakuje kobiecych narracji, a te są inne niż męskie. Bo wciąż jest nas w górach mało, zbyt mało, byśmy mogły opowiedzieć własną historię. Nie będzie ona lepsza ani gorsza od męskiej. Będzie inna. Nasza. Czy warto tak dzielić opowieści? Na jej męską część i herstorię? Tak. Bo nie ma obiektywnej, bezpłciowej narracji. A zazwyczaj to, co uważamy za obiektywne i obowiązujące, jest właśnie opowieścią mężczyzn – to oni mieli przez długi czas dostęp do nauki, to oni opowiadali przez książki i podania, to ich słowa wykształciły nam obraz rzeczy, zjawisk, ciągów przyczynowo-skutkowych. Dlatego dziś tak ważny jest powrót do głosów żeńskich, które opowiedzą po swojemu. A my, kobiety, nie dbałyśmy o swoje historie – duża część przedwojennych taterniczek nie pilnowała nawet, by ich wyczyny były odnotowane w annałach. To pachnie próżnością, a z tą cechą damie nie do twarzy. Także dziś, rozmawiając z wybitnymi wspinaczkami, często na początku słyszałam powątpiewanie – ale czy ja na pewno nadaję się do tego, by o mnie pisać. Wzdrygały się na określenia „kariera”, „sukces”. Część nie dała się namówić na rozmowę – niektóre nie chcą już wracać do górskiej przeszłości, od jednej usłyszałam, że kiedyś nie epatowało się tak własnymi osiągnięciami. Dziewczyny po prostu robią swoje.

Ale przecież „Nie możesz być tym, czego nie widzisz”. Do niedawna nie widziałyśmy kobiet liderek, bohaterek, strateżek, przywódczyń – co wcale nie znaczy, że ich nie było. Były, tylko nie znaliśmy ich historii. Świadectwa kobiet są niezwykle ważne, bo dopiero kiedy widzimy, że ktoś wszedł na szczyt, odebrał Nobla, przebiegł maraton, a nawet został komiksową superbohaterką, możemy zacząć marzyć, by stać się kimś takim. Każda mała dziewczynka, która zapragnie pójść tropem jednej wielkiej kobiety, to niebywały sukces i krok naprzód.

[...]

Tatrzańskie orlice

Marzena i Lida – dwie siostry, które swoją krótką, choć intensywną karierą taterniczą zdążyły mocno namieszać w środowisku taterniczym, wśród artystów i emancypantek. Siostry urodziły się w Zakopanem i były wychowywane wraz z bratem przez matkę, która wcześnie owdowiała. Obydwie od dzieciństwa chodziły po górach, ale prawdziwe wspinanie i rozwiązywanie taternickich problemów zaczęło się dla nich w 1928 roku. Dużo bardziej zawzięta była Marzena, ona szła w góry z misją. Poza tym, że chodziła, to działała i publikowała. Nie podobała się jej dyskusja o tym, czy kobiety powinny samodzielnie się wspinać.

– Bezdyskusyjnie momentem, który rozpoczął tę kobiecą przygodę z taternictwem na poważnie, są lata dwudzieste, kiedy pojawiają się siostry Skotnicówny. Oczywiście po drodze były turystki, które bardzo starały się dotrzymać kroku mężczyznom w górach. Tu warto wymienić Adę Rainal-Loriową, żonę strażnika i współzałożyciela TOPR-u Leona Lorii. Ada dotrzymywała mu kroku na najtrudniejszych wycieczkach, zarówno letnich, jak i zimowych. Później Julia Zembatowa. To była narciarka, która też chodziła na wspinaczki. I Dłuska, która niestety miała wypadek w Dolinie Strążyskiej, bo spadła i to spowodowało kalectwo. Ale to nie zamknęło drogi kobietom. Właśnie w latach dwudziestych trudne wspinaczki rozpoczęły siostry Skotnicówny. W 1929 roku Bronek Czech, Wiesław Stanisławski i Lida Skotnicówna przeszli drogę skrajnie trudną, czyli wejście północną ścianą, od Morskiego Oka na Żabiego Konia. Do dzisiaj jest to trudna droga. Jest ślisko, stromo, krucho. Inicjatorem był Bronek, a Wiesław wziął Lidę ze sobą na wspinaczkę, bo to była jego sympatia – mówi Wojciech Szatkowski.

Dzięki dziennikom wypraw obu sióstr widać, że już sezon 1928 był bardzo aktywny. Weszły między innymi z Wiesławem Stanisławskim na wschodnią grań Niebieskiej Turni i zjazd na Niebieską Przełęcz. Następnego dnia Marzena wspięła się znowu ze Stanisławskim bardzo trudną północną ścianą Żabiej Turni Mięguszowieckiej.

Przejścia kobiece Marzeny (poza tymi, które robiła z siostrą w 1928) to głównie 1929 rok. Chodziła z Lidą i inną aktywną taterniczką tamtego okresu, Zofią Galicówną. Zdobyły grań Orlej Baszty i północno-zachodnią ścianę Kozich Czub. Lida także znalazła inną partnerkę, Marię Perlberżankę, z którą zdobyła między innymi wschodnią ścianę Kościelca.

Marzena w zespole mieszanym ze Stanisławskim robiła drogi, które zostały sklasyfikowane jako skrajnie trudne. Jeden z wariantów takiego wejścia zostanie nazwany jej imieniem. Dziewczyny nie próżnowały i dzień w dzień zdobywały szlaki.

Były bardzo popularne. Marzena to podobno wielka miłość poety Juliana Przybosia. W domu Skotnicówien odbywały się narady, dokąd teraz iść, z jaką ścianą się mierzyć. Matka dziewczyn nie do końca wiedziała, na czym polegała aktywność jej córek, była jednak spokojna, bo w przygotowaniach do wypraw często brali udział doświadczeni taternicy.

Pod koniec sezonu 1929 Marzena napisała list do Roguskiej-Cybulskiej. Chciała założyć stowarzyszenie kobiet taterniczek, marzyło jej się wzajemne wsparcie, wymiana doświadczeń międzypokoleniowych. Miała dość tego, że w związkach sportowych w dyskusjach o wspinaczce wypowiadali się przede wszystkim mężczyźni. Tak jak to było w opisywanej już dyskusji Jana Alfreda Szczepańskiego ze Stanisławem Krystynem Zarembą – o tym, czy kobiety powinny być na szlakach i czy mają do tego wystarczające predyspozycje, rozmawiało dwóch panów. Starsza Skotnicówna nie godziła się na to – sama nie czuła się gorsza i nie widziała powodów, żeby tak ją traktowano.

Marzena uważała, że urodziła się co najmniej sto lat za wcześnie. Ówczesny patriotyzm nazywała szowinizmem. Przyjaźniła się z Marią Wardasówną, pionierką lotnictwa kobiet, pisarką i feministką (także podjęła próbę taterniczą, a partnerowała jej Jadwiga Pierzchalanka). Chodziła z Wardasówną do szkoły w Cieszynie. Tam została wysłana przez matkę, po interwencji Józefa Oppenheima, ratownika TOPR-u. Uważał on, że oddzielenie Marzeny od Tatr na jakiś czas dobrze jej zrobi.

Wspinaczki młodych dziewcząt (chodziły już w góry, gdy młodsza miała lat czternaście, a starsza szesnaście) budziły wśród starszych, prócz podziwu, wiele wątpliwości i zastrzeżeń. Oppenheim, który nigdy nie wtrącał się do takich spraw, tym razem uznał za stosowne rozmówić się z matką młodych taterniczek. Wychodził z założenia, że (…) drobiazg może spowodować katastrofę – czytamy w książce "W stronę Pysznej" Stanisława Zielińskiego. Jednak Marzena zwykła mawiać: „Tatry są mną, a ja jestem nimi”, i nic nie wskazywało na to, że nawet najdłuższa rozłąka z ostrymi graniami zmniejszy jej uczucie do wspinaczki.

Porywała sobą. Miała jakiś szczególny magnetyzm, który stale przybierał na sile... Jednak ten żywiołowy temperament Skotnicówny nie potrafił odnaleźć się w ustabilizowanym życiu. Ją pociągał żywioł, ryzyko, niebezpieczeństwo... Dlatego planowała nowe pionierskie przejścia w Tatrach i żyła tym na co dzień – tak o Marzenie pisała w „Taterniku” Mariola Bogumiła Bednarz.

Lida była mniej wyrazista niż starsza siostra. Nie brylowała na salonach, mimo że ciekawa, inteligentna, w towarzystwie była milcząca i wycofana. Jednak w górach przechodziła całkowitą metamorfozę i zmieniała się w radosną, pogodną dziewczynę. Podobno wspinała się lepiej od Marzeny, co zresztą Marzena w swoich dziennikach przyznaje.

Szóstego października 1929 roku Marzena i Lida szły po historyczny wyczyn. Zamierzały w kobiecym składzie zdobyć południową ścianę Zamarłej Turni. To miejsce owiane złą legendą, określane jako ucieleśnienie (a dokładniej „uskalnienie”) szatana. Wydarza się tragedia.

Księga wypraw ratunkowych Mariusza Zaruskiego i Józefa Oppenheima tak odnotowuje ten wypadek: Lida Skotnicówna, wspinając się południową ścianą Zam. Turni, odpadła od skały w kominie poniżej II trawersu, pociągając za sobą asekurującą siostrę Marzenę.

Z kolei Michał Jagiełło w Wołaniu w górach relacjonuje: Stało się to na oczach kolegów, wybitnych wspinaczy – B. Czecha i J. Ustupskiego – bezsilnych świadków dramatu. Lida odpadła od ściany pierwsza. Wiadomo, że zderzyły się głowami w locie. Zginęły tragicznie.

– Dziewczyny uwzięły się na Zamarłą Turnię. I pewnie udałoby się im, gdyby nie zawiódł karabinek. Prawidłowo założony karabinek nie powinien się rozgiąć. Ich wypadek spowodował straszną traumę w środowisku. Skotnicówny wspinały się bardzo szybko, podobno w trakcie feralnej próby dotarły do innego wspinacza i Lida go jeszcze poczęstowała cukierkami. On wspinał się z Bronkiem Czechem. Kluczowe trudności na Zamarłej są wyżej. Przynajmniej wtedy, na klasycznej drodze Henryka Bednarskiego. Lida doszła do słynnego miejsca, gdzie jest lekka przewieszka, i nie dała rady – odpadła, pociągnęła za sobą siostrę. Ta nie była tak mocna, by utrzymać takie szarpnięcie. Było ono tak potężne, że wyrwało karabinek, który się rozgiął, i dziewczyny zginęły. Józef Oppenheim, naczelnik TOPR-u, miał bardzo niewdzięczną rolę, musiał ich matce przekazać informację o śmierci córek. Po tym wydarzeniu ściana Zamarłej obrosła w legendę jako dzika droga, która zabija. Tym bardziej że wcześniej i później były kolejne wypadki. Zginął Szczuka, Leporowski na filarze Koziego Wierchu. W muzeum mamy straszną fotografię, jak Skotnicówny leżą na ziemi związane liną. Ktoś im wtedy zrobił zdjęcie. Obydwie były śliczne, miały niebywały talent – opowiada Wojciech Szatkowski.

Śmierć Skotnicówien to woda na młyn dla publicystów – zwłaszcza tych, którzy uważają, że samodzielne kobiece taternictwo jest bezsensowną brawurą. Siostry stają się pięknym symbolem niepowetowanej straty, przedwczesnej śmierci, która wcale nie musiała nastąpić. Młode, piękne, kruche – powstają o nich wiersze i powieści. Z aktywnych i silnych taterniczek na powrót wróciły tam, gdzie wciąż kobieta wyglądała lepiej – do roli kruchej i pięknej kobiety. Publicyści zaś dają ujście swoim poglądom na łamach prasy. Jadwiga Roguska-Cybulska pisze odezwę "Do młodych taterniczek", Roman Kordys w „Taterniku” z 1929 roku nie przebiera w słowach: Kobieta – która o ile nie jest weiningerowskim typem męskim, czy półmęskim, odzianym przez niezbadaną tajemnicę Stwórcy w ciało niewieście – nie ma nic do powiedzenia w taternictwie i nigdy „rasowym” taternikiem nie będzie, tak jak nie może być myślicielem, wodzem czy wynalazcą, ale która, jak nikt inny na świecie, odczuwa i chłonie przepotężny urok męskiego czynu.

Z kolei Wanda Gentil-Tippenhauer, malarka i znawczyni Tatr, w swoim niewydanym maszynopisie SOS w Tatrach formułuje bardzo mocne osądy: Śmierć młodziutkich Skotnicówien przy próbie przejścia południowej ściany Zamarłej Turni była tragicznym następstwem tych niewczesnych kobiecych ambicji, podsycanych przez najmłodszych taterników.

Rok po wypadku odnalazły się na ścianie lina i rozgięty karabinek. Obydwie siostry zawiódł wadliwy sprzęt, nie brak umiejętności.

Skotnicówny zostawiły po sobie wyrwę, którą próbowali zapełnić pisarze i poeci. Julian Przyboś, którego uczucie do 10 lat młodszej uczennicy Marzeny Skotnicówny wywołało ogromny skandal obyczajowy, nie był w stanie napisać nic przez rok od wypadku na Zamarłej Turni. Opłakał swoją miłość w wierszu Z Tatr.

Ten świat, wzburzony przestraszonym spojrzeniem, uciszę, lecz – Nie pomieszczę twojej śmierci w granitowej trumnie Tatr. To zgrzyt czekana, okrzesany z echa, to tylko cały twój świat skurczony w mojej garści na obrywie głazu; to – gwałtownym uderzeniem serca powalony szczyt. Na rozpacz – jakże go mało! A groza – wygórowana! Jak lekko turnię zawisłą na rękach utrzymać. i nie paść, gdy w oczach przewraca się obnażona ziemia do góry dnem krajobrazu, niebo strącając w przepaść! Jak cicho w zatrzaśniętej pięści pochować Zamarłą.
 

Agata Komosa-Styczeń, 'Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie', wydawnictwo Prószyński i S-ka. Agata Komosa-Styczeń, "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie", wydawnictwo Prószyński i S-ka.

  1. Seks

Nie mając bliskiego kontaktu ze swoją seksualnością, zaniedbujemy własne zdrowie

Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Od jakości naszej energii seksualnej, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie. (Fot. iStock)
Prawdziwa troska o siebie jest możliwa tylko wtedy, gdy obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W jaki sposób seksualność wpływa na nasze zdrowie?
Seksualność to potężna siła – jej energia służy przecież przetrwaniu gatunku. Powstaje w ciele, ożywia serce i umysł oraz nasze relacje z innymi i światem. Niewątpliwie dotyka też sfery duchowej. Od jakości tej energii, od tego, jaki mamy do niej dostęp i jak jej używamy, zależy nasze samopoczucie, a tym samym zdrowie.

Seksualność rozwija się od początku naszego istnienia, zależy od wielu czynników. Ten rozwój mogą jednak zakłócić przeszkody wynikające z osobistych historii, relacji rodzinnych i szerzej, z przekazów społeczno-kulturowych. Obserwując swoje przeżycia i słuchając innych kobiet, dostrzegam w wielu naszych typowych zachowaniach niesłużących zdrowiu skutki tych zakłóceń. Poczucie winy, lęk i wstyd to wciąż uczucia, które wiele kobiet przeżywa w związku ze swoją seksualnością. Od najwcześniejszych lat uczymy się, że jeśli odczuwamy coś w „tej” części ciała, to nie jest to w porządku. Dojrzewamy, lata lecą, a głęboko zakodowany lęk nie pozwala nam wykształcić postawy odpowiedzialności za swoje zdrowie. Bo jeżeli nie akceptujemy swojego ciała w całości, to trudno je szanować. Łatwo jest wtedy oddać decyzje dotyczące tego, co dla nas dobre, a co nie, innym – mamie, partnerom, doktorom itd.

Czy to znaczy, że kobiety nie potrafią tak naprawdę o siebie zadbać?
Nie potrafią… Dlaczego tyle kobiet choruje i umiera na nowotwory piersi czy szyjki macicy, mimo że medycyna oferuje coraz większe możliwości wczesnej diagnozy? Żebyśmy umiały o siebie zadbać, muszą się zmienić nasze postawy, a nie opinie. Coraz więcej jest społecznych akcji na rzecz profilaktyki chorób kobiecych i większa niż kiedykolwiek dostępność informacji, a jednak kobiety ciągle nie korzystają z tego w wystarczającym stopniu. I to najczęściej nie brak czasu, pieniędzy lub wiedzy jest tego powodem. To dość powszechne zjawisko – odkładanie wizyty kontrolnej u ginekologa. A kiedy pojawia się jakaś dolegliwość, ból, wiadomość o chorobie innej kobiety, nadchodzi strach, obawa i refleksja: „O rany! Miałam już dawno temu zrobić cytologię i mammografię!”. Zaniedbujemy siebie najczęściej dlatego, że nigdy nie nawiązałyśmy bliskiego kontaktu z macicą, jajnikami, pochwą. Są jak jakaś „ziemia niczyja”. Myślenie z troską i miłością o swoich narządach płciowych brzmi dla wielu z nas jak herezja. Jest jednak taki okres w życiu kobiety, kiedy może publicznie obnosić się ze skutkiem prowadzenia życia seksualnego i rozmawiać o tym, co dzieje się w jej ciele, i to właśnie „tam” – to oczywiście ciąża i poród. Wiele kobiet doświadcza wtedy mocniej niż kiedykolwiek poczucia kobiecej wspólnoty, swobody i akceptacji ciała.

Jak według ciebie mogłaby się przejawiać prawdziwa troska o siebie?
Kojarzy mi się z miłością i opiekuńczością, jaką otaczamy dziecko. Ani nie chronimy go nadmiernie przed światem, ani nie zaniedbujemy. Nie chodzi więc o to, żeby z lękiem biegać co chwila na badania lub odwrotnie – zupełnie je lekceważyć. Jeżeli obejmiemy miłością nasze ciała, łącznie z obszarem genitalnym, zauważymy to, co wymaga zauważenia. Wtedy możemy działać. Na przykład udać się na badanie, wybrać właściwego lekarza albo ubrać się ciepło, albo nie zgodzić na seks bez prezerwatywy.

A jakie są nasze rutynowe zachowania?
Nie próbujemy wpływać na bieg zdarzeń. Pragnąc uśmierzyć lęk, polegamy głównie na autorytetach zewnętrznych, poddajemy się im całkowicie, „opuszczamy siebie”. Kobiety często godzą się na leczenie czy zabiegi, ale bez wewnętrznego przekonania. Trudno im przyjąć, że mają wpływ na swoje leczenie: że mogą pytać, mieć wątpliwości, zbierać informacje. Dlatego bardzo ważne jest znalezienie odpowiedniego lekarza, który nie będzie wyrocznią, lecz partnerem. Podobnie w seksie: w sprawach antykoncepcji czy profilaktyki chorób przenoszonych drogą płciową. Jak często kobiety zabierają prezerwatywę, idąc na randkę? Czy stawiają stanowczo sprawę jej użycia, czy raczej z nadzieją wyczekują na to, co on zrobi? W dbaniu o zdrowie inni mogą nam pomóc, ale nikt nas nie wyręczy w decydowaniu o tym, co, kiedy i jak robić w tej sprawie.

Czy znasz jakiś przykład, który pokazywałby, że można postępować inaczej?
Pracowałam kiedyś z pewną kobietą. Była u ginekolożki i okazało się, że ma polipa na szyjce macicy. To nic groźnego, ale doradzano jej usunięcie go. Minęły trzy albo cztery lata, zanim się na to zdecydowała. Bała się. Była też wtedy przeciwna wszelkim ingerencjom chirurgicznym, interesowała się medycyną naturalną. Robiła sobie głodówki, bo myślała, że może dzięki nim narośl samoczynnie się wchłonie. Od czasu do czasu chodziła na wizyty kontrolne i dowiadywała się, że polip cały czas jest, a nawet obok wyrósł drugi i trzeci. To był też czas, kiedy dość intensywnie pracowała nad sobą, zamykała różne sprawy z przeszłości, również te związane ze swoją seksualnością. Podejrzewała, że ten polip musi być z nimi związany. Wreszcie któregoś dnia napisała list – do tej właśnie części siebie, do tego kawałka szyjki macicy. Wiedziała, co jej powiedzieć. Wiedziała, że to pozostałość po tym, co bolało. To był przełomowy moment – usłyszała siebie poprzez tę część. I wtedy zdecydowała się na zabieg. Wyobraź sobie, że było to jedno z najlepszych doświadczeń w jej życiu!

Nawiązała kontakt ze sobą... To wskazówka dla każdej z nas?
To trwało kilka lat, miała za sobą wiele lat terapii. U różnych kobiet ten proces wchodzenia ze sobą w głęboki kontakt może wyglądać różnie. We mnie jej doświadczenie obudziło refleksję, że możemy wiele dla siebie zrobić, tylko ważne, by zrobić to we właściwym momencie – kiedy czujemy w sobie gotowość. Dobrze, jeśli uporządkowaniu na poziomie cielesnym towarzyszy uporządkowanie na poziomie psychicznym. Wtedy nie musisz już słuchać się lekarza, ale możesz go posłuchać, jeśli tak zdecydujesz. Lekarz staje się partnerem. Gdyby ta kobieta poszła na zabieg ze strachu, to polip pewnie by odrósł. Jeśli kieruje nami strach, często opóźniamy pewne decyzje albo na siłę je przyspieszamy. Chodzi o to, by ze zrozumieniem zadbać o siebie, zrobić coś, czego naprawdę potrzebujemy. Odczytać właściwie sygnały naszego ciała i na nie odpowiedzieć.

 
Taka postawa wymaga chyba dużego zaufania do siebie, dojrzałości? Tak i warto ją rozwijać, nauczyć się, że doznań z ciała nie trzeba się bać. One są naszym sprzymierzeńcem. Pokazują nam, że coś jest nie tak, że trzeba się zatrzymać, coś zmienić. Odpowiednio wcześnie zauważone pomagają nam zwykle w wyzdrowieniu. Nie mamy wpływu na wszystko, ale na to, jak traktujemy nasze ciało – tak. Mamy w tej kwestii bardzo dużo do zrobienia. W profilaktyce chorób kobiecych niezwykle ważne jest odnowienie kontaktu z własną seksualnością.

Kiedy cię słucham, przypomina mi się pewne zdarzenie: siedzimy w gronie kilku kobiet i opowiadamy o tym, jak o siebie dbamy. Któraś mówi, że nie je mięsa, inna, że z powodu grupy krwi 0 je i dobrze się czuje, kolejna przez trzy miesiące była na ścisłej diecie. Każda z nas coś robiła. Wreszcie jedna z kobiet zapytana: „A co ty robisz, kiedy źle się czujesz?”, odpowiedziała: „Ja nic nie robię, jem to, na co mam ochotę, nie stosuję żadnych diet, a jak czuję, że coś jest nie tak, to się odprężam, głaszczę swoje ciało, staram się w nie wsłuchać, być dla siebie dobra...”. Pamiętam, że jej wypowiedź bardzo mnie zdenerwowała. Dopiero później uświadomiłam sobie, że zdenerwowałam się, bo ja tak nie potrafię: objąć siebie czule i zapytać, czego naprawdę potrzebuję.
To jest ideał: umieć wsłuchać się w swoje ciało, także wtedy, kiedy wszystko jest w porządku i czujemy się dobrze. Kiedy pozwalamy sobie na przyjemność, odprężenie, radość. Bo jeśli w takich momentach siebie usłyszymy, to jest bardziej prawdopodobne, że usłyszymy też niepokojące sygnały. Akceptacja bez winy i lęku to najlepsza profilaktyka.

Na swoich warsztatach dla kobiet proponujesz np. ćwiczenia pomagające skontaktować się z podbrzuszem, doenergetyzować ten rejon. Reakcje na twoje ćwiczenia bywają różne. Pierwsze, co często wychodzi na wierzch, to lęk, wstyd i inne zmory.
Tego rodzaju ćwiczenia są dobre, ale bywają o wiele skuteczniejsze wtedy, gdy przekroczymy instrumentalny stosunek do własnego ciała. Inaczej staną się kolejną rzeczą, którą „trzeba ze sobą zrobić”. Jest dzisiaj tyle możliwości rozwoju, dbania o siebie, ćwiczeń, technik, zabiegów, leków i parafarmaceutyków... Ale wszystko to na nic, jeśli traktujemy siebie przedmiotowo i w panice rzucamy się od jednej metody do drugiej.

No tak, pamiętam z twojego warsztatu, że zatrzymujesz się za każdym razem, gdy pod wpływem jakiegoś ćwiczenia wyłoni się trudne uczucie.
Objaw cielesny czy trudność emocjonalna wskazują nam zwykle obszary, w których mamy coś do zrobienia. Warto się wtedy zatrzymać, posłuchać, poobserwować, objąć uwagą bolesne miejsce. Chciałabym, żebyśmy zaufały mądrości ciała i mądrości Stwórcy – jakąkolwiek siłę mamy tu na myśli – pozwoliły sobie na przyjęcie własnej kobiecości, żebyśmy nie musiały się bać, wstydzić i ukrywać same przed sobą, a w konsekwencji chorować.

Jesteśmy bombardowane informacjami o korzyściach, które możemy mieć z uprawiania seksu. Wielu specjalistów powtarza, że seks to jeden z filarów zdrowia: młodniejemy, polepsza się nasza odporność, mamy rumieńce i błyszczące oczy itd. Czy seks rzeczywiście może tak działać?
Na każdą kobietę i na każdego mężczyznę podziała szczęśliwe życie – chwile radości, rozkoszy, bliskości, zaangażowania, odprężenia – również w seksie. Seks nie jest jednak panaceum, które można stosować w oderwaniu od reszty siebie. Takie myślenie grozi niewolą i robieniem czegoś wbrew sobie. Nie traktujmy instrumentalnie seksu, siebie i partnera. Nie jesteśmy mechanizmem, w którym trzeba coś dokręcić lub poluzować. Zdrowie i choroba to nieodłączne elementy życia. Żadne zalecenia, diety, nowe specyfiki nie uwolnią nas od poszukiwania własnej odpowiedzi na pytania: czego potrzebuję, czego mi brak, co odczuwam, czego doświadczam, co mogę zrobić, na co się decyduję. W dzisiejszym świecie pełnym rozmaitych recept na dobre życie i szybkich środków na wszelkie dolegliwości niełatwo znaleźć własną drogę. Ja odkryłam, jak wielki potencjał może być zamrożony w naszym ciele na skutek nieuświadomionych przekazów dotyczących kobiecej seksualności, ile mamy do odzyskania i jakie wtedy otwierają się przed nami możliwości!

  1. Zdrowie

Kobiecy cykl a fazy Księżyca

Czas okołoowulacyjny stanowi odpowiednik pełni Księżyca. Kobieta jest wtedy pełna energii, twórcza, kreatywna, czuje się bardziej zmysłowa. Chce tańczyć, tworzyć, ma szalone pomysły. (Ilustracja: iStock)
Czas okołoowulacyjny stanowi odpowiednik pełni Księżyca. Kobieta jest wtedy pełna energii, twórcza, kreatywna, czuje się bardziej zmysłowa. Chce tańczyć, tworzyć, ma szalone pomysły. (Ilustracja: iStock)
Skoro to Księżyc odpowiada za przypływy i odpływy mórz, nic dziwnego, że może też wpływać na nasze emocje. Jak twierdzi Kirsty Gallagher, zwłaszcza kobiety są „lunarne”, bo ich życie jest podporządkowane cyklom. Jak więc – zamiast z tym walczyć – czerpać z tego energię?

Z czym kojarzy ci się Księżyc? Pewnie nieraz zdarzyła ci się bezsenna noc. Może dopiero po czasie dowiedziałaś się, że sprawcą niemożności zmrużenia oka do bladego świtu była… pełnia Księżyca. Przez lata spekulowano na temat wpływu faz Księżyca na sen, przeprowadzono nawet wiele eksperymentów. Kilka lat temu jeden z nich opracowali badacze z Uniwersytetu w Bazylei oraz Szwajcarskiego Centrum Medycyny Snu. Przez trzy lata , w różnych porach roku monitorowano sen ponad 30 ochotników. Badacze obserwowali reakcje organizmu, a także pytali badanych o ich samopoczucie. Okazało się, że w ciągu trzech–czterech dni sąsiadujących z pełnią zasypianie zajmowało badanym średnio o pięć minut dłużej, a ich sen kończył się 20 minut szybciej. Krótsze były fazy snu głębokiego i niższy poziom melatoniny. Dlaczego jednak pełnia księżyca w taki sposób wpływa na nasz organizm, nie wiadomo nadal...

W książce „Żyj zgodnie z fazami Księżyca” Kirsty Gallagher, coach, nauczycielka jogi i medytacji oraz założycielka wirtualnej społeczności dla kobiet Lunar Living, tłumaczy, że w starożytności księżyc był wyznacznikiem mijającego czasu, a ludzie podporządkowywali jego kwartom całe swoje życie. Jego siła przyciągania wywołuje przypływy i odpływy nie tylko mórz i oceanów, ale także naszej wewnętrznej energii, naszych marzeń i emocji. Szybkie tempo życia sprawiło, że zaczęliśmy żyć zgodnie z terminarzem oraz zegarkiem, i straciliśmy kontakt ze swoimi naturalnymi, wewnętrznymi rytmami, intuicją i pragnieniami. Zapomnieliśmy, że jesteśmy częścią natury, która jest cykliczna i żyje według rytmu.

Bezsenna noc to jedno, ale wiele osób, zwłaszcza kobiet, opowiada, że w okolicy pełni i nowiu dzieją się z nimi „dziwne” rzeczy, których nie sposób racjonalnie wytłumaczyć.

Twój wewnętrzny księżyc

Cykl miesięczny kobiet jest odbiciem procesu, jaki w ciągu około 29 i pół dnia przechodzi Księżyc. Uważnie obserwując siebie na przestrzeni miesiąca, możesz prześledzić zmiany, które zachodzą w twoim ciele, umyśle i sercu. To pozwoli ci popatrzeć na swoje ciało nie jak na „sprawcę” dolegliwości związanych z PMS, bolesnych czy obfitych miesiączek, ale niezwykle czuły instrument zintegrowany z rytmem wszechświata.

Cykl miesiączkowy to nie tylko menstruacja, lecz także owulacja i fazy pomiędzy nimi. Czas okołoowulacyjny stanowi odpowiednik pełni Księżyca; jesteś pełna energii, twórcza, kreatywna, czujesz się kobieca i zmysłowa. Chcesz tańczyć, tworzyć, do głowy przychodzą ci szalone pomysły. Po owulacji twoja energia zaczyna się obniżać. Tydzień przed miesiączką (najtrudniejszy moment cyklu, tzw. PMS) bywasz rozdrażniona, każdy drobiazg staje się problemem, czujesz się mało atrakcyjna, nie masz ochoty na seks. Czas krwawienia to odpowiednik księżycowego nowiu, zejście w cień. Możesz odczuwać potrzebę izolacji, odosobnienia. To również czas na oczyszczenie ze wszystkiego, co ci nie służy, co się wypaliło, spełniło już swoje zadania. Dawniej kobiety w trakcie miesiączki (do dziś zdarza się, że te żyjące blisko siebie miesiączkują w tym samym czasie) spotykały się w Czerwonym Namiocie i wspólnie celebrowały ten czas, odpoczywały i regenerowały siły.

Po miesiączce (kiedy księżyca przybywa) w twoim ciele wzrasta poziom estrogenów, a wraz z nim energia i chęć działania w świecie, które osiągają apogeum w momencie owulacji. I w ten sposób zamyka się miesięczny cykl, będący odwzorowaniem tego, co dzieje się z Księżycem podczas wędrówki wokół Ziemi – zupełnie tak jakbyś miała w środku swój wewnętrzny księżyc.

Świadomość tego procesu to nie tylko możliwości odbudowania bliskiego kontaktu z własnym ciałem, ale także obudzenie pamięci pradawnego, tajemniczego związku księżyca z kobiecym łonem i płodnością.

Życie w rytmie oddechu

W starożytności kobiety były kapłankami księżyca; strzegły kalendarza, przewodniczyły lunarnym rytuałom, żyły zgodnie z rytmem wyznaczanym przez jego fazy.

Cykl lunarny trwa od 27 do 29,5 dnia. Nów ma miejsce, kiedy Słońce, Księżyc i Ziemia ustawione są w linii prostej, a Księżyc znajduje się między Ziemią a Słońcem. Słońce oświetla tę stronę Księżyca, której nie widzimy, więc może się wydawać, że znika z nieboskłonu. Podczas pełni Księżyc i Słońce znajdują się po przeciwnych stronach Ziemi, a Słońce całkowicie oświetla widoczną stronę Księżyca. To wtedy najbardziej czujemy jego magiczną moc.

Kristy Gallagher zachęca, żeby wykorzystać cykle księżyca do przywrócenia kontroli nad własnym życiem i lepszego zrozumienia swoich emocji. Miesiąc, jak kiedyś o nim mówiono, może być jednym z najważniejszych nauczycieli i nie chodzi jedynie o cykl menstruacyjny. Również te z nas, które już nie miesiączkują albo stosują antykoncepcję hormonalną, mogą skorzystać z rad księżycowego terapeuty. Życie w zgodzie z fazami Księżyca pomaga nam odkryć i zrozumieć nasze wewnętrzne rytmy, a w konsekwencji lepiej o siebie zadbać.Nawet jeśli, na początku, tylko dwa razy w miesiącu – w czasie nowiu i pełni – skoncentrujesz się na swoim wnętrzu, poczujesz swoje emocje, sprawdzisz, w jakim miejscu rozwoju jesteś – powoli zaczniesz się zbliżać do samej siebie, lepiej się poznawać, rozumieć, co jest dla ciebie ważne albo czego potrzebujesz. A to jest właśnie podstawowy cel każdej terapii psychologicznej! Każdego miesiąca masz dwie szanse, żeby podłączyć się pod energię księżyca, otworzyć to, czego potrzebujesz i uwolnić się od wszystkiego, co stoi ci na przeszkodzie.

Zdaniem Kirsty Gallagher cykl księżyca możemy porównać do cyklu oddechu. W nowiu ma najmniejszą energię, jest jakby na dole wydechu – czujesz, że masz ochotę zamknąć oczy, wycofać się, pozostać w ciszy i bezruchu. Nawet twoje ciało chce skulić się, zamknąć w sobie. To najlepszy czas na pobycie w zatrzymaniu. Gdy zaczynasz robić wdech, czujesz przypływ energii, to moment przybierania Księżyca po nowiu, jakbyś wdychała w siebie życie. Powraca energia i chęć działania. Pełnia Księżyca to szczyt wdechu – czujesz się całkowicie napełniona, spełniona, wszystko wydaje się możliwe. Twoje ciało rozszerza się, otwiera, przyjmuje. Potem przychodzi pora na wydech – czas ubywającego Księżyca – uwalniasz się, puszczasz, odpuszczasz, poddajesz się...

A teraz pomyśl: co by się stało gdybyś na siłę, wbrew naturze procesu, zatrzymała się na którejś z faz oddechu, np. na szczycie wdechu? Często tak właśnie zachowujemy się w życiu: zatrzymujemy stare, nieefektywne, bo boimy się zmian, żyjemy zewnętrznymi dyrektywami, gubiąc swój naturalny rytm... Praca z cyklami księżyca pozwala powrócić do właściwego cyklu oddechu i życia, i zachować naturalny przepływ.

Lunarna terapia

Ściągnij aplikację faz Księżyca i chociaż przez miesiąc poobserwuj swoje samopoczucie w fazie pełni i nowiu.
  • Dostrój się do księżycowego oblicza swoich emocji. Swoją grawitacją Księżyc oddziałuje na świat żywiołu wody w naszym wnętrzu, a woda to nasze emocje, marzenia, intuicja i głos duszy. Jeśli przyjrzysz się swoim uczuciom, zauważysz, że falują one w rytmie przypływu i odpływu, często bez związku z tym, co ci się przydarza. W nowiu Księżyc ściąga nas w głąb naszych emocji – czujemy mocno i wyraźnie, w pełni – nasze emocje są najbardziej żywe, być może dlatego trudno nam zasnąć, bo domagają się ekspresji. Nie walcz z tym, co czujesz, nie zadawaj tysiąca pytać, dlaczego czujesz to, co czujesz. Po prostu oddychaj i czuj.
  • Mądrze zarządzaj swoją energią. Księżyc nie świeci całym swoim blaskiem przez 365 dni w roku. To cenna nauka dla nas, że jest czas na aktywność, działanie i czas na odpoczynek. Jeśli zatracisz się w pracy i nie znajdziesz chwili na odpoczynek, nie będziesz mieć energii, inspiracji i motywacji, gdy nadejdzie czas, by świecić. Może pora zrewidować swój kalendarz – czy wszystkie zapisane w nim obowiązki są na już i co się stanie jeśli coś sobie odpuścisz? Może warto odkryć, jak rozkłada się twoja dobowa energia; kiedy masz najwięcej siły do działania, a kiedy twoje ciało woła o przerwę? Poczuć, odkryć i… spróbować zastosować.
  • Zaufaj Księżycowi i samej sobie. Obserwacja faz Księżyca i świadomość, że przebiegają w ten sam sposób, w takim samym rytmie od początku istnienia świata, przywraca nam wiarę w coś większego – jakąś siłę przewodnią i pradawną wiedzę. To pozwala ci odkryć, przypomnieć sobie sens i cel twojego życia; poczuć, czy naprawdę chcesz żyć tak jak do tej pory. Czy lubisz swoją pracę? Czy masz wokół siebie ważnych ludzi? Czy częściej odczuwasz radość i miłość, czy raczej smutek i lęk? Jeśli dostroisz się do swoich autentycznych emocji, usłyszysz swój prawdziwy głos; poczujesz, czego naprawdę pragniesz. Zaczniesz czytać znaki i odkrywać ścieżki swojego życia.
  • Przywróć więzi. Księżycowy terapeuta pozwala nam zbliżyć się i połączyć nie tylko z samą sobą, ale także z innymi ludźmi i przede wszystkim z naturą. Może okazać się, że czucie i rozumienie swoich emocji otworzy cię na bardziej świadome życie. Poczujesz chęć zmiany rytmu dnia, diety, sposobu odpoczywania. Zatęsknisz za włączeniem do swojego życia ludzi, którzy czują i myślą podobnie. Odzyskany wewnętrzny spokój pozwoli ci zdystansować się do tego, co na zewnątrz.

Kąpiel księżycowa

W wieczór nowiu lub pełni weź kąpiel w wannie przy zapalonych świecach. Możesz dodać ulubione olejki czy sole aromatyczne. Zrób z tego rytuał i czas celebrowania, odpoczynek od zabieganego życia.
  • Podczas nowiu. Niech to będzie twój czas pielęgnacji własnej, przygotowującej cię na nadchodzący miesiąc. Wykorzystaj te chwile na wizualizację i pozytywne afirmacje.
  • Podczas pełni. Poświęć ten czas na przemyślenie pierwszej połowy cyklu, zastanów się, gdzie teraz jesteś i na ile być może oddaliłaś się od swych intencji zadeklarowanych podczas nowiu. Poproś wodę, aby zmyła z ciebie wszystko, co już ci nie służy, oraz wszelki lęk.
Polecamy: 'Żyj zgodnie z fazami księżyca', Kirsty Gallagher, wyd. Muza Polecamy: "Żyj zgodnie z fazami księżyca", Kirsty Gallagher, wyd. Muza

  1. Styl Życia

Największe organizacje walczące z wykluczeniem menstruacyjnym połączyły siły

Jednym z najważniejszych celów  Okresowej Koalicji jest zaprzestanie ignorowania kwestii menstruacji i zwrócenie uwagi na palące problemy związane z brakiem świadomości i edukacji o miesiączce oraz ubóstwem menstruacyjnym. (Fot. iStock)
Jednym z najważniejszych celów Okresowej Koalicji jest zaprzestanie ignorowania kwestii menstruacji i zwrócenie uwagi na palące problemy związane z brakiem świadomości i edukacji o miesiączce oraz ubóstwem menstruacyjnym. (Fot. iStock)
Największe organizacje działające na rzecz walki z wykluczeniem menstruacyjnym połączyły siły. 8 marca została powołana Okresowa Koalicja, która ogłosiła manifest na rzecz przeciwdziałania problemowi ubóstwa i wykluczenia menstruacyjnego oraz okrzyknęła następne 12 miesięcy "Rokiem Menstruacji". 

W Polsce wokół miesiączki wciąż funkcjonuje wiele mitów i stereotypów. To temat wywołujący wstyd, zażenowanie, niezręczność, często powód do kpin i niewybrednych żartów. Problem stanowi też dostęp do środków higienicznych - według badań Kulczyk Foundation nawet co piątej Polce zdarza się nie mieć środków na zakup preferowanych, zapewniających komfort środków higieny. W odpowiedzi na to powstała Okresowa Koalicja. Jednym z jej najważniejszych celów jest zaprzestanie ignorowania kwestii menstruacji i zwrócenie uwagi na palące problemy związane z brakiem świadomości i edukacji o miesiączce oraz ubóstwem menstruacyjnym.

W skład Okresowej Koalicji weszły najważniejsze organizacje, które działają na rzecz walki z ubóstwem menstruacyjnym: Akcja Menstruacja, Czasopismo Szajn, Fundacja One Day, Fundacja Ja, Nauczyciel, Fundacja Pokonać Endometriozę, Grupa Ponton, Kulczyk Foundation, Moonka, Natalia Miłuńska miesiączka.com, Pani Miesiączka, Polski Czerwony Krzyż, Różowa Skrzyneczka, Stowarzyszenie „Pogotowie Społeczne”. Podczas inauguracji działania koalicji aktywistki i ekspertki przedstawiły swój manifest i ogłosiły następne 12 miesięcy "Rokiem Menstruacji". Jak piszą w manifeście: „Tylko razem możemy zmieniać rzeczywistość, która nas otacza, bo okres jest sprawą nas wszystkich”.

W związku z tym Okresowa Koalicja zamierza podjąć następujące inicjatywy:

  • umożliwienie dostępu do środków higieny menstruacyjnej osobom menstruującym przebywającym w m.in.: szkołach, domach dziecka, domach samotnej matki, ośrodkach dla osób w kryzysie bezdomności, więzieniach;
  • szerzenie wiedzy nt. miesiączki poprzez dystrybuowanie materiałów edukacyjnych dla rodziców i opiekunów mających na celu wsparcie ich w rozmowach z dziećmi na tematy związane z miesiączką;
  • przełamywanie tabu menstruacyjnego w ramach akcji uświadamiających, spotkań, debat;
  • szerzenie wiedzy o ekologicznym aspekcie środków higienicznych poprzez publikacje oraz rozmowy z producentami na rzecz wprowadzania na rynek przyjaznych zdrowiu kobiet i bezpiecznych dla środowiska artykułów higieny menstruacyjnej;
  • nagłośnienie problemu ograniczonego dostępu do opieki ginekologicznej nastolatków oraz lobbing na rzecz zmian w tym zakresie.

Czy takie działania są potrzebne? Wyniki badań wykonanych na zlecenie Kulczyk Foundation dobitnie pokazują, że tak. Jedynie 68 proc. kobiet deklaruje, że akceptuje fakt, że ma miesiączkę, prawie 25 proc. uważa, że kobiety nie powinny rozmawiać o miesiączce w obecności mężczyzn i tyle samo kobiet jest zdania, że okres jest brudny. Co piąta ankietowana wyraża opinię, że okres powinno się pozostawić sekretem kobiet i prawie tyle samo, że ważne jest, żeby nikt się o nim nie dowiedział. Mimo tego, że żyjemy w XXI wieku i w związku z tym doświadczamy postępu w niemal wszystkich dziedzinach naszego życia, co trzecia kobieta nie akceptuje swojej miesiączki. Co więcej, prawie 30 proc. uważa, że podczas miesiączki nie zajdzie w ciążę, a co piąta ankietowana jest przekonana, że przez miesiączkę nie uda jej się upiec ciasta czy zakisić ogórków.

Negatywne skutki ubóstwa menstruacyjnego zaczęły dostrzegać kolejne rządy na świecie. Darmowe podpaski pojawiły się w szkołach i na uczelniach w Szkocji, Francji, Nowej Zelandii czy Wielkiej Brytanii. Organizacje walczące z problemem wykluczenia menstruacyjnego w naszym kraju są zdania, że nadszedł czas, aby wprowadzić takie zmiany również w Polsce. Jak piszą w manifeście aktywistki i działaczki Okresowej Koalicji: Wierzymy, że ten rok będzie początkiem kompleksowych zmian w życiu publicznym i społecznym w Polsce w zakresie walki z ubóstwem i wykluczeniem menstruacyjnym, a kolejne lata przyniosą długofalowe efekty naszych działań”.